Piotr Macierzyński
X X X
"... powiesił się
Na czymś stosownym czy nie na rurze od bojlera..."
Rafał Wojaczek, Koniec świata
ludzie myślą że wiersze spadają z drzew jak manna
nie widzą że poeta w mokrych butach biega
że jedzie autobusem i kasuje bilet
im się zdaje że ja wódką żyję
że mi się chce każdej kobiecie te wszystkie słowa
w które żadna z nich nie wierzy a bez których się nie odda
a to że ciągle chodzi za mną Wojaczek
ostatnio był u fryzjera
i wielka awantura bo ja nie będę za niego płacił
i jeszcze ukradł mi dwie frazy
tylko dlatego że się wcześniej urodził
i to żaden powód
bo jedno co mam wspólne
z tym skurwysynem [jak kokieteryjnie pisał o sobie]
to rurę od bojlera
a ludzie myślą że wiersze spadają z drzew jak manna
i nie widzą że poeta w mokrych butach biega
gdzieś na końcu rury od bojlera
Piotr Macierzyński
Paweł Szeroki
PROWINCJONALIA (25)
Autorzy listy do redakcji piszą. Jedni uzupełniają informacje
o sobie i książkach, drudzy chcą polemizować lub tylko dziękują za
dostrzeżenie oraz wyłowienie ich dzieł z zalewu publikacji. Zwykła rzecz. Ale jest
też grupa autorów, którzy wspomnienie o nich w "Prowincjonaliach"
traktują jak nadepnięcie na odcisk. Chcieliby chwalby i peanów - bez względu
na to co napiszą, a tu zdarza się prztyczek w nos.
Pewien zbulwersowany autor wyraził się wprost i to dużymi
literami: NIECH SIĘ NIE CZEPIA CZEGO NIE
UMIE. A ostatnio nadeszła obszerna epistoła autora z południa kraju. Cytuję wyimki:
Weźmy panie Pawle i odwróćmy kota ogonem. Wyjdzie nam
z tego coś w rodzaju recenzji z pana... recenzji. A będzie to wyglądało
mniej więcej tak:
"Paweł Szeroki pełni rolę dyżurnego krytyka literackiego
w kwartalniku "Łabuź" Jego błyskotliwe recenzje charakteryzuje
powierzchowność, zdawkowość, mielizny myślowe ale przede wszystkim pochopność
osądów. Wygląda to jak taśmowa produkcja na kolanie - Bęc! Stęplem "do
d." Bach! Stęplem "do bani" Bęc! "do d." ect. (...)
Nie wątpię, że potrafi pan składać litery w słowa, a słowa
w zdania, natomiast co do dalszych wymagań, prawdę mówiąc mam
poważne wątpliwości. (...)
Panie Pawle! Mam wiele życzliwości dla ludzi. Dla pana
naturalnie również. Może łagodną perswazją potrafię do pana trafić i go
pocieszyć (...) Że w łepetynce pana coś zaskoczyło, zaiskrzyło coś. Tylko patrzeć
jak iloraz inteligencji wzrośnie, poczucie humoru wróci. Pana krytyka
choć druzgocąca nie zrobiła mi bynajmniej "kuku"(...)
Na zakończenie mam jeszcze jedną gorącą prośbę. Panie Pawle!
Będąc na kacu niech pan nie bierze się broń Boże za recenzjowanie
wartościowej literatury. Taka recenzja wionie bowiem zjełczałym odorem źle
strawionych zakąsek.(...)".
Cóż mogę powiedzieć moi szanowni, czasem sfrustrowani,
autorzy. Nie jestem zawodowym krytykiem. Komentowałem i komentuję
z pozycji nałogowego czytacza, któremu zdarzyło się w życiu przeczytać
kilka tysięcy książek. To jest mój punkt odniesienia, mój warsztat.
I nie majstruję recenzji. Raczej dzielę się opiniami
i spostrzeżeniami po lekturze - w telegraficznym skrócie. Starając się wyłuskać z dzieł,
co najistotniejsze. Jednocześnie, o ile możliwe,
biobibliograficznie przybliżając sylwetkę twórcy. Gdyż nie każdy odbiorca literackiego
pisma będzie miał czas i ochotę na samodzielne poszukiwanie
informacji o autorach.
