|
|
|
6
[59] 2005 |
||||||||
|
|
Jubileusze, jubileusze... Piotr Krupiński Niecodzienność historii Brygida Helbig Na darmo ktoś groził, gromił, ostrzegał. Nie zaznam bowiem spokoju,
jeśli nie spróbuję dotrzeć do pewnej rodzinnej tajemnicy, nurtującej
mnie już od dawna. Najlepiej będzie zacząć od początku, i pomału, ruchem
okrężnym zbliżać się do środka. Nie było jeszcze wtedy rodziców. Byli
Babka i Dziadek. Czy Dziadek był człowiekiem niezwykłym? Miał piękne,
choć nieco już wyblakłe, błękitne oczy i potrafił przepowiadać przyszłość.
Dziadek kochał konie. Huśtał mnie wozem po rozsłonecznionym miasteczku.
Jeździłam z nim opromieniona blaskiem, cała błoga i jakby nieżywa ze
szczęścia, pełna mrówek w czubkach palców, z niebem gwałtownie kołyszącym
mi się w głowie, ze stukotem kopyt końskich w żebrach, wstrząsana i
nieprzytomna. Nic piękniejszego nie mogę sobie przypomnieć, nic bardziej
upajającego. Kim był Dziadek, kim były jego konie, którymi mnie powoził?
Dlaczego znalazłam się tam, w jego królestwie, w regionach magii, zapachu
siana, starych kożuchów w szafie i na mleku, przypalonych blinów, jaj
bulgocących na smalcu, wachlarzu kart na stole, owocowej wódki i gnoju
końskiego? Byłam tam rzucona, podrzucona przez los. Nasiąkałam atmosferą
żółtych pól i suchych dróg, szarych stonek pośpiesznie zapędzanych do
pudełkowego aresztu, niefrasobliwych motylków bielinków, ostrych psów
i żelaznych szyn kolejowych, którym żmudnie, krok po kroku asystował
wieczorami dziadek. Obrastałam zapachem izby pełnej nierozwikłanych
pajęczyn, smutnych i samotnych Bozi, Jezusów otoczonych wiankiem apostołów
oraz starych, pożółkłych modlitewników. Moje policzki gorzały od buszującego
w piecu ognia. Za piecem pomieszkiwał zimą jeż, Babcia karmiła go mlekiem.
Co jakiś czas wystawiał mordkę zza węgła, żeby łypnąć na nas okiem. Piotr Krupiński Książka z antykwariatu, w której napotkałem tę rycinę, była pozbawiona
stron tytułowych, niczego więc nie mogę powiedzieć o jej autorze czy
wydawcy, wiem jedynie, dzięki dacie umieszczonej pod jedną z ilustracji,
że nie mogła się ukazać przed rokiem 1874. Magdalena Lachman Muzeum jest dziś postrzegane jako idea ze wszech miar ambiwalentna
i podlegająca przebudowie. Radykalnie zmienia się jego pozycja w kulturze,
co stanowi konsekwencję procesów zarysowujących się od przełomu XIX
i XX wieku, a z wielką intensywnością uobecniających się na przestrzeni
ostatnich dekad. Modyfikacji podlegają zasady organizacji muzeum, sposoby
kształtowania przestrzeni ekspozycyjnej, charakter i koncepcje wystaw.
Transformacji ulega również sposób postrzegania tej instytucji przez
odbiorców, z jednej strony coraz bardziej nieufnych wobec tradycyjnych
form muzealizacji; z drugiej strony wysuwających sprecyzowane oczekiwania
pod adresem tego typu placówek i przez to aktywnie uczestniczących w
kreowaniu ich współczesnego wizerunku. Charakterystyczne, że mimo licznych
narastających od końca XIX wieku aktów kontestacji muzeów i buntów przeciwko
nim wymierzonych (by przypomnieć tylko słynne nawoływanie do zatopienia
czy zburzenia tego typu instytucji zawarte w awangardowych manifestach),
ciągle chcemy je odwiedzać. Muzea nowej generacji zresztą bardzo dbają
o to, by goście do nich regularnie chadzali. Także liczne próby wyprowadzenia
obiektów dziedzictwa kulturowego i sztuki poza obszar muzeum nie zniosły
zapotrzebowania na te placówki. Nawet jeśli zachwiały ich status quo,
nie podważyły ich fundamentalnych założeń; innymi słowy, zmusiły te
instytucje do reformy, a nie do (samo)likwidacji. Agata Zawiszewska Podczas wakacji postanowiłam sprzedać zegar. Skoro już remont, o mały
włos - generalny, to i porządek z meblami, pomyślałam. A zatem zegar.
Koniec XIX wieku, stojący, z dwojgiem drzwi: osobne do wahadła, osobne
do cyferblatu, okucia mosiężne, szafa rzeźbiona, podwójne bicie. Wartość
rynkowa od czterech tysięcy w górę. Ha, pomyślałam, niezły pieniądz.
I wtedy zaczęło się to, co działo się za każdym razem, gdy podejmowałam
decyzję o sprzedaży mebli, które zostawili przedwojenni właściciele
w mieszkaniu przyznanym po wojnie mojej babci, a po śmierci babci -
mnie. Ostatecznie oddawałam meble za symboliczną kwotę osobom, które
lubią i cenią starocie, i o których wiedziałam, że będą o nie dbały,
skoro ja już dbać nie mogę lub nie chcę. Dojmująca świadomość, że przedmioty
te w gruncie rzeczy nigdy nie były moje, nie pozwalała mi czerpać z
nich zysku. Wystawa Codzienność historii zorganizowana w Muzeum Narodowym
z okazji sześćdziesięciolecia polskiego Szczecina i Pomorza stała się
dla mnie okazją do zastanowienia się nie tylko nad "losami naszego
regionu" i nad tym, jak "zwykli ludzie tworzyli wielką historię"
(Codzienność historii. Wystawa zorganizowana z okazji 60-lecia państwowości
polskiej na Pomorzu Zachodnim, folder wystawy, s. 3) - co proponowali
organizatorzy wystawy, lecz także nad moją tożsamością szczecińską.
Zachęcona ponadto do "podróży w czasie" oraz złożenia "z
fragmentów wspomnień" własnej historii, postanowiłam przy okazji
odpowiedzieć sobie na pytanie, co w końcu jest grane z tymi meblami
i zegarem. Danuta
Dąbrowska Odpowiedź na pytanie - co nam zostało z tych lat? - w domyśle, z lat
osiemdziesiątych - wydaje się oczywista: zostały nam wspomnienia. Sprawa
jednak komplikuje się, gdy stawiamy kolejne pytania, które tu koniecznie
postawić trzeba - co wspominamy i przede wszystkim, jak wspominamy?
Do stawiania tego typu pytań skłaniają oficjalne obchody 25. rocznicy
strajków sierpniowych i powstania "Solidarności", sprzyjające
dokonywaniu pewnych syntez, ale także refleksji nad znaczeniem tamtych
lat dla naszej obecnej rzeczywistości, którą przecież wciąż w latach
osiemdziesiątych zakorzeniamy. Dodatkowym czynnikiem jest tu pewne moje
osobiste doświadczenie, o którym swego czasu opowiadałam (nie ukrywam,
że z jakimś oburzeniem) moim kolegom-weteranom. Dziesiątego czerwca
tego roku uczestniczyłam w konferencji na temat kultury niezależnej
okresu stanu wojennego, która odbywała się w Pałacu Kultury i Nauki
w Warszawie. W czasie tej konferencji pewien bardzo młody historyk z
Poznania wygłosił referat dotyczący dziejów jednego z poznańskich czasopism
podziemnych. Był to bardzo rzetelnie przygotowany referat, autor dokładnie
wszystko zbadał - dotarł do autorów i redaktorów, zanalizował zawartość
poszczególnych numerów, odtworzył strukturę kolportażu, sposoby druku,
metody przechowywania, adresy tajnych drukarni. Na koniec jednak stwierdził,
że jednej rzeczy nie rozumie - jak to było możliwe i dlaczego to było
możliwe, aby tylu ludzi narażało swoje zdrowie, wolność, kariery i byt
rodzin dla tych marnie zadrukowanych kartek. Wychodząc z tej konferencji,
natknęłam się na walczących ze sobą zwolenników i przeciwników Parady
Równości i przywracającą porządek policję, która sprawiedliwie obdzielała
razami pałek obie zwaśnione strony. Najbardziej zdeterminowanych w obronie
swych poglądów demonstrantów wrzucano na podłogę w holu Pałacu, gdzie
czekali, aż zabiorą ich radiowozy. Zauważyłam, że policja dzisiejsza
bardzo się zewnętrznie różni od ZOMO, ale porządek przywraca równie
skutecznie. Co oczywiście nie znaczy, że mam coś przeciwko porządkowi
- w końcu musiałam jakoś dotrzeć na dworzec. W ciągu kilku godzin uczestniczyłam
w dwóch rzeczywistościach - tej wspominanej z lat osiemdziesiątych i
tej dzisiejszej z warszawskiej ulicy. Z pewnym nawet sentymentem pomyślałam,
że i dziś są młodzi ludzie, którzy bronią swoich przekonań i walczą
o ideały, mimo że pewnie kiedyś pojawi się jakiś młody historyk, który
powie, że nie rozumie. Halina Perkowska [...] postmodernism now Krytycy także mają swoje rytuały. Jednym z najważniejszych jest udział
w dyskusji wywołanej - koniecznie! - przez Ważne Pismo na temat współczesnej
literatury polskiej. Dyskusje sprowadzają się zwykle do tego samego,
czyli do narzekania, że żyjemy w czasie kryzysu i upadku. Zwykle biorą
w nich udział ci sami, dobrze znający siebie nawzajem krytycy. Zwykle
dochodzą do tego samego wniosku - że mianowicie przeżywamy kryzys i
że kiedyś było lepiej. Jest to wprawdzie to samo stwierdzenie, które
poprzedzało dyskusję, ale fakt ten nikogo nie deprymuje. Rytuał się
odbył i został przygotowany grunt do powtórzenia go za jakiś czas. PS Występujące w tym felietonie odwołania do dyskusji "Literatura polska po 15 lat wolności", toczonej na łamach "Tygodnika Powszechnego" są przypadkowe i niezamierzone. Jesień w Szczecinie trwa cały rok. Mgły to tylko część tutejszej jesieni.
Malutka cząstka, na swój sposób nawet romantyczna. Kiedy brnę o świcie
lub wczesną nocą przez kłaki oblepiające mi spodnie na wysokości kolan,
kiedy jadę samochodem przez snujące się leniwie zwały mgły - jestem
u siebie; czuję jesień, która przenika i moje ciało, ulegające powoli
nieuchronnej dezintegracji, i domy, kruszejące w słońcu i na wietrze,
i lasy okalające miasto, gdzie pnie drzew pokrywają się chorobliwym,
śliskim nalotem zieleni, a w powietrzu stoi duszący zapach zbutwiałej,
gnijącej ściółki. Jesień w czasie kalendarzowej jesieni tylko nieznacznie
się różni od jesieni w inne pory roku, tak czy owak, by nie brnąć w
szczegóły - w najgorętsze dni lata, gdy asfalt odurza smolistym opium,
a pot ludzki wisi w powietrzu na wysokości pach (nie radzę pochylać
głowy, gdy idziesz spacerkiem po Wojska Polskiego), jesień niepodzielnie
rządzi miastem, zmierzch czuć każdego poranka, schyłek po prostu leży
na środku drogi - spojrzysz, rozpoznasz, wstrząsną tobą złe przeczucia
i nic już nie będzie takie samo. Zawsze będziesz się budził z tą charakterystyczną
szczecińską nostalgią i każdego dnia na dzień dobry, powiesz sobie w
duchu (albo wymamrotasz): już jesień. Arleta Galant Elfriede Jelinek: Wykluczeni. Warszawa: W.A.B., 2005. - 268 s. Spośród wydanych do tej pory w Polsce powieści Elfriede Jelinek Wykluczeni
są książką najbardziej chyba austriacką. To znaczy: i tym razem dostajemy
bardzo typowe Jelinkowe literackie laboratorium międzyludzkiej przemocy,
jednak tu - dosadniej niż w Pianistce i Amatorkach - austriacka historia
i obyczajowość współtworzą naturalne dla tej przemocy podglebie. Historyczna
przeszłość przybrała w Wykluczonych postać m.in. pana Witkowskiego,
niegdyś "nieuszkodzonego, dwunożnego i w SS", teraz (akcja
powieści toczy się w końcu lat pięćdziesiątych) inwalidę rozmiłowanego
w amatorskiej pornografii, męża i ojca, znęcającego się nad żoną i dziećmi
dla moralnej higieny. W fabularnej sitwie tej powieści jest ów Witkowski
kalekim - fizycznie i psychicznie - wyrzutem austriackiego faszystowskiego
sumienia, emblematem wypartej narodowej winy, winy nieprzepracowanej,
nieodżałowanej, zamiecionej pod dywan. Ten historyczno-etyczny wątek
dopowiada do twórczości niedawnej noblistki sensy, do tej pory przez
polską krytykę raczej szczególnie nie rozdrapywane. Drugą stroną bezlitosnej
krytyki, jaką Jelinek uprawia konsekwentnie pod adresem zasklepionego
w mieszczańskich hipokryzjach austriackiego społeczeństwa, okazuje się
osobliwa pisarska żałoba. Osobliwa, bo pełna złości i jadu żałoba-niezgoda
na - by posłużyć się tytułem powieści Bernharda, rodaka Jelinek - "wymazywanie"
narodowych grzechów, które nie przez przypadek w prozie autorki Pianistki
zawsze powracają podwójnie spotworniałe. Zbigniew Jarzębowski Piotr Sobolczyk: Homunkulus. Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2005. - 81s. Po poetyckim Samotuleniu (2002) i narracyjno-lirycznych Opowieściach
obrzydliwych (2003) Piotr Sobolczyk zaproponował czytelnikom kolejny
tom wierszy pt. Homunkulus (2005) - w "Pograniczach" z 2004
roku (nr 4) opublikował fragment prozy Masarasaklasa: Zbudujemy nowy
dom. Już debiutancki tom przyniósł młodemu poecie uznanie krytyków,
a znaleźli się wśród nich m.in. wybitni znawcy literatury: Stanisław
Balbus, Leszek Szaruga, Józef Baran, Ryszard Mścisz. Niemniej pochlebne
recenzje zebrał tom prozy Opowieści obrzydliwe. Aleksandra Krukowska Feministki własnym głosem o sobie. Wstęp i redakcja Sławomira Walczewska. Kraków: eFKa, 2005. - 212 s. Na początek kwestia tytułu. Bo wyjaśnia on wszystko, prawie wszystko.
Czytając usłyszymy [sic!] czyjś głos, i będzie to dodatkowo g ł o s
w ł a s n y. Notka na okładce zachęca: "Dziesięć polskich feministek
opowiada o sobie, o swym życiu i o swoim feminizmie. Książka do czytania
i do słuchania. Poczytaj ją sama, poczytaj innym". Zmysł czytania
wzmocniony został nieprzypadkowo zmysłem słuchu, uaktywniającym z(a)mysł
odbioru. Świat dźwięków - dowodzi psychoanaliza - jest bowiem nie tylko
najbardziej pierwotnym z naszych światów, ale jednocześnie jest źródłem
późniejszych doznań i przeżyć, inspiruje i uwodzi. Tak jak głos matki
uwodzi dziecko. Słuch odsyła do tego, co niewidzialne lub nie dość widziane.
I chyba właśnie dlatego tytuł książki pod redakcją Sławomiry Walczewskiej,
najnowszej książki krakowskiego wydawnictwa eFKa, nawiązuje do konotacji
i symbolicznych znaczeń g ł o s u. Zresztą owe nawiązania brzmią konsekwentnie.
Tym razem wydobywany g ł o s jest Jerzy Madejski Tadeusz Dąbrowski: Te Deum. Kraków: Wydawnictwo a5, 2005. - 60 s. Najnowszy tomik Tadeusza Dąbrowskiego zatytułowany jest Te Deum. Podobnie
jak w poprzedniej książce wykorzystuje poeta tytuł, aby obudować wiersze
dodatkowymi kontekstami. Tu poeta nawiązuje do średniowiecznego hymnu,
Te Deum laudamus (Ciebie, Boga, wysławiamy), przypisywanego św. Ambrożemu.
To określa i temat, i typ organizacji mowy poetyckiej. Hymn Te Deum
występuje bowiem w brewiarzu i stanowi element codziennej liturgii przeznaczonej
przede wszystkim dla duchownych. Piotr Michałowski Wisława Szymborska: Dwukropek. Kraków: Wydawnictwo a5, 2005. - 48 s. Choć po lekturze poprzedniego tomiku Szymborskiej nie powinienem mieć
złudzeń, iż - parafrazując dewizę - Nobel oblige, przyznam, że najnowszy
jednak mnie jakoś zaskoczył. Nie kształtem i nie zawartością, ale samym
zaistnieniem. Poetka przyzwyczaiła nas bowiem do znacznie dłuższych
interwałów, dzielących poszczególne zbiorki, a tymczasem kolejny ukazuje
się już w trzy lata po Chwili (którą recenzowałem w "Kresach"
2002 nr 3-4). Mieści zaledwie siedemnaście wierszy, a więc wydaje się
przedsięwzięciem edytorskim podjętym nieco na siłę, bo tylko gramatura
papieru i kilka pustych stron ratuje grzbiet niewspółmiernie sztywnej
oprawy, wskazującej na księgę, a skrywającej zaledwie... arkusz poetycki. Adrian Sroka Leszek Szaruga: Wymysły. Kraków: Miniatura, 2005. - 110 s. Piszę pierwsze zdanie i mógłbym na nim zakończyć, ponieważ omawiana
książka jest interesująca bez dwóch zdań. Magdalena Urban Simone Veil: O prawo do aborcji. Tłum. Sławomir Królak. Warszawa: Sic!, 2005. - 102 s. O prawo do aborcji to tytuł wydanej właśnie przez wydawnictwo "Sic!"
książki Simone Veil. Co ciekawe, w tytule francuskiej edycji tejże publikacji
słowo "aborcja" nie pojawia się, brzmi on: "Les hommes
aussi s'en souviennent. Une loi pour l'Historie" - co na język
polski należałoby przetłumaczyć mniej więcej w ten sposób: "Mężczyźni
również o tym pamiętają. Ustawa dla Historii." Warto się na chwilę
zatrzymać przy tej transpozycji, gdyż twierdzę, że nawet jeśli decyzja
polskiego wydawcy była gestem wyłącznie marketingowym (próba wykorzystania
medialnej koniunktury), to i tak dostrzec można w niej pewne filozoficzne
implikacje, dzięki którym dowiemy się wiele o różnicy pomiędzy francuskim
a polskim dyskursem wokółaborcyjnym. |
|||||||||