S L A M / Przyjdź pokrzyczeć na poetów  
Aktualności / Teksty / Obraz i dźwięk / Interakcja / Raport / Historia / FAQ / Sieć  
Leonard Leniuh

"Język to wirus, czyli Polskę atakuje bakcyl slam_poetry"



W przeciągu kilku lat Slam opanował całą Amerykę, a zaraz potem trafił do takich państw jak Niemcy, Belgia czy Anglia.
15.03. 2003 Slam miał swoją premierę w Polsce.
Imprezka odbyła się w Starej Prochoffni na warszawskim Nowym Mieście. A to za sprawą Bohdana Piaseckiego, który podobnie jak Marc Smith postanowił zmienić oblicze poezji w naszym kraju. Choć niewątpliwie towarzyszyła temu świadomość, że może być to nie łatwe i nie wiadomo czy slam w Polsce się przyjmie. A to dlatego, że ciągle pokutuje w nas syndrom, że "Słowacki wielkim poetą był" i chyba z tego powodu zjawisko to tak późno dociera do naszego kraju.
Kiedy już statystyczny młody Polak kończy swoją szkolną przygodę z literaturą, nie ma już więcej chęci i ochoty, żeby dobrowolnie sięgnąć po jakikolwiek wiersz. W końcu w okresie edukacji starano się go przekonać poprzez zagrożenie pałą, że "Słowacki wielkim poetą był". Efektem tego poezja w naszym kraju jest postrzegana właśnie w kategoriach romantycznych uniesień tego, co za "miliony cierpi". Jednak biorąc pod uwagę fakt, że znawcy tematu szacują, iż w Polsce jest jakieś 80 tys potencjalnych wierszokletów, a zaledwie tysiąc potencjalnych czytelników, to nasuwa się nieco ironiczne pytanie czy aby "cierpienie za miliony" było u nas ciągle trendy ?
Sprawdźmy...



***
Spot: Stara Prochoffnia
Godz: 21.00

Niewielka salka z czerwonej cegły powoli wypełnia się ludźmi - towarzystwo mieszane z dużą przewagą dwudziesto..., dwudziestokilkulatków, choć trafiają się poważniejsze twarze. Niektórzy podpierają filary, ale większość szuka miejsc siedzących.
Jakiś wysoki chłopak donosi krzesła, mówi, że zaraz zaczynamy.



Godz: 21. 30

Ten sam wysoki chłopak staje na scenie - to jest Bohdan Piasecki: sprawia wrażenie ucieleśnienia pozytywnej wibracji i to nie dziwi, kiedy z entuzjazmem prawie krzyczy, że pierwszy na świecie poetycki slam w Polsce uważa za otwarty. A potem się zaczęło...
Osiem osób, cztery pary w pierwszej rundzie. Każda z osób ma do dyspozycji określony czas - w "Prochooffni" były to trzy minuty. Tutaj właśnie najwyraźniej daje znać o sobie element sportowej rywalizacji, ale równie dużą rolę odgrywa tu pierwiastek przypadku czy hazardu. Zależy na jakiego przeciwnika trafisz. Slam jest otwarty dla wszystkich - dla majstrów słowa i kompletnych amatorów; dla poetów przez duże "p", jak i dla tych, co przyszli z ławki pod jakimś blokiem.
I tak się też prezentowali się przybyli zawodnicy. Było trzech panów o nieco bardziej konwencjonalnym podejściu do materii wiersza, podobne podejście prezentowały dwie panie - Aneta Kamińska i Ania Bartosiewicz. I było też trzech przedstawicieli ubranych swojsko luźno, czyli po prostu ziomków, których styl bardziej przypominał dobry flow niż klasyczne recytacje.
Na marginesie warto odnotować, że m.in. członkowie Anti Pop Consortium zawarli znajomość na czymś w rodzaju slamu - była to imprezka z pogranicza hip - hopu i szeroko pojętej poezji, która odbywała się pod hasłem "Rap Meets Poetry". Skoro już o tego rodzaju bezpośrednich koneksjach pomiędzy slamem i hip - hopem to nie sposób pominąć tu Saula Williamsa , swego rodzaju gwiazdy slamu. Jako nastolatek zaczynał właśnie w roli "mc", potem skończył filozofię i aktorstwo, a dzięki slamowi wybił się ze swoją poezją, po czym wrócił do swoich korzeni i nagrał hip - hopową płytę.
I właśnie gdzieś na przecięciu poezji i hip - hopu zaczął pierwszy zawodnik - Jaś Kapela. Miał tego pecha, że przypadła mu rola rozpoczęcia, więc jedzie...
Zaczyna od "Do discmana" - satyrycznie; zresztą większość jego textów była utrzymana w tym klimacie. Widać po kartce jak drży mu ręka. Czyta szybko, wręcz wypluwa słowa, chwilami nawet bełkocze, więc z publiki płyną pierwsze nieśmiałe reakcje. Słychać: "wolniej!", "głośniej!" - impreza nabiera rozpędu. Ludzie zaczynają kumać to, że nie są na żadnym nudnym wieczorku poetyckim, jak tłumaczył to Bohdan na wstępie - żywe reakcje publiczności są tu jak najbardziej pożądane.
Po Jasiu zapodaje jakaś panienka - Ania Bartosiewicz. Publika reaguje niemrawo, ale wydaje się, że nie bez powodu.
Potem głosowanie. Każda z osób w parze występowała oświetlona innym światłem - czerwonym bądź zielonym. Na stołach leżą karty do głosowania, spore kawałki papieru w kolorach zieleni bądź czerwieni. A wybór odbywa się przed podniesienie karty w kolorze tego zawodnika, który bardziej przypadł nam do gustu.
Przeszedł Jaś Kapela. Mimo, że Ania próbowała zjednać sobie publikę i zbić stres śpiewając przed deklamacją: "co ja robię tu ? co ty tutaj robisz ?", nie pomogło.
Dalej było już tylko lepiej - występy kolejnych trzech par, podgrzewane były żywiołowymi emocjami ze strony widowni. Przy czym wydawać się mogło, że poezja poezją, ale rozrywka jednak nieco bardziej w cenie. Dużo bardziej entuzjastycznie były przyjmowane właśnie takie występy. I tak np. niemałe poruszenie wywołał Piotr Bonisławski aka Boniek, podczas, gdy haiku Konrada Lewandowskiego nie odbijały się wybuchami radosnego śmiechu. Zresztą nie powinno to dziwić, skoro te krótkie słowne konstrukcje były przepełnione poważnymi znaczeniami, które bazowały choćby na biblijnych symbolach - wymagało to od słuchaczy pewnego wyrobienia. Natomiast Boniek, popisał się niesamowitą zdolnością improwizacji poprzez nawiązanie do estetyki piłkarskiej - blisko przez całe trzy minuty parafrazował Dariusza Szpakowskiego, zalewając publikę dynamicznym i pogiętym potokiem słów.



