|
ARCHIWUM MIEJSKIEJ PAMIĘCI
Nie sposób nie docenić, zlekceważyć, nie dostrzec, pominąć, jak niektórzy
nałogowym "olewaniem" wszystkiego, to czynią. Fakt stał się ciałem. Zaistniał.
26 czerwca br. W Bibliotece Miejskiej, poprzedzony kłopotliwie utrudnianymi
zabiegami - gromadzenia, szukania i przygotowywania, nastąpiło otwarcie
fotograficznej wystawy: "Łobez Wczoraj i Dziś". Wcześniej, przed otwarciem,
niejako pierwszy etap cywilizacyjnego kroku w kierunku Europejskiej Kultury,
było nabożeństwo ekumeniczne - ksiądz katolicki i pastor protestancki,
wspólnie: modlili się, poświęcali, odprawiali, czynili zadość upamiętniającej
tradycji. Kamień, obelisk, pomnik pamięci tych, których płyty nagrobne,
przez czterdzieści parę lat służyły nam do różnych celów - bezcześciliśmy
je. Teraz wreszcie dostrzegliśmy ten fakt i dzięki staraniom łobeziaków,
obywateli RFN, którzy mieli tu groby rodzinne. I zdecydowanemu uporowi
Pana Zbigniewa Grochowskiego jest kamień, znak, krok, symbol. Myślę, że
dopiero takie fakty upoważniają nas, dają nam bilet wstępu do Europy -
narodów świata. A przekonującym dowodem myślenia, przynajmniej mnie upoważniającym,
była obecność na cmentarzu i na wystawie, byłych mieszkańców miasta, sprzed
1945 roku, spośród których - wiedziony chyba jakąś intuicją (przeczuciem)
- udało mi się, ku zaskakującemu odblokowaniu pokładów niechęci, radośnie
spotkać dwie starsze koleżanki - Niemki, chodzące także do Szkoły nr 1,
która to Szkoła, w onym - Ich - czasie, była Szkołą dla dziewcząt. O czym,
bez znajomości języka: minami, gestami, pokazywaniem na zdjęciach, tudzież
sytuując obiekt na planie miasta, powiedzieliśmy sobie wzajemną sympatią.
Taka właśnie atmosfera zażyłej serdeczności wytworzyła się między tymi
pamiątkami, że aż otworzyliśmy się przed sobą. I to jest, niczym innym
niezastąpiona, wartość tej wystawy. Dziękuję p. Zbigniewowi i p. Eugeniuszowi
- zrobiliście panowie to czego nie umieliśmy, nie umiałem nawet sobie uświadomić.
Dokonane fakty to potwierdzają. Historia, zdjęcia pamięć, Miejskiej Pamięci.
Nie ma, nie było, nie będzie. Pojedyncze zjawiska: wysiłkiem, trudem, uporem,
kosztem rezygnacji i wyrzeczeń, a dodatkowo obciążane jeszcze sformalizowanym
zabieganiem - róbcie, róbcie, my was podsumujemy...
Myślę, że jednak trzeba iść dalej, w tę stronę - ocalić od zapomnienia
to, co jeszcze nie zostało zniszczone - zaprzepaszczone: - ludzie, ich
uczucia, pamiętania, doznania, przeżycia, zawęźlenia, związki, zszywki
z miastem, z ziemią. Bo takie jest kulturalne dziedzictwo cywilizowanych
narodów.
Leon
P.S. Po doświadczeniu, którego byłem uczestnikiem, wyciągam wnioski
do przyszłego stosowania. Nauka, mądrość, myśl, którą wzbudziło we mnie
doznanie. Nie jestem, bohaterem i nie powinienem go udawać w sensie społecznym
(!?). A jeżeli już to na pewno nie; "...najmądrzejszy w całej wsi, jak
wszyscy wyjadą...". Istota leży w sensie tego co robimy, postępujemy, mówimy,
piszemy, działamy, organizujemy, nadajemy, odbieramy, oceniamy, wartościujemy.
Myślę, że to właśnie, co się dokonało, zaistniało, poruszyło - wystawa
fotograficzna i KAMIEŃ na cmentarzu, jest bardzo czytelnym, bo konkretnie
rzeczowym wyrazem.
"Łabuź" 6/1993
[Spis treści]
KORZENNE SZCZEPY
Pierwszego sierpnia 1996 r., przejazdem, w drodze do Kołobrzegu zawitał.
Przedtem, utartym trybem życzliwej obyczajowości, odwiedził Cmentarz Komunalny
gdzie: koleżanki, koledzy, znajomi, życzliwi, bliscy i Krzyż Sybiraków
- wkorzenione miejsce pamięci, na nim tabliczki z imionami i nazwiskami
Jego ojca i matki, którzy Go osierocili: ojciec w Katyniu, matka w Kazachstanie.
W czterdziestym szóstym, repatriacyjnym eszelonem transportu - bydlęce
wagony, przyjechał do Łobezu i stąd wystartował w 1951 roku. Opiekowała
się Nim Pani Monika Budkiewicz. To jej grób, teraz po latach, odwiedza
przede wszystkim. No i Krzyż Sybiraków, pod którym wtedy, w sierpniu, dojrzał
wieńce i szarfy z niemieckimi napisami. Dociekając zapytał...
W czerwcu (27-go) połączeni uwspólnioną pamięcią miejsca o swoich zmarłych:
Niemcy - dawni mieszkańcy Łobezu i Polacy -obecni mieszkańcy, w składanym
hołdzie pod pomnikami: Krzyż Sybiraków i Kamień-Obelisk, czcili wzajemnie
pamięć bliźnich losów. I wtedy właśnie, w tamtej chwili, nie, tego nie
było widać - nie materialne to wszakoż, to była tylko atmosfera, klimat
-bliźniej wzajemnie życzliwości. Ale to właśnie dopiero Kazik Obuchowski
otwartym i wrażliwym sercem: zobaczył, wyczuł, pojął, zrozumiał, zwrócił
uwagę na fakt, jego istotę, która w zabieganym codziennie pośpiechu konieczności
trawiennych fotograficznym błyskiem przelotnej chwili mignęła, została
przetrawiona, udokumentowana, sprawozdana, stała się, była, uleciała...
Leon
[Spis treści]
WSPÓLNE MODLITWY
W dniu 27 czerwca 1996 roku o godzinie 10.00 przyjechali do Łobza byli
mieszkańcy miasta. Mieszkali tu przed wojną, później repatriowali do Niemiec.
Teraz rokrocznie odwiedzają miasto swojego dzieciństwa.
Od trzech lat, kiedy to został na łobeskim cmentarzu postawiony pomnik
wszystkim zmarłym Niemcom, odbywają się wspólne modlitwy Niemców i Polaków.
Zebrani modlą się przy Kamieniu oraz Krzyżu Sybiraków.
Te wspólne modlitwy wytwarzają atmosferę wzajemnej życzliwości, przyczyniając
się do anulowania uczuć zapiekłości i wzajemnych pretensji.
Wspólna modlitwa za zmarłych Niemców przy Ich monumencie, składanie
wieńców przez delegację przyjezdnych i Sybiraków, odbywa się bez patosu,
w przyjaźni.
Niemcy odśpiewali religijno-patriotyczną pieśń w swoim języku. Później
odmówiliśmy wspólnie UnserePater, Ojcze Nasz, modlitwę celebrowaną przez
naszego dziekana księdza W. Pławskiego. Następnie przeszliśmy do naszego
sybirackiego pomnika i Krzyża, w którym to miejscu zrobiono pamiątkowe
zdjęcia.
Muszę tu wspomnieć, że bardzo nam pomógł tłumacz pan Zbigniew Grochowski.
