Żorżeta, przegięcie, literatura


W jednej z początkowych partii opowieści Michał rozważa status swoich zapisków. Obmyśla, jak to, co wie, może być uzgodnione z dzisiejszymi normami kulturowymi:
Co ja mam z tego zrobić? Reportaż dla "Polityki"? "Na własne oczy"? Jak? Można zrobić o tirówkach, o złodziejach, o zabójcach, o złomiarzach, o zdrajcach, a tylko o tym jakoś nie da rady. Choć nikt tu nikomu nie wyrządza krzywdy. Nie ma języka, żeby o tym mówić, chyba, że "dupa", "chuj", "obciągać", "luj". Chyba żeby tak długo powtarzać te słowa, aż wypiorą się z całego koszarowego nalotu. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie napisał o tym reportażu! (s. 24-25).
W tym komentarzu są przynajmniej dwie ciekawe kwestie. Pierwsza wiąże się ze statusem ukrytych obszarów życia społecznego, które nie mogą być pokazane. Nie mogą, ponieważ, według pisarza, kultura oficjalna ma swoje normy adaptacji, reguły, na prawach których dokonuje przekształcenia tego, co drastyczne, na to, co swojskie. Nie jest przypadkowe, że pada tu konkretny tytuł. Chodzi o to, że problem języka rozważa się w odniesieniu do tygodnika liberalnej inteligencji, zasilanej m.in. swawolnymi felietonami Ludwika Stommy. Ale i tu - jak przypuszcza Michał - nie zmieści się prawda o życiu pedalskim z czasów PRL-u. Pisarz chyba się pomylił, nie wiedział, że w logice współczesnej kultury jest i taka zasada: oswoić to, co radykalne, wchłonąć i pokazać jako swoje. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby zgodnie z nią Witkowski został nagrodzony paszportem "Polityki".
Druga kwestia cytowanego fragmentu ma sens teoretyczny. Aby zneutralizować negatywne konotacje związane z marginalizowaną społecznością, Witkowski postępuje jak liderzy ruchów mniejszościowych, którzy wprowadzając pogardliwe słowo do języka oficjalnego, chcą zneutralizować jego negatywne oddziaływanie. Krótko mówiąc, zamiar Witkowskiego jest ambitny, można by powiedzieć rewolucyjny, używając powieści, pragnie zmienić język na tyle, żeby przedstawiał to, co do tej pory nieznane, a jeśli znane, to pogardzane. Aby to zrobić, Witkowski tworzy oryginalną poetykę powieści i odkrywa prawidła gejowskiej narracji. Jedno z nich zasygnalizowane jest w tytułowej partii książki, która zaczyna się tak:
"Jeeeeezu, Żorżeta mnie dopadła, manieruję się językowo i ruchowo, przeginam, że chyba już po mnie, po mnie" (s. 82).
Żorżeta to imię jednego z bohaterów powieści (zob. np. s. 216). A właśnie żorżeta jako materiał (cienki, przezroczysty, pomarszczony, skręcony) i przegięcie (jako pozycja ciała i kolokwialnie jako przesada) metaforycznie nazywają gejowską estetykę, określają pewnego rodzaju stylizację. Polega ona na powtórzeniach, na "drgającej" leksyce, na rozregulowaniu składni, na fabularyzowaniu stanów psychicznych, na zamazaniu przedstawienia. Dodatkowo ten styl buduje wyraziste nawiązanie do Witolda Gombrowicza. Poświadczone w kilku partiach powieści, w rozdziale Emerytki z Lubiewa uchwytne jest poprzez sekwencję konstrukcji nominalnych, które służą relacjonowaniu mikrozdarzeń. Oto opis nowoczesnych gejów godny pióra autora Kosmosu:
Są cieleśni w tym zachodnim słońcu do ostatniego pieprzyka, do ostatniej krostki na karku, pod pachą, do ostatniego obtarcia, albo i zaczerwienienia. Im dalej w las, tym tych krostek więcej, nie załatwi się ich przecież za jednym zamachem, nie zamrozi w przenośnej lodówce, gdzie wśród kostek lodu mrozi się już piwo Korona. Pite przez nich z plastrem cytryny wetkniętym w szyjkę. Takie to i zachodnie zwyczaje panują już parę kilometrów dalej. Męscy. Łysi. Skini. Wygoleni. Ciężcy. Śmierdzący popersem. Lateksowy zawrót głowy (s. 87).
