Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego



Biuletyn

 XVIII Konkursu Poetyckiego o Nagrodę im. K. K. Baczyńskiego



Werdykt Jury


I Nagroda:
Teresa Radziewicz

II Nagroda:
Kamila Pawluś

III Nagroda:
Robert Król

Wyróżnienia:
Tatiana Judycka
Izabela Kawczyńska
Krzysztof Kleszcz




Protokół z posiedzenia Jury
XVIII Konkursu Poetyckiego
o Nagrodę im. K. K. Baczyńskiego

  Dnia 30 stycznia 2009 roku odbyło się posiedzenie
  Jury XVIII Konkursu Poetyckiego o Nagrodę im. K. K. Baczyńskiego
  w składzie:

                                      przewodniczący:  Tomasz Cieślak (Łódź)
                                      członkowie:  Magdalena Rabizo-Birek (Rzeszów)
                                                           Roman Honet (Kraków)
                                                           Maciej Robert (Łódź)
                                      sekretarz:  Ilona Marczak.

  Na konkurs nadesłano 93 zestawy.

                I Nagrodę, w wysokości 1000 zł, przyznano
                                   pani Teresie Radziewicz z Juchnowca za zestaw oznaczony godłem „chaber”.

                II Nagrodę, w wysokości 600 zł, przyznano
                                   pani Kamili Pawluś z Warszawy za zestaw „zebu”.

               III Nagrodę, w wysokości 400 zł, przyznano
                                   panu Robertowi Królowi z Krakowa za zestaw „orbit”.

Trzy równorzędne Wyróżnienia przyznano:
                                  pani Tatianie Judyckiej z Krakowa za zestaw Virginia Woolf”,
                                  pani Izabeli Kawczyńskiej z Łodzi za zestaw „wymarłe miasta”,
                                  panu Krzysztofowi Kleszczowi z Tomaszowa Mazowieckiego za zestaw „Wahadło z Fromborka”.

Ogłoszenie wyników konkursu i wręczenie nagród miało miejsce podczas
uroczystości w Łodzi, w Śródmiejskim Forum Kultury, 7 marca 2009 roku.

początek strony


I Nagroda ~ Teresa Radziewicz



Drzewo genealogiczne

 

 

Wszyscy moi krewni tłoczą się i każdy chce,

by opisać jego historię, nawet pradziadek Jakub,

którego w żadnym razie nie mogę pamiętać. Nic

o nim nie wiem prócz tego, że fundował krzyże,

to był jego sposób na spokój, przez ażur kutych linii

prześwietlić pola: tłustą, nadbiebrzańską ziemię

pełną pędraków i długie prostokąty ozimin

 

nasycone zielenią. Wyobrażam sobie: wędruje

z jednego na drugi koniec wsi, liczy kroki,

potem wyznacza fundamenty domu, nie wie,

że za niecały wiek zostanie po nim studnia

i wiśniowy sad, w którym prawnuczka

będzie zrywać cierpkie owoce,

wymieniać pestkę na ziarno żyta,

rozgryzać. Żałować,

 

że człowiek zaczyna pytać, gdy jest

za późno.

 

 

 

Ojciec. Matka. Czas dojrzewania

 

 

Ptaki buszują w winogronach, które nabrzmiewają

zapowiedzią moszczu, ciężarem naskórka, torfowym

smakiem na języku, cierpkim od fioletu. Pomiędzy liśćmi

 

Ojciec. Sękatymi rękoma uśmierca niepotrzebne pędy,

metodycznie wycina bezowocne latorośle. Zawsze

wiedział, czego chce, wytrwale skazujący na śmierć

niezrozumiałe i nowe. Całkiem inaczej niż

 

Matka. Drepce jak co dzień, niepewna w najważniejszych

sprawach, sprawna w codzienności. Czule obejmuje nurt

łagodnie sięgający brzegów. Przeczuwam wzbierający

 

czas dojrzewania. Pogłębia we mnie tę świadomość ptasi

popłoch, kiedy zrywam na próbę oporne, ociężałe grona.