LG
[Spis treści]
W czerwcowy poranek 1996 roku oczekiwaliśmy na cmentarzu na przybycie
Niemców - dawnych mieszkańców Łobza - których w naszym imieniu powitał
pan Grochowski. W czasie drogi do miejsca uroczystości byłam świadkiem
rozmowy pana Gosławskiego z jedną z przybyłych: Niemka bez cienia żalu
i nienawiści opowiadała o miejscu utraconego dzieciństwa -wymieniała ulicę
i zakład, przy którym mieszkali jej dziadkowie. Okazało się, że tych domów
już nie ma.
Uroczystość rozpoczęła się przy pomniku niemieckim. Złożono kwiaty,
były przemówienia. Niemcy mówili wiersz oraz zaśpiewali pieśń. Mówiono
wiele o pojednaniu i przyjaźni. Kilka słów powiedział nasz proboszcz. Następnie
zostały złożone wieńce i kwiaty pod Krzyżem Sybiraków przez delegację niemiecką
i przez nas - Sybiraków.
Rozstawaliśmy się w przyjaznej atmosferze obiecując, że znów spotkamy
się, by uczcić pamięć pomordowanych przez Sowietów oraz pamięć krewnych
wypędzonych stąd Niemców.
Cz.R.
[Spis treści]
LISTY ZE STRON RODZINNYCH
W wyniku układu powojennego zawartego w Poczdamie przez zwycięską koalicję
dotychczasowi mieszkańcy (Niemcy) naszego miasta byli zmuszeni opuścić
Łobez.
Większa część byłych mieszkańców Łobza została wywieziona - przesiedlona
do Dolnej Saksonii wzgl. do Szleswigu - Holsztyna. W swych nowych miejscach
zamieszkania szybko nawiązali między sobą kontakty i tak doszło do nieformalnego
powstania Koła Przyjaciół Miasta Powiatowego Łobza "Heimatfreunde der Kreisstadt
Lobes" na wzór naszych stowarzyszeń np. nowogródczan. Byli mieszkańcy na
swe miejsce spotkań wybrali Hannower - stolicę Dolnej Saksonii.
Ich staraniem wydano 3 książki pt. "Labes" opisujące historię miasta
i następstwa klęski b. 3-ej rzeszy.
Dziesiątki mieszkańców zostało zamordowanych przez wkraczające wojska
b. armii radzieckiej między innymi b. pastor łobeskiej parafii ewang.;
również dziesiątki z nich popełniło samobójstwo. Książki te zawierają między
innymi imienne listy tych osób. Do pierwszych spotkań mieszkańców b. Łabesa
doszło w roku 1946.
Jubileuszowe spotkanie miało miejsce w tym roku w Hanowerze, było to
50-te uroczyste spotkanie.
Od roku 1986 byli mieszkańcy Łobza wydają swoje czasopismo pr. "Labeser
Heimatbriefe".
Pismo jest bezpłatnie wysyłane byłym mieszkańcom Łobza - koszty druku
ponoszone są z dobrowolnych wpłat.
W roku 1995 zarejestrowano na podstawie ustawy o stowarzyszeniach. stowarzyszenie
"Wspólnota mieszkańców Łobza", które jest obecnie wydawcą tego pisemka.
Pisemko to opisuje wydarzenia z życia stowarzyszenia, dużo tekstów dotyczy
obecnego życia naszego miasta oraz zawiera życzenia urodzinowe dla swych
członków b. mieszkańców Łobza. Jedna strona jest poświęcona tym co zmarli
w międzyokresie. Wśród ostatnich życzeń urodzinowych jest życzenie z okazji
100 urodzin b. mieszkańca Łobza pani Marie Radunz z domu Sibbens.
Zbigniew Grochowski
[Spis treści]
ZNALEZISKO Z PCHLEGO TARGU IRMGARD MOHRMANN
Na każdym pchlim targu występują stoiska z książkami, przy których zawsze
zatrzymuję się przez kilka chwil w nadziei, że uda mi się natrafić na coś
nadzwyczajnego. Jakże byłam zaskoczona i zdziwiona, gdy nagle znalazł się
w moich rękach egzemplarz zatytułowany: "Juliusz Cezar" W. Szekspira (Shakespeare
1564-1616) w przekładzie Caspara Wilhelma von Borcke. Z zainteresowaniem
ją kartkowałam.
C. W. v. Borcke pochodził z daleko rozgałęzionej łobesko-węgorzyńskiej
linii tego rodu. Zastanawiałam się kim był ów von Borcke, gdzie i kiedy
żył i co więcej można o nim powiedzieć.
Okazuje się, że urodził się w 1704 roku w Gawrońcu (niem. Gersdorf)
w powiecie drawskim będącym w posiadaniu Borków od 1499 r. C. W. v. Borcke
jako pruski minister stanu, wojny i gabinetu służył pod Fryderykiem Wilhelmem
I (1688-1740) i Fryderykiem II (1744-1797). Zmarł przeżywszy 44 lata -
w 1748 r.
Urodził się w okresie rządów Fryderyka Wilhelma I - od 1701 r. króla
Prus i w budowanym przez niego wysoce scentralizowanym organizmie państwowym.
Piastowany przez jego ojca Georga Matthiasa v. Borcke urząd kanclerza w
Marchii Brandenburskiej przesądzał o drodze kariery syna. W tamtych czasach
szlachta, jako czynna elita, obsadzała urzędy i stanowiska oficerskie w
ówczesnym państwie pruskim. C. W. v. Borcke wstąpił do służby dyplomatycznej
i w wieku 22 lat został pruskim posłem przy dworze w Londynie. Dalszymi
miejscami jego służby były: Paryż, Berlin, a wraz z objęciem rządów przez
Fryderyka Wielkiego (Fryderyka Wilhelma II) - Wiedeń, gdzie prezentował
interesy polityki pruskiej w odniesieniu do Śląska. Von Borcke - będąc
wiernym dyplomatą króla (Fryderyka I) - miał również swój udział w formowanym
przez niego "pułku olbrzymów" (wzrost od 1,8 m wzwyż; przyp. tł.). W czasie
swej londyńskiej służby (1733-1737) udało mu się zwerbować jeden szczególnie
wspaniały "egzemplarz". W konsekwencji doprowadziło to do zawiłości dyplomatycznych,
w wyniku których - z uwagi na ten nieprawdopodobny handel ludźmi - został
z tego kraju usunięty.
Będąc dyplomatą zajmował się równocześnie krajoznawstwem i sporządzał
tłumaczenia. Między innymi około 1729 r. przetłumaczył utwór Szekspira
"Juliusz Cezar" i wydał go w 1741 r. Widocznie, w czasie swego londyńskiego
pobytu, oglądał tę sztukę na scenie, ta go zafascynowała i doszło do dokonania
przekładu.
Zaznaczyć tu należy, że C. W. v. Borcke stał się w ten sposób pierwszym
w ogóle tłumaczem Szekspira! Zastanawiającym jest, dlaczego fakt ten pozostał
nieznany? Chyba dlatego, że v. Borcke wyprzedził swoje czasy.
Jako język międzynarodowy używany był w owym czasie, nie jak dzisiaj
angielski, a francuski, którym Fryderyk Wielki władał daleko lepiej niż
niemieckim. To francuscy filozofowie wpływali na życie duchowe i we wczesnych
latach XVIII-go stulecia nie bardzo było wiadomo, co począć z kimś takim
jak Szekspir. Wielki Wolter (Volteire) określał dzieła Anglika jako "dzikie
i pijane". Nakładało się jeszcze na to ówczesne zacofanie języka niemieckiego,
pod względem jego literackiej zdolności interpretacyjnej (Ausdrucks - fahigkeit).
