Zoom in vol. 1-9 - Wojciech Jachimiak, Grzegorz Filip



Grzegorz Filip: Mam przed sobą cykl płyt, wydanych przez Litewskie Centrum Informacji i Publikacji Muzycznych (www.mic.lt) w latach 2002-2008. Co roku wychodzi album obejmujący utwory powstałe w ubiegłym roku, tak więc każda płyta zawiera kompozycje różnych twórców napisane w tym samym czasie. Co sądzisz o takim sposobie prezentacji muzyki tego kraju? Mnie się podoba ten pomysł: nie jakaś antologia typu "the best of...", nie dziesięciopłytowy boks raz na 50 lat, jak u nas, lecz podsumowanie ostatniego roku.

Wojciech Jachimiak: Pomysł jest dobry z wielu powodów. Pierwsze to regularność - jeśli co roku ukazuje się płyta, to po iluś latach możemy mieć spory zbiór, co jest dobre dla wydawców, kompozytorów i odbiorców, bo przyzwyczaja do regularnego smakowania dzieł. Nieregularne duże wydawnictwa są dobre dla kolekcjonerów i znawców, ale trudniejsze do strawienia dla osób mniej wtajemniczonych w daną dziedzinę. Sztuka jest jak ogród, który wymaga regularnej pielęgnacji.

GF: Coroczna prezentacja nowości to coś, co się u nas nie mieści w głowie. Ile w ogóle mamy polskiej muzyki napisanej po 2000 roku, którą nagrano na płytach? Niebawem zamknie się dziesięciolecie i co będziemy o nim wiedzieć? Ale wracajmy do płyt litewskich. Jaką koncepcję przyjąłeś poznając ten obszerny materiał? Czy słuchałeś po kolei, od pierwszego do ostatniego albumu, czy też może użyłeś klucza kompozytorskiego lub jakiegoś innego sposobu?

WJ: Słuchałem po kolei, bo dla mnie to duży zbiór, przypomnijmy: dziewięć płyt! I ja słabo wcześniej znałem muzykę naszych północnych sąsiadów. Chciałem rzetelnie ją poznać, niczego nie pominąć. Być otwarty na nią. Nieuprzedzony. Klucz pojawi się później, mam nadzieję, przy drugim, trzecim wysłuchaniu, gdy będę szukał tego, co mi się podoba i co mnie zaskakuje, gdy będę szkicował uzasadnienia, tezy. Wiesz, przy pierwszym słuchaniu, jeśli nie mamy do czynienia z czymś wyjątkowym, a płyt jest dużo, może warto najpierw poznawać to trochę z oddali, bez zbytniego zaangażowania aż najpierw pojawi się tło, horyzont, na którym zaczną się kształtować w naszej percepcji rzeczy ważniejsze. Ciekaw jestem Grzegorzu - jak ty podchodzisz do tych dziewięciu płyt? Jaki wybrałeś sposób?

GF: Ja posuwałem się po kolei, chronologicznie, ale szybko znalazłem inny klucz - pokoleniowy. Co ciekawe, wygląda to podobnie jak w Polsce: są patriarchowie, czyli roczniki 1930., reprezentujący nurt tradycjonalizmu, potem debiutujący w latach 70. kompozytorzy nowego romantyzmu (urodzeni w latach 50.), dalej roczniki 60. (młodsi bracia neoromantyków) i 70. (twórcy poszukujący, bardziej niezależni). Reprezentacja najmłodszych jest niewielka i mało się o nich dowiadujemy.

WJ: Widzę, że szukałeś czegoś co cię zaskoczy, czegoś nowego dla ciebie. Ja nie oczekiwałem zaskoczenia. Starałem się być otwarty, być może dlatego, że znałem wcześniej tylko Kutavičiusa i Mazulisa.

GF: Ten komplet może być punktem wyjścia do poznania muzyki kompozytorów litewskich. Wielokrotnie słyszałem owe nazwiska, no, prawie wszystkie. Muzyka litewska ma przecież swoje miejsce w Polskim Radiu i dzięki temu jest u nas dość dobrze znana, w każdym razie na pewno lepiej niż literatura. Z drugiej strony naszą wiedzę o muzyce Litwinów, czy w ogóle krajów bałtyckich, może fałszować stereotyp, który wytworzyło obcowanie z twórczością Kutavičiusa i pokolenia urodzonego w latach 50. (Martinaitis, Urbaitis, Bartulis, Narbutaite). Wydaje nam się często, że to głównie muzyka neoromantyczna lub minimalistyczna, czerpiąca z tamtejszej tradycji ludowej, przepojona nastrojem północy, wtórująca procesom natury, kontemplacyjna. Czy przesłuchanie serii płyt promocyjnych, którymi się właśnie zajmujemy, przełamuje ten stereotyp czy w nim utwierdza? Czy wnosi coś nowego do naszej wiedzy o muzyce sąsiadów?

