Oleśnicka i inne
Michał Witkowski, Lubiewo, korporacja
ha!art., Kraków 2005, s.291.
Pisząc o książce w styczniu, kiedy przez
prasę przetoczyła się już fala poświęconych jej recenzji, nie czuję
się zbyt komfortowo. A to dlatego, że liczni krytycy powiedzieli już
o ideowej wymowie "Lubiewa" prawie wszystko i na ogół trudno
się z nimi nie zgodzić. Na dodatek jeszcze z komentarzem do potencjalnych
komentarzy pospieszył sam autor, który ostatecznie rozjaśnił wszelkie
wątpliwości odnośnie tego, o co mu chodziło, czyli przeciwko komu się
wypowiada, a za kim obstaje. Najkrócej mówiąc - nie każdy przecież ma
obowiązek śledzenia tego, o czym się w literackim światku debatuje -
przeciwko modnemu, wymuskanemu, dążącemu do zintegrowania się z opcją
hetero gejostwu, natomiast za "przegiętym", anachronicznym,
szaletowym, "ciotkostwem". Ma zatem prawo twierdzić, że "Lubiewo"
nie jest "pierwszą polską powieścią gejowską", bo ów trend
zarówno w naturze, jak i w literaturze nie budzi jego zaufania ani ciekawości,
ale, w związku z tym, raczej "ostatnią powieścią pedalską".
Świat ciotek, zrekonstruowany w tym osobliwym "Dekameronie"
(to także z owego komentarza wzięte), od zawsze był niemodny.
To oczywiście jest książka-wyzwanie,
oparta na apoteozie tego, o czym się już nie mówi, bo się nie chce uchodzić
za niewolnika stereotypu. Który ciotkę postrzega jako ciotkę. Zniewieściałą,
mówiącą o sobie w rodzaju żeńskim, wielbiącą kiczowate, ciuchy i admirującą
"lujów", zwłaszcza tych bez matury. Witkowski - wcielający
się w "Lubiewie" w rolę narratora, Śnieżki vel Michaśki Literatki,
dostrzega w tej wypracowanej, choć na zewnątrz odrażającej, kreacji
niemały urok. Oczywiście urok dostrzegalny głównie dla tych, którzy
się z tym światem identyfikują, a jeśli nawet nie do końca, to mają
świadomość - że to część ich własnej historii. Z niej się wszyscy wywodzą,
czy tego chcą, czy nie.
Tak to sobie Witkowski przemyślał, iż
owemu czarowi nie może oprzeć się żaden z czytelników. A co w "Lubiewie"
pociąga najbardziej? Inność. Nie sposób się od tej opowieści oderwać,
bo traktuje o czymś, czego heterycy i, można tylko domniemywać, że i
geje fazy "poemancypacyjnej", nie znają z własnego doświadczenia.
Czyż nie o to właśnie chodzi w literaturze? Nie każdej naturalnie; wiele
tworzy się takiej, co to dotyka "samego życia" i prowokuje
do utożsamienia. Ta jednak nie, ta ma za zadanie pokazać inne życie
Innych z definicji. Tym samym zaś obronić ich przed wchłonięciem w popkulturową
magmę, w której inność przestaje być widoczna (w tym sensie hasło słynnej
kampanii "Niech nas zobaczą" brzmi nieco paradoksalnie).
Jakby na to nie patrzeć, Witkowski jest
już jednak Literatką fazy postemancypacyjnej, dlatego niejednokrotnie
nadmienia w "Lubiewie" o formie, o tekście zapisanym na ciele,
palimpsestach i o patronach, którzy rytuały przedstawione w książce
przetransponowali na sztukę. Wspomina i, co istotne, nie kryje swojej
fascynacji tym formami czy rytuałami. Z powodzeniem próbuje oczyścić
je z modnych naleciałości, a tym samym: odkłamać. Zaprezentować w stanie
pierwotnym, choć, ma tego świadomość, sami aktorzy-bohaterowie odgrywają
raczej farsę niż tragedię. Chyba, że mają pecha i trafiają w łapy "luja"
bez skrupułów, za co zresztą potrafią się równie bezwzględnie zrewanżować.
I dramat, i kiczowaty wodewill z pańciami w rolach głównych, traktuje
pisarz na równi, bo nie może inaczej - ich współistnienie jest normalne.
Czyli właściwe dla tego specyficznego świata, do którego trzeba przyłożyć
jego miarę. Nie tę samą, jaką posługuje się heteryk.
Będąc nim, nie potrafię odpowiedzieć
na pytanie, na ile ta książka jest uczciwa. Wydaje mi się, że pod względem
artystycznym bardzo, bo jej formalna chaotyczność, dość kontrolowana
jednak, pasuje do tego, o czym się tutaj mówi. Przystaje do rozgadanych,
ostentacyjnie roztrzepanych bohaterów (zachowując konsekwencję należałoby
powiedzieć - bohaterek); współgra z ich leniwie toczącym się życiem,
którego rytm wyznaczają kolejne polowania, czy to na "lujów",
czy na efebowate "debiutantki", czy na kolejną smakowitą anegdotkę.
Uczciwość "Lubiewa" polega chyba także w tym, że tą książką
Witkowski potwierdza to, co wyraził już w debiutanckim "Copyrighcie".
Potwierdza i rozwija swoją wizję współczesnej kultury, w której na równych
prawach koegzystują tony wysokie i niskie. Wyrafinowane to rozliczne
aluzje literackie rozsiane w "Lubiewie", a przaśne - to cała,
niewygodna, reszta. Świat zaprezentowany w tym "poemacie dygresyjnym"
wydaje się być wcieleniem tego, co już sobie wcześniej autor o naszej
rzeczywistości pomyślał. To już nie jest poszukiwanie możliwości wyrażenia
siebie, to oryginalna ścieżka (cały czas biegnąca tuż obok), po której
Witkowski porusza się jak nikt inny przed nim.
Marta Mizuro, "Nowe Książki",
2005 nr 3