Warto zauważyć, że język angielski z czasów elżbietańskich, a zwłaszcza
język Shakespeare'a, odznaczał się niezwykłą bujnością i posiadał swój
odrębny charakter. Pełne rozbudzenie świadomości narodowej i wytwarzanie
nowych form życia państwowego przez Tudorów (dynastię panującą w Anglii
w latach 1485-1603, której ostatnią przedstawicielką była Elżbieta I) oddziaływało
potężnie na rozwój i rozrost języka. Jego bogactwo przejawiało się np.
w obfitości odcieniów znaczeniowych w grupach synonimów, w których obok
wyrazów pochodzenia rdzennego i francuskiego występowały wyrazy pochodzenia
łacińskiego. Oto przykłady: royal (fr. royal) - królewski w znaczeniu ogólnym,
odnoszący się do króla; regal (łac. rex) - królewski w znaczeniu majestatu
króla; kingly (ang. - królewski w znaczeniu godny króla). Wzbogacając słownictwo
język angielski jednocześnie ujednolicał się i umacniał swoją strukturę.
I tak dopiero w 100 lat później, po tym jak dokonał tego v. Borcke,
pojawiły się pierwsze mistrzowskie przeniesienia dzieł Szekspira na język
niemiecki. I dopiero patrząc przez te wzajemne uwarunkowania można dokonania
v. Borcke właściwie ocenić i zinterpretować.
Gdy w 1748 r. C. W. v. Borcke zmarł, Fryderyk Wielki - wyrażając swój
żal - dał wyraz uznania dla jego prawości i nadzwyczajnej zręczności dyplomatycznej:
- "Dans ce mecier perilleux... Mr de Borcke conserva le coer le plus adroit
et le plus franc", tj. "pan v. Borcke na trudnej drodze dyplomatycznej
zachował postawę dowodzącą prawości i trwałej serdeczności."
Tłumaczenie z j. niemieckiego - Roman STERNICKI
Irmgard Mohrmann. "Labeser Heimatbriefe", październik 1993
"Łabuź" 19/1996
[Spis treści]
HEIMATGEMAINSCHAFT DER LABESER
(Związek Ojczyźniany Łobezian)
Hildegard Müller Wiesenstr. 6 26826 Weener
Klub Literacki "Labuz"
Archiwum Pamięci
Ul. Niepodległości 76/1 a
PL. 73-300 Lobez
Weener, 02. Sept. 1998
Czcigodne Panie i Szanowni Panowie,
Za zaproszenie nas na uroczystości ojczyźniane, związane z 450-tą rocznicą
urodzin Sydonii v. Borcke, chcę serdecznie podziękować. Nasza pomorska
przeszłość staje się teraźniejszością dzięki tym obchodom, które zainicjowaliście.
Właśnie takie przyjacielskie kontakty, my dawni mieszkańcy Łobezu chcemy
nawiązywać i utrzymywać z obecnymi mieszkańcami naszego miasta.
Naszym życzeniem jest, aby te związki umacniały się i coraz ściślej
łączyły starych i nowych Łobezian, niezależnie od tego co przyniesie polityka.
Niestety nie możemy wziąć udziału w obchodach.
Życzymy natomiast; inicjatorom, organizatorom, uczestnikom wykonawcom
i gościom wszystkiego najlepszego, pozostając w ojczyźnianie życzliwej
sympatii.
Przewodnicząca
Heimatgemeinschaft der Labeser
Hildegard Müller
"Łabuź" 26/1998
[Spis treści]
Dr. Wulf-Dietrich von Borcke
58638 Iserlohn, 10.10.1998
Am Zukerufer 8
Wielce szanowne Panie i Panowie z Klubu literackiego "Łabuź"!
Dopiero teraz mogę Państwu podziękować za otrzymane zaproszenie na uroczystości
z okazji 450-tej rocznicy urodzenia Sydonii von Borcke. Niestety w czasie
deszczowej pogody popołudniem 12 września, a także podczas późniejszego
Koncertu w otwartej, pełnej przeciągów ruinie Kościoła Chorin przy
Eberswalde - uległem tak silnemu przeziębieniu, że leżałem w łóżku
i gorączkowałem, powoli wracając do zdrowia. Proszę więc o usprawiedliwienie
zwłoki.
Dla nas - członków rodziny, uczestniczenie w uroczystościach
było niezapomnianym przeżyciem. Przyjęliście nas Państwo tak gościnnie,
że natychmiast poczuliśmy się jak w rodzinnym gronie. Niestety nie
rozumiemy języka polskiego. Jednakże ilekroć ktokolwiek do nas mówił, zawsze
znalazł się ktoś, kto potrafił przetłumaczyć pytania i odpowiedzi.
To, że mogliśmy w Archiwum w Strzmielu obejrzeć stare dokumenty
dotyczące naszej rodziny, rozradowało nas niepomiernie wzmacniając uroczysty
nastrój dnia. Mimo, iż na Sesji, w Szkole w Radowie Małym rozumieliśmy
niezbyt wiele, to jednak odczuwaliśmy wiedzę i serdeczność tonu referentów.
Chciałbym też podziękować za stworzenie mi możliwości osobistego powiedzenia
paru słów. Dużo zadowolenia sprawiły dzieci, które nami się opiekowały.
Im także dziękuję!
Szczególne wrażenie wywarło na nas przedstawienie teatralne oraz entuzjazm
i zapał młodzieży gimnazjalnej, która mimo deszczu, moknąc w jego
strugach, grała nie przerywając widowiska. Gratuluję jej hartu ducha.
Sumując: cały ten dzień wypełniony był wciąż nowymi wrażeniami i działaniami,
które nas wciągały. Za to różnorodne bogactwo, które Państwo wspólnie z Gminą
Radowo Małe zorganizowaliście dla uświetnienia rocznicy Sydonii dziękujemy.
W naszych oczach jest to wielki sukces, którego gratulujemy!
Dzień ten pozostanie w naszej pamięci jako wspaniałe wydarzenie.
Dziękujemy za to, że mogliśmy wspólnie świętować rocznicę urodzin Sydonii
von Borcke. Jednocześnie wyrażamy nadzieję, że zadzierzgnięte kontakty
umocnią się jeszcze i będą trwałe.
Myślę, że niedługo znów się spotkamy. Gdy będę się wybierał do Łobezu
powiadomię. Dziękuję również za zeszyty literackie, które czytam przy pomocy
słownika rozumiejąc częściowo. Obecnie poszukuję tłumacza. Moje opracowania
dotyczące historii rodziny Borcków prześlę Państwu, kiedy już je wykończę
sądzę, że będą interesujące i przydatne.
Kończąc, w imieniu całej rodziny von Borcke raz jeszcze dziękuję
Państwu i życzę wielu sukcesów, pozdrawiając serdecznie.
Dr Wulf-Dietrich von Borcke
z języka niemieckiego tłumaczyła Irena Obuchowska
"Łabuź" 27/1998
[Spis treści]
List Dr Wulf Dietrich von Borcke
Dr. WULF-DIETRICH v. BORCKE
Am Zukerufer 8 58638 Iserlohn tel. (02371) 3 22 25
den 29.07.1997
Klub Literacki "LABUZ"
- Archivum Pamieci-
ul. Niepodległosci 76.1a
73-300 Łobez
Szanowne Panie i Szanowni Panowie !
Niestety, nie umiem ani po polsku mówić, ani pisać i mam nadzieję, że Państwu tłumaczenie mego listu
możliwe jest. Jak słyszałem od pana dr.
Bogdana Frankiewicza, zajmuje się Państwa Klub Sydonią von Borcke
i planuje w roku 1998 z okazji 450 urodzin seminarium. Możliwe,
mogę Państwu przy przygotowaniach z załączonymi artykułami pomocny być. Ja zabiegałem oddzielić faktyczne życie Sydonii od legendy, która po jej śmierci powstała i dzisiaj często jako prawda jest upowszechniana. Jako przewodniczący związku rodzinnego von
Borcke, cieszę się z tego, że Państwo historycznymi wydarzeniami, które mojej rodziny dotyczą, wykazują zainteresowanie.
Z mojej młodości jest mi Strzemiele i jego okolica jeszcze bardzo dobrze we wspomnieniach.
