WOJCIECH RUSINEK: Barokowy Witkowski


Lubiewo Michała Witkowskiego (czy może ? jak autor pisze o sobie w powieści ? Michaśki Literatki) jest, warto powiedzieć to już na początku tej recenzji, sukcesem literatury. Celowo nie piszę "sukcesem literackim", oceny takiej będzie można dokonać dopiero za kilka miesięcy czy nawet lat, lecz właśnie ? "sukcesem literatury". Bo oto wrocławski pisarz, autor interesującego zbioru opowiadań Copyright (Kraków 2001), pokusił się o gest egotyczny, podkreślający, że jest pisarzem dojrzałym i samodzielnym, świadomym sytuacji i mechanizmów zachodzących w przestrzeni literatury współczesnej. "Radykalna powieść pedalska" Lubiewo ukazuje się ? zauważmy ? w momencie szczególnym: coraz silniejszy w Polsce dyskurs homoseksualnej emancypacji oswaja "pewne tematy", wprowadza problematykę homoseksualną w przestrzeń dyskusji społecznej, ustanawia przy okazji swoistą modę na gay/les i... otwiera nowe zakresy banału oraz politycznej poprawności. A przecież Witkowski z Copyright jawił się jako pisarz dość niepoprawny (świetny tekst na temat standardowych lekcji angielskiego, wyśmiewanie mitograficznego modelu prozy, słowa pochwały dla... Adolfa Hitlera)! Stąd obawa ? zanim jeszcze sięgniemy po Lubiewo ? że prozaik stonował nieco swoją ironię, że za cenę sukcesu medialnego (pedalskie Lubiewo idealnie mogłoby wpisać się w "dyskurs dominujący") wyrzekł się "osobności" w ramach systemu, w którym ? co tu dużo mówić ? potrafi się odnaleźć. Całe szczęście jednak Lubiewo ? choć zaangażowane ? wyrasta ponad doraźną, emancypacyjną publicystykę ? książka jest zatem gestem tyleż wyrachowanym, co i przewrotnym. Trudno ukryć, że Witkowski wykorzystuje koniunkturę medialną, trudno też jednak zaraz nie dodać, że wypływając na fali tej mody, zwraca się przeciwko niej! Lubiewo pisane jest bowiem przeciwko "ugrzecznionemu" wizerunkowi homoseksualisty (ale też przeciwko homofobicznemu przemilczeniu tego tematu!), stąd rozbawienie faktem, iż medialny patronat nad książką objął "pozytywnie (sic!) homoseksualny" portal homiki.pl. Jest to książka przeciwko modzie ? choć tę ostatnią perfidnie, w sposób budzący zazdrość, Witkowski wykorzystuje. Jest wreszcie Lubiewo ruchem w kierunku czystej literatury, literatury tout court.
Podoba mi się ten gest! Witkowski zdaje się być pisarzem zbyt świadomym faktu, iż wciągnięcie tekstu literackiego w dyskusję społeczną prowadzi do spłaszczenia jego odbioru. Wybierając określoną tematykę i techniki narracyjne, Witkowski stara się tymczasem umieścić poza problematyką prasy dla klasy średniej, zbliża się natomiast do dobrej prozy ukazującej złożoność rzeczywistości, jej wieloaspektowość i skomplikowanie. Dlatego, takie widzę zagrożenie w odbiorze książki, Lubiewo może zostać odebrane negatywnie zarówno przez "pozytywnych homoseksualistów" (z których Witkowski drwi w powieści), jak i przez przeciwników ich emancypacji, którzy odrzucą Lubiewo z niesmakiem. W rysującej się pomiędzy tymi dwiema reakcjami przestrzeni "poza" jest natomiast miejsce dla literatury, dla jej autonomii. Tej autonomii nie dał sobie odebrać autor Copyright; no... chyba że dyskurs publiczny okaże się silniejszy i bardziej opresywny od ambiwalentnej, niezależnej postawy Witkowskiego, czego pisarzowi nie życzę... A że i sam autor jest świadomy tychże zagrożeń, świadczy pochodzące z jego internetowej strony Wirtualne posłowie do książki, w której Witkowski tematyzuje swój gest autonomii, opowiada się po stronie literatury (tylko czy nie puszcza przy tym ? kampowego ? oka?). Niepotrzebnie, bowiem samo Lubiewo jest gestem tym na tyle wyraźnie nasycone, że dodatkowe komentarze są zbędne. Zobaczmy więc, co dzieje się w literackiej warstwie Lubiewa.
