Szczeciński
Dwumiesięcznik
Kulturalny
6
[59] 2005
 
 

 

Niecodzienność historii

Jubileusze, jubileusze...
Rzeczywiście złożyło się tak, iż to właśnie Historia, ta mniejsza, lokalna, ale i większa, ogólnopolska, ba, nawet europejska, jest bohaterką dużej części najnowszego numeru naszego pisma. Postanowiliśmy bowiem, raz jeszcze, w trybie rekapitulacji, przyjrzeć się dwóm, z pozoru tylko niepozostającym ze sobą w związku rocznicom: sześćdziesięcioleciu polskości Szczecina oraz ćwierćwieczu „Solidarności". A koincydencja to nieprzypadkowa choćby dlatego, iż niewiele jest na mapie miejsc, w których oba wcielenia historii („szczególne" i „ogólne") tak ściśle by się przenikały: tu można by przypomnieć fragment słynnej diatryby Churchilla, mówiącej o żelaznej kurtynie rozpiętej pomiędzy Triestem a Szczecinem właśnie, albo, by nie cofać się aż tak głęboko, sparafrazować hasło, które przez ostatnie miesiące krzyczało z billboardów całej Polski: „Zaczęło się (także) w Szczecinie". „Także", gdyż w oryginale - odsyłającym nas do sierpniowych strajków i legendy "Solidarności" - jest mowa tylko o Gdańsku. Tak to po czasie korekcie ulega... Korektorka-Wieczna, co nakazuje mi podkreślić nie tyle lokalny patriotyzm, co szacunek dla (cóż za archaizm) prawdy historycznej. Może jednak - pyta eseistka - Szczecin „trochę na własne życzenie, został jakby z tych obchodów wyłączony czy też zepchnięty na margines?" (odesłany do narożnika mapy?). To tylko jedno z wielu intrygujących pytań, z jakimi zmaga się w tekście „Co nam zostało z tych lat?" Danuta Dąbrowska. Z nieco innej perspektywy czasom „po runięciu murów" przygląda się Halina Perkowska w artykule „Problemy z etosem „Solidarności""; mimo różnic oba teksty składają się na analizę ambiwalencji, „wielkiego rozczarowania", jak dziś postrzega się solidarnościowy zryw, dziś, gdy ze wspólnotowej wyobraźni Janka Wiśniewskiego wyparł Michał. Ciekawym kontrapunktem dla obu esejów są „konspiracyjne", strajkowe wiersze Dariusza Muszera.
Również o historii, a właściwie o metahistorii, traktuje tekst Magdaleny Lachman „Transformacje muzeum". Badaczka ta na przykładzie zmian, jakim współcześnie ulega muzeum, a które to przemiany najkrócej dałoby się streścić jako odesłanie tradycyjnie pojmowanej idei muzeum do... muzeum, mówi o wiele więcej, niż tylko o muzealnictwie. Przemiany zachodzące w muzeach, byłyby wszak refleksem ogólniejszych zmian zachodzących w cywilizacji, kulturze, czy może po prostu - w nas samych. Dobrą egzemplifikacją muzealnych ekspozycji nowej generacji była szczecińska wystawa „Codzienność historii", upamiętniająca sześćdziesięciolecie polskiego Szczecina i Pomorza. Osobistymi przemyśleniami po jej obejrzeniu dzieli się z czytelnikami Agata Zawiszewska. Codzienność historii, historia codzienności - o problemach tych nieco inaczej, bo za pomocą farb, mówi z okładki szczeciński malarz, Jarosław Eysymont.
Ale jest i Historia z nieco mniejszej litery... Oto bowiem postanowiliśmy uczcić sześćdziesięciolecie naszego przyjaciela, jednego ze współtwórców i wiernego współpracownika pisma - Leszka Szarugi. W numerze znajdą Państwo przejmujący esej samego jubilata, zaś o twórczości tego poety, prozaika, eseisty, literaturoznawcy, tłumacza (to tylko niektóre z jego życiowych ról) piszą interesująco Piotr Sobolczyk, Andrzej Skrendo, Piotr Michałowski, Adrian Sroka. Sześćdziesiąt lat minęło, Leszku. W miejscu tym chciałoby się przywołać jeden z tych kunsztownych gruzińskich toastów, zbyt długich, by przytoczyć je tu w całości, powiemy więc krócej: Twoje zdrowie, Druhu, niech nawet o krok nie opuszcza Cię wena.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie waham się nazwać tego numeru „historycznym". Spotkają w nim Państwo (chcemy wierzyć, że jak zazwyczaj) wiele dobrej prozy, zajmujące recenzje oraz szkice. Jest wszakże i tekst, który chcemy polecić szczególnej uwadze czytelników: oto wraz z tą edycją "Pograniczy" naszych dwóch stałych felietonistów wspiera trzecie pióro. Pióro nie lada jakie, autor „Kfazimodo", Dariusz Bitner. „Stąd" - tak nazywa się ów cykl, a na pytanie, co to za enigmatyczne miejsce, odpowiedzi należy szukać już w pierwszym felietonie.  

