Pamiętnik znaleziony w pikiecie
"Nikt nie napisał historii
życia pedalskiego, chyba że moczem na blaszanej ścianie" - na ścianie
miejskiego szaletu: blaszaka, okrąglaka, kipiszu lub pikiety. Najważniejszym
punktem topografii Lubiewa jest owa pikieta, zarazem targowisko próżności,
czerwona latarnia i forum romanum homoseksualistów. Szalet stoi w środku
miasta, na szlaku wędrówek pijaczków i urlopowanych żołnierzy, którzy
są łatwym łupem dla niewybrednych ciot. Wokół pikiety toczy się życie
homoerotycznej mniejszości, wewnątrz rządzi naga fizjologia, a wszystko
dzieje się na tle zurbanizowanego krajobrazu, w majestacie katedry,
starówki i uniwersytetu. Proza Michała Witkowskiego ma zatem "duszę
miejską" w takim znaczeniu, jakie miejskości nadawał Dante. Bohaterem
Księgi ulicy (pierwsza część Lubiewa) jest człowiek cywilizowany, rozpięty
między intymnością a światem publicznym, przypisany do kultury tak kategorycznie
jak do biologii. Opowieść Witkowskiego jest więc "dantejska"
w znaczeniu potocznym, bo opisuje wyższe i niższe "rejony dna",
piekło fizycznego i moralnego upadku, ale jest także "dantejska"
w sensie antropologicznym - gdyż pokazuje, że inferno seksualności zostało
urządzone w mowie i zwyczajach przez społeczność ludzi. Ciekawe, a może
dla niektórych oczywiste, że tak rozumiana "miejskość" pojawia
się w naszej literaturze za sprawą pisarzy podobnej orientacji: Tadeusza
Brezy, Witolda Gombrowicza czy Mirona Białoszewskiego.
Narrator Księgi ulicy jest kronikarzem
gejowskiej wspólnoty w momencie przełomu. Dawne cioty znikają z pejzażu
śródmieścia, przejmują obyczaje wyemancypowanych gejów lub zasilają
kręgi bezrobotnych, różnicują się ekonomicznie jak całe społeczeństwo.
Naturalnie, także wśród nich są maruderzy socjalizmu, którzy z nostalgią
wspominają ancien régime.Przekształcone w skansen pedalskie getto czeka
jednak nieuchronna zagłada. Zapowiada ją opowieść o likwidacji niemieckiej
pikiety. "Stare, bardzo stare piosenkarki mówią, że jeszcze w latach
pięćdziesiątych i sześćdziesiątych niemieckie cioty, które nie wyjechały,
nie zostały z jakichś względów wypędzone, przychodziły dalej na spaloną
pikietę. A ona była już po stokroć spalona! Przychodziły, aby wciąż
od nowa celebrować rytuał niewiary w to, co się stało. [...] Ale tym
Niemcom to nie przeszkadzało. Przychodzili, spacerowali, witali się
i przeginali we własnym gronie." (31) To epitafium narrator Księgi
ulicy poświęca nie tylko wyburzonej ostatnio pikiecie, symbolizującej
legendarne milieu niemieckich homoseksualistów, lecz także światu realnej
Lukrecji, Świętej Rolki, Łucji Kąpielowej i Żorżety. Z wielkim pietyzmem
wydobywa z zakamarków ich pamięci wczasy pracownicze, meblościanki na
wysoki połysk, stołówkowy bigos na winie ("co się nawinie")
czy stojący na telewizorze kryształ. Na chwilę przed zupełnym zniknięciem
ożywa codzienna rzeczywistość PRL-u, tym bardziej groteskowa i tandetna,
że odbita w kiczowatym gejowskim lusterku. Po prostu kawałek dobrej
prozy.
Przed czytelnikiem Lubiewa paraduje
- w konwencji ubi sunt - cała menażeria postaci i ich opowieści, pochód
ludzkich wraków i wyrzutków, przy których podstarzałe ladacznice Villona
wydają się niewinne. "Gziły się tym bardziej, im mniej czasu jeszcze
zostało. Nie miały wstydu, jak trędowaci, którzy są nienaturalnie lubieżni,
doszły do wniosku, że wszystkie są już chore, więc nie ma się co martwić
o bezpieczeństwo. Szczali na siebie, rwali sobie resztki włosów, próbowali
wszystkich perwersji, ze śmiercią włącznie." (68) W tym korowodzie
śmierci występuje choroba, kalectwo, brud, starość i brzydota - słowem
wszystko, czego nie możemy łatwo polubić. Możemy jednak zrozumieć, ponieważ
w opisach ciemnych stron pedalskiego życia Witkowski przekracza granice
prozy środowiskowej i dotyka tak zwanej normalnej egzystencji. W brzydocie
odkrywa przerażające panowanie cielesności, sakralizuje poniżenie i
moralny upadek, odsłania metafizyczną grozę nawet plugawej choroby.
Czy do tego potrzebny jest mu niesmaczny półświatek wrocławskich "piosenkarek"?
