 |
|
 |

Szczecin 2004
format 14,4 x 20 cm, 75 stron, oprawa miękka
ISBN 83-916661-4-X
Copyright © by Dariusz Muszer, 2004
cena: 10 zł
|

Szczecin 2004
format 14,4 x 20 cm, 52 strony, oprawa miękka
ISBN 83-916661-3-1
Copyright © by Dariusz Muszer, 2004
cena: 10 zł
|
Dariusz Muszer
Z tomu Wszyscy moi nieznajomi
Kurt. Słowiańscy chłopcy
Bez wątpienia, byłem promiskuitą,
jak mawiał Gruby Steenky.
On zawsze musiał się wymądrzać
i ciągle szukał w książkach nowych słów.
Ja szukałem chłopców w barach i na ulicy,
podzieliliśmy się więc dobrze -
nikt nie właził drugiemu w paradę.
Zaliczyłem wszystkie szalety w mieście,
zaliczyłem wielu chłopców.
Sprawiało mi to przyjemność.
Nie mogłem żadnego zabrać ze sobą do domu,
bo najpierw była matka, potem Gruby Steenky.
Któregoś dnia powiedział, że to wszystko źle się skończy
i kazał mi wynieść się raz na zawsze.
Wtedy zrozumiałem, że z tym jego kochaniem,
to była jedna wielka bujda.
W mieście pojawił się świeży towar,
nie myślałem więc, co będzie dalej.
Zawsze lubiłem słowiańskich chłopców,
zostało mi to chyba po tym, który mnie zrobił.
Matka mówiła, że był Polakiem
i że uciekł do Australii, gdy chodziła z bębnem.
Bijcie, zabijcie - nie wiem, gdzie to załapałem.
Gdyby mnie przypadkiem nie zbadano,
do dziś pewnie myślałbym, że to przeziębienie
albo wiosenne osłabienie.
Zbliża się koniec.
Gruby Steenky przychodzi codziennie na oddział.
Jak sobie to załatwił, nie wiem;
on zawsze był cwany, jak moja matka.
Nie mówi, że to wszystko przez promiskuityzm,
nie używa już tych swoich mądrych słów
i niczego mi nie wyrzuca. Boi się.
Kładzie swoją rękę na mojej
i bezustannie patrzy we mnie jak w obraz.
Słyszałem, jak mówili,
że tak głęboka miłość
jest możliwa tylko między pedałami.
Ale to kłamstwo.
Gdyby żyła moja matka,
pokazałaby wam, co oznacza miłość.
Chciałbym jeszcze raz podnieść się
i nie mieć przy tym zawrotów głowy.
Poszedłbym w miasto, wypił kilka drinków,
zapalił marychę, obciągnął komuś druta,
pozwolił, aby ktoś mi obciągnął,
i objął ramionami całą tę cudowną noc.
Gruby Steenky
Zdradzał mnie na każdym kroku,
znieważał i wypominał, że jestem tłusty,
jak najtłustszy na świecie kawałek gówna.
Nie wychodziliśmy nigdzie razem,
wstydził się pokazywać ze mną na mieście.
Był nieopanowany, niepohamowany,
jakby ciągle bał się, że nie zdąży na pociąg.
Nie wiedział, że pociągi odchodzą i przychodzą,
a szyny i stacje pozostają.
Wtedy nie rozumiałem go.
W chwili najczarniejszej rozpaczy powiedziałem,
żeby sobie poszedł i więcej nie wracał.
Po raz pierwszy wziął coś dosłownie:
odszedł i zapomniał o mnie.
To nie miłość do słowiańskich chłopców
i nienawiść do nieznanego ojca zabiły go,
tylko moja niecierpliwość.
Byłem nieobecny i głuchy.
Gdybym nałogowo nie czytał tylu książek,
znalazłbym czas, żeby zobaczyć,
co się wokół mnie dzieje.
Teraz nie mogę już zrobić nic.
Trzymam jego rękę,
z każdym dniem bardziej przezroczystą,
i nikt nie może mi jej zabrać.
Czekam na swoją śmierć.
Chciałbym wynieść stąd Kurta,
usiąść z nim na zielonej łące,
rozciągającej się po horyzontu kres,
a słońce niech pieści nas delikatnie przez cały rok.
Tam, gdzie niedługo pójdzie Kurt,
nie będę już tłusty i nie będę już śmierdział.