Piotr Krupiński

W numerze

Niecodzienność historii
Brygida Helbig Jarzębina czerwona (proza)
Piotr Krupiński Also sprach das Meer. Fragmenty pomorskie (proza)
Piotr Sobolczyk Leszka Szarugi mówienia i wymysły (szkic)
Andrzej Skrendo Blues Leszka Szarugi (szkic)
    Pod wersami Szczecina
Piotr Michałowski Żar(t) eschatologiczny [interpretacja wiersza Leszka Szarugi „Upał", z tomu „Przed burzą"]
Leszek Szaruga Księga z popiołów (1) (szkic)
Eryk Ostrowski Nad poezją wielką i czystą... O twórczości Ludmiły Marjańskiej (szkic)

Magdalena Lachman Transformacje muzeum (szkic)
Agata Zawiszewska Codzienność historii (szkic)
Danuta Dąbrowska Co nam zostało z tych lat? (szkic)
Halina Perkowska Problemy z etosem "Solidarności" (szkic)
Dariusz Muszer Marzec 1981 (poezja)
Joanna Giza-Stępień Już; Umarli (poezja)



Recenzje, omówienia, przeglądy


Adrian Sroka Przypadki inwencji. Literacka mozaika Leszka Szarugi (L. Szaruga: Wymysły)
Piotr Michałowski Repetenci w szkole świata (W. Szymborska: Dwukropek)
Jerzy Madejski "Dojrzewanie do siebie" (T. Dąbrowski: Te Deum)
Zbigniew Jarzębowski gryźć się w umysł / nie w język (P. Sobolczyk: Homunculus)
Anna Kałuża Poetyckie apokryfy (A. Kuciak: Dalekie kraje. Antologia poetów nieistniejących)
Anna Domalewska Poeta mianowany (K. Grzelak: Żyjąc pod księżycem)
Piotr Krupiński Drugie życie Rudolfa Niemca (M. Pankowski: Rudolf)
Alan Sasinowski Sarmata w Nowym Jorku (M. Nowakowski: Na zawsze jutro)
Arleta Galant Fizjologia przemocy (E. Jelinek: Wykluczeni)
Magdalena Urban O czym we Francji pamiętają również mężczyźni? (S. Veil: O prawo do aborcji)
Aleksandra Krukowska Feminizm. Postscriptum (Glosa do tematu) (Feministki własnym głosem, pod red. S. Walczewskiej)
Małgorzata Mikołajczak We władzy czwartego wymiaru (D. Opacka-Walasek: Chwile i eony)
Zbigniew Jarzębowski Zapamiętać ulotny dźwiękowy świat... (60 lat Polskiego Radia Szczecin)
Agnieszka Roguska Portret z błędnym rycerzem (koncert Michała Bajora w Filharmonii Szczecińskiej)
Zofia Wójcicka Mickiewiczowskie rocznice

Z narożnika mapy... (18) Karapet
Postmodernism now (15) Andrzej Skrendo
Stąd (1) Dariusz Bitner
Z biegiem dni... (kronika wydarzeń kulturalnych, oprac. Iza Krupa)

Książki nadesłane
Autorzy "Pograniczy"


Brygida Helbig
Jarzębina czerwona

Na darmo ktoś groził, gromił, ostrzegał. Nie zaznam bowiem spokoju, jeśli nie spróbuję dotrzeć do pewnej rodzinnej tajemnicy, nurtującej mnie już od dawna. Najlepiej będzie zacząć od początku, i pomału, ruchem okrężnym zbliżać się do środka. Nie było jeszcze wtedy rodziców. Byli Babka i Dziadek. Czy Dziadek był człowiekiem niezwykłym? Miał piękne, choć nieco już wyblakłe, błękitne oczy i potrafił przepowiadać przyszłość. Dziadek kochał konie. Huśtał mnie wozem po rozsłonecznionym miasteczku. Jeździłam z nim opromieniona blaskiem, cała błoga i jakby nieżywa ze szczęścia, pełna mrówek w czubkach palców, z niebem gwałtownie kołyszącym mi się w głowie, ze stukotem kopyt końskich w żebrach, wstrząsana i nieprzytomna. Nic piękniejszego nie mogę sobie przypomnieć, nic bardziej upajającego. Kim był Dziadek, kim były jego konie, którymi mnie powoził? Dlaczego znalazłam się tam, w jego królestwie, w regionach magii, zapachu siana, starych kożuchów w szafie i na mleku, przypalonych blinów, jaj bulgocących na smalcu, wachlarzu kart na stole, owocowej wódki i gnoju końskiego? Byłam tam rzucona, podrzucona przez los. Nasiąkałam atmosferą żółtych pól i suchych dróg, szarych stonek pośpiesznie zapędzanych do pudełkowego aresztu, niefrasobliwych motylków bielinków, ostrych psów i żelaznych szyn kolejowych, którym żmudnie, krok po kroku asystował wieczorami dziadek. Obrastałam zapachem izby pełnej nierozwikłanych pajęczyn, smutnych i samotnych Bozi, Jezusów otoczonych wiankiem apostołów oraz starych, pożółkłych modlitewników. Moje policzki gorzały od buszującego w piecu ognia. Za piecem pomieszkiwał zimą jeż, Babcia karmiła go mlekiem. Co jakiś czas wystawiał mordkę zza węgła, żeby łypnąć na nas okiem.
[...]