Niestety tak. Gdyby Księga ulicy była przyjemniejsza, utrwalałaby tylko
opisany przez Przemysława Czaplińskiego efekt bierności, który wywołuje
dzisiaj kultura masowa, a także konwencjonalna literatura. Tak naprawdę
poruszająca jest przecież nie jakakolwiek ludzka niedoskonałość, uładzona
przez media i wyobraźnię potoczną, lecz niedoskonałość konkretna, która
uwiera i zmusza do myślenia. Świat w prozie Witkowskiego zgrzyta i śmierdzi,
lecz w ten sposób - po genetowsku - domaga się autentycznego zrozumienia.
Czytając Lubiewo można wielokrotnie
unieść się świętym oburzeniem. Witkowski świadomie i jawnie kwestionuje
oficjalną moralność naszego społeczeństwa, zaciera granicę między normą
a występkiem, odrzuca pojęcie grzechu, a jego odpychający bohaterowie
często przemawiają językiem religii i narodowej tradycji. Z kilku powodów
proponuję jednak nie odsądzać pisarza od czci i wiary. Przede wszystkim
dlatego, że za rogiem księgarni, biblioteki czy literackiej kawiarni
roztacza się morze polactwa, które tylko czeka, żeby pochłonąć wszystko,
co inne, nieznane, nieoswojone, jeszcze nie sprowadzone do telewizyjnej
oczywistości. Jednoznaczna ideologiczna lektura Księgi ulicy sprawiłaby
tej butnej i wielomilionowej miernocie ogromną satysfakcję. Poza tym,
rzeczywistość wykreowana przez Witkowskiego sama się broni przed identyfikacją
z prawdziwym światem. Owszem, wiele postaci i miejsc przedstawionych
w książce ma realne pierwowzory, lecz narracja Lubiewa jest równocześnie
bardzo literacka. Sylwiczna budowa opowieści, język zapośredniczony
w tekstach kultury wysokiej i popularnej, cytaty i stylizacje, autotematyczne
komentarze - wystarczają, by mimo pozorów reportażu, wspomnienia czy
wywiadu prozę Witkowskiego mianować fikcją. Należy też dodać, że Lubiewo
w takim samym stopniu przeraża i oburza, co śmieszy. W drugiej części
książki, zatytułowanej Ciotowski Bicz, jest kilkanaście świetnych humorystycznych
portretów, których wartość wynika z wnikliwej obserwacji obyczajów i
podsłuchiwania kolokwialnego języka.
Lubiewo raczej nie jest powieścią, nawet
jeśli za normę uznajemy dłuższe utwory Olgi Tokarczuk czy Daniela Odii.
Wątpliwości budzi nie tyle niespójność wątków, rozproszenie świata przedstawionego,
fragmentaryczność wiedzy narratora i ruchliwość jego punktów widzenia,
gdyż to chwyty dawno już przez czytelników przyjęte do wiadomości, co
manipulowanie powieściowym światopoglądem. Za powieścią realistyczną
ukrywały się postawy i przekonania podzielane przez wspólnotę pisarza
i jego publiczności. W powieści modernistycznej tej wspólnoty zabrakło,
lecz sama absencja była już wystarczająco wymowna. Natomiast Witkowski
stwarza pozory jej obecności. Społeczność gejowska jest wykluczona ze
sfery normalności, napiętnowana, odmienna pod względem obyczajowym i
językowym. W ten sposób Lubiewo prowokacyjnie ustanawia oficjalną wspólnotę
"normalnych" - heteryków, mężczyzn z żonami i dziećmi, prawdziwych
kobiet, skinów, sowieckich żołnierzy, lujów, cinkciarzy i kryminalistów.
Trudno? jesteśmy po tej stronie. Na szczęście taka wspólnota po prostu
nie istnieje, a pozszywane grubymi nićmi resztki jej wielkiej machoidalnej
narracji są literackim żartem z marzenia o Współczesnej Gejowskiej Powieści.
Wszystko wynagradza mi język prozy Witkowskiego.
To rozkoszne "przeginanie", "dopatrywanie" i "naciąganie"
w kilku znaczeniach i sytuacjach. "Przegnij się, kurwo, przegnij
się, bo oni kobiety w nas szukają, niech się kobiety w nas dopatrzą,
to potem wszystko przywołają." (59) Słownik Lubiewa ma rodowód
gestyczny: słowa powstają w działaniu, wynikają z nazwania cielesnych
zachowań bohaterów (J. Jarzębski). Potem, gdy gest zostanie opatrzony
nazwą, słowo jest powtarzane wielokrotnie, często w zmienionych kontekstach,
aż staje się wieloznaczne lub niejasne jak pojęcia języka naturalnego.
Słownik gestyczny powstaje w akcji, dzięki jej metajęzykowej interpretacji,
jest więc z zasady otwarty i nieprzewidywalny, zawsze niegotowy i niezakończony.
Można się zatem spodziewać następnych pysznych "słówek" Witkowskiego.
W nastroju oczekiwania pozostawiam tę recenzję bez mocnego zakończenia.
Wojciech Browarny, "Odra", 2005 nr 4