|
|
|
Biuletyn |
XVIII Konkursu Poetyckiego o Nagrodę im. K.
K. Baczyńskiego |
|
I Nagroda: |
Dnia
30 stycznia 2009 roku odbyło się posiedzenie przewodniczący:
Tomasz Cieślak (Łódź) Na
konkurs nadesłano 93 zestawy. I Nagrodę, w wysokości 1000 zł, przyznano II Nagrodę, w wysokości 600 zł, przyznano III Nagrodę, w wysokości 400 zł, przyznano Trzy równorzędne Wyróżnienia
przyznano: Ogłoszenie
wyników konkursu i wręczenie nagród miało miejsce podczas
Wszyscy moi krewni tłoczą się i każdy chce, by opisać jego historię, nawet pradziadek Jakub, którego w żadnym razie nie mogę pamiętać. Nic o nim nie wiem prócz tego, że fundował krzyże, to był jego sposób na spokój, przez ażur kutych linii prześwietlić pola: tłustą, nadbiebrzańską ziemię pełną pędraków i długie prostokąty ozimin nasycone zielenią. Wyobrażam sobie: wędruje z jednego na drugi koniec wsi, liczy kroki, potem wyznacza fundamenty domu, nie wie, że za niecały wiek zostanie po nim studnia i wiśniowy sad, w którym prawnuczka będzie zrywać cierpkie owoce, wymieniać pestkę na ziarno żyta, rozgryzać. Żałować, że człowiek zaczyna pytać, gdy jest za późno. Ojciec.
Matka. Czas dojrzewania Ptaki buszują w winogronach, które nabrzmiewają zapowiedzią moszczu, ciężarem naskórka, torfowym smakiem na języku, cierpkim od fioletu. Pomiędzy liśćmi Ojciec. Sękatymi rękoma uśmierca niepotrzebne pędy, metodycznie wycina bezowocne latorośle. Zawsze wiedział, czego chce, wytrwale skazujący na śmierć niezrozumiałe i nowe. Całkiem inaczej niż Matka. Drepce jak co dzień, niepewna w najważniejszych sprawach, sprawna w codzienności. Czule obejmuje nurt łagodnie sięgający brzegów. Przeczuwam wzbierający czas dojrzewania. Pogłębia we mnie tę świadomość ptasi popłoch, kiedy zrywam na próbę oporne, ociężałe grona. Spadek Po dziadku Konstantym zostały cztery fotografie, trzy nabawiły się zmarszczek, pęknięć, jakby ktoś ciął ostrym końcem noża. Czwarta w retuszu różanych ust i białych koszul przetrwała za szkłem. Pozłoconą ramką obejmuje ich dwoje: fotograf domalował pannie młodej wianek z róż (we wsi była najmniejsza, nieposażna i na dodatek miała krótszą nogę, bo akuszerka wolała ciągnąć samogon niż pilnować położnicy; wszystkiemu winne przeznaczenie – mamrotała). Nikt nie chciał babki za żonę, chociaż mówiono, że jak na kuternogę, silna jest i robotna. Kostek wziął. Sypnęły się dzieci, ulęgałki z gruszy przy kuźni, marły i rodziły kolejne; kiedy Marianna nosiła ostatniego syna, śmierć tknęła dziadka kościstym paluchem, jakby wołała znajomka na jednego. Poszedł. Może dlatego na każdym zdjęciu ma w oczach tajemnicę, nie powiedział wszystkiego; ojciec przechował to dla mnie.
Oddychając paniką i potem
zwierząt – przy każdym stąpnięciu obłok sproszkowanego łajna –
rytmiczne powtórzenia kroków, wkradający się nocą chłód – nasłuchiwaliśmy, czy
nie dotknie nas wśród rzadkich drzew, orzeźwiających jąder pomarańczy; czy nie
pochwyci, nie wstrząśnie, przeistoczy; łowiąc czujnym okiem wszelkie zakłócenia rytmu,
rejestrowaliśmy, agenci wywiadu z innej części planety, jak wznoszą się i opadają pola
sensu, wykreślone starannie pierścienie wegetacji; nasłuchiwaliśmy, z każdym
kamieniem zbliżając się do granic, może zagrzechoczą kości, załomocą drewniane
rekwizyty, gardłowy zaśpiew rozerwie monotonię wzgórz. Tymczasem mijały nas białe i czarne
plutony owiec, oficerowie w chustach ciskali rozkazy w nieznanym języku, słońce lizało piach;
na ścianach domów i przydrożnych słupach kwitły, czerwono, niebiesko, skuteczniejsze
niż czary Milarepy, bardziej toksyczne niż tojad, którym zatruwano broń – hieroglify idei:
siermiężny sierp, młot; rozszczepiające kamień ostrze deklaracji: Nepal Maoists Area – ciarki, jakby sam Marks-Lenin zstąpił i machał do
nas rozkładającą się ręką. Walce rdzewiejących puszek Pod kaskadą piachu, myśląc o
przesypującym się poranku, staliśmy, a koło wiatru
obracało się w dolinie. Domy z łupanego kamienia otoczone murami z łupanego
kamienia, między którymi – uliczki z łupanego kamienia: wszystko dawało odpór
najazdowi drobiazgu. Nasza obecność rosła w szparach murów i spękanych bramach,
tymczasem skobel wisiał, na cześć poukrywanych za okiennicami, broniąc dostępu do krągłych
głów kapusty i nagich jabłoni. Oddalające szkło obiektywu zachodziło mgiełką, w
zaułkach jak stare przekupki terkotały walce rdzewiejących puszek na obrotowych osiach: bądź
pozdrowiony klejnocie, klejnocie, w kwiecie lotosu, lotosu lub też cokolwiek innego.