W pobliżu położonym jeziorze kąpałem się często i chętnie. Pozostaję z przyjaznymi pozdrowieniami-
Wulf Dietrich won Borcke
przekładu dokonał: Otto Bernard Hayder
D Z I Ę K U J E M Y !
"Łabuź" 22/1997
[Spis treści]
AGNIESZKA
Agnieszka Wesołowska
ZDARZENIE
Zastanawiam się, czym jest właściwie niezapomniane zdarzenie. W tych
słowach usiłujemy doszukać się sensacji, czasem nawet odrobiny niezgody
z realnością. Fraza ta kojarzy się nam przede wszystkim z czymś nietypowym,
a czymś do czego nie można przyczepić etykiety z niską ceną sprzedaży.
Sensacje i tak lubiane przez ludzi dreszczyki ominą ten reportaż. Więc
z braku tych właśnie emocji niektórzy zaczną zastanawiać się, czy dużo
dzieli go od opowiadania, jednak dochodząc do punktu spornego okazuje się,
że nijakie "coś" posiada własną strukturę, którą komponując musiałam cofnąć
się do dnia 16.11.96 r. Ani czas, ani miejsce nie należą do odległych.
Temat dnia był wypośrodkowany gdzieś między dalekością a bliskością. Bliski
był poetom, zupełnie nieobecny dla tzw. twardzieli.
Wszystko odbywało się w łzawą, szarą sobotę na zamku w Świdwinie. Po
południu miało tam nastąpić ogłoszenie wyników konkursu poetyckiego, ale
to akurat mnie nie dotyczyło. Dla mnie ważniejsze było coś, co miało się
odbyć rano - udział w warsztatach poetyckich, spotkanie z samym J. Baranem
i kilku innymi sławami pióra.
Zdarzenia nie były wcale zajmujące. Opierały się na mniej lub bardziej
spokojnej rozmowie. Wszystko utrzymywało zaskakującą równowagę. Tylko mój
umysł nie był w stanie zachować spokoju. Z medycznego punktu widzenia zawroty
głowy to nic poważnego. Mi jednak trochę przeszkadzały w rozmowie z poetami.
I gdybym nie była pewna, że oni byli w tym dniu przyczyną niedoskonałości
moich procesów życiowych, chyba jako jedyne ciało fizyczne w Świdwinie
zostałabym skonsumowana przez niepokój o własne zdrowie. Po prostu nie
przywykłam do spojrzeń sławnych poetów. Może dopadły mnie stereotypy, które
kazały bać się rasy idealnej? Nie wykluczone, że tylko wyidealizowanej.
Owszem, były momenty kiedy dochodziłam do normalności. To się działo przeważnie
wtedy, kiedy przestawali ze mną rozmawiać. Ale po chwili zaczynałam tęsknić
za tą niebanalnością, która oderwała mnie od świata.
Taka huśtawka nastrojów jest miła. Ale tylko do wspominania. Jednak
z drugiej strony w tych przypominających się chwilach bardzo często brakuje
mi wszystkich emocji i zawrotów głowy, które towarzyszyły mi na świdwińskim
Zamku.
Agnieszka Wesołowska
AGNIESZKA
Nasze codzienne, odrastającym ulotnie puchu pierzem dźwięków wygłaszanie.
Wybrzmiewa, zacicha, zanika. Litery, znaki, słowa, wyrazy, części, zdania.
Przelotnością normalną chleb głosu, którym żywimy się pospołu. Jaki w smaku
jest on? Myślę, że pewnie taki jak go gryziemy, przetrawiamy, wydalamy.
I na powrót to samo "naokoło dookoła". Siermiężnie parciana jałowość beztreściwych
smaków. Ping-pongową piłeczką języka, gramatycznie samozaradnym sprytem
umiejętnie odbijamy pancernie ochronną skorupą grzecznych pozorów zabezpieczając.
Jako że, gramatycznie-retoryczna wzniosłość figur jest właśnie...
Użyteczna pogonność naszych biegów, wszakoż służy komuś, czemuś, na
coś, po coś, do czegoś. Komu? Też chciałbym wiedzieć - usłyszeć odpowiedź:
"... kłaniając się umyka, gdy to Zosia widzi na białej mu dłoni..." - Język
- wrażliwość wyrażona słowem. Poezja. Wieszcz. Pamiątka Narodowa. Wartość,
która trwa. U nas, nami, przez nas, dla nas. Przetrawiając uprawiamy ją.
Jak to robimy? Różnie. Każdy jak umie, potrafi, albo jak komu podnożną
wygębnością poręcznie. Na wymiar bieżących potrzeb skarlałe użytecznego
pojmowania. Wszak musi być, pasować, wyposażać, budować, konstruować, scalać,
stanowić. Inaczej by nas nie było. Skoro jednak jesteśmy, to może już czas
zmienić przyciasne ubranko, prujące się w szwach...
A co ma do tego Agnieszka? Myślę, że to co Ona robi - pisze - uprawia
zapisując działkę. Można nazwać, i ja tak to pojmuję - fastrygowanie, przymierzanie,
próbowanie. Pewnie by chciała coś skroić i uszyć do noszenia - ubranie.
I chyba, a raczej na pewno, zrobi to. Życzę Jej tego. Wszystko co rozumiem
i wiem na Jej temat przemawia za tym. Powodzenia więc Agnieszko!
Leon
PS - Wprawdzie tak Agnieszki jak i moje pisanie jest subiektywne, osobiste,
prywatne. Tym niemniej, taki wniosek wynika z mego rozumowania: - to jest
właśnie kultura, a pisanie, zapisywanie, jest właśnie jej - kultury utrwalaniem.
I to są fakty!
[Spis treści]
WESOŁOWSKA
"Wiele dasz, nawet wtedy, gdy nic więcej nie dasz, jak tylko dobry przykład."
Seneka
Pamiętam z czasów, gdy dane mi było uczyć się podstawowo, że wśród grona
pedagogicznego większa część nauczycieli segregowała uczniów w ten sposób,
że tych z "lepszych domów" - dzieci łobeskiej elity - nawet w przypadkach,
gdy byli "inteligentni przeciętnie" - nazywała po imieniu, zaś tych z domów
biednych, ze wsi - nawet, gdy byli "podejrzanie inteligentni", traktowała
po nazwisku. Rodziło to w dziecku bunt; kazało pytać: dlaczego syn sekretarza
partii - choć matoł - jest Jureczkiem, zaś syn czy córka zduna - choć uczący
się dobrze - jest Iksińskim?
W czasie, gdy zdarzyło mi się zostać nazwanym po imieniu, czułem się
źle - nie czułem "wyróżnienia" i wolałem iść wypalić Klubowego z "matołem"
ze wsi, niż wkręcać się na siłę do tych, którzy z urzędu stanowili w szkole
kastę.
Bez skrupułów, bez zahamowań pisanie to opatrzyłem nazwiskiem, choć
dla autorki drukowanych w "Łabuziu" materiałów, noszącej imię ładne, żywię
podziw, ba - szacunek. Dla niej - jako osoby oraz (nie boję się użyć słowa)
dla fenomenu, jakim bez wątpienia Agnieszka jest.
Cytowana sentencja autorstwa Seneki odnosi się do pewnej grupy ludzi,
do kasty "pokornych". Być może dwunastoletnia osoba, tyle lat ma Agnieszka,
ma już świadomość "daru", tego że już teraz wyraża się jasno, zrozumiale,
czytelnie - bez pompatyzmu; że w jej wierszach nie ma manieryzmów, naiwności.
Jeżeli ma ową świadomość... nie zazdroszczę jej. Stoi bowiem przed bramą
z rozchylonymi lekko drzwiami, że szparą przez którą musi się przecisnąć,
by wejść na drogę zwaną Życiem. Za tą bramą czekają już ludzie, którzy
będą wmawiać jej, jaka to jest wspaniała, jakże zdolna, nasza Agnieszka;
będą sugerować, że jest JUŻ poetką i stoi wyżej od zwyczajnych, tych, którzy
nigdy nie nauczą się czytać, a jeżeli już to tylko po to, by studiować
program telewizyjny w sobotę.