Duch Gombrowicza jest widoczny jeszcze w tym, że satyryczny opis zachodnich gejów skontrastowany jest prowokacyjnie z pochwałą polskości (cóż z tego, że komunistycznej): "Wtedy to w ogóle bardziej się czuło, że się jest w Polsce. Bo były polskie produkty, w radio puszczali polską muzykę, jeździło się też tylko po Polsce, bo były te wszystkie trudności paszportowe. I człowiek czuł się Polakiem" (s. 88). W następnych zdaniach przeczytamy jeszcze o atrakcjach wczasów w wagonach Polskich Kolei Państwowych.
Ale przegięcie w Lubiewie dotyczy nie tylko kwestii stylistycznych, bo Witkowski odważnie przewartościowuje również tradycję literacką. W miejsce estetyzujących artystowskich narracji homoseksualnych proponuje naturalistyczne przedstawienia ciot. Modernistyczny dworek i salon zamienia na PRL-owskie M3 i na blaszany szalet miejski. Wzniosłe i wystylizowane opowieści pierwszej połowy XX wieku zastępuje reportażową narracją rejestrowaną we Wrocławiu i na zachodnim wybrzeżu Bałtyku na początku wieku XXI. Nieprzypadkowo patronem swojego pisarstwa Witkowski czyni Mirona Białoszewskiego (choć niepotrzebnie tak natrętnie, również poprzez cytaty, to demonstruje). Wreszcie nad dawne nacechowanie narracji gejowskich muzyką poważną (w powieści są aluzje do Jarosława Iwaszkiewicza, w którego twórczości pełni ona ważną rolę) przedkłada piosenki Anny German (to w Lubiewie jeden z najwyższych rejestrów estetycznych).
Rekontekstualizuje Witkowski również najnowszą literaturę polską. W książce Andrzeja Stasiuka Mury Hebronu, zbiorze więziennych opowiadań, znajduje się miniatura epicka Maria. Nie wiem, czy nie jest to najbardziej wstrząsający utwór o doli cwela w literaturze polskiej ("Ciało chude, nieproporcjonalnie długie. Szmaciana lalka skąpo wypchana trocinami. Skulona i czujna. Wsłuchana w mruknięcia mężczyzn. Odgłosy wściekłości albo pobłażania"). W powieści Witkowskiego znajdziemy nawiązania do wątków więziennych. Jednak to, co Stasiuk przedstawiał za murami, Witkowski odsłaniał w społeczeństwie "normalnym". Nieprzypadkowo w jednej z recenzji Witkowski chwali pisarstwo Stasiuka. A i Stasiuk zachwyca się Lubiewem ("Witkowskiemu udało się coś w rodzaju literackiego odkupienia albo zbawienia rzeczywistości").
Jednakże nie tylko problematyka językowa i literacka pokazują radykalizm Lubiewa, również jego odsłonięta przeszłość. I tu spośród kilku wariantów przegięcia, cztery wydają mi się najważniejsze. Po pierwsze, opowiada Witkowski przeciw historii oficjalnej, czyli przeciw historii z podręczników szkolnych, przeciw mitologii pokoleniowej, przeciw legendzie solidarnościowej. Najbardziej uchwytnym tego przejawem jest opis wycieczki Lukrecji i Patrycji do więzienia w Oleśnicy, kiedy w chwili ożywienia, przypomniana zostaje pieśń Jacka Kaczmarskiego ("Same młode chłopy. Aż chciałyśmy śpiewać: A mury runą, runą, runą..." s. 63).