"To jest ohydne. Ohydne i ciekawe jednocześnie. Nie opublikuję tego przecież. No bo jak? Co ja mam z tego zrobić? Reportaż dla <<Polityki>>? <<Na własne oczy>>? Jak? Można zrobić o tirówkach, o złodziejach, o zabójcach, o złomiarzach, o zdrajcach, a tylko o tym jakoś nie da rady" (s. 24) ? zastanawia się narrator pierwszej części powieści (Księga ulicy) po wysłuchaniu kilku anegdot dwóch "przegiętych ciot" wrocławskich, po czym dodaje: "Nie ma języka, żeby o tym mówić, chyba że <<dupa>>, <<chuj>>, <<obciągać>> i <<luj>>. Chyba żeby tak długo powtarzać te słowa, aż wypiorą się z całego koszarowego nalotu. Nie dziwię się, że nikt nigdy nie napisał o tym reportażu!" (ss. 24-25). Lubiewo jest właśnie próbą znalezienia takiego języka, próbą wprowadzenia do literatury polskiej tematyki, która nie została w niej dotąd oswojona. Przy czym nie chodzi tu, trzeba koniecznie dodać, o ocenę moralną opisywanych zjawisk, lecz o sam fakt zaistnienia w prozie "cioty", a tej dotąd albo nie było, albo pokazywana była dość eufemistycznie. Nie da się także ukryć, że pierwszym odruchem lekturowym jest właśnie sprzężone z zafascynowaniem obrzydzenie. Witkowski nie eufemizuje, prezentując homoseksualny margines, język tej prozy nasycony jest wulgarnością i fizjologią, bo taki też ? obsceniczny i skrajnie cielesny ? jest tryb życia "ludzi uzależnionych od seksu", pojmowanego zresztą dość specyficznie. Seksualność Lubiewa ma bowiem, w moim odczuciu, barokowy charakter, przy czym nie mam na myśli powierzchownego rozumienia tego terminu. Dworcowo-pikietowe cioty nie funkcjonują w sferze dostatku i estetycznego przesytu, bogactwa i dekadencji barokowego pałacu (choć ten pojawia się w sferze fantazji ? ss. 281-289), bo najzwyczajniej ? nie jest to ich przestrzeń! Chodzi raczej o pewien typ wyobraźni (zarówno bohaterów, jak i Witkowskiego), model rytuału, o widzenie kondycji człowieka ? te elementy w obrazie po-peerelowskich ciot zdają się mieć barokową właśnie genezę.
W rozdziale o znamiennym tytule Teorie czytamy: "Wśród heteryków <<całą gębą>> nie ma miejsca na ironię, na grę, na cudzysłów, stylizację, nie mówiąc już o kampie. (...) Siedzą po uszy w swoich rolach społecznych, a my do nich z naszymi transgresjami, metamorfozami i przebierankami" (s. 255). Wraz z Witkowskim (jako narratorem i autorem) przemierzamy alternatywną wobec "heteryckiej" przestrzeń życia, której żywiołem jest maskarada, a formą życia ? tragiczny rytuał. Bycie ciotą oznacza bowiem ciągłą niepewność płciową, konieczność lawirowania między rolami męskimi i żeńskimi, między własną homoseksualnością a fascynacją heteroseksulanym "lujem" ("luj to byczek, pijany byczek, męska hołotka, żulik, bączek, chłopek, który czasem wraca przez park, albo pijany leży w rowie, na ławce na dworcu" ? s. 18). Fascynacją, która często prowadzi do tragicznego, przy tym ? z utęsknieniem przez cioty wyczekiwanego finału: jak refren wracają w Lubiewie opisy naiwnych ciot obrabowanych przez "lujów". "Przebieranka" dotyczy w Lubiewie przede wszystkim zamiłowania ciot do określonego, zrytualizowanego, maniakalnie kultywowanego stylu życia, który przypomina... model realizowany przez starsze panie! Oto transgresja większa chyba niż tragiczne, nienasycone rozpasanie bohaterów Witkowskiego! Postacie ciot z Lubiewa, poza kilkoma wyjątkami, to z reguły umalowani mężczyźni w średnim wieku, pracujący(-e) jako szatniarki, babcie klozetowe czy portierki, zakładający(-e) z przesadną manierę nogę na nogę, pielęgniarki oddające się "pogaduszkom", miłośnicy(-czki) Anny Jantar i wczasów pracowniczych w staromodnych ośrodkach. Dobrowolne przyjmowanie przez mężczyznę takiej roli budzić może niepokój większy niż "uzależnienie od seksu" ? to bowiem zostało już w prozie do pewnego stopnia zinterioryzowane, tyle że ? na co zwróciła uwagę Kinga Dunin ? w wydaniu "heteryckim"...