Piotr Krupiński
Also sprach das Meer. Fragmenty pomorskie

Książka z antykwariatu, w której napotkałem tę rycinę, była pozbawiona stron tytułowych, niczego więc nie mogę powiedzieć o jej autorze czy wydawcy, wiem jedynie, dzięki dacie umieszczonej pod jedną z ilustracji, że nie mogła się ukazać przed rokiem 1874.
I oto miałem ją w dłoniach: drobny gotycki druk wklęsłym śladem odciskał się w fakturze z lekka pożółkłych, pachnących tytoniem kart, których krawędzie pokryto wyblakłą dziś złotą farbą. Wertując przebiegałem wzrokiem po licznych rycinach: iluzja ruchu, zwodzone mosty zdawały się otwierać, parostatki wydychały kłęby węglowego dymu, drobne ludzkie sylwetki zaludniały targi rybne, portowe nabrzeża (jak się miało okazać, album wypełniały graficzne reprodukcje rysunków, miedziorytów, litografii portretujących Pomorze). Mimo to okaleczony wolumen trudno byłoby uznać za rara avis, właściwie był on typowym przedstawicielem rasy wciąż licznie reprezentowanej w szczecińskich, stargardzkich antykwariatach, książkowym nomadą, kolejnym wygnańcem z Bibliothek. Kryło się jednak w nim coś, co na trwałe miało odebrać mi spokój.
[...]


Magdalena Lachman
Transformacje muzeum

Muzeum jest dziś postrzegane jako idea ze wszech miar ambiwalentna i podlegająca przebudowie. Radykalnie zmienia się jego pozycja w kulturze, co stanowi konsekwencję procesów zarysowujących się od przełomu XIX i XX wieku, a z wielką intensywnością uobecniających się na przestrzeni ostatnich dekad. Modyfikacji podlegają zasady organizacji muzeum, sposoby kształtowania przestrzeni ekspozycyjnej, charakter i koncepcje wystaw. Transformacji ulega również sposób postrzegania tej instytucji przez odbiorców, z jednej strony coraz bardziej nieufnych wobec tradycyjnych form muzealizacji; z drugiej strony wysuwających sprecyzowane oczekiwania pod adresem tego typu placówek i przez to aktywnie uczestniczących w kreowaniu ich współczesnego wizerunku. Charakterystyczne, że mimo licznych narastających od końca XIX wieku aktów kontestacji muzeów i buntów przeciwko nim wymierzonych (by przypomnieć tylko słynne nawoływanie do zatopienia czy zburzenia tego typu instytucji zawarte w awangardowych manifestach), ciągle chcemy je odwiedzać. Muzea nowej generacji zresztą bardzo dbają o to, by goście do nich regularnie chadzali. Także liczne próby wyprowadzenia obiektów dziedzictwa kulturowego i sztuki poza obszar muzeum nie zniosły zapotrzebowania na te placówki. Nawet jeśli zachwiały ich status quo, nie podważyły ich fundamentalnych założeń; innymi słowy, zmusiły te instytucje do reformy, a nie do (samo)likwidacji.
O muzeach jest ostatnio głośno z różnych powodów. Zachwycają one nietypową architekturą, podejmują szereg inicjatyw i animują życie kulturalne, stają się popularnym, czasem wręcz kultowym miejscem spotkań, funkcjonują jako nowoczesne centra edukacji i przyciągają, nie tylko młodych odbiorców, niecodziennymi aranżacjami, realizują cele poznawcze, dydaktyczne, ale i rozrywkowe. Niekiedy budzą silne kontrowersje, bywają też obiektem zmasowanej krytyki i antykampanii, konsolidują lub antagonizują różnorakie środowiska, szczególnie aktywizując kręgi artystyczne.
[...]


