|
Koncerty:
1 października tego roku obchodziliśmy 17. rocznicę śmierci Andrzeja Krzanowskiego. Ten akordeonista, kompozytor, pedagog, animator życia muzycznego był bardzo zaangażowany w tworzenie obrazu polskiej nowej muzyki, nie tylko w kraju, ale i za granicą. Przez całe życie walczył o uznanie wizerunku akordeonu jako bogatego pod względem technicznym, wyrazowym i brzmieniowym medium muzyki współczesnej. Czynił to zarówno w kraju, np. na licznych koncertach kompozytorskich i festiwalach, jak i za granicą, wykładając m.in. podczas Kursów Nowej Muzyki w Darmstadt. Rocznica jego śmierci nie była wprawdzie okrągła, jednak jubileuszowa była Warszawska Jesień i to bardzo przykre, że w jej programie nie znalazł się ani jeden utwór Krzanowskiego. Mało tego, w repertuarze festiwalu umieszczono kompozycję z akordeonem, która zaprzecza temu o co walczył Krzanowski w odniesieniu do nowej muzyki akordeonowej.
Choć tym razem, z racji nieszczęśliwego nakładania się na siebie terminów festiwali "Musica Electronica Nova" i "Musica Genera", zdołałem przyjechać tylko na dwa z trzech dni szczecińskiej imprezy - jakże to były intensywne dni, wypełnione po brzegi muzyką świetną, świeżą lub frapującą. Mieliśmy okazję wysłuchać zarówno klasyków improwizacji i elektroniki, młodszą generację, jak i zaskakujące składy muzyków zestawiane przez organizatorów. Po sześciu latach istnienia "Musica Genera" potwierdza swoją rangę może najważniejszego przeglądu sceny eksperymentalnej i alternatywnej w Polsce. Ostatnio Robert Piotrowicz i Anna Zaradny starają się poszerzyć profil festiwalu o wydarzenia multimedialne - wizualizacje, pokazy filmowe, laserowe, instalacje. Choć ich jakość nie zawsze dorównuje zjawiskom czysto muzycznym, to stają się z roku na rok istotniejszym elementem festiwalu.
Maerzmusik to zawsze był taki trochę groch z kapustą: koncerty symfoniczne, teatr muzyczny, luźniejsze imprezy wieczorne, warsztaty, pokazy filmowe Kurator festiwalu, Matthias Osterwold zwykle jednak dbał, by nadać temu daniu jakąś smakową dominantę - kryterium geograficzne. Dotąd był nim zawsze jakiś kraj.
Tegoroczny, czwarty już z kolei Maerzmusik - festiwal muzyki aktualnej odbył się w dniach 16 do 26 marca. 27 koncertów, 4 wystawy, konferencje, warsztaty, prezentacje - w tym 7 koncertów pod hasłem Sonic Arts Lounge - wieczorno-nocnych imprez płynnie przechodzących w afterparty, podczas których wszystko jest możliwe. A to wszystko w unikalnym habitacie Berlina - naszpikowanym festiwalami, wystawami, koncertami w stopniu pozwalającym bardzo szybko osiągnąć poziom zblazowania niewyobrażalny dla polskiego wielbiciela muzyki współczesnej, spędzającego czas pomiędzy jedną a drugą Warszawską Jesienią w undergroundowym zaciszu własnej płytoteki.
