|
|
|
Biuletyn |
XIX Konkursu Poetyckiego o Nagrodę im. K. K.
Baczyńskiego |
|
III Nagroda
|
Dnia 15
lutego 2010 roku odbyło się posiedzenie przewodniczący:
Roman Honet
(Kraków) Na konkurs nadesłano
95 zestawów. Jury postanowiło nie
przyznawać Pierwszej i Drugiej Nagrody. III Nagrodę, w wysokości 700 złotych, przyznano ex aequo pani Joannie Lech z Krakowa za zestaw
„More distance”, panu
Piotrowi Gajdzie z Łodzi za zestaw „Gra w dwa ognie”. Trzy równorzędne Wyróżnienia, w wysokości 300 złotych każde,
przyznano: Nagrodę TETIS, w wysokości 900 złotych, przyznano pani Bogumile Jęcek
z Łodzi za zestaw „Edward”. Ogłoszenie
wyników konkursu i wręczenie nagród miało miejsce podczas III Nagroda (ex
aequo) ~ Joanna Lech
Głębia Smugi dymu na niebie, biel
pod palcami, alfabet zimnych poranków i ukłuć. Ulica lśni jak krew
pod rozdrapanym strupem, topią się sople i zaspy. Wszystko zaczyna
się rwać; wiatr szarpie gałęzie, drżą szyby, pękają ściany. Światło tnie
chodnik i wpada we mgłę; zostają błyski, skrzenie, jak zwoje nici i
kurzu. Rozsypane na śniegu zęby. Grudy lodu – można wyłuskać z nich rzekę:
lśnienie w zakolach, zapach szlamu i rdzy. To wszystko wraca do ciebie,
i jeśli teraz otworzysz oczy, zostanie głębia; chłód, prąd, który rozmywa
ślady i znosi piasek na kości. Spód Wieczór przykrywa dachy i
drapie w okna. Gryzie ulice; wyżej już tylko mury i piętra chmur; na niebie
brak nacięć, szarość z czerwienią, czerń z błyskiem złota. Czas się rozciąga i
kurczy, ścieka jak ślina. Szum wije się w warstwie kurzu. Dym wgryza się w
nozdrza. Ból będzie później, na razie wciągasz ten obraz do płuc. Mówisz
przez sen językiem ognia. Więc w ustach zostanie smak
rtęci. Na rękach popiół i ślady po rdzy. A jeszcze wczoraj śniła się
rzeka i pola drgały jak febra; schło siano, paliła się ziemia. Lato
jak nanizane na nici, rozpięte na przęsłach. Szyby odbijają słońce a ono
przecina ściany, krwawi na twoje ręce. Przebije kości. Wejdzie pod
spód. III Nagroda (ex
aequo) ~ Piotr Gajda
Podróżowałem z kanistrem
benzyny. Słyszałem zapałki w cudzych kieszeniach, grzechotały jak
worek kości wykopany z ziemi. Ciało zamieniało się w popiół:
najpierw zrzucało skórę, potem mieściło się w garści. Zdawało się, że
otaczają je pszczoły o czarnych jak urny odwłokach, że trawiący je ogień brzęczy
jak wściekłe trutnie zamknięte w nagrzanej słońcem puszce. Żar się
wzmagał, ale zatrzaśnięte we mnie okno nie stłukło się, a tylko
głucho pękło jak zamoknięty kapiszon. Lasy Jesień zalała się
czerwienią, jakby u jej stóp eksplodował granat. Bezimienni żyją pod korą
brzozy, kaszlą i plują krwią, Liście schną jak tytoń do
cybuchów, które pory roku wyrzeźbiły z czaszek. Pamięć rozpuszcza
się w dymach ognisk na kartofliskach, potem wraca do wioski i dusi
gospodarskie dzieci. Ale my żyjemy, zgaduje najstarszy w siole i na wszelki wypadek znowu ucieka ukryty w swoim
synu i w jego synu. Schizma A jeśli Bóg zwierząt jest
kierowcą ciężarówki? Setki razy widziałem na drodze
rozjechane ścierwo i zadawałem pytanie – czemu je opuścił?
Tak jak dog, który aportując odbiegł za daleko od pana
swego i już nie powrócił. Wyróżnienie (ex aequo)
~ Natalia
Zalesińska
A na ścianach delty zielonkawych rzek. Starorzecza tniemy nożykiem. Precyzyjnie oczyszczamy kanały z rozmów, tak wytęsknionych. Warstwy kłębią się na posadzce – zerwane nadgraniczne pasma i rosną Himalaje. I już się zmierzcha, burzy. Nie pada żadne słowo. W takich chwilach nieżyć, otarty naskórek. Spod paznokci wyrastają trawy.
Na żywo Patrzymy na
ręce kobiety i mężczyzny Drobią chleb,
karmią dzikie kaczki. Obok jej
przygarbione plecy. Tai chi traw wmawia
czułość – zawraca czas. Błogo. W stawie
zanurzam stopę. Sprawdzam Lekkość wody.