Godz: 22.00

Zgromadzona widownia stosunkowo szybko wyłoniła finalistów systemem pucharowym. Zostali nimi: Jaś Kapela i Boniek. I był to chyba kolejny dowód, że wycieczki w metafizyczne rewiry przegrywają konkurencję z dobrą dawką ironii i sarkazmu.
Jednak zanim doszło do finałowego pojedynku na scenie znowu pojawił się Bohdan i zapowiedział małą przerwę, którą miała uprzyjemnić muzyka zespołu "Organizm" i oczywiście puszka "hela coli" - niskoprocentowego napoju na bazie syropu z orzeszków coli znanego rodzimego producenta napojów gazowanych, bo wszyscy tak się najebali słowem, że nikt nawet nie myślał o alkoholu. Zresztą takie chyba było organizacyjne założenie imprezy, żeby unieść się jak najwyżej na skrzydłach poezji. A fakt, że dwa tygodnie temu do Prochoffni, która nie ma koncesji na sprzedaż napojów wyskokowych, wjechała policja skryto za delikatną zasłoną milczenia.



Godz: chwilę po 22.00

Na scenie montuje się Organizm. Trójka kolesi, którzy wyglądają stosunkowo młodo i skromnie. W składzie mają bas, perkę, gitarę. Jak kiedyś Ewa Braun. I tak też właśnie grają - jak Dymiter i spółka na "Esion". Na bazie sekcji i gitarowych sprzężeń budują wolne, hipnotyczne pejzaże, do których basista dorzuca oszczędne texty. Choć momentami nie brak im również dynamiki porównywalnej z Nomeansno.
Przed występem wokalista niefrasobliwie rzuca do mikrofonu: "To nie będzie poezja śpiewana". I chyba powiedział to z przekory - to była prawdziwa poezja dźwięków i słów.



Godz: ok. 22.30

Przychodzi czas na finał. Boniek vs Jaś Kapela. Prawie jak dwóch mc's w trakcie freestylowej bitwy. I Boniek właśnie jak rasowy freestyler stawia na improwizację - zdjął jakąś tablicę ze ściany i jedzie: czyta z niej text, starając się nadać mu jakiś rytm. Tym razem wypadł dużo gorzej - sławę, sztuki, pieniądze wyrwał Jaś Kapela. A tym samym, co jest tradycją slamu, został pierwszym uczestnikiem drugiej edycji slamu w Prochoffni.



Godz: 22.45

Kameralne przestrzeń Starej Prochoffni szybko pustoszeje. Zostaje zaledwie kilka osób, które chłoną dźwięki emanowane przez Organizm.
Przy wyjściu widać Bohdana - jest jeszcze bardziej rozentuzjazmowany niż na początku. Rozmawia z publiką, uczestnikami. Widać, że impreza się udała. Zresztą mówi to sam inicjator, udzielając wywiadu do kamery i podkreśla, że widzi przed polskim slamem świetlaną przyszłość.
Coś w tym chyba jest.



(Powyższy tekst jest fragmentem artykułu pt. "Język to wirus, czyli Polskę atakuje bakcyl Slam Poetry", który to artykuł został opublikowany w czasopiśmie Dos Dedos, w numerza z kwetnia 2003)