A punktem wyjścia moich przeglądów zawsze jest sympatia dla
każdego twórcy. Nawet gdy jego określone dzieło uważam za chybione
i czasem pozwolę sobie na podszczypywanie.
Zatem, nosy do góry! Tyle jeszcze dzieł do napisania, tyle jeszcze
prób do podjęcia!
1.
Zacznijmy może od debiutu. Debiuty niezmiennie budzą
czytelniczą ciekawość, a czasem i nadzieję. Nadzieję spotkania nowego,
samodzielnie artykułowanego głosu.
Właśnie ukazała książeczka poetycka maturzystki
kołobrzeskiego liceum A. Stankiewicz (Agata Stankiewicz "Kamienne
dziecko", Wydawnictwo ALTA PRESS, Koszalin 2005, str.
60).
Autorka urodziła się w Trzebiatowie. Publikowała już nieco w prasie
- m.in. w pismach lokalnych i bydgoskim miesięczniku "Akant".
Jest współautorką almanachu "54 równoleżnik" (2004), zdobywała
laury w konkursach poetyckich: "Strofy o moim mieście" (1998),
"Srebrnego Gryfa" (II miejsce - 2002).
Debiutancki zbiór, poprzedzony wstępem Eugeniusza
Koźmińskiego, zawiera niespełna pół setki utworów. Autorka podzieliła całość na
dwie części. Pierwsza część jawi się opisem wczesnego dzieciństwa, jest
też próbą odniesienia się dziecka do świata. Obserwuje, dojrzewa i -
jak w utworze "Kamienne dziecko na balkonie" - wie, że:
Czasami trzeba usiąść
Na krawędzi
Spojrzeć w dół
I rozbić myśli o stałość betonu.
Samoświadomość owocuje w drugiej części zbioru
przyśpieszeniem rozwoju. Niegdysiejsze dziecko, wyjęte spod klosza dzieciństwa,
zderza się z tym, co spotykane dookoła: czyli z międzyludzką grą, fałszem
postaw, a nawet z cierpieniem. Ta nauka bywa bolesna. Jednak trzeba iść
dalej. I "Nie jestem dzisiaj taka/ Jaka byłam wczoraj"
powiada w wierszu "Metamorfozy".
Inicjacja dorosłości zaczyna też nieść ze sobą odpowiedzialność
za czyny, za słowa. Podmiot liryczny strof A. Stankiewicz prócz ocen
świata, zmierza ku refleksji. Jak w utworze "Jesień", gdy zauważa:
W złą porę wybraliśmy się do siebie
Roztańczyły się liście na wietrze
I zamiast po ciepłym piasku
Chodzić musimy po deszczowym błocie.
Trudno orzec czego spodziewać się po autorce w przyszłości.
Każdy debiut to zagadka. Tymczasem otrzymaliśmy zbiór
interesujący, nacechowany dyscypliną warsztatową. Niepokoi tylko nierzadkie
ocieranie się strof o język spłaszczony przez ucisk komercji.
2.
I drugi debiut poetycki. Swój pierwszy zbiór, pod
skrzydłami literackiego dwumiesięcznika "Topos", opublikował W.
Kudyba (Wojciech Kudyba "Tyszowce i inne miasta", Towarzystwo
Przyjaciół Sopotu, Sopot 2005, str.
32).
W. Kudyba (rocznik 65) urodził się w Tomaszowie Lubelskim.
Jest wykładowcą literatury współczesnej w Podhalańskiej Państwowej
Wyższej Szkole Zawodowej w Nowym Targu. Laureat konkursów poetyckich
im. K. I. Gałczyńskiego oraz R. M. Rilkego. Publikował między
innymi w "Znaku", "Tygodniku Powszechnym", "Nowej Okolicy
Poetów" i "Frondzie".
Szczupły objętościowo zbiorek zawiera ledwie dwadzieścia
cztery