Agata Zawiszewska
Codzienność historii

Podczas wakacji postanowiłam sprzedać zegar. Skoro już remont, o mały włos - generalny, to i porządek z meblami, pomyślałam. A zatem zegar. Koniec XIX wieku, stojący, z dwojgiem drzwi: osobne do wahadła, osobne do cyferblatu, okucia mosiężne, szafa rzeźbiona, podwójne bicie. Wartość rynkowa od czterech tysięcy w górę. Ha, pomyślałam, niezły pieniądz. I wtedy zaczęło się to, co działo się za każdym razem, gdy podejmowałam decyzję o sprzedaży mebli, które zostawili przedwojenni właściciele w mieszkaniu przyznanym po wojnie mojej babci, a po śmierci babci - mnie. Ostatecznie oddawałam meble za symboliczną kwotę osobom, które lubią i cenią starocie, i o których wiedziałam, że będą o nie dbały, skoro ja już dbać nie mogę lub nie chcę. Dojmująca świadomość, że przedmioty te w gruncie rzeczy nigdy nie były moje, nie pozwalała mi czerpać z nich zysku. Wystawa Codzienność historii zorganizowana w Muzeum Narodowym z okazji sześćdziesięciolecia polskiego Szczecina i Pomorza stała się dla mnie okazją do zastanowienia się nie tylko nad "losami naszego regionu" i nad tym, jak "zwykli ludzie tworzyli wielką historię" (Codzienność historii. Wystawa zorganizowana z okazji 60-lecia państwowości polskiej na Pomorzu Zachodnim, folder wystawy, s. 3) - co proponowali organizatorzy wystawy, lecz także nad moją tożsamością szczecińską. Zachęcona ponadto do "podróży w czasie" oraz złożenia "z fragmentów wspomnień" własnej historii, postanowiłam przy okazji odpowiedzieć sobie na pytanie, co w końcu jest grane z tymi meblami i zegarem.
[...]


Danuta Dąbrowska
Co nam zostało z tych lat? (fragment)

Odpowiedź na pytanie - co nam zostało z tych lat? - w domyśle, z lat osiemdziesiątych - wydaje się oczywista: zostały nam wspomnienia. Sprawa jednak komplikuje się, gdy stawiamy kolejne pytania, które tu koniecznie postawić trzeba - co wspominamy i przede wszystkim, jak wspominamy? Do stawiania tego typu pytań skłaniają oficjalne obchody 25. rocznicy strajków sierpniowych i powstania "Solidarności", sprzyjające dokonywaniu pewnych syntez, ale także refleksji nad znaczeniem tamtych lat dla naszej obecnej rzeczywistości, którą przecież wciąż w latach osiemdziesiątych zakorzeniamy. Dodatkowym czynnikiem jest tu pewne moje osobiste doświadczenie, o którym swego czasu opowiadałam (nie ukrywam, że z jakimś oburzeniem) moim kolegom-weteranom. Dziesiątego czerwca tego roku uczestniczyłam w konferencji na temat kultury niezależnej okresu stanu wojennego, która odbywała się w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W czasie tej konferencji pewien bardzo młody historyk z Poznania wygłosił referat dotyczący dziejów jednego z poznańskich czasopism podziemnych. Był to bardzo rzetelnie przygotowany referat, autor dokładnie wszystko zbadał - dotarł do autorów i redaktorów, zanalizował zawartość poszczególnych numerów, odtworzył strukturę kolportażu, sposoby druku, metody przechowywania, adresy tajnych drukarni. Na koniec jednak stwierdził, że jednej rzeczy nie rozumie - jak to było możliwe i dlaczego to było możliwe, aby tylu ludzi narażało swoje zdrowie, wolność, kariery i byt rodzin dla tych marnie zadrukowanych kartek. Wychodząc z tej konferencji, natknęłam się na walczących ze sobą zwolenników i przeciwników Parady Równości i przywracającą porządek policję, która sprawiedliwie obdzielała razami pałek obie zwaśnione strony. Najbardziej zdeterminowanych w obronie swych poglądów demonstrantów wrzucano na podłogę w holu Pałacu, gdzie czekali, aż zabiorą ich radiowozy. Zauważyłam, że policja dzisiejsza bardzo się zewnętrznie różni od ZOMO, ale porządek przywraca równie skutecznie. Co oczywiście nie znaczy, że mam coś przeciwko porządkowi - w końcu musiałam jakoś dotrzeć na dworzec. W ciągu kilku godzin uczestniczyłam w dwóch rzeczywistościach - tej wspominanej z lat osiemdziesiątych i tej dzisiejszej z warszawskiej ulicy. Z pewnym nawet sentymentem pomyślałam, że i dziś są młodzi ludzie, którzy bronią swoich przekonań i walczą o ideały, mimo że pewnie kiedyś pojawi się jakiś młody historyk, który powie, że nie rozumie.
[...]


Halina Perkowska
Problemy z etosem "Solidarności"

[...]
Istotne jest, iż solidarnościowa, pokojowa rewolucja zakończyła się pełnym zwycięstwem, wszystkie strategiczne cele zostały osiągnięte. Rozmiar tego zwycięstwa przekroczył najśmielsze oczekiwania nawet tych, którzy byli głównymi kreatorami pamiętnych wydarzeń.
Pojawia się więc pytanie: dlaczego zwycięstwo to od swego początku po dzień dzisiejszy jawi się w aurze nostalgicznego smutku, poczucia niespełnienia i rozczarowania?
Jest to szczególnie widoczne w różnych "rocznicowych obchodach", upamiętniających najważniejsze dla solidarnościowego ruchu wydarzenia (strajki sierpniowe, powstanie NSZZ "Solidarność", podpisanie porozumień itp.). Obchody te z reguły nie przybierają charakteru narodowych świąt, nie towarzyszy im ani powszechny entuzjazm, ani demonstracja dumy i satysfakcji z odniesionego sukcesu.
Istnieją, jak można sądzić, różnorakie przyczyny tego nieadekwatnego do rangi odniesionego zwycięstwa "stanu ducha" polskiego społeczeństwa. Można też sprawę skwitować odwołaniem się do prawdy ze wszech miar trywialnej: ziszczone marzenia z reguły rozczarowują, realna rzeczywistość okazuje się bowiem znacznie bardziej oporna niż rzeczywistość wyobrażona w ludzkich projektach.
[...]