To oni, WESOŁOWSKA, mogą spowodować, że staniesz się "wieczną" Agnieszką,
którą zagłaskają pochlebstwami. Dlatego unikaj ich. Idź z "pokornymi" -
pozostań sobą. I jakkolwiek napisałaś w jednym z wierszy:
"Szukając nadaremnie odpowiedzi, próbuję tak samo nieskutecznie zgubić
pytania. (...)", najpierw - mimo wszystko - pytaj; dopiero później próbuj
znaleźć na pytanie odpowiedź.
I nie pal - papierosów, a przede wszystkim - mostów.
Wiesław Małyszek
[Spis treści]
Kazimierz Obuchowski
ŻYCIE JAKO DZIEŁO SZTUKI
Dzieło sztuki żyje, gdy jest powodem nowych inspiracji i okazją dookreśleń.
Jest ono szansą przemian osobowości człowieka, który chociażby tylko raz
odczuje z jego powodu zachwyt, zadumę lub odrodzi się w nim zdolność do
świeżego spojrzenia na - wydawałoby się wytarte już i wyblakłe pejzaże
istnienia. Nieraz dzieło zasypia, jest tak jakby go nie było, aż znowu
znajdzie się ktoś kto ożywi je pocałunkiem zachwytu.
Oznacza to, że dzieło sztuki nie ma szansy na starość. Pozostaje młode
lub umiera. Umiera po zamknięciu ostatniej strony, do której czytelnik
już nie chce wrócić, po opadnięciu kurtyny na scenie, której już nikt nigdy
nie będzie chciał oglądać, po powieszeniu obrazu na ścianie, z którą tak
dobrze komponuje się, że przestaje być zauważony. Tak jak i po człowieku,
po dziele sztuki nie pozostaje nic, gdy było tylko powodem przelotnego
przeżycia, psychodelicznym błyskiem, efemerydą egzystencji.
Dzieło sztuki tak jak i osobowość człowieka, musi rozwijać się, stawać
się ważne wciąż na nowo, aby utrzymać swoje istnienie. Dzieło sztuki, dojrzewa
i nabiera głębi, gdy kolejne pokolenia ludzi doszukują się w nim nowych
znaczeń i ukrytych treści, rozszerzają zakres zawartej w nim metafory.
Z czasem wyrasta ono poza ramy wyobraźni pierwszego twórcy.
Sądzę tedy, że nawet Bardzo Wielki Artysta nie może być nim bez Wielkich
Odbiorców. Może wielkość artysty polega nie na tym, że tworzy wielkie dzieło,
ale na tym, a może głównie na tym, że to On daje Odbiorcom szansę bycia
Wielkimi? Bez nich jego dzieło pozostałoby tylko wspaniałym lub ładnym
przedmiotem, oryginalnym gestem, heppeningiem, dekoracją sceny, po której
artysta samotnie lub otoczony tłumem wielbicieli, przesuwa się w drodze
ku zapomnieniu.
Skoro tak, to może każdy człowiek ma szansę bycia Wielkim Artystą i
każdy może uczynić dzieło sztuki chociażby z własnego istnienia. Wystarczy,
że swoim życiem, a nawet momentem swojej śmierci, kogokolwiek poruszy przemieniając
go ze "zjadacza chleba" w "osobę", u której pojawia się pragnienie bycia
KIMŚ i istnienia nie tylko JAKOŚ. Oznaczało by to, że nie umiera całkiem
człowiek, którego życie staje się dziełem sztuki. Pozostaje chociażby jako
legenda, a jej trwałość jest ostatecznym sprawdzianem jego sensu.
Takie życie udaje się rzadko. Aby je przetrwać, być, nadać mu cechy
istnienia, pragniemy chociażby trwania w czyjejś miłości, pragniemy zdziałać
coś dla innych, aby pozostać w ich dobrej pamięci, w ich sercu, a więc
i w ich życiu. Dopiero, gdy nic takiego nie jest dla nas dostępne, wówczas
w wyniku rozpaczy przemijaniem ograniczamy się chociażby do działania przeciwko
ludziom, czynimy cokolwiek, by oni mogli nas zauważyć i przejąć się tym.
Nie twierdzę, że każdy jest świadomy tego, że pragnie istnienia w świadomości
innych ludzi. Twierdzę tylko, że problem ten jest osią tęsknoty, która
skłania do wysiłku nadania naszemu życiu sensu. (...)
Kazimierz Obuchowski
za zgodą Autora, naprawach rękopisu, fragment przedrukowujemy z "LITERATURY"
nr 4/1997r.
"Łabuź" 21/1997
[Spis treści]
FAMILIANCI
W woj. kaliskim (?), na trasie: Jarocin - Leszno, przy drodze nr 34
leży: - wieś, osada, kolonia, przysiółek (?) w gminie Jarczewo, która nazywa
się ŁOBEZ: - brat, siostra, bliźniak, krewny, pociotek? Nasz - "Łobezian"
imienny familiant, a więc rodzinnie bliźni! Co, kto, jak, tam? Nie wiemy.
Najprawdopodobniej nie mają nawet sołtysa (?). Wspólne pomiędzy nami, prócz
imienia, jest niewątpliwie takie samo zagubienie, gdzieś tam na bezradnie
zastraszonym i zgnuśniale otępiałym poboczu gminnej Polski. Pocieszającym
faktem dla nas - "Łobezian" jest wiedza i świadomość: - pośród nas jest
paru światłe Wykształconych Ludzi z Uniwersyteckimi dyplomami. Aby nie
wkładać kija w mrowisko urażonych ambicji, nie wymieniamy ich z nazwiska
- sami się domyślą. Każdy z nas wszakoż, na swój sposób, użytek, wymiar
i bieżących potrzeb przetrawialnych konieczności, jest mądry i Światły.
A te dwa przymiotniki, tak myślimy, są sobie wzajemnie bliskie, może aż
pokrewne...?...
PKL "Łabuź"
"Łabuź" 17/1996
[Spis treści]
Bogdan TwardochlebCZYM JEST MAŁOMIASTECZKOWOŚĆ?
...Jest zagubieniem, jest niemożnością realizacji marzeń, jest więzieniem,
niemocą, jest pogrążaniem się w stosie wciąż upadających iluzji. Jest wreszcie
zgodą na zastaną rzeczywistość i zniewalaniem przez nią. Małomiasteczkowość
to wciąż ten sam dzień, choć dni mijają, wciąż ta sama pora roku, choć
czas biegnie, te same gesty i słowa, choć ludziom przybywa lat. Małomiasteczkowość
jest rozpadaniem się czasu, przeciekaniem dni. Można poddać się jej i nie
zauważać. Traktować tak, jakby poza nią nie było nic innego. Poza szarością,
tylko szarość. Poza murami miasteczka - pustka, wewnątrz - cały i jedyny
kosmos...
Powyższy fragment, za zgodą autora, został przedrukowany z artykułu
pt. "Czym jest małomiasteczkowość?", zamieszczonego w "Morzu i Ziemi" nr
25/498 - Szczecin, 24 czerwca 1992 r.
Dziękujemy autorowi i redakcji!
Bogdan T. - życzliwa nam - PKL "Łabuź": dusza, wrażliwość, serdeczność
i sprawne pióro. Pracuje w "Kurierze Szczecińskim" - mieszka (?).
"Łabuź" 17/1996
[Spis treści]
ŁABUŹ
Łobez - 07.01.1995 r.