WJ: Ten zestaw jest przekrojem drzewa współczesnej muzyki litewskiej. Mamy starsze roczniki - patriarchowie, jak ich zwiesz. Mamy roczniki młodsze - i pewnie znamy je lepiej niż literaturę litewską, tak jest w moim przypadku. Stawiasz dwa pytania, o to na ile żywy jest stereotyp tej muzyki jako zdeterminowanej postacią Kutavičiusa ze środka drzewa i, drugie, czy można jako całość wpisać ją w północną odmianę mieszanki nurtów neoromantycznego i minimalistycznego. Moim zdaniem odpowiedź jest negatywna na oba te pytania. Młodsi kompozytorzy nie stoją w cieniu patriarchów, to po pierwsze. A wpływy neoromantyczne i minimalistyczne, wyraźnie słyszalne, nie są na tyle silne, by przełamać, szczególnie u młodszych roczników, lokalną tkankę kulturową.

GF: Nie mogę się zgodzić. Wielu twórców młodszego i średniego pokolenia pokazuje tu utwory zachowawcze w języku i brzmieniu, tradycyjne w instrumentacji, jakby się zapatrzyli w Kutavičiusa czy Balakauskasa. Taka jest Iceberg Symphony Raminty Serksnyte, albo Vortex tej samej kompozytorki. Tradycyjnie piszą Ugne Giedraityte (ur. 1984) i zibuokle Martinaityte (ur. 1973). Nie mówiąc o generacji 1950, która wprawdzie objawia różnorakie drogi wychodzenia z nowego romantyzmu, ale jednak wciąż w nim tkwi. Chcę być dobrze zrozumiany: to jest ich muzyka i bynajmniej nie zachęcam tych kompozytorów do jej porzucania. Uważam tylko, że ten idiom się wyczerpał, a jego recykling wydaje mi się, jako słuchaczowi, szczególnie dokuczliwy.

WJ: Wzbraniam się przed przyznaniem ci racji, że młodsi twórcy stoją w cieniu patriarchów lub karmią się zbytnio nowym romantyzmem czy (post lub nie) minimalizmem, choćby z tego powodu, że znaleźć w serii Zoom można utwory, które na takie zaszeregowanie nie zasługują. Poza tym, Grzegorzu - czy nie oczekujesz zbyt wiele? Czy nie roi ci się, że mała Litwa stanie sama naprzeciw Austrii, Francji, Niemiec czy Anglii i wymyśli własny styl nie będący w żaden sposób kontynuacją czy odniesieniem do panujących (globalnie?) nurtów? Czy nie marzy ci się kulturalna rewolucja litewska? Ja jej nie potrzebuje, cieszę się po prostu poszczególnymi dziełkami wartymi pochylenia i wysłuchania w skupieniu. Ogólnie charakteryzowanie nowej muzyki litewskiej przez (post lub nie) minimalizm nie wydaje mi się trafnym pomysłem - sprawdza się on pewnie w zastosowaniu do części kompozycji ze zbioru, ale w niektórych przypadkach to raczej lokalna zaściankowość, mam na myśli np. mini eposy orkiestrowo-chóralne, mające korzenie w sztuce ludowej. Pewnie można je uznać, za proste, nieporadne, tradycyjne, ale takie mają być, a nie postępowe.

GF: Nie rób ze mnie rewolucjonisty. Poza tym: dzisiaj to raczej postmodernizm jest "postępowy" (posłuchaj głosów o nieuchronności "zmiany paradygmatu"), a nie modernizm, który rzeczywiście stawiam wyżej. U nas oba nurty rozwijają się równolegle, tymczasem wydaje mi się, że na Litwie została zerwana ciągłość z muzyką modernistyczną i dopiero młode pokolenie ja odbudowuje.

Mam listę utworów najciekawszych z mojego punktu widzenia. Intryguje mnie, czy podzielisz takie wybory: Chronon i Crown Sarunasa Nakasa, Telogenos i Terra tecta Vytautasa V. Jurgutisa, Oriental elegy i Mountains in the mist Raminty Serksnyte (jednak!), Panchami Egidiji Medeksaite, A song for space Mariusa Baranauskasa i Del vento Osvaldasa Balakauskasa (w swojej klasie).

WJ: Nie wszystkie twoje wybory podzielam. W zestawie znajdują się dwa różne wykonania Mountains in the mist Raminty Serksnyte - powiedz czy różnią się istotnie, i jeśli tak, to które wybierasz?