postmodernism now
Andrzej Skrendo
Rytuały

Krytycy także mają swoje rytuały. Jednym z najważniejszych jest udział w dyskusji wywołanej - koniecznie! - przez Ważne Pismo na temat współczesnej literatury polskiej. Dyskusje sprowadzają się zwykle do tego samego, czyli do narzekania, że żyjemy w czasie kryzysu i upadku. Zwykle biorą w nich udział ci sami, dobrze znający siebie nawzajem krytycy. Zwykle dochodzą do tego samego wniosku - że mianowicie przeżywamy kryzys i że kiedyś było lepiej. Jest to wprawdzie to samo stwierdzenie, które poprzedzało dyskusję, ale fakt ten nikogo nie deprymuje. Rytuał się odbył i został przygotowany grunt do powtórzenia go za jakiś czas.
Rytuał dyskusji o literaturze ma swe reguły. Uzbiera się tych reguł czy też przykazań około dziesięciu - ale to liczba umowna... [...]

PS Występujące w tym felietonie odwołania do dyskusji "Literatura polska po 15 lat wolności", toczonej na łamach "Tygodnika Powszechnego" są przypadkowe i niezamierzone.


Dariusz Bitner
Stąd (1)

Jesień w Szczecinie trwa cały rok. Mgły to tylko część tutejszej jesieni. Malutka cząstka, na swój sposób nawet romantyczna. Kiedy brnę o świcie lub wczesną nocą przez kłaki oblepiające mi spodnie na wysokości kolan, kiedy jadę samochodem przez snujące się leniwie zwały mgły - jestem u siebie; czuję jesień, która przenika i moje ciało, ulegające powoli nieuchronnej dezintegracji, i domy, kruszejące w słońcu i na wietrze, i lasy okalające miasto, gdzie pnie drzew pokrywają się chorobliwym, śliskim nalotem zieleni, a w powietrzu stoi duszący zapach zbutwiałej, gnijącej ściółki. Jesień w czasie kalendarzowej jesieni tylko nieznacznie się różni od jesieni w inne pory roku, tak czy owak, by nie brnąć w szczegóły - w najgorętsze dni lata, gdy asfalt odurza smolistym opium, a pot ludzki wisi w powietrzu na wysokości pach (nie radzę pochylać głowy, gdy idziesz spacerkiem po Wojska Polskiego), jesień niepodzielnie rządzi miastem, zmierzch czuć każdego poranka, schyłek po prostu leży na środku drogi - spojrzysz, rozpoznasz, wstrząsną tobą złe przeczucia i nic już nie będzie takie samo. Zawsze będziesz się budził z tą charakterystyczną szczecińską nostalgią i każdego dnia na dzień dobry, powiesz sobie w duchu (albo wymamrotasz): już jesień.
[...]


Arleta Galant
Fizjologia przemocy

Elfriede Jelinek: Wykluczeni. Warszawa: W.A.B., 2005. - 268 s.

Spośród wydanych do tej pory w Polsce powieści Elfriede Jelinek Wykluczeni są książką najbardziej chyba austriacką. To znaczy: i tym razem dostajemy bardzo typowe Jelinkowe literackie laboratorium międzyludzkiej przemocy, jednak tu - dosadniej niż w Pianistce i Amatorkach - austriacka historia i obyczajowość współtworzą naturalne dla tej przemocy podglebie. Historyczna przeszłość przybrała w Wykluczonych postać m.in. pana Witkowskiego, niegdyś "nieuszkodzonego, dwunożnego i w SS", teraz (akcja powieści toczy się w końcu lat pięćdziesiątych) inwalidę rozmiłowanego w amatorskiej pornografii, męża i ojca, znęcającego się nad żoną i dziećmi dla moralnej higieny. W fabularnej sitwie tej powieści jest ów Witkowski kalekim - fizycznie i psychicznie - wyrzutem austriackiego faszystowskiego sumienia, emblematem wypartej narodowej winy, winy nieprzepracowanej, nieodżałowanej, zamiecionej pod dywan. Ten historyczno-etyczny wątek dopowiada do twórczości niedawnej noblistki sensy, do tej pory przez polską krytykę raczej szczególnie nie rozdrapywane. Drugą stroną bezlitosnej krytyki, jaką Jelinek uprawia konsekwentnie pod adresem zasklepionego w mieszczańskich hipokryzjach austriackiego społeczeństwa, okazuje się osobliwa pisarska żałoba. Osobliwa, bo pełna złości i jadu żałoba-niezgoda na - by posłużyć się tytułem powieści Bernharda, rodaka Jelinek - "wymazywanie" narodowych grzechów, które nie przez przypadek w prozie autorki Pianistki zawsze powracają podwójnie spotworniałe.
[...]