Szanowny Panie,
[...] Nie ma w tym Pańskiej winy, że wszystkie zasługi związane z powstaniem
oraz istnieniem Łabuzia zostały mi przypisane. Zapewne zasugerował się
Pan faktem, ze to ja pukałem do drzwi Twórczości, tak jak pukałem (w imieniu
Klubu) do wielu innych drzwi, które pozostają do dzisiaj dla nas zamknięte
na "podwójnego YETI". Nie przeczę: w kwestii walenia głową w różne redakcyjne
mury mam istotne osiągnięcia - guzy. Tutaj jestem "konsekwentny". W sprawie
jednak pozyskiwania środków finansowych na kolejne numery Łabuzia niewiele
mam do powiedzenia. Tu pierwsze skrzypce gra Leon Zdanowicz - postać nietuzinkowa,
kontrowersyjna niewątpliwie i takoż niewątpliwie zasłużona dla tego, co
z pozycji Warszawy określa się terminem "kultura prowincjonalna". W tej
dziedzinie działa od lat; dlatego raczej jemu przysługuje miano "dobrego
ducha". Poprzez szerokie kontakty, umiejętność stymulacji, zagrania na
strunie ludzkiej wrażliwości - kosztem niestety zdrowia - "składa grosz
do grosza, milion do miliona". Prawdą jest, że "uzupełniamy się" - o czym
już było - że Łabuź nie zaistniałby zapewne, gdyby nie rok 1989 i moje
spotkanie z Leonem. Tworzymy go razem, lecz idea Klubu i pisma powstała
w jego nieokiełznanej wyobraźni. Ja - wyznaję ze wstydem - byłem w naszych
początkach sceptykiem.
Szanowny Panie! Być może nadużywam Pańskiej życzliwości, życzliwości,
za którą dziękuję w imieniu Zdanowicza i Klubu, ale próbuję (jestem to
winien Leonowi i sobie - własnemu sumieniu): gdyby mógł Pan wspomnieć jeszcze
o Łabuziu, o Leonie Zdanowiczu, bez którego nie byłoby "fermentu", bez
którego wielu ludzi gnuśniałoby nadal w słodkim, wygodnym kokonie nicnierobienia.
Jeszcze raz dziękuję; przesyłam Panu i redakcji Twórczości najlepsze życzenia
od Klubu, Leona Zdanowicza oraz od siebie.
Z poważaniem
Wiesław Małyszek
"twórczość" nr 4 (593). kwiecień 1995
[Spis treści]
NAIWNA UFNOŚĆ - wierzyć w pisane!
Uwierzyłem. Zaufałem... Gablota na skwerze przy ul. Niepodległości (fontanna),
gablotka na schodach - wejście do Urzędu Miasta i Gminy; ... - pełni dyżury
w każdą środę miesiąca w p. nr 20 w godzinach od 16.00 do 17.00.
Byłem dwukrotnie: 14, 21 - środy grudnia 94 roku. Nie pełni, tylko tak
pisze, że..
Znam anegdotkę: - Na płocie z nieheblowanych desek pisze: - dupa! W
samczym odruchu męsko-zachłannej pożądliwości gładzi się to napisanie i
wbija się drzazga, w palec. Wypływa stąd wniosek na przyszłość: - Nie wierzyć
w pisane!. Zasadnie słuszna mądrość, pouczająca. Nie wierzyć i już - gotowcem
ograniczona wygoda... Warunki przecież są tak jednoznaczne, że niby dlaczego,
naiwnych słów wiarą, czepiać się (?). Zawsze - skoro: jest. było, będzie.
Co innego się mówi, pisze, czyta - (niepotrzebne skreślić), co innego robi...
Naiwnie ufny dałem się nabrać na plewy, kolejny raz zresztą. Obojętnym
postronnie wniosek do stosowania - korzystny: - wierzy w pisane, żołędny
dupek. Takiego zgnoić. Słów się czepia - bezczelny...
Oficjalnie nikt nie zaprzeczy, ale z tamtej strony, nikt nie potwierdzi
tegoż. W gorzko więc odosobnionym osamotnieniu pojedyńczości, nieprzetrawienie
rozejdzie się po kościach. A z pisania pożytek...
grudzień 1994 r. leon
- RETORYCZNOŚĆ (wobec poniższego) cokolwiek dyskusyjna; oto bowiem pisze
Diabeł do Andre Frossarda* (dowodząc istnienia Złego) w liście wysłanym
z Meksyku (Dowód dwudziesty dziewiąty - potwierdzający oczywiście dialektyczne
"właściwości" piekła) - "Czy wiecie, co mnie kosztowało najwięcej wysiłku?
Nie zgadniecie. Opowiem wam. Przywrócenie właściwej hierarchii wartości
i zasług w waszym społeczeństwie zbulwersowanym przez chrystianizm Proszę
zważyć, ze ta irytująca religia zaprowadziła pośród ludzi coś w rodzaju
idiotycznej równości, dzięki której ignorant był na równi z uczonym. Jeśli
nie wyżej Pierwszy lepszy śmieciarz mamroczący swoje pacierze liczył się
bardziej niż Arystoteles Odwrócony porządek sprawił, że sługa był ponad
ponad. Zreformowałem to wszystko. W waszym świecie, przebudowanym według
mego planu, pierwsi są pierwszymi, a ostatni mogą przestać się łudzić -
zostaną ostatnimi."
Niektórzy, jak widać, podpisujący się w imieniu milczącej "równości"
(statystyka również jest ważna - bodaj najważniejsza!) l e o n e
m, nie przestaje się łudzić.
w. m.
* Andre Frossard - "36 dowodów na istnienie diabła". Wydawnictwo Polskiej
Prowincji Dominikanów "W DRODZE" - Poznań 1988
Łabuź 13/1995
[Spis treści]
DLACZEGO ŚWIĘTUJEMY 700 - LECIE ŁOBEZU A NIE ŁOBZA - ?
Na szosie - auto-stop w Drawsku - wylotowa ulica w kierunku na Łobez
- Kiedyś tam: - wczoraj, dzisiaj, jutro - nie pamiętam. Już schyłek lata.
Zacina ostry wiatr. Chłodno. Zbiera się na deszcz. Dwutygodniowa włóczęga
po kraju. Końcówka jak zwykle męczącą boleśnie udręką. Jątrzący - rozdrapujący
niepokój niepowodzeń. Na poboczu udziwniane akrobacje mające wzbudzić zainteresowanie,
życzliwość i sprowokować kierowców. Zatrzymać z rzadka mijające smugi świateł
samochodowych. Z wieczora czyni się noc. Wreszcie, kolejnie zbliżające
się reflektory zwalniają i nieopodal zatrzymują się. Radośnie niecierpliwy
trzepot. Poznańska rejestracja PZU 8991: - zabierze do Łobza - A gdzie
to jest - ? - Po drodze. Tak się odmienia nazwę miasteczka według gramatycznych
prawideł. Językowa poprawność nakazuje; dumnie blady tłumaczę, wyjaśniam,
na podobieństwo: - pies, bez. - Do Łobzy nie jadę, tylko do Łobezu. "Gud
lak" - powodzenia. Z ironicznie kąśliwym pogwizdem opon...
leon
"Łabuź" 16/1995
[Spis treści]
POWSZEDNIA NIEDZIELA
W środę (24 maja br.) w Łobezie - niegramatyzm (?) zamierzony świadomie,
na ul. Kilińskiego, spotkali się koledzy, przyjaciele - bez nazwisk, jako
że nie o chełpliwość tu chodzi - profesora psychologii UAM w Poznaniu,
członka Europejskiej Akademii Nauk, absolwenta miejscowego LO - rok 1951,
który na zaproszenie Klubu Literackiego "ŁABUŹ" życzliwie nam gościł (gościliśmy
Go) w dniach 22-25 maja br.