Inskrypcje na skałach mówiły o świętych pismach i czasie, dłucie, wiedzionym
pewną ręką, oddanym na usługi niepewnej wieczności. Do zamkniętych podwoi
destylarni ktoś przybił inną modlitwę, może równie skuteczną: za parę
miesięcy wrócę.
Jak po sznurku, nosem tuż przy posadzce, nie patrz w obiektyw. W zamian może ci towarzyszyć włączony telewizor, ale bez fonii. Znowu powiedzą to samo, co zwykle: że nie ma wody, dzieci, że święta na stoku. W kalendarzu mamy środek jedenastego. Zastanawiam się czy w stolicy na pewno jest ten sam dzień tygodnia. W granicach miasta jedna osoba uruchamia naręcza trosk, doprawdy tyle nowych, pachnących nieprzewidywalnych zjawisk. Zdziwienia szerokie, jak perspektywa życia z trwogą i nabrzmiałym strachem znikąd, stamtąd. Z wnętrza czegoś, co mogło być też twoje. * * * Ojciec zdejmował skórę z królika powoli, patrząc w lustro, jakby szukał strzępów duszy w oczodołach albo wspomnień odholowanych tak daleko, że nie da się ich przywołać. Chciałem, żeby choć raz spojrzał na mnie i nadgarstkiem stoczył sobie kroplę potu z czoła, ale nie śmiał. Oto jawne czynności, prawie przewroty kopernikańskie. Życie bogate w detale z przeszłości, nabrzmiałe od nadmiaru ekwiwalentów zdolnych nazywać świat. Ten świat. Z rozkojarzonymi neonkami. Te akwaria jak encyklopedyczne portale. Dni grubymi nićmi dziergane, wieczory. Wyróżnienie (ex aequo) ~ Tatiana Judycka
Najpierw były
białe korytarze. Melodie podawane w ultradźwiękach. Potem tylko
światło i chrobot. Myszy są tu od zawsze, węszą po śladach Ucz się na
pamięć każdej burzy. Sny są niejasne, lecz trafisz po zapachu. Bóg zaszczuty
w tobie układa rebusy. Kto cię zasupłał, zabronił mówić? Nie widać
blizn po oddechu. Nic nie zostało prócz tamtych imion na szkle. Dotyk był
końcem drogi, piętnem, które nosisz jak szkaplerz. Nażarły się Wyróżnienie (ex aequo) ~ Izabela Kawczyńska
Drżenie kotów kłębi się w futrach; skóra marszczy się
jak woda, pod którą błękitne światło pulsuje niczym serce. Słońce
przecieka na drugą stronę. Łuna jest bogiem, co krwawi nad lasem.
Źdźbła trawy kiełkują jak małe modlitwy. Odległe żniwa bolą
już teraz. Zwierzęta snują się strapione; ich kości chrzęszczą w
obcisłych aureolach. Nozdrza z daleka węszą śmierć. Nie mając
grzechów, ufają zmartwychwstaniu; szykują płytkie norki grobów.
Gdy umrą, pobłogosławię, jak wymarłe miasta, ich noski, pazurki,
języki i skóry. Wyróżnienie (ex aequo) ~ Krzysztof Kleszcz
Wciąż siąpi. Babrze się w sepii dzień ze skuch i bredni. Wszystkiego w brud, trzeba gadać do siebie jestem na dobrej drodze, chodzić po wodzie. To tylko mżawka. Poliże mi czoło, odczyni urok. Tylko ziąb, dziwny przyruch i jęk tkanek – nic. Zmokła kura zniesie wszystko. Naczynia są połączone rynną. Przelewa się czara, wycieraczki pracują jakby mówiły no nie wiem, nie wiem. Wśród ławic samochodów – skalar. Na drogowskazie skaza, nie wiadomo ile i w którą stronę. Rzucam monetą, a potem wyjmuję je z błota i gliny. Robię wdech, jakbym miał się zanurzyć, w czymś co mnie wyniesie. |
|
|
|
|
|