No dobrze, ale dlaczego, mówiąc o "przebierankach", o fluktuacji tożsamości ciot, nie poprzestajemy na pojęciu kampu? Otóż wydaje mi się, że termin ten ? choć przyznaję, że wiem niewiele na ten temat i nie znam się na teorii gender ? słabo akcentuje tragiczny wymiar doświadczenia, zwłaszcza erotycznego, radykalnych homoseksualistów. Tymczasem w "barokowej" wizji Witkowskiego karnawał i rytualizacja, maskarada i kosmetyki, przyjemność i transgresja podszyte są przeczuciem "mroku"... Czym intensywniej daje o sobie w Lubiewie znać działanie Erosa, tym silniejszy staje się dramat towarzyszącego mu Thanatosa. Bo oto, gdy spojrzeć na przedstawiony w Lubiewie "katalog ciot polskich" z perspektywy ogólnej, można w książce dojrzeć dramatyczny ruch badania granic fizjologii, bataillowskie dążenie to zatracenia w ekstazie. Dla wywodzących się z reguły z niższych klas społecznych ciot transgresja staje się nieuświadomionym sposobem na życie ? dotykają upodlenia, samoponiżenia, znosząc pojęcie grzechu docierają do granicy, poza którą seksualność zamienia się w zwierzęcość. Poza granicą brutalności i pożądania rozpościera się już tylko brud, śmierć i pustka. A przy tym ? ciągle zachowywana jest dbałość o rytuał pikiety, o maskę kobiecego stylu życia czy o reguły polowania na luja! Rytuał kultywowany jest jakby wbrew dokonującemu się rozkładowi ciała, wbrew stopniowaniu obrzydliwości. Spoza skrajnie natężonej przyjemności prześwieca coś, co i narratora napawa przerażeniem: "Rzymska sauna przypominała sceny z Markiza de Sada, z filmów Pasoliniego. Z jaką zawziętością te rozpadające się ciała pięćdziesięcioletnich facetów z brzuchami czepiały się siebie nawzajem! Nie było takiej wydzieliny, której by nie zlizali, nie było takiego ruchu, którego nie zinterpretowaliby jako zaproszenia do... seksu? Czy to był jeszcze seks? Był to raczej jakiś taniec śmierci, coś, o czym pisać nie wiadomo jak" (s. 68). Jak się wydaje, model skrajnej rozkoszy, erotycznego, zachłannego rytuału podtrzymywanego na przekór rozkładowi ciał i czającej się w nich pustce samotnej (mimo wszystko) śmierci nijak się ma do "dyskursu emancypacyjnego", z którego Witkowski drwi w Lubiewie. Konfrontacja z grupą nowoczesnych gejów na tytułowej plaży w Lubiewie ujawnia tylko nieprzystawalność ich języka do rzeczywistej ? tragicznej ? sytuacji ciot: "że nie, że adopcja, że emancypacja, prawa do małżeństw, partia Zielonych, a w ogóle to przyjaciel, stały partner, bezpieczny seks (przyjacielski), kondomy. Jesteśmy ludźmi kulturalnymi, którzy chcą to robić czysto, także moralnie, za społecznym przyzwoleniem, w białych rękawiczkach" (ss. 128-129). O ile płodniejszy poznawczo jest na tym tle obraz naszkicowany przez Witkowskiego!