GF: Nie porównywałem ich szczegółowo, ale dostrzegam, że późniejsza wersja jest zwięźlejsza i ma wyrazistsze kulminacje, a prowadzące do nich odcinki narastania napięcia są skrócone, co chyba wychodzi temu utworowi na dobre.

WJ: Mountains in the mist ma dobrze zorkiestrowany pierwszy temat i słucha się go przyjemnie, chociaż narracyjnie jest zbyt statyczny, ale znów podpisuję się pod twym wyborem, bo drugie nagranie miło kojarzy mi się z Hurqualia Scelsiego. Terra tecta także jest prezentowana dwa razy; znów pytanie, czy to to samo wykonanie? Podpisuję się pod tym wyborem. Telogenos zaczyna się nielinearnym, poszarpanym najściem na słuchacza, zagęszczającym się statycznie i rozrzedzającym - w ósmej minucie rozwadnia się aż do ciszy, by potem - nie wiem, po co - znów próbować powtórzyć wyjściowy pomysł. Nie udaje mi się w to wciągnąć; poza tym kojarzył mi się z wczesnym Pendereckim.

GF: No ale ta mikrotonowość! Ten mieniący się kolorami zespół, który brzmi jakby to była kolektywna improwizacja...

WJ: Przyznaję, że Telogenos trzyma się kupy jako całość i ta gra jakby ad libitum ma w sobie coś z free jazzu. Oriental elegy Raminty Serksnyte? Bardziej podoba mi się jej Vortex - utwór w pełni koncertowy, a że napisany nie awangardowo, to nie oznacza, że zachowawczo. Chronon Nakasa ma ładne kolorystyczne dialogi, klarowną formę i tu także zgadzam się z twoim wyborem. Co powiesz o The Quarry IV Bartulisa?

GF: Z początku mnie zaciekawił, ale potem zirytował fanfarowym tematem.

WJ: Najbardziej podoba mi się Zoom in 7. W zasadzie oprócz banalnego Music of Silent Things cała płyta jest ciekawa. Np. ten kwartet fagotowy w Phasing skupiony, surowy i pełen siły płynnie przechodzący w medytację. W Panneau Giedraityte podoba mi się partia klarnetu. Zaintrygował mnie temat Esperantosound Arturasa Bumsteinasa - wolne crescenda blach kontrowane wschodnim (tybetańskim?) gongiem, a potem delikatnie kontrapunktującą elektroniką; całość znów nieskomplikowana, ale i też nie przekombinowana.

Wiesz, muszę przyznać, że jednak nie do końca byłem otwarty i nieuprzedzony przed odbiorem tych płyt. Nurtowały mnie dwa pytania. Pierwsze główne, czy znajdę tu wpływy kultury indyjskiej i ewentualnie - w jakiej postaci? - endemiczne elementy, np. mantrę. A drugie, związane jest z twórczością Rytisa Mazulisa.

GF: Ciekaw jestem, z jakich powodów interesuje cię Mazulis? Antoni Beksiak określa go jako postminimalistę, Jan Topolski widzi w kręgu postspektralistów. Dla mnie, a znam kompozycje z kilku jego płyt autorskich, Mazulis znalazł sposób na połączenie tych dwóch nurtów, w wielu utworach powtarzając uporczywie drobny motyw i jednocześnie wprowadzając mikrotonowe interferencje. Efekt nie znajduje we mnie rzecznika. Repetycje nużą i irytują.

WJ: Canon mensurabilis nie jest najbardziej udanym utworem Mazulisa. Temat za nadto lekki, by nie powiedzieć minimalny, a sama narracja nie rozwija się. Jednak repetycje nie są powtórzeniami u Mazulisa, pod skórą prostych okresów w gęstych kanonach narastają zagęszczenia, pulsacje. Fascynuje mnie Mazulis chóralny - np. jego ajapajapam (sanskrycki tytuł oznacza: "powtarzanie mantry") to długie glissando oparte na mantrze w kanonach. Tu świat słowiański styka się ze Wschodem, tyle że pamiętajmy, że Litwa bardzo późno przyjęła chrześcijaństwo i zachowały się elementy wschodnie, których w jej muzyce ciągle można się doszukać.

GF: Pamiętajmy też, że Litwa nie jest krajem słowiańskim, lecz bałtyckim. To różne kultury, z różnych pni, choć słowiańszczyzna niewątpliwie miała na Litwie duży wpływ.

WJ: I właśnie odnajdywanie we współczesnej muzyce litewskiej tropów indyjskich mantr, choćby poukrywanych w minimalizm, modernizm czy nowy romantyzm mnie ciekawi najbardziej!