Kto to robił - ? - ludzie, którym nie obce jest jeszcze człowieczeństwo;
zachęceni, ośmieleni, namówieni do zwyczajowo-normalnej serdeczności. Okazało
się, że mimo strachu, terroru i zgnuśnienia dookolnego jest w nas życzliwie
wrażliwa serdeczność. Nie wszyscy jeszcze spośród nas bezpowrotnie są Przetrawiającym
Użytków Bieżącym Wydalaniem Skarleń - "PUBWyS"; są jeszcze tacy, którzy
zachowali w sobie moralnie wrażliwą warstwę korzennie posadowionej pamięci
w ziemi, tego co było nami. Są przytomną obecnością czasu i miejsca mimo,
że jaśniepańskich wypolerowań drzewo butnych wyniosłości, tłamsi, zawstydza
i upokarza, bezgatunkowością krzaczą bez czarny. Jesteśmy jeszcze radosną
potrzebą przypominania sobie niedzielnego święta przeżyć i doznań, które
były, są i będą naszym udziałem. Dlatego piszę ten tekst, dlatego wymieniam
nazwisko prof. Kazimierza Obuchowskiego, który od czerwca 1946 r. jest
"łobezianinem"; goszcząc w miasteczku przypomniał: "... Pozbawionych własnych
korzeni zmyje łatwo pierwsza wiosenna burza...". I taka jest wspólna nasza
radość, wartość i świąteczna niedziela dnia powszedniego.
DZIĘKUJEMY CI PROFESORZE !
26.05.1995 r. leon
Łabuź 15/1995
[Spis treści]
A JEDNAK KULTUROTWÓRCZA ROLA "ŁABUZIA" !
Tak się złożyło, że napastliwą ulotkę na "Łabuzia" ktoś rozpowszechniał
w mieście wtedy gdy, przeszło dziesięć osób zebrało się, żeby porozmawiać
o historii. Wprawdzie pan Rzeźniczak z Węgorzyna - autor rozrzucanego donosu
- chciałby, żeby "Łabuź" zamienił się w naukowe pismo cybernetyczne redagowane
przez profesora Piotra Sienkiewicza, a drażni go oglądanie się w przeszłość;
zebrani byli innego zdania.
Adam Mickiewicz pisał w Konradzie Wallenrodzie":
"O wieści gminna, ty arko przymierza
między dawnymi a młodszymi laty ..."
Wieść gminna to świadomość narodowa. Ona jest wspólnym dziedzictwem,
które tworzy więzi narodu, przymierze pokoleń. To PAMIĘĆ, dziedziczenie
historii.
Oczywiście świadomość narodowa to jeszcze parę rzeczy, ale nie
można kwestionować powyższych słów wieszcza: świadomość narodowa to przede
wszystkim świadomość historii. Wielki zryw robotniczy w 1980 roku sformułował
postulat wprowadzenia historii do zasadniczych szkół zawodowych. Wołanie
o historię jest wołaniem o prawdę.
Leon Zdanowicz, jak zwykle skromny, rolę inicjatorów spotkania
przypisywał młodszym. Wspomniał, że pierwszego tłumaczenia Zernickowa słuchał
jeszcze w latach sześćdziesiątych w starej bibliotece miejskiej, a mały
"Czesio" kucając między regałami podsłuchiwał z wypiekami na policzkach
"zakazanego owocu", w owym czasie.
Spotkanie odbyło się w gościnnym gabinecie geografii w LO u Henryka
Musiała. Było dwóch historyków "Czesław" Szawiel i Kazimierz Chojnacki
oraz historyk-amator Roman Sternicki, który przekopuje się przez niemieckojęzyczne
źródła. Unosił się też duch Zernickowa i Berghausa historyków pomorskich.
Ducha historii nie zlękła się młodzież.
Ludwik Cwynar
Łabuź 18/1996
[Spis treści]
LIST GRATULACYJNY
Z radością informujemy: Życzliwy nam - pkl. "Łabuź" człowiek;
druh, przyjaciel, kolega, sympatyk, posilający nas współautor - Bogdan
Twrdochleb dziennikarz "Kuriera Szczecińskiego" w miesiącu styczniu
br. został uhonorowany tytułem: Publicysty roku 1998.
Tytuł ten nadało Mu Jury powołane przez Zarząd Oddziału Stowarzyszenia
Dziennikarzy RP. w Szczecinie, które jest także organizatorem Konkursu.
Serdecznie gratulujemy Ci Bogdan, bez zawiści!
pkl "Łabuź"
"Łabuź" 28/1999
[Spis treści]
ŁOBEZ 1995
- Jak "Łabuź" trafił z Łobezu do Płocka? Gdzie Rzym, gdzie Krym,
gdzie Moskwa?
- Poprosiliśmy kolegów z Mazowsza, "zbliżonych do" słowa pisanego, o
gościnne występy w łobeskim okazjonalniku. Moc nadesłanego materiału kazała
nam poświęcić cały numer temu przedsięwzięciu. Sami nazwali go "Gościńcem
Sztuki", bo pod takim tytułem też chcieliby wydawać swoje pismo. Życzymy,
aby kolejny numer "Gościńca", tj. 1., zyskał już autonomiczny żywot.
W ten sposób powstał specjalny "Ł" - płocki. Wypełniły go teksty (i
rysunki) przeważnie autorów z Płocka i osób związanych z tym miastem, choćby
w przeszłości. Już jesteśmy sobie bliżsi. Chciałoby się ponieść minionym
entuzjazmem: Bliscy duchem płocczanie i łobezianie - łączcie się!
Jeśli podołamy wyzwaniom czasów, opierając się naturalnej selekcji,
która nie znosi targów i szczególnych względów, to może - kto wie? - za
rok czytać będziemy na naszych łamach wiersze poetów z Nowego Sącza, a
później opowiadania przyjaciół z Wałbrzycha, aby znów za jakiś czas poznać
hrubieszowskie pióra... Tak nasze małe ojczyzny nabierają rozmiarów Dużej
Ojczyzny.
Ojczyzny.
Redakcja
Łobez, 13 lutego 1995
Łabuź - numer specjalny
[Spis treści]
Tak rozumiemy naszą - PKL "Łabuź" powinność względem ... ALEKSANDER
KOWALEWSKI (1956-1995) był pierwszym naszym ciepłym gwoździem, który delikatnie
trzeźwą ostrością swej serdecznej i życzliwej zachęty, usensownił nas do
zabiegania wokół organizacji tego, co się nazywa: Literacki Okazjonalnik
Klubowej Prywatności "Łabuź". To on - Olek, rozgrzał pomysł i koleżeńskim
słowem zapewnił finansowe wsparcie - Przedsiębiorstwo Handlowo Produkcyjne
Export-Import "L E K O", którego był współwłaścicielem i motorem napędowym.
Odszedł trzydziestoośmioletni - samochodowej tragiczności wypadkiem. Dom,
żona, rodzina, dzieci...
...Jego Pamięci!
pkl "Łabuź"
Józef Opuchlik (1940-1996 r.) Jeden z naszych - PKL "Łabuź" darczyńców.
To On, między innymi i Jego wspierający gest, urealnił i urzeczywistnił
nasze rojące marzenia w 1992 r., kiedy startowaliśmy z pierwszym nr "Łabuzia":
On wspierał nas finansowo, był jednym ze sponsorów. I pewnie dlatego, że
potraktował nas życzliwą serdecznością, jesteśmy - 19 nr "Łabuzia"
Józek, "Ziuk" - kolega od pięćdziesięciu lat. Absolwent miejscowego
LO; sportowiec, bramkarz - K.S. "Gwardia" i reprezentant Szkoły, lekkoatleta
- skok wzwyż - Mistrz Polski Juniorów Okręgu Północnego z roku 1957. Tuziemiec,
mieszkaniec, tubylczo-tutejszy przeszczep - 1946. Budowniczy pierwszych
czterokondygnacyjnych budynków w Łobezie - ul. Szkolna. Mgr inż. Budownictwa
- Absolwent Politechniki Gdańskiej. Mąż, ojciec - dzieci: Artur i Dorota
Wiśniewska odeszły wcześniej - tragiczny wypadek. W ostatnich latach przedsiębiorca
- firma "Danpol". Pozostała żona Elfryda. Łącząc się z Nią w żalu, w ten
sposób wyrażamy swój współudział: - "Żegnamy Cię Józku i dziękujemy!" ...
