| S L A M / Przyjdź pokrzyczeć na poetów | ||
| Aktualności / Teksty / Obraz i dźwięk / Interakcja / Raport / Historia / FAQ / Sieć | ||
|
Pierwszy poetycki slam w Katowicach: 21.03.04: Wieczorem pierwszego dnia wiosny tu tałsend and four odbył się pierwszy Katowicach pojedynek Slam Poetry. Na stracie stanęło trzynastu zawodników, a tym samym obawa organizatorów, że udział w rywalizacji weźmie zaledwie kilka osób, które zapisały się przez internet okazała się bezpodstawna; kolejni zainteresowani stanięciem do walki pojawiali się jeszcze długo po 18.30 mimo, iż było ogólnie wiadomo, że o tej godzinie lista miała zostać zamknięta. Apogeum zapisów przypadło chyba nawet na 18.45 - 19.00. Jednak organizatorzy przymknęli na to oko. Zresztą potem mieli robić to jeszcze nie raz, bo byli stosunkowo luźno przygotowani, żeby nie powiedzieć w ogóle i impreza odbywała się według mocno improwizowanego scenariusza. Stąd może pewne momenty scenicznego chaosu, które wprawdzie nieco zdezorientowały zgromadzoną publikę, ale za to jak urozmaiciły wieczór. A ten zaczął się jeszcze przed 19.00 swobodnym jamowaniem kilku muzyków, których gra oscylowała wokół stosunkowo prostych, okołojazzowych klimatów ? żadnej wirtuozerii, po prostu przyjemna muzyczka. Początek nieco się przeciągał, co dało się zaobserwować, po licznie zgromadzonej publiczności, w której, co rusz dawało się słyszeć pytania w rodzaju: ,,Kiedy to się zacznie?'' ,,Już!'' odpowiadam na jedno z takich pytań, wchodząc na scenę gdzieś koło za 19.45. I zaczęło się. Mieliśmy dobry wjazd z kolesiem, z którym miałem przyjemność prowadzić tą imprezkę, ale zaraz potem zrobił się niezły burdel. Dałem się sprowokować jednemu z zawodników, którego stan dosyć jednoznacznie wskazywał na spożycie i skończyło się na tym, że wywołałem go na scenę zanim objaśniłem na czym polega akcja z jury; jako, że liczba zawodników była całkiem spora i w dodatku nieparzysta zdecydowaliśmy się na rundę eliminacyjną, na podstawie której miało zostać sześciu zawodników. Generalnie więc, na wjeździe na chwilę zapanował lekki rozpierdol - jury nie słyszy co bełkocze mocno zawiany Zbigniew D. A ten z kolei prowadzi jakiś wyimaginowany dialog z publiką, która to w ogóle już zbaraniała. ,,O co biega?'' pyta mnie współprowadzący. ,,Nie wiem'' mówię. Ale po chwili już wiedziałem. Wiedział też on, wiedziała publika. I.... ....zaczęło się. Tym razem naprawdę. Na pierwszy ogień poszedł Jacek Jaworek - połowa gliwickiego duetu hh Koligacja Gie - Ka. Nieźle, choć miał tego pecha rozpoczynać; trochę może naiwnie i nazbyt romantycznie, ale duży plus za bardzo dobre przygotowanie; poza tym trochę przydługo. Ten, który rozpoczyna zawsze ma się najgorzej, zwłaszcza jeśli jego teksty ocenia jury. Bo to on określa pewien podstawowy standard na wieczór. A potem to już było różnie, choć raczej z naciskiem na poezję niż kabaret czy hiphopowy flow. Bo poza Jackiem, to z ludzi związanych z hh, był jeszcze tylko Stasio. Choć ten pewnie mógłby się obrazić jeśli nazwać by go hiphopowcem. Tym bardziej, że w eliminacjach pojechał mocno pod Świetlickiego. Najpierw polizał stojak mikrofonu, potem zaczął ślinić sam mikrofon jak to Marcin ma w zwyczaju. A text był w podobnie obleśnej tonacji, zaczynał się jakoś tak: ,,Sperma.......Sperma.......Mela.......Mela, Mela, Melancholijnie nam się wieczór zaczął....[czy jakoś tak to było]?.'' I niewątpliwie był to najlepszy występ tego wieczoru, choć wygrać miał kto inny. ,,Najlepszy'', ponieważ oddawał kwintesencję slamu - doskonałe opanowanie tekstu podpartego odrobiną aktorstwa. Naprawdę, duży plus dla Stasia. Poza tym poziom był raczej przeciętny. Większość czytała z kartki, a noty które dostawali od jury spotykały się z gorącą dezaprobatą publiczności. ,,Ale przecież myśmy mieli mieć wpływ!'' słychać tego rodzaju głosy. Niestety, element przypadku jest także nieodłącznym elementem slamu. I nie zawsze wygrywają dobre wiersze, bo jury - podobnie jak publiczność, którą reprezentuje - nie zawsze potrafi docenić walory literackie czy sceniczne jakiegoś utworu, Zwłaszcza jeśli są to rzeczy tak osobiste jak np. Piotra Myszczyszyna z Gliwic, który miał bardzo głęboki, liryczny set - był to również jeden z ciekawszych występów. Impreza więc trwa dalej. Po eliminacjach, mała przerwa na liczenie punktów; znowu gra muzyczka. I jest. Mamy pierwszą szóstkę; największą ilość punktów zdobył Stasio, bo aż 42. A reszty nie pamiętam - była Patrycja Pokrzywińska aka Rachela, Marek Rydzy, Kamil Szewczyk i ktoś tam jeszcze, ale sporo się działo tego wieczora, więc gdzieś mi to umknęło, jak zresztą lista na kartce. Nie umknęło mi natomiast kto wygrał.... ,,.....and the winner is.'' ,,Kamil Szewczyk.'' Nie chciał bisować, więc ten gorący wieczór, w dusznym klubie Gugalnder zakończył się na gratulacjach dla zwycięzcy. leniuh |
||