Witkowski napisał radykalną i błyskotliwą powieść gejowską. Ale czy wie, co napisał?


Na okładce "Lubiewa" nie umieszczono noty o pisarzu ani żadnej innej informacji, która mogłaby zaintrygować czytelnika. Za to na stronach internetowych Michała Witkowskiego (i tylko tam) znaleźć można odautorskie posłowie do "Lubiewa" - dziwaczne, bo w połowie wypełnione wyobrażeniami o tym, co złego zrobią media tej powieści, jak ją zmanipulują, jak zniekształcą jej przesłanie.

Autor spodziewa się najgorszego: "Media będą musiały przerobić ją na swoją modłę. Podłączyć książkę pod >walkę o prawa <, zrobić z niej >manifest<, >pierwszą polską książkę gejowską< itd. W ogóle cokolwiek >pierwszego<, np. >pierwszą tak odważną próbę<. Tymczasem jest to jedynie pierwsza (i ostatnia) moja książka traktująca nie tyle nawet o pedałach, ile o pewnej ich części, zwanej potocznie >ciotami <, a także o egzotycznych dla wielu czytelników obyczajach, jakie to środowisko na przestrzeni lat wytworzyło".

Nie wiem, co "media będą musiały", wiem natomiast, co sam muszę: spojrzeć na "Lubiewo" tak, jak się patrzy na dzieło literackie, zapytać, czy "Lubiewo" Michała Witkowskiego jest dobrze napisaną i ciekawą powieścią. Za podpowiedź zaś jestem wdzięczny i chcę się jej trzymać: "Lubiewo" - jak chce autor - to powieść przygodowo-obyczajowa. Przygody są oczywiście miłosne, obyczaje - w istocie - dość egzotyczne. Odpowiedź na jedno z moich pytań jest zatem gotowa. "Lubiewo", patrząc od strony tematu, to powieść bardziej niż zajmująca, cenna poznawczo, którą czyta się jednym tchem i z wypiekami na twarzy.

Ciotowski "Dekameron"

Książka składa się z dziesiątków luźnych, mniej lub bardziej malowniczych opowieści połączonych osobą nadrzędnego narratora-bohatera. Ów narrator powiada w pewnym momencie, iż jego ambicją jest ułożenie "ciotowskiego >Dekameronu <". Ambicji tej podporządkowana jest zwłaszcza pierwsza część powieści ("Księga ulicy"). Oto w mieszkaniu Patrycji i Lukrecji, starych, klepiących biedę i żyjących wyłącznie wspomnieniami "ciotek", pojawia się młody ni to dziennikarz, ni to literat, który chce się dowiedzieć, "jak było dawniej". Te prześcigają się w opisach mrocznych miejsc dawnego (głównie lata 70. i 80. ubiegłego wieku) Wrocławia, precyzyjnie rekonstruują geografię parków i obskurnych lokali, wątpliwą urodę dworcowych poczekalni i publicznych ubikacji, a więc mówią o przestrzeni związanej z homoseksualnym występkiem.

Nade wszystko przechwalają się miłosnymi wyczynami. Najwyżej cenioną zdobyczą jest tzw. luj ("luj to sens naszego życia, luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu"). Ale "heterycki" luj to zdobycz szalenie groźna - pobije, sponiewiera, a i życia pozbawi. Podobnie mają się sprawy w drugiej części "Lubiewa", gdzie jednak opowieści emerytowanych "ciot" rozwijane są w zgoła innych okolicznościach przyrody - w środku upalnego lata, na tytułowej gejowskiej plaży w pobliżu Międzyzdrojów.

Efektownie napisane

Zaletą "ciotowskiego >Dekameronu <" ułożonego przez Michała/Michaśkę vel Śnieżkę (autor ukształtował tę postać autobiograficznie) jest bez wątpienia to, że o piekle i niebie polujących na "heteryków" gejów mówi się wieloma językami. Tu i ówdzie Witkowski nawiązuje do stylu i wyobraźni Geneta (mroczne, nasycone złem i naznaczone zbrodnią klimaty), gdzie indziej opowieści podstarzałych pedałów próbuje uwznioślić i wówczas przemawia jak Stasiuk w "Murach Hebronu", w wielu miejscach pisze dowcipnie, z użyciem subtelnej ironii. A co ciekawsze - zarówno autor, jak i oddelegowany przez niego "podsłuchiwacz" nie mają jednoznacznego stosunku do przedmiotu opowieści. Wydaje się, że jest to jakaś mieszanina obrzydzenia i fascynacji, utożsamienia i dystansu.

Długo można by się rozwodzić nad aspektem poznawczym "Lubiewa". Dość powiedzieć, że Witkowski włączył w materię powieściową "Wielki Atlas Ciot Polskich", stworzył rozbudowaną i dowcipną typologię postaw i preferencji homoseksualnych, zestawił imponujący katalog metod uwodzenia "heteryków", metod plugawych i podstępnych. Ano właśnie. Nie sposób przemilczeć politycznego wymiaru tej radykalnej, jeśli idzie o nazywanie rzeczy po imieniu, powieści. Czy wrocławski prozaik (rocznik 1975) wie, co napisał?

Ryzykowna apoteoza

Raz jeszcze przytaczam fragment odautorskiego posłowia: "Mnie nie interesują geje z klasy średniej, tylko >odrażający, brudni, źli <. Geje z klasy średniej mają swoje stałe związki, domki z ogródkami i kosiarki do trawy, a ci nie mają zupełnie nic". Tyle że upominając się o swoich "odrażających, brudnych, złych", apoteozując sadomasochistyczny, rynsztokowy i agresywny homoseksualizm, pisarz bynajmniej nie rozbraja konfliktu, nie zbliża dwu światów, lecz wręcz przeciwnie - wspiera homofobię. I niech nas nie zmyli wszechobecny czas przeszły bądź żywioł nostalgii: "Teraz to już nie jest to. Nie ma żołnierzy, nie ma parku, a pedały bawią się w nowoczesnym i eleganckim barze, w którym jest modnym bywać każdemu, pełno tam dziennikarzy i elitki. Ale to nie są już pedały, tylko geje".

Wszak na plaży w Lubiewie spotykają się zwolennicy dawnych form, kochający inaczej pośród kochających inaczej. Ortodoksyjne "ciotki", nawet te należące do młodego pokolenia, nie mogą się porozumieć z eleganckimi, wysportowanymi gejami "fazy emancypacyjnej". Michasia nazywa ich "zdrajczyniami", ponieważ "mówią o sobie w rodzaju męskim" i w ogóle - "że adopcja, emancypacja, prawa do małżeństw, partia Zielonych, przyjaciel, stały partner, bezpieczny seks (przyjacielski), kondomy. Jesteśmy ludźmi kulturalnymi, którzy chcą to robić czysto, także moralnie, za społecznym przyzwoleniem, w białych rękawiczkach".

Polityczna wymowa czy publiczne (pozaliterackie) istnienie "Lubiewa" to nie moje zmartwienie. Moim zadaniem było stwierdzić, ile w powieści Witkowskiego literackiego dobra. Twierdzę, że sporo. "Lubiewo" to bardzo udane przedsięwzięcie artystyczne, rzecz błyskotliwa, bezkompromisowa i - uprzedzam - przeraźliwie wulgarna. Po prostu "przegięta", jakby powiedzieli niesympatyczni bohaterowie "Lubiewa", z którymi za żadne skarby nie chciałbym się zaprzyjaźnić.


Dariusz Nowacki, 03.01.2005, Gazeta Wyborcza