PAN ROMAN
Wcześniej się urodził, więc był starszy i dlatego, między innymi, ale
nie tylko, o czym poniżej. Kiedy Go poznałem, wizualnie oczywiście - wczesne
lata sześćdziesiąte, był już w pełnym wymiarze dojrzałości: głowa rodziny,
ojciec, mąż, inż., Pan Roman, wzbudzający szacunek i zaufanie. Już wtedy
był kimś; postacią, sylwetką, całościowo zwartą bryłą znaczenia, zrównoważoną
pewnością, solidnością, uczciwością, wiernością zasadom, które w Nim były
zdecydowaną siłą. Pan Roman - to wszystko samo rzucało się w oczy i nazywało,
było i wyrażało się - męską harmonią wysportowanych ruchów, precyzją, dokładnością,
solidnością, wyważeniem, trwałością. Cechy - piętna wyróżniająco-odróżniające
Go, które dumnie nosił i nie ukrywał, nie wstydził się ich. I słusznie,
one bowiem dopełniały pełnowymiarowej gatunkowości. Była to odwaga bycia
sobą, co w minionych czasach miało szczególny wymiar i wartość. Było także
w Nim kilka lub kilkanaście innych cech i zalet. Bogata bowiem była to
osobowość. Ale o tych człowieczych wartościach w tamtych czasach nie mówiło
się nie nazywało się tego głośno, pospolity był bowiem strach i nikt nie
odważył się tak oglądać i oceniać. A Pan Roman mimo tego ciągłego zagrożenia
był taki sam: - naturalny, prawdziwy, rzeczowy, autentyczny - "samoswój".
Mocno bowiem, to wiem z późniejszych rozmów, był przez solidność domowego
wkorzenienia ukształtowany niezniszczalnymi wartościami rodzaju człowieczego,
które Go godną odwagą pionowały. Pan Roman, o czym dowiedziałem się później,
prócz tego, że pielęgnował w sobie archaiczne ogólnoludzkie wartości, był
także posadowieniem i nośnikiem pasji i zamiłowanie wszelkiego rodzaju.
Uprawiał to w sobie: majsterkując, zbierając, kolekcjonując, szperając,
dociekając, wygrzebując, dochodząc, badając, tropiąc, poszukując. I myślę,
że owocem tego, bo niechybnie z - "PanaRomanowego" gruntu to się wzięło:
- Łobez - Miejska Biblioteka fałszywie pojmowaną skromnością gnana, bądź
też zastraszona bojaźnią, przechowuje chomikując, nie mając odwagi albo
pomysłu na sensowne wykorzystanie, przekładów z jęz. niemieckiego na polski,
których to dokonał Pan Roman, jest tego kilka tomów, opracowania historyczno-geograficzno-administracyjne
naukowców niemieckich, a dotyczących Łobezu i okolic. Piszę raz jeszcze:
- Dokonał tego Pan Roman, nie zmarnotrawmy Jego trudu, wysiłku i starania,
podjęcie którego podpowiedziały Mu te kulturowe wartości, które tak godnie
nosił i pielęgnował w sobie. Wyróżniały Go one ze stada, myślę, że w sposób
bardzo chlubny i owocny, przynajmniej w moich oczach, wzbogaciły bowiem
wróblo-szare upierzenie codzienności w miasteczku. Utrwalając w zapisaniu
pamięć Pana Romana, w ten sposób Żegnamy Go i Dziękujemy!
pkl "Łabuź" - leon
PS. Panie Romanie!
Przepraszam, proszę mi wybaczyć.
Nie zmieściłem się w czasie :
- Bułeczki, o których pisał Pan w "Labuziu",
a które tak zaostrzyły Panu smak i zachwyciły,
że pozostał Pan w Łobezie na trwałe,
otóż te bułeczki były wypiekane przez pana Puchalskiego.
ROMAN STERNICKI 1931 + 1997. Pogrzeb na Cmentarzu Komunalnym w Łobezie
odbył się 9 stycznia 97 r.
W Wielki Poniedziałek - 29 marca 1999r. na łobeski Cmentarz Komunalny
odprowadziliśmy Mirka - naszego Promotora i Przyjaciela.
Nagle niespodziewana, bolesna i okrutna śmierć zabrała nam Go,
a jeszcze niedawno snuliśmy plany, mając Jego duchowe wsparcie i posilanie.
Nawet w nawale służbowych obowiązków i rozlicznych zajęć pozostawał
z nami - miał czas dla "Łabuzia". Był wierny Łobeskiej Małej
Ojczyźnie - pamiętał o nas.
Dr Mirosław Lalak - "Łobezianin" - rocznik 1955: ukończył
Szkołę Podstawową nr 2 w Łobezie, potem Technikum Elektryczne w Stargardzie
Szczeciński i Wyższą Szkołę Pedagogiczną - Filologia Polska w Szczecinie.
Dyplom - magisterium zrobił w roku 1979. Jeszcze jako student
pracował jako asystent w Zakładzie Teorii Literatury. W roku
1983 w Instytucie Badań Literackich w Warszawie zrobił doktorat
po czym wrócił na Uniwersytet Szczeciński, gdzie pracował jako adiunkt
w Instytucie Filologii Polskiej. W okresie stanu wojennego za
rozpowszechnianie wydawnictw bezdebitowych był więziony.
Jego aktywność intelektualna i społeczna była zaczynem i inspiracją
dla powstania wielu pomysłów i ich realizacji, tak w samym Szczecinie
jak i na terenie województwa. To On od samego początku tworzył i redagował
Szczeciński Kwartalnik Literacki "Pogranicza", był także duchowym wsparciem
i wzmacniającą ostoją dla Klubowego Okazjonalnika Literackiego "Łabuź".
Stało się tak nagle pusto, że jeszcze nie rozumiemy jak bardzo będzie
nam Go brak.
ŻEGNAMY CIĘ MIRKU I DZIĘKUJEMY!
pkl. "Łabuź"
Wiluś
To "tykanie", nie jest wyrazem zażyłości koleżeńskiej. Czym więc jest
ono? Co do niego upoważnia? Myślę, że Piotr. Wieloletnie koleżeństwo z
Piotrem, przerodzone w przyjaźń. W przyjaźnie toczonych rozmownie kręgach,
tak właśnie, czułym zdrabnianiem imion, nazywaliśmy naszych rodziców: Wiluś,
Zosia, Michał, Janka, Stefan, Zosia ...
Czy wolno nam było tak się spoufalać? Myślę, że chyba tak. Czuliśmy
się upoważnieni. To byli nasi rodzice, których kochaliśmy i szanowaliśmy.
A w taki właśnie, tykający bezceremonialnie sposób, przybliżaliśmy się
wzajemnie do siebie. W stadnie gromadnej ocenie ma to wyraz niegrzeczności
- terrorystycznie zwyczajowy brak ogłady, krzacza chropowatość! Ale uczciwa,
serdeczna, bliska, ciepła, życzliwa, swojska, prywatna, osobista jak korzenne
zarzewie wybrzmiałego dźwięku, który dopókąd kłączami pamięci - będzie
ogniem. Bo jest posadowiony, zaszczepiony, zrośnięty, owocuje, jest bliski
i uprawia się go ...
leon
Wilhelm Sienkiewicz (1916-1996) - Kierownik Gorzelni w Łobezie od 1947
do 1983 r. Mąż, ojciec, postać, osobowość. Pogrzeb na Cmentarzu Komunalnym
odbył się 29 lipca 1996 r.
"Łabuź" 19/1996
[Spis treści]
|