Dariusz Muszer
Z tomu Jestem chłop
Piłkarz
Pierdzę
i cuchnę piwem,
gdy siedząc na kanapie,
gapię się w telewizor
na kolejny mecz.
Nie znalazłem
lepszego sposobu
na życie.
Proszę o łagodny
czwarty wymiar.
Taxi 1989
Została mi już tylko taksówka.
Wcześniej miałem rodzinę:
żonę, dzieciaka i dom.
Jeździłem po szesnaście
godzin na dobę,
żeby zarobić na życie.
Wzięła sobie kochanka.
Gdyby mi otwarcie nie powiedziała,
nawet nie zauważyłbym.
Taki byłem, kurwa, ślepy.
Chciałem, żeby dzieciak
miał lepiej, niż ja miałem.
Teraz pierdolę to wszystko.
Bulę na żonę, bulę na dzieciaka
i tak sobie myślę,
że życie całkiem dobrze
się ze mną obeszło:
została mi przecież taksówka.
Jak się człowiek spręży,
można zarobić.
A tę najdroższą dziwkę,
jaką miałem w życiu,
niech łysy chuj na krótkich nóżkach
wyrucha.
O twórczości Dariusza Muszera (ur. 1959), poety i prozaika od kilkunastu
lat mieszkającego w Niemczech, powiedzieć można, iż mimo krytycznoliterackiego
rezonansu, jaki zyskała po obu (!) stronach Odry, wciąż czeka na swojego
polskiego czytelnika. Książką, a właściwie książkami, które bez wątpienia
mają szansę zmienić ten stan, są dwa, wydane równocześnie w Bibliotece
"Pograniczy" tomy wierszy: Jestem chłop i Wszyscy moi nieznajomi.
Dzięki książkom tym wyraźniej widać odrębność, oryginalność poetyckiej
mowy autora Księgi zielonej kamizelki na tle panujących nam (niemiłościwie)
mód literackich: Muszer jako poeta dysponuje bowiem takim rodzajem
słuchu, jakiego na ogół wymaga się od prozaika czy dramatopisarza.
W jednym z wywiadów, stwierdził, iż "pisze po to, aby wyrazić
tych, którym nie dana została zdolność pisania" i w tej deklaracji
mieści się clou poetyckiej (i moralnej) strategii Muszera: sięga on
w rejony (języka) na ogół pomijane przez poetów, dzięki czemu wsłuchując
się w tę, par excellence polifoniczną, poezję, usłyszymy głosy taksówkarzy,
rybaków, gospodyń domowych i "wszystkich innych nieznajomych".
Muszerowi udało się odnaleźć poezję za granicą tego, co "poetyckie".
Książę monologu
/ recenzja/
Hojny i nieczęsty gest, jakim jest obdarowanie przez poetę czytelników
od razu aż dwoma swymi książkami, wydać się musi krytykowi decyzją co
najmniej intrygującą. Z takim pomysłem pisarza, oczywiście o ile odrzuci
się banalne (a może tylko wynikające ze znajomości wydawniczych realiów)
podejrzenie, iż mógłby on mieć swe źródło nie tyle w długofalowej autorskiej
strategii, co raczej w rejonach pozaartystycznych, wiążą się różnego
rodzaju interpretacyjne trudności: z pewnością "symultanicznie"
wydane książki czytać się będzie inaczej, niż gdyby były wydane osobno
(znika choćby pytanie o kontury poetyckiej ewolucji), a spekulować by
można, czy siła ich poetyckiego rażenia potęguje się raczej, czy rozprasza
Podobne wątpliwości towarzyszyły mi podczas lektury dwóch najnowszych
tomów poezji Dariusza Muszera, a precyzyjniej mówiąc, lekturę ich poprzedzały:
ten od kilkunastu lat mieszkający w Niemczech poeta, prozaik przekonał
mnie bowiem, dawno już nie czytałem tak rozważnie skomponowanych poetyckich
książek (skonstruowanych niemal "za bardzo"), i rzeczywiście
dobrze się stało, iż ukazały się wspólnie: odczytywane razem, "interakcyjnie"
- nawzajem się oświetlają, dynamizują, ukazując nam przy okazji wielowymiarowość
poetyckiej potencji ich autora.