Ochładza kręgi nartników. Coś mówi,
mów. Słowa tlą się, więdną. Biorę za rękę
kruchość. Wchodzimy w drzewa. Wyróżnienie (ex aequo)
~ Marcin
Jurzysta
pod
naskórkiem znajomym tak bardzo że
aż tynk się śmieje bo to nie może być prawda wiercą
się inne czcionki o kroju niemodnym jak
czarno-białe telewizory i drewniane bożki w lasach są
zupełnie gładkie żadnych kolców igieł klątw uroków więc nie
bój się dotknąć truchła w truchło nie zamienia tylko
wymienia się ciepło i jego brak którego i tak nie napełnisz ani
oddechem ani śliną nawet żarem z wygasłych ognisk i książek więc
przesuwaj ręce po powierzchni aż zetrzesz z dłoni pajęczynę wymieciesz
wszystkie kurze dotyki uściski inne robactwo i pleśń mijający
cię mężczyzna unosi ręce i z obrzydzeniem wącha nadgarstki nie
rozumie skąd te stygmaty na skórze i murach Raz dwa trzy kryjesz ty szukam zanim wejdę do łazienki nocą dziurawą jak ser chwytam klamkę i pozwalam ukryć się smukłym pająkom cukrowym rybikom wszystkim głosom których nie poupychałem w czyichś zdziwionych ustach śliskich jak łzy oraz kosmos kobiet i mężczyzn przysięgam że nie łączy mnie z nimi żaden sen jest ich wszystkich co niemiara i każdy wybiera tę samą galaktykę by tu raz jeszcze pogrozić palcem nastroszyć włosy i szczerzyć zęby przed lustrem które przecież nie jest bez dna i wylewa się z umywalki nie mieszcząc już ani jednego odbicia więcej więc daję im się ukryć zniknąć na jakiś czas w czarnej dziurze w której i tak na wszelki wypadek spuszczę wodę i światło. Wyróżnienie (ex aequo)
~ Janusz
Radwański
postawiony
pod ścianą lasu, przyparty do pruskiego muru ze
śniegu i drewna wreszcie mogę mówić. płowy kozioł, którego
płoszyłem z łąki w maju, nieludzko zmęczony Chrystus w wartowniczej budce mieli
na tyle rozumu, że są już w lesie. tu nie ma tyle miejsca, żeby
rozciągnąć przebite ręce, trzyma się pięści w kieszeniach. czas jest o wiele
za bliski, zbyt
ściśle przylega żelazna logika oddawania pola pod zasiew nowych wątpliwości. gdy
zostaje tyle miejsca, że mieści się tylko wers, pisz długimi seriami. raz,
raz, próba nerwów. jestem ja i ziemia, żadne z nas nie zjeżdża na przeciwny
pas. Fleischmesser Za
Kostomłotami udało nam się złapać na stopa ciągnik. Teraz usypia nas
przeżuwanie asfaltu przez wielkie koła. Czy da się rozrzutniej gospodarować
czasem niż leżąc na rozrzutniku i, rodzeństwo marnotrawne, wlec
się do ojczymów i macoch? Traktorzyści się uśmiechają, rzadko
wożą młodych szczęściarzy. Zwykle na naszym miejscu jest krowie
gówno albo świnie czekające na wyrok. Myślę
o tym, co mi powiedziałaś. Echo obija się w coraz większej przestrzeni
w środku, odbija płuca, odbija wszystkie przyczółki,
jakie zdążyłaś zdobyć. Słyszę jak silnik męczy się, ciągnąc mnie za sobą. Panowie, koleżankę wysadzamy
na przystanku. My jedziemy do rzeźni. Nagroda TETIS ~ Bogumiła Jęcek
Most
jest podłogą z drewnianymi barierami. Za mną dwóch
mężczyzn. Chyba. Nie wiem dokąd idą. Czy
jestem w postaci, z której chce wyjść życie. Mgłą?
Duszą? Niech zniknę. Kładę dłonie na uszach i
ściskam – boli, gdy wychodzą włosy. Teraz są długimi falami,
czeszą je statki i kutry. Na
czerwonym niebie, kilka niebieskich pasków. Otwieram
usta i nie słyszę morza. Krzyczę bezgłośnie, jak
wszystkie pasma i kreski. Edward Munch „Krzyk”, 1893. Autoportret Czy
można bardziej rozmazać życie? Wypalać odległości?
Od trzymanego w palcach papierosa do
ust. Chować w dymie wszystko co do ukrycia i
patrzeć w lustro. Mój wzrok oszukuje; to pewność ale
tylko zmierzchu. Nie ma następnych dni, nie przejdę do
jutra. Przede mną sztaluga i mój obraz. Tak się zamykam. Edward Munch „Autoportret z zapalonym
papierosem”, 1895. Samotni Zostań
w piasku. Nie wchodź do morza, drugi
raz nie wyjdziesz. Poczekaj… Podejść
do niej? Niech zobaczy jak wygląda podniesiony
cień. Potrafię całować, już nie mam słonych
ust. Jej chód – w otwartym oknie firanka
– tak widzę morze. Podpływa i wyznacza granice;
brzeg jest parapetem bez końca. Idę za nią; ślad
w ślad. Wciąż za daleko. Do niej, do morza. Edward Munch „Samotni”, 1906-1907. |
|
|
|
|
|