Tegoroczne, trzecie już Międzynarodowe Spotkanie "Turning Sounds", które ma być konfrontacją rozmaitych środowisk muzycznych dla przełamywania ich wzajemnej nieufności, pokazało, że dzielące te kręgi różnice są raczej natury światopoglądowej niż jakościowej. Przywoływany przez muzycznych purystów argument braku zawodowego (tj. akademickiego) wykształcenia twórców "alternatywnych" okazuje się łatwy do obalenia. Pośród gości "Turning Sounds", reprezentujących scenę niezależnej muzyki elektronicznej i improwizowanej, byli wykładowcy i absolwenci uczelni muzycznych. Pianistka i improwizatorka Manon-Liu Winter prowadzi zajęcia na Uniwersytecie Muzyki i Sztuk Wykonawczych w Wiedniu; happener Johannes S. Sistermanns od 2004 do 2006 roku wykłada na Międzynarodowych Kursach Wakacyjnych w Darmstadcie. Akademickie wykształcenie kompozytorskie mają także tworzący formację "dis.playce" Maximilian Marcoll i Hannes Seidl. O dyletanctwie nie ma tu w każdym razie mowy. "Sztuka dźwięku", której poświęcony jest krakowski festiwal "Audio Art", to pojęcie szersze niż "muzyka". Inaczej rzecz ujmując, można powiedzieć, że "audioartowe" działania, to muzyka wychodząca poza własne granice w stronę form artystycznych, w których układy dźwięków stają się mniej ważne niż sama ich obecność w percypowanej wizualnie przestrzeni (instalacje) czy ich znaczenie w kontekście działań o charakterze performance. Przyświecający Festiwalowi chwytliwy slogan "muzyka bez granic" pozwala umieścić w programie imprezy także muzykę komponowaną i improwizowaną. Ta ostatnia stała się na Festiwalu nurtem dominującym, mieszczącym w sobie muzykę wywodzącą się z jazzu, muzykę "laptopową" czy eksperymenty z przyrządami określanymi wspólnym mianem lo-fi electronics. Donaueschinger Musiktage to awangarda światowych imprez muzycznych. Festiwal powstał w 1921 roku w niewielkiej miejscowości na południu Niemiec i stał się jednym z gruntownie przemyślanych, adresowanych przede wszystkim do branży i silnie wpływających na muzyczną rzeczywistość niemieckich przeglądów twórczości najnowszej. Na tle innych festiwali muzyki współczesnej - w Witten, Darmstadcie, Stuttgartcie, w Berlinie - wyróżnia się Donaueschingen największą siłą oddziaływania, wyjątkową rolą, jaką od dziesięcioleci odgrywa w krajach języka niemieckiego. Jest on bowiem targowiskiem, miejscem, w którym ustawia się kolejny artystyczny sezon, ubija rozmaite interesy, ale też kreuje nowe zjawiska kulturowe. To tutaj kompozytorzy i ich wydawcy zabiegają o nowe zamówienia i obecność w programach festiwali oraz repertuarze specjalistycznych zespołów. W tutejszych kawiarniach intendenci muzycznych przeglądów konsultują swoje wybory, a w hallach hoteli krytycy przeprowadzają wywiady z twórcami i wykonawcami. A zatem stało się. Na muzycznej mapie Polski narodził się nam nowy festiwal muzyki współczesnej, ba! elektronicznej, biennale wymiennie z Musica Polonica Nova, prowadzony przez dynamiczny i młody zespół, mający ambitne zamiary i plany, prezentujący własne i wyraziste spojrzenie na dzisiejszą muzykę. I choć wszystkie te zalety i nadzieje są nie do przecenienia, należy także przyznać, iż pierwsza edycja wrocławskiej Musica Electronica Nova (16-22 maja) mogła budzić pewne wątpliwości, zarówno programowe, jak i inscenizacyjne. Pozostaje pożegnać się ze wszystkimi, którzy towarzyszyli mi w tych licznych podróżach i cierpliwie znosili wszystkie dygresje pseudosocjologiczne, towarzyskie czy kolejarskie. Dziękuję Wam bardzo. Dziękuję też Redakcji tego magazynu za gościnne miejsce, którego nigdy mi tu nie odmówiono. Niech żyje "Nowa Muzyka"! Z cudzysłowami i bez.