"Piszę po to, aby wyrazić tych, którym nie dana
została zdolność pisania" - zwierzył się niegdyś Muszer w jednym
z wywiadów, i gdyby ktoś próbował szukać potwierdzenia tej po norwidowsku
niemal brzmiącej deklaracji na kartach dwu najnowszych jego książek:
Jestem chłop i Wszyscy moi nieznajomi, mógłby się przekonać, iż ma ona
również swój sens jednocześnie przewrotny i dosłowny (jednakże od razu
uprzedzę, iż nie chodzi mi o to, jakoby Muszer mówił, pisał w imieniu
analfabetów). Jak to więc należy rozumieć? Otóż oba tomy wierszy Muszera
są jednym z najbardziej konsekwentnych w najnowszej polskiej poezji
(i nie tylko) przykładów zastosowania liryki roli: osobliwość propozycji
autora Ludziojada polega jednak nie tylko na niezwykłym bogactwie, różnorodności
wykreowanych przez niego postaci, ale także na tym, iż w głównych rolach
obsadził on bohaterów poetycko, chciałoby się rzec, "niefotogenicznych"
(albo tak podpowiada nam jeden ze stereotypów tego, co "poetyckie",
tego, co godzi się w poezji): przed skonfundowanym czytelnikiem otwiera
się zatem świat codziennych trosk taksówkarzy, rybaków, bezrobotnych,
gospodyń domowych i "wszystkich innych nieznajomych". Konsekwencją
tak szczególnie zaprogramowanej poetyckiej "pierwszoosobowej narracji"
jest nie tylko próba imitacji sposobu mówienia tych postaci (ciekawe
gry z idiomem kolokwialnym), ale, co ważniejsze, sposobu ich myślenia,
mentalności. Poecie udaje się podołać obu tym zadaniom, dzięki czemu
otrzymujemy wgląd (i "wsłuch") w światy do tej pory dla liryki
niemal nieistniejące, a zaryzykowałbym stwierdzenie, iż Muszer penetruje
nawet te sfery, do których nie zbliżyło się wielu, stawiających sobie
za cel opis współczesności (także w interwencyjnym, tzw. zaangażowanym
trybie), polskich prozaików.
Jak więc wygląda ten "inny świat" wrażliwości,
po którym oprowadza nas Muszer za pośrednictwem swych proletariackich
ciceronów? Dowiemy się o nim wiele, wsłuchując się choćby w takie oto
"epitafium":
"Zostanie po mnie
szczęk pustych butelek
i płacz dzieci.
Jak nie piłem, to robiłem dzieci.
Jak nie robiłem dzieci, to piłem.
Czasami obie te rzeczy jednocześnie.
[...]
Zostanie po mnie
Szczęk pustych butelek,
Rozpacz matek i płacz dzieci".
(Dzieciorób, Jestem chłop)
Fragment ów, oprócz tego, iż skutecznie wprowadza nas
w "piekło nieudanego małżeństwa i dzieci", do którego to schematu
dałoby się sprowadzić większość przedstawionych tu biografii, w tomie
Jestem chłop ukazanych, co niezwykle istotne, wyłącznie z męskiej perspektywy
(na niefallocentryczny kontrapunkt czas przyjdzie w tomie Wszyscy moi
nieznajomi), każe postawić paradoksalne, wydawałoby się, pytanie o stopień
znajomości pośród "dzieciorobów" liryki Borowskiego. Poważniej
jednak mówiąc, do intertekstualnej gry zachęca czytelnika już sam tytuł
książki: nawiązanie do Świrszczyńskiej mogłoby przecież zapowiadać jakąś
maskulinistyczną summę: biologistyczno-psychologiczne studium tym razem
męskiego erotyzmu (a określając to jeszcze inaczej - "monologi
fallusa"). By studium to było wiarygodne, poeta chcąc być konsekwentny
i pamiętając o obszarach "męskiego świata", które wybrał sobie
za przedmiot obserwacji (a są to obszary z epoki "przedgenderowej"),
musiał jednak dotrzeć do najbardziej pierwotnych pokładów męskiej mitologii,
m.in. do źródeł tej "męskiej choroby", jaką jest mizoginia
(ba, ale także mizogamia i uksorofobia! podpowiedzą specjaliści[stki]).
Stąd nadobecność (ale chyba nieprzekraczająca progu monotonni) w tomie
Jestem chłop takich oto "wyznań": "Cieszę się, / że się
nie urodziłem / z cipką. // Porzygałbym się, / gdyby dobierał się do
mnie / taki facet jak ja" (Wyznanie). Enuncjacja ta jako żywo przypomina
wypowiedź Marka Hłaski, który zapytany niegdyś, co czuł podczas swojego
"pierwszego kroku w chmurach", odpowiedział bez zająknięcia:
"Była to radość". "Radość, że nie jestem... kobietą".
I pewnie, gdyby na lekturze tomu Jestem chłop poprzestać,
pozostałaby dla nas najnowsza poezja Muszera zbiorem sprawnie skrojonych,
ironicznych, kipiących jakimś poetyckim testosteronem anegdot (oto "nurt
chłopski" w poezji, do jakiego tęskniliśmy), które składają się
na ten osobliwy "mężczyzn portret własny" (w zbliżeniu widać
nieogolony, brutalny profil), tak się jednak nie dzieje: męski rezerwat,
przestrzeń duszną niczym cela pełna aresztantów (monologi więźniów to
zresztą jeden z cyklów pomieszczonych w tomie, ważny, gdyż pośrednio
wskazujący na "męskość", jako na najcięższe z więzień) opuszczamy
dzięki drugiej z wydanych w Szczecinie książek, bo oba najnowsze tomy
Muszera, pozostając komplementarne, głęboko się jednak różnią. Odmienność
ta ujawnia się już na poziomie konsystencji poetyckiej formy, o ile
w Jestem chłop dominowały frazy oszczędne, zwięzłe "męskie rozmowy"
z samym sobą, o tyle w wierszach z tomu Wszyscy moi nieznajomi znać
rękę prozaika, zdecydowanie grawitują one ku mowie niewiązanej (opowiadaniu,
noweli), ale nie na tych najbardziej zewnętrznych różnicach (pomiędzy
dwiema książkami) chciałbym się teraz skupić: to, co przykuwa, hipnotyzuje
uwagę czytelnika, znajduje się bowiem w innym miejscu. Widać to w (nietypowym)
sposobie lektury książki Muszera: będzie ona przebiegać nie tylko "między
słowami", "między wersami", do czego w wypadku tomów
poezji zostaliśmy przyzwyczajeni, ale także, i to już czytelnicze nawyki
narusza, "między stronami", dokładnie w tym miejscu, w którym
na ogół znajduje się drukarski szew, a powiedzmy więcej, poetycka siła
Dariusza Muszera objawia się i w tym, że nawet ten szew udało mu się
uczynić metaforą (egzystencjalnego rozdarcia, rozziewu pomiędzy kochankami).
Paradoks? Niezupełnie. Wszyscy moi nieznajomi są bowiem tak skonstruowani,
iż umieszczone vis-a-vis wiersze to krzyżujące się głosy mężczyzn i
kobiet, monologi bohaterów tego samego, najczęściej małżeńskiego, dramatu
(choć zdarzył się i przejmujący dyptyk homoerotyczny, a także "tryptyk",
historia miłosnego trójkąta opowiedziana trzema parami ust), monologi,
od razu dodajmy, które nie sumują się w dialog, nieprzerwanie polemizują
ze sobą, by nie powiedzieć - kłócą.
Polifoniczny efekt, jaki dzięki tym zabiegom autor osiąga,
nieoczekiwanie przekształca całość tomu w obrzęd, jakiś miłosny "sąd
ostateczny", na którym stawia bohaterów enigmatyczny On, by zapytać,
co zrobili ze swoją miłością, ze swoim życiem (zresztą, któżby to rozdzielał).
"Jeśli chcesz już wysyłać kogoś po mnie,
to wysyłaj. Tylko więcej nie dręcz.
Jak Jadwiga.
I jak tylko Ty to potrafisz."
(Zenon. Nocna modlitwa)
- skarży się jeden z bohaterów, a takich metafizycznych
(!) asocjacji jest w tomie rozsianych więcej: wiele z monologów tych
prostych, spracowanych, umęczonych życiem ludzi to głosy "stamtąd",
(auto)portrety, można by rzec, trumienne. "Utopiłem się kilkadziesiąt
metrów od domu. / Gdybym potrafił wtedy wyciągnąć rękę, / dotknąłbym
główek moich śpiących dziewczyn." - wyznaje Manfred, i nie jest
to jedyny z bohaterów, któremu dane było wystąpić podczas tych Muszerowych
"dziadów". Dziady? Tak napisałem, i tego już nie przekreślę.
|
 |
|
|