Po drugie, odsłonięcie przeszłości dokonuje się poprzez barwny opis ludzi marginesu społecznego i to co najmniej w podwójnym znaczeniu (ze względu na ich status kulturowy i ekonomiczny). Jest w tym świadomy wybór, nie chodzi tylko o ukazanie tego, co jeszcze nie zostało przedstawione. Chodzi o to, że powieść ma być narzędziem społecznej krytyki, bo wiąże się z odsłanianiem przemocy. Opowieść o wykluczonych jest przecież umieszczona w warunkach państwowej i ideologicznej kontroli PRL-u. Bohaterowie Lubiewa są nadzorowani i szantażowani przez służby bezpieczeństwa. W powieści pojawia się nazwa jednej z operacji milicyjnej:
Potem przyszły lata osiemdziesiąte i mendy wymyśliły akcję "Hiacynt". To cioty zaczęły na siebie nawzajem kablować obyczajówce jak dzikie. Miały tę potrzebę opowiadania, zmyślania, co zwykle w obgadywaniu zaspokajały, a teraz znalazły uważnych słuchaczy (s. 156-157).
Jednak proza Witkowskiego przedstawiając świat udręczonych, uwiarygodnia go przedstawieniami brzydoty. W ramach opowieści o marginesie poznajemy świat tandetny, który nie aspiruje do świata lepszego. Rozpoznajemy to "piękno świata pedalskiego" w opisie mieszkania Lukrecji i Patrycji (np.s. 25). Warto przy tym zaznaczyć, że takie przedstawienia najlepiej dokumentują kompetencje narracyjne Witkowskiego. W przestrzeni jednej autonomicznej cząstki powieści pisarz potrafi opisać to, co nazwać można swojską, nadwiślańską (nadodrzańską) estetyką campu.
Po trzecie, w swoich odsłonięciach przeszłości dopisuje Witkowski coś do historii Wrocławia. Jest miejskim folklorystą i podążamy za nim w wybrane miejsca. Lecz centrum dla niego to nie ratusz, ale park albo miejska łaźnia. W każdym razie po Witkowskim nikt już nie będzie myślał o Wrocławiu tylko poprzez książkę profesora Normana Davisa.
Po czwarte, opis przeszłości dokonuje się tu z bliskiej i przez to wiarygodnej perspektywy. Witkowskiemu zależy na tym, aby zachować jak najwięcej z kształtu zasłyszanych i wysłuchiwanych opowieści. Nie dlatego, że te opowieści są szczere. Ale dlatego, że znajdują się poza kategorią prawdy i fałszu. Witkowski ocala również mitologię, wmówienia, przeinaczenia z życia swoich bohaterów. Krótko rzecz ujmując, Michaśka chwyta przeszłość poprzez oralność (dwuznaczność tego słowa ma tu swoje uzasadnienie).
Warto zauważyć, że w ten sposób Witkowski zmienia wiedzę o przeszłości. Dotychczas rekonstruowano PRL poprzez nowomowę. W Lubiewie odniesienia do tego idiomu są szczątkowe. Jest natomiast żywioł mowy codziennej, kolokwialnej, karczemnej, zarezerwowanej dla opisu tych aspektów, których nie znamy. Bo Witkowskiego interesuje świat poza ideologią (komunistyczną), choć jest zainteresowany różnymi idiolektami współczesności (np. językiem wyemancypowanych gejów). Jednak nawet, kiedy Witkowski naprowadza nas na jakiś prześmiewczy obszar, to zaraz równoważy to ironią (nie jest ona zwrócona przeciw opisywanym osobom i społeczności, raczej pogłębia rekonstruowany świat, raczej uplastycznia jego bohaterów).
Wszystko to, o czym pisałem, nie zmienia zasadniczego statusu Lubiewa. Powieść Witkowskiego to gejowska autobiografia. Świat opisywany jest tu z jasno określonej perspektywy: polonisty, krytyka i badacza literatury, dobrze zorientowanego we współczesnych sposobach genderowego i quirowego rozpoznawania rzeczywistości. Michał opowiada historię ciot, bo chce zrozumieć swoją tożsamość: wykształconego, postępowego, polskiego geja.


Jerzy Madejski, "Pogranicza", nr 1 / 2005