Świtania
Niezręczność jak źle zapięta koszula wystaje
dłuższym końcem. Nieokreślone niech
będą moje wizje świtu. Przejaśnia się, dostrzegam
widzialne, studząc w dłoniach gorącą żarówkę.
Ze snu wymyka się trochę powietrza i kory, zdartej
z podkurczonych drzew. Tworzę zmierzch.
Nigdy nie myślałam, że się urodzę.
Nie wiem, w którym domu umrę, ani który
pokój umrze we mnie jako pierwszy.
Przejaśnia się, a ty znowu pełna oziminy,
widzisz w rzece cień.
Poprawiny
Ma wzdęty brzuch i chłodny przeciąg w ustach.
Jak skóra cierpliwie schodzi mu z pleców,
przewraca na bok, napływa do oczu jak światło.
Cień łamie się w połowie i teraz nie pasuje
do niczego. Więc wstaje od stołu, poprawia im
życie po śladach. Wewnątrz ochłapy powietrza
i skurcz, skurcz na zadany temat.
Błyszczy posadzka języka, już leżą płasko
w kałuży plastiku i liczą oddechy.
To się nie urywa ani nie zatyka.
W ciemno
Do obcych mieszkań wchodzi się oknami,
na czarno. Z cudzą miną, znalezioną na progu.
Będę tym progiem, póki nie wstanę
i nie zobaczę, jak rozchodzą się schody,
co miały tylko długość. Aż skruszy się światło.
Z obcych mieszkań wychodzi się głównym
wyjściem, cudzym snem. Cudzym świtem.