Koncert z okazji jubileuszu 60-lecia Filharmonii śląskiej był dla melomanów, a w szczególności dla środowiska Akademii Muzycznej w Katowicach, niepowtarzalną okazją do wysłuchania nowego utworu Eugeniusza Knapika. Jego Introduction to Mistery znalazło się bowiem w programie obok Koncertu na orkiestrę Beli Bartoka oraz Koncertu skrzypcowego A-dur Mieczysława Karłowicza. Utwór Knapika jest dedykowany Filharmonii śląskiej z okazji jej jubileuszu. W klubie sporo osób, wszyscy dość młodzi. Koncert odbywał się w piwnicy, dokąd schodziło się po schodach w dół. Piwnica, to było pomieszczenie około 30m2. Na ścianach sporo rur od wody i ogrzewania. Oczywiście brak klimatyzacji, więc zaraz zrobiło się duszno i gorąco. Najpierw wyszedł młody człowiek niechlujnie ubrany i mający kłopoty z wysławianiem się i utrzymywaniem w pionie swego kręgosłupa. Witam wiernych i całkiem przygodnych Czytelników! Tym razem będzie podróżnie i pociągowo. Pamiętam, jak się niegdyś śmialiśmy z przyjacielem M. z felietonów Krzysztofa Zanussiego w "Polityce", gdzie były ten mistrz kamery zwykł się rozwodzić nad logistycznymi i technologicznymi aspektami swoich niekończących się wojaży samolotowych po niezliczonych festiwalach filmowych w Wenezueli czy Malezji - i oto, kto by się spodziewał, sam w tej quasi-felietonowej rubryce idę w jego ślady. Myślicie, że fortepian to martwa ofiara systemu równomiernie temperowanego i romantyzmu? Posłuchajcie Lachenmanna, zrozumcie jego dialektykę negatywną i pozytywne jej rozstrzygnięcia, konkretną muzykę instrumentalną, próbę dotarcia do piękna poprzez odrzucenie klisz i przyzwyczajeń, ciągłą walkę z tradycją, bez żadnych powrotów, nostalgii, neo, post. Tak, to człowiek, który walczy. Heroicznie. Dziś - jako już jeden z nielicznych. Dziesięć szalonych, wypełnionych muzyką po brzegi dni w Berlinie, ostra konfrontacja z najnowszymi trendami, kierunkami, problemami, pytaniami, czyli jednym słowem: piąta MaerzMusik, festiwal muzyki aktualnej, jak piszą w programie. Zaczyna się wcześnie i szybko, bo już o szóstej rano w poniedziałek (07.03.) spotykam się z przyjaciółką A. w mieszkaniu innej przyjaciółki. Zimno, ciemno, ze strzępków relacji układam sobie wizję tego, co działo się przed moim przyjazdem (festiwal zaczął się 04.03.) - gdy wymęczyło mnie wspominane Forum neuer Musik w Kolonii - a zatem: inauguracyjna London Sinfonietta, z legendarnym koncertem, czyli zestawieniem klasyków XX wieku - Ligetiego, Stockhausena, Cage'a, Nancarrowa - z muzykami wydającymi swoje elektroniczne albumy w równie już dziś klasycznej londyńskiej wytwórni Warp - Mirą Calix, Aphex Twinem, Squaurepusherem - które ujawnia skryte związki między rytmiką i złożonością prostej pozornie muzyki tanecznej (czy, jak chcą niektórzy: posttanecznej) lat 90. a współczesnymi kompozycjami.
Niesłychane! Przed Filharmonią Kolońską stoi kolejka po wejściówki! Pogoda kiepska, ogonek długi, a ludzie dziwnie radośni i podnieceni. Zamieszanie reklamowo-miedialne zrobiło swoje: w końcu dziś wieczorem ma wystąpić "Spitzen-Orchester", pod batutą "Star-Dirigenta", "exklusive in Europa"... Los Angeles Philharmonic Orchester i Esa-Pekka Salonen, 2-6 lutego. Zaczynam się martwić: 100 ludzi i nie wpuszczają, znowu śnieży. Nagle - ruszyło. I rzecz zaskakująca: w niecałe 3 minuty już jestem przy okienku, dwie kasy otwarte, sprzedawcy uśmiechnięci, wejściówki wydrukowane, reszta do wydania przygotowana, tempo prestissimo (proponuję wysłać tu nasze kasjerki...) W drodze na kawę wolno mijam Katedrę, ogromna budowla mimo swojej masy wydaje się dzięki smukłości gotyckiej konstrukcji unosić w powietrzu, pływać, śnieg pada przez łuki przyporowe, jest pięknie.
Wracam zatem do wiązania wrażeń w zdania, wiązania w zdania przygód kolońskich. Kolejną była wizyta w pewnym mieszkaniu na Gladbacherstrasse, gdzie od podłogi do sufitu piętrzą się urywki gazetowe, płyty kompaktowe, gramofonowe, partytury, pisma, ulotki, książki - i wszystkie one o muzyce nowej! Raj odnaleziony. Oto dom i redakcja "MusikTexte", jednego z najbardziej renomowanych w świecie pism o interesujących nas zagadnieniach, którego charakterystyczne żółte okładki od 104 numerów i 22 lat stoją za znak dobrej jakości.