Witkowski, gromadząc w książce szereg anegdot z "ciotowskiego" pół-światka, tworzy swoisty katalog, barokowy (znowu) "wirydarz", w którym opowieści podstarzałych ciot uwalniają się stopniowo od pierwszoosobowej, quasi-reportażowej narracji, pączkują zgodnie z logiką skojarzeń bohaterów, rozrastają się w fascynującą i przerażającą panoramę środowiska. Ale nie fragmentaryczność w konstrukcji Lubiewa jest najbardziej interesująca, ile raczej różnorodność stylistyczna kolejnych rozdziałów powieści. Bo oto, obok nasyconych wulgaryzmami i fizjologią historii ciot spotykanych przez Michaśkę Literatkę, znajdują się w książce fragmenty bardzo poetyckie. Tak jakby ? znów ? spoza zakładanej przez autora, wyjściowej poetyki kampowej przeświecało "coś więcej" ? raz może to być namysł nad transgresją, innym razem ? liryczne ukształtowanie narracji, bliskie takiemu modelowi literatury, w którym nie było jeszcze miejsca na gejowską zgrywę. Do takich właśnie "prześwitów" należą w Lubiewie opisy "nocnych łowów" w parku czy ? przywodzący na myśl Opowieści galicyjskie ? epizod z "duchem Hrabiny", choć motyw ten kontrapunktowany jest żartobliwą, gejowską parafrazą Dziadów... Widać Witkowski nie jest jeszcze pisarzem całkiem kampowym, nie zatrzymuje się tylko na powierzchni maskarady, ale wyczulony bywa na tragiczną nieraz (barokowo) podszewkę rytuału. No właśnie... Nie w pełni kampowy, w więc jednak zmierzający ku takiej poetyce! Zmierzający pod patronatem Gombrowicza, bo język autora Trans-Atlantyku, ukształtowany właśnie do opisu formy zachowań, rytuału, powierzchni zdarzeń między-ludzkich, wydaje się tutaj najbardziej adekwatny. Przy czym, warto zauważyć, Witkowski nie wykorzystuje Gombrowicza intrumentalnie, ot, po prostu przejmując pewną problematykę, lecz odwołuje się doń na poziomie technik literackich czy szerzej ? założeń pisarskich, dążąc do uczynienia z języka kolejnego poziomu kampowej maskarady.
Frapująca jest dla mnie, przyznaję, powieść Witkowskiego... Zaangażowana, a jednak wymykająca się społecznej dyskusji na temat homoseksualizmu; wykorzystująca pewną koniunkturę, a przecież pisana wbrew dyskursom emancypacyjnym; zanurzona w żywiole kampu, a mimo to przejmująco tragiczna; bezlitosna w epatowaniu jak najbardziej realnymi: brudem, rozkładem, występkiem, a jednocześnie ? poetycka i sentymentalna. Napisana językiem prostym, w którym całkiem sporo językowych i literackich smaczków, stylistycznej różnorodności, testowania różnych form anegdotycznych (długie opowieści ciot obok pojedynczych, zasłyszanych przypadkowo fraz). Lubiewo jest wulgarne i niesmaczne, ale w takim natężeniu wulgarność sama siebie unieważnia, spoza opisów, które budzą niesmak podczas pierwszego kontaktu, wyłaniać zaczyna się szereg fragmentów o dużym komicznym, poetyckim czy poznawczym potencjale. Cóż, Lubiewo to po prostu książka literacka! Dobra książka, w której partykularne kwestie schodzą na plan dalszy ? przynajmniej tak starałem się czytać Lubiewo w tej recenzji. Złożoność i wielowymiarowość książki znacznie przekracza możliwości opisu publicystycznego, i bardzo dobrze... Przed sprowadzeniem prozy artystycznej do roli "głosu w dyskusji społecznej", do roli przekazu publicystycznego, bronić może przede wszystkim... literackość! Taka chociażby, jaką widzę u Witkowskiego. I tylko ona może sprawić, że Lubiewo zostanie w pamięci dłużej niż jeden sezon, a cieszyłbym się, gdyby zostało zapisane trwale... Powtórzę więc: Lubiewo to książka literacka, to sukces literatury, sukces Witkowskiego. I to jest najważniejsze.


Michał Witkowski, Lubiewo, korporacja Ha!art, Kraków 2005.
"FA-art" 2005, nr 1.