Zbigniew Jarzębowski
gryźć się w umysł
nie w język

Piotr Sobolczyk: Homunkulus. Toruń: Wydawnictwo Adam Marszałek, 2005. - 81s.

Po poetyckim Samotuleniu (2002) i narracyjno-lirycznych Opowieściach obrzydliwych (2003) Piotr Sobolczyk zaproponował czytelnikom kolejny tom wierszy pt. Homunkulus (2005) - w "Pograniczach" z 2004 roku (nr 4) opublikował fragment prozy Masarasaklasa: Zbudujemy nowy dom. Już debiutancki tom przyniósł młodemu poecie uznanie krytyków, a znaleźli się wśród nich m.in. wybitni znawcy literatury: Stanisław Balbus, Leszek Szaruga, Józef Baran, Ryszard Mścisz. Niemniej pochlebne recenzje zebrał tom prozy Opowieści obrzydliwe.
Homunkulus, ostatni tom poety, potwierdza wcześniejsze opinie o jego twórczości - to wiersze, obok których nie można przejść obojętnie. Sobolczyk nie obawia się rzeczywistości, i potrafił znaleźć własny, oryginalny sposób jej poetyckiej ekspresji. Kreśli obraz świata i siebie, podmiotu - intelektualnego, ale też emocjonalnego i cielesnego - w tym świecie próbującego zaznaczyć swoją obecność, znaleźć własną tożsamość i opowiedzieć ją własnym głosem. Nie przemilczając spraw tzw. wstydliwych, kulturowo cenzurowanych, a jednocześnie tak bliskich jak skóra ciału, seks pożądaniu i miłości, narcystyczny egocentryzm pogłębionej medytacji nad sensem świata... gryźć się w umysł, nie w język, wtedy można mówić o sprawach ważnych i najważniejszych.
[...]


Aleksandra Krukowska
Feminizm. Postscriptum
(Glosa do tematu)

Feministki własnym głosem o sobie. Wstęp i redakcja Sławomira Walczewska. Kraków: eFKa, 2005. - 212 s.

Na początek kwestia tytułu. Bo wyjaśnia on wszystko, prawie wszystko. Czytając usłyszymy [sic!] czyjś głos, i będzie to dodatkowo g ł o s w ł a s n y. Notka na okładce zachęca: "Dziesięć polskich feministek opowiada o sobie, o swym życiu i o swoim feminizmie. Książka do czytania i do słuchania. Poczytaj ją sama, poczytaj innym". Zmysł czytania wzmocniony został nieprzypadkowo zmysłem słuchu, uaktywniającym z(a)mysł odbioru. Świat dźwięków - dowodzi psychoanaliza - jest bowiem nie tylko najbardziej pierwotnym z naszych światów, ale jednocześnie jest źródłem późniejszych doznań i przeżyć, inspiruje i uwodzi. Tak jak głos matki uwodzi dziecko. Słuch odsyła do tego, co niewidzialne lub nie dość widziane. I chyba właśnie dlatego tytuł książki pod redakcją Sławomiry Walczewskiej, najnowszej książki krakowskiego wydawnictwa eFKa, nawiązuje do konotacji i symbolicznych znaczeń g ł o s u. Zresztą owe nawiązania brzmią konsekwentnie. Tym razem wydobywany g ł o s jest
w ł a s n y, w tytule periodyku dla kobiet i o kobietach, wydawanego przez tę samą fundację był p e ł n y (por. "Pełnym głosem" 1993-1997), a bodaj pierwsza z polskich antologii feministycznych tekstów, zredagowana także przez Walczewską, nosiła tytuł G ł o s mają kobiety. To kobiecy głos, własny i pełny, uwodzący i indukujący nieznane jest zatem przedmiotem (czy już spełnionego?) pożądania.
Na książkę składają się wypowiedzi dziesięciu kobiet współtworzących współczesny, obejmujący dwie dekady, polski feminizm. I co ciekawe, głos/mowa tych kobiet, wybranych przecież spośród wielu, jest nie tyle reprezentatywny, co odzwierciedlający różnorodność feministycznego dyskursu. Narracja, choć ukierunkowana diachronicznie i synchronicznie na feminizm, wiedziona jest wielotorowo i wieloaspektowo. Podlega zarówno zasadom komunikacji, czasem zwyczajnego opowiadania, ba! sprawozdania nawet, niekiedy zaś, intymnie, odsłania tajemnicę, aktualizuje więc magię wtajemniczania, inspiruje wyobraźnię i zaspokaja wolę wiedzy. Głos ów nie brzmi jednakowo, bo nie jest to głos ustrukturowany na mowę antycznego chóru, ile raczej współ-brzmi, a wątki opowieści tyleż się rozchodzą, krzyżują, wikłają sieć interpretacji, co nakładają palimpsestem. To sprawa odpowiednio zaprojektowanej "intrygi", ziarnistości tekstu. Książkę wieńczy kalendarium wydarzeń i solidnie przygotowana bibliografia współczesnego polskiego feminizmu.
[...]