W Niemczech udaje się realizować to, o czym marzymy w Polsce: współczesność jest faktycznie obecna w filharmoniach, w koncertach abonamentowych i w różnych dziwnych miejscach i klubach; jest niejako włączona do krwiobiegu tutejszego życia muzycznego. Obok nieśmiertelnej symfonii Beethovena zawsze może się znaleźć w programie nowa kompozycja Salonena, Lindberga czy Widmanna. Jak to możliwe? Czy nieprzerwana 50-letnia kampania modernistów odniosła skutek? Zasiadają teraz w końcu w stacjach radiowych i komisjach programowych... A publiczność też swego doświadczyła - w końcu to w Wiesbaden fluksusiści w 1963 roku torturowali steinwaya.
W Sali Koncertowej Studia S 3 Radia Gdańsk odbył się 28 listopada 2004 koncert inicjujący powstanie Gdańskiej Fundacji Twórców i Wykonawców Muzyki Współczesnej. Pomysłodawcami jej utworzenia są: kompozytor i akordeonista Krzysztof Olczak z Akademii Muzycznej w Gdańsku oraz pianistka Justyna Philipp. Głównym celem fundacji jest promowanie młodych gdańskich twórców, utworzenie dla nich stypendiów, organizowanie warsztatów kompozytorskich, konkursów i koncertów, podczas których ich utwory mogłyby zabrzmieć przed publicznością. Beneficjantami tych działań staną się także wykonawcy muzyki współczesnej, przed którymi otworzą się nowe możliwości występów.
Kasztanów było w tym roku w Warszawie bardzo mało. Pod rdzewiejącymi kasztanowcami w pobliżu tras wiodących na warszawskojesienne koncerty znajdowałam przeważnie puste skorupy. Jaki był ten festiwal, każdego roku stanowiący preludium jesieni?
Dawno żaden festiwal nie był tak frapujący jak czterodniowy Turning Sounds w Warszawie. Trzeba nam takich wariackich imprez z ideą, gdzie może muzyka nie zawsze dorównuje manifestom, ale za to ani minuty nie siedzisz spokojnie. Uczysz się. Buntujesz się. Myślisz. Przeżywasz. Trudno o takie wrażenia na Beethovenowskim, nie tak wcale łatwo ostatnio na Warszawskiej Jesieni. Natomiast druga edycja festiwalu pod kuratelą Antoniego Beksiaka udowadnia, że nic nie jest teraz w muzyce oczywiste, a jeżeli tak Ci się zdaje, to czas tę pewność zrewidować. Dlatego poniższa relacja nie tyle relacją będzie, ile próbą zmierzenia się z paroma problemami i tematami, paroma dywagacjami i niewielką ilością konkretnych opisów i ocen.
W dniach 31 marca - 9 kwietnia odbył się w Warszawie Ósmy Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena, na którego 18 koncertach mogliśmy usłyszeć, oprócz utworów patrona, szereg wielkich dzieł XIX-wiecznych i XX-wiecznych kompozytorów innych narodowości w ramach programu "Beethoven i muzyka Europy narodów", stworzonego, pod przewodnictwem dyrektor artystycznej Elżbiety Pendereckiej, przez Mieczysława Tomaszewskiego i Teresę Malecką. Festiwal ten stał się zjawiskiem wyjątkowym: całkowitą niemal klęską poszukiwań w muzyce i ogromnym sukcesem frekwencyjnym wśród publiczności. Krytyk rozdarty jest pomiędzy potępieniem za kokietowanie słuchaczy a podziwem dla pełnych sal, dlatego poniższe sprawozdanie będzie zapisem wewnętrznych wahań, które były udziałem nie tylko krytyka, ale i pewnej części odbiorców.
Między ciszą a dźwiękiem dzieje się bardzo wiele, zdają się mówić ustami Lachenmanna, Sciarrina, Crumba i Griseya organizatorzy "Warszawskiej Jesieni". W dniach 19-27 września 2003 roku odbyła się 46. już edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej. Jeżeli wydaje wam się, że koncert zawsze wygląda tak, że wchodzi orkiestra, brawa, orkiestra się stroi, wchodzi dyrygent, brawa, cisza, utwór pełen dźwięków, cisza, brawa, to poważnie się mylicie. |