 

 

 

Spadek

 

 

Po dziadku Konstantym zostały cztery fotografie,

trzy nabawiły się zmarszczek, pęknięć, jakby ktoś ciął

ostrym końcem noża. Czwarta w retuszu różanych ust

i białych koszul przetrwała za szkłem. Pozłoconą ramką

 

obejmuje ich dwoje: fotograf domalował pannie młodej

wianek z róż (we wsi była najmniejsza, nieposażna

i na dodatek miała krótszą nogę, bo akuszerka wolała

ciągnąć samogon niż pilnować położnicy; wszystkiemu

 

winne przeznaczenie – mamrotała). Nikt nie chciał

babki za żonę, chociaż mówiono, że jak na kuternogę,

silna jest i robotna. Kostek wziął. Sypnęły się dzieci,

ulęgałki z gruszy przy kuźni, marły i rodziły kolejne;

 

kiedy Marianna nosiła ostatniego syna, śmierć

tknęła dziadka kościstym paluchem, jakby wołała

znajomka na jednego. Poszedł. Może dlatego

na każdym zdjęciu ma w oczach tajemnicę,

nie powiedział wszystkiego;

 

ojciec przechował to dla mnie.

początek strony


II Nagroda ~ Kamila Pawluś



W drodze do Mustangu

 

Oddychając paniką i potem zwierząt – przy każdym stąpnięciu obłok

sproszkowanego łajna – rytmiczne powtórzenia kroków, wkradający się nocą

chłód – nasłuchiwaliśmy, czy nie dotknie nas wśród rzadkich drzew, orzeźwiających

jąder pomarańczy; czy nie pochwyci, nie wstrząśnie, przeistoczy; łowiąc czujnym okiem

wszelkie zakłócenia rytmu, rejestrowaliśmy, agenci wywiadu z innej części planety, jak

wznoszą się i opadają pola sensu, wykreślone starannie pierścienie wegetacji;

nasłuchiwaliśmy, z każdym kamieniem zbliżając się do granic, może zagrzechoczą kości,

załomocą drewniane rekwizyty, gardłowy zaśpiew rozerwie monotonię wzgórz. Tymczasem

mijały nas białe i czarne plutony owiec, oficerowie w chustach ciskali rozkazy w nieznanym

języku, słońce lizało piach; na ścianach domów i przydrożnych słupach kwitły, czerwono,

niebiesko, skuteczniejsze niż czary Milarepy, bardziej toksyczne niż tojad, którym zatruwano

broń – hieroglify idei: siermiężny sierp, młot; rozszczepiające kamień ostrze deklaracji:

Nepal Maoists Area – ciarki, jakby sam Marks-Lenin zstąpił i machał do nas

rozkładającą się ręką.

 

 

 

Walce rdzewiejących puszek

 

Pod kaskadą piachu, myśląc o przesypującym się poranku,

staliśmy, a koło wiatru obracało się w dolinie. Domy z łupanego kamienia

otoczone murami z łupanego kamienia, między którymi – uliczki z łupanego kamienia:

wszystko dawało odpór najazdowi drobiazgu. Nasza obecność rosła w szparach murów

i spękanych bramach, tymczasem skobel wisiał, na cześć poukrywanych za okiennicami,

broniąc dostępu do krągłych głów kapusty i nagich jabłoni. Oddalające szkło obiektywu

zachodziło mgiełką, w zaułkach jak stare przekupki terkotały walce rdzewiejących puszek

na obrotowych osiach: bądź pozdrowiony klejnocie, klejnocie, w kwiecie lotosu, lotosu

lub też cokolwiek innego. Inskrypcje na skałach mówiły o świętych pismach

i czasie, dłucie, wiedzionym pewną ręką, oddanym na usługi niepewnej wieczności.

Do zamkniętych podwoi destylarni ktoś przybił inną modlitwę, może

równie skuteczną: za parę miesięcy wrócę.

początek strony


III Nagroda ~ Robert Król



* * *

 

Jak po sznurku, nosem tuż przy posadzce,

nie patrz w obiektyw. W zamian może ci

towarzyszyć włączony telewizor, ale bez

fonii. Znowu powiedzą to samo, co zwykle:

że nie ma wody, dzieci, że święta na stoku.

W kalendarzu mamy środek jedenastego.

Zastanawiam się czy w stolicy na pewno

jest ten sam dzień tygodnia. W granicach

miasta jedna osoba uruchamia naręcza

trosk, doprawdy tyle nowych, pachnących

nieprzewidywalnych zjawisk. Zdziwienia

szerokie, jak perspektywa życia z trwogą

i nabrzmiałym strachem znikąd, stamtąd.

Z wnętrza czegoś, co mogło być też twoje.

 

 

 

* * *

 

Ojciec zdejmował skórę z królika powoli,

patrząc w lustro, jakby szukał strzępów

duszy w oczodołach albo wspomnień

odholowanych tak daleko, że nie da się

ich przywołać. Chciałem, żeby choć raz

spojrzał na mnie i nadgarstkiem stoczył

sobie kroplę potu z czoła, ale nie śmiał.

Oto jawne czynności, prawie przewroty

kopernikańskie. Życie bogate w detale

z przeszłości, nabrzmiałe od nadmiaru

ekwiwalentów zdolnych nazywać świat.

Ten świat. Z rozkojarzonymi neonkami.

Te akwaria jak encyklopedyczne portale.

Dni grubymi nićmi dziergane, wieczory.

 

początek strony


Wyróżnienie (ex aequo) ~ Tatiana Judycka



Klisze

 

 

Najpierw były białe korytarze. Melodie podawane w ultradźwiękach.
Mantry pożegnań. Kadzidła. Kwiaty. Strach.

 

Potem tylko światło i chrobot. Myszy są tu od zawsze, węszą po śladach
wydeptanych w skórze. Ból tkwi głęboko jak przeszczep, trzyma cię.

 

Ucz się na pamięć każdej burzy. Sny są niejasne, lecz trafisz po zapachu.
Co minutę dojrzewa inna pora roku. Przegryzaj rzekę jak ość aż dojdziesz do siebie.

 

Bóg zaszczuty w tobie układa rebusy. Kto cię zasupłał, zabronił mówić?

Nie widać blizn po oddechu. Nic nie zostało prócz tamtych imion na szkle.

 

Dotyk był końcem drogi, piętnem, które nosisz jak szkaplerz. Nażarły się
kwiaty, nie wracaj. Nie ma mnie wśród żywych ani umarłych.

 

początek strony


Wyróżnienie (ex aequo) ~ Izabela Kawczyńska



Żniwa

 

Drżenie kotów kłębi się w futrach; skóra marszczy się jak woda,

pod którą błękitne światło pulsuje niczym serce. Słońce przecieka

na drugą stronę. Łuna jest bogiem, co krwawi nad lasem. Źdźbła

trawy kiełkują jak małe modlitwy. Odległe żniwa bolą już teraz.

 

Zwierzęta snują się strapione; ich kości chrzęszczą w obcisłych

aureolach. Nozdrza z daleka węszą śmierć. Nie mając grzechów,

ufają zmartwychwstaniu; szykują płytkie norki grobów. Gdy umrą,

pobłogosławię, jak wymarłe miasta, ich noski, pazurki, języki i skóry.
   

początek strony


Wyróżnienie (ex aequo) ~ Krzysztof Kleszcz



Nurt

 

 

Wciąż siąpi. Babrze się w sepii dzień ze skuch

i bredni. Wszystkiego w brud, trzeba gadać do siebie

jestem na dobrej drodze, chodzić po wodzie.

To tylko mżawka. Poliże mi czoło, odczyni urok.

 

Tylko ziąb, dziwny przyruch i jęk tkanek – nic.

Zmokła kura zniesie wszystko. Naczynia są połączone

rynną. Przelewa się czara, wycieraczki pracują

jakby mówiły no nie wiem, nie wiem. Wśród ławic

 

samochodów – skalar. Na drogowskazie skaza,

nie wiadomo ile i w którą stronę. Rzucam monetą,

a potem wyjmuję je z błota i gliny. Robię wdech,

jakbym miał się zanurzyć, w czymś co mnie wyniesie.
   

początek strony

 

 

 



Archiwum

Powrót do strony Konkursu

Powrót do strony głównej