Jerzy Madejski
"Dojrzewanie do siebie"

Tadeusz Dąbrowski: Te Deum. Kraków: Wydawnictwo a5, 2005. - 60 s.

Najnowszy tomik Tadeusza Dąbrowskiego zatytułowany jest Te Deum. Podobnie jak w poprzedniej książce wykorzystuje poeta tytuł, aby obudować wiersze dodatkowymi kontekstami. Tu poeta nawiązuje do średniowiecznego hymnu, Te Deum laudamus (Ciebie, Boga, wysławiamy), przypisywanego św. Ambrożemu. To określa i temat, i typ organizacji mowy poetyckiej. Hymn Te Deum występuje bowiem w brewiarzu i stanowi element codziennej liturgii przeznaczonej przede wszystkim dla duchownych.
To jednak nie wszystko. W tomiku poprzednim poeta zestawił swoje nazwisko z tytułem, uzyskując zabawny efekt (Dąbrowski mazurek - Mazurek Dąbrowskiego). Teraz na podobnej zasadzie wygrywa brzmienie imienia (Te Deum - Tadeusz). Te operacje ujawniają postawę twórczą Dąbrowskiego, który ma poetyckie kompetencje i śmiałość, by mierzyć się z twórcami i tematami najważniejszymi. Jednocześnie ma potrzebę ujmowania swojej wyobraźni w rygory konceptu.
[...]


Piotr Michałowski
Repetenci w szkole świata?

Wisława Szymborska: Dwukropek. Kraków: Wydawnictwo a5, 2005. - 48 s.

Choć po lekturze poprzedniego tomiku Szymborskiej nie powinienem mieć złudzeń, iż - parafrazując dewizę - Nobel oblige, przyznam, że najnowszy jednak mnie jakoś zaskoczył. Nie kształtem i nie zawartością, ale samym zaistnieniem. Poetka przyzwyczaiła nas bowiem do znacznie dłuższych interwałów, dzielących poszczególne zbiorki, a tymczasem kolejny ukazuje się już w trzy lata po Chwili (którą recenzowałem w "Kresach" 2002 nr 3-4). Mieści zaledwie siedemnaście wierszy, a więc wydaje się przedsięwzięciem edytorskim podjętym nieco na siłę, bo tylko gramatura papieru i kilka pustych stron ratuje grzbiet niewspółmiernie sztywnej oprawy, wskazującej na księgę, a skrywającej zaledwie... arkusz poetycki.
Rewelacji także zabrakło i trudno wskazać wiersz, który uzupełniłby dorobek poetki o jakąś wypowiedź istotną. Być może, moją postawę malkontenta wyjaśnić da się opisanym w psychologii zjawiskiem hamowania proaktywnego, choć tu dotyczy oceny, a nie procesów pamięci; ale niestety, właśnie pamięć demaskuje powtórki. Znów muszę zaprzeczyć opiniom kilku krytyków, jakoby każdy wiersz poetki zbudowany jest na koncepcie jednorazowym i niepowtarzalnym, niby odkrycie nowej "sytuacji lirycznej" w manifestach Przybosia. Przyznam, że począwszy od Chwili, która nie dorównując wcześniejszym tomikom, dotkliwie ujawniła wyczerpywanie się repertuaru, stałem się wobec Szymborskiej podejrzliwy, przyjmując w lekturze następnych utworów postawę tropiciela wtórności. W Dwukropku znajduję więc przede wszystkim eksploatację chwytów wynalezionych czy wypracowanych wcześniej i niemal w każdym nowym tekście widzę lustrzane odbicie któregoś z dawniejszych. Mógłbym zapewne tę zgubną dla dzieła dociekliwość tropiciela odwrócić, zmieniając nastawienie na bardziej przychylne i poszukiwać zamiast nakładających się śladów na przetartych ścieżkach, słabiej widocznych, bo drobnych modyfikacji w ukształtowanej dotychczas poetyce autorskiej, a więc wyjątków i niespodzianych olśnień na tle tego co znane. Próbowałem, ale nie potrafię. Żadnych lekcji zdziwień, które kiedyś dla poetki były zasadą główną. Oczywiście, biorę pod uwagę i to, że wcześniejsze publikacje tych wierszy w prasie (m.in. "Odrze" i "Kwartalniku Artystycznym") mogły zarówno osłabić efekt zaskoczenia, jak i złagodzić rozczarowanie. Owszem, są jakieś tematyczne suplementy, są dopowiedzenia, które wydają się jednak przeważnie zbędnymi kropkami nad "i", a jeśli wiązać je z tytułowym "dwukropkiem", znajdziemy tu raczej to, co następuje po nim, a więc niekonieczną dalszą egzemplifikację odkrytych wcześniej praw, niż myśli, które mogłyby ów dwukropek poprzedzić.
[...]


Adrian Sroka
Przypadki inwencji. Literacka mozaika Leszka Szarugi

Leszek Szaruga: Wymysły. Kraków: Miniatura, 2005. - 110 s.

Piszę pierwsze zdanie i mógłbym na nim zakończyć, ponieważ omawiana książka jest interesująca bez dwóch zdań.
Rzeczownik "wymysł" posiada - według definicji Słownika języka polskiego - trzy znaczenia. Po pierwsze, określa "to, co wymyślone, wynalezione, zwłaszcza dla zaspokojenia czyichś kaprysów, ku przesadnej wygodzie; rzecz nową, wymyślną, zbytkowną"; po wtóre: "zmyślenie, urojenie, fikcję"; wreszcie po trzecie: "obelżywe słowo, złorzeczenie". W nowym tomiku Leszka Szarugi pt. Wymysły dość harmonijnie pobrzmiewają echa wszystkich wariantów semantycznych owego kluczowego, tytułowego słowa, nie bez przyczyny występującego w liczbie mnogiej (zresztą trudno byłoby podejrzewać Szarugę o nieprzemyślenie tytułu). Wymysły są tryptykiem. Nie pierwszy raz autor decyduje się na tego typu konstrukcję książki, trójdzielny układ miał choćby wydany w 2001 roku niewielki zbiór Przed burzą, tym razem jednak podział tekstów dodatkowo motywowany jest ich datum oraz novum wydawniczym, jako że bez mała dwie trzecie z nich wchodziło w skład wcześniejszych publikacji Szarugi. Skrajne części tryptyku zawierają utwory już znane czytelnikom, trzon stanowi esencję wolumenu - teksty nowe. Pierwszy dział Wymysłów - Pomysły - obejmuje wszystkie aforyzmy, które w 2000 roku posłużyły poecie za materiał do wydania kieszonkowego zbiorku pt. Każdy jest kimś. Trzecia partia - Inne wersje - to z kolei cykl miniesejów (a właściwie mikroesejów), będących również trzecią częścią pozycji Przed burzą, tam jednak opatrzoną podtytułem Poza czasem. Środkiem Wymysłów są Przypadki - krótkie narracje, ubrane w formę obrazków, czy może lepiej: ramot. Od nich to właśnie zacznę niniejsze omówienie.
[...]


Magdalena Urban
O czym we Francji pamiętają również mężczyźni?

Simone Veil: O prawo do aborcji. Tłum. Sławomir Królak. Warszawa: Sic!, 2005. - 102 s.

O prawo do aborcji to tytuł wydanej właśnie przez wydawnictwo "Sic!" książki Simone Veil. Co ciekawe, w tytule francuskiej edycji tejże publikacji słowo "aborcja" nie pojawia się, brzmi on: "Les hommes aussi s'en souviennent. Une loi pour l'Historie" - co na język polski należałoby przetłumaczyć mniej więcej w ten sposób: "Mężczyźni również o tym pamiętają. Ustawa dla Historii." Warto się na chwilę zatrzymać przy tej transpozycji, gdyż twierdzę, że nawet jeśli decyzja polskiego wydawcy była gestem wyłącznie marketingowym (próba wykorzystania medialnej koniunktury), to i tak dostrzec można w niej pewne filozoficzne implikacje, dzięki którym dowiemy się wiele o różnicy pomiędzy francuskim a polskim dyskursem wokółaborcyjnym.
Oba tytuły należą nie tylko do różnego porządku semantycznego: polski, czysto informacyjny, podkreślający wręcz emancypacyjną walkę o prawo do... nie zmieścił w sobie symbolicznego ładunku oryginału, pewnie dlatego, że byłby całkowicie niezrozumiały, skoro w Polsce nie wszystkie kobiety chcą pamiętać o tym, o czym we Francji pamiętają również i mężczyźni. Francuski tytuł uświadamia więc nam, że europejski poziom dyskusji o prawie do aborcji osiągnął wyższy niż jedynie po-emancypacyjny pułap. Nie wystarczy, że prawo zostało zdobyte, wywalczone, trzeba, aby stało się regułą, weszło do Historii (pisanej wielką literą), tak, jak to stało się z prawami wyborczymi kobiet, prawem do głosowania. Zagubione w przekładzie zostaje zatem sedno owego, nazwijmy to, filozoficznego przesłania tytułu i zarazem całej książki - prawo do aborcji rozumiane jest jako niezbywalne prawo człowieka.
Sama Simone Veil zapytana o francuski tytuł (w sposób sugerujący, iż nie jest on jej autorstwa), odpowiedziała anegdotką: "Pewnego dnia w małym sklepiku na parterze mojego domu około pięćdziesięcioletni mężczyzna rzucił pod moim adresem takie słowa: »Ciągle mówi się o pani ustawie dla kobiet. Niech się jednak pani nie łudzi: dla mężczyzn to też był cholerny postęp!«" (s. 91).
[...]



cena: 5 zł

Na okładce:

Jarosław Eysymont
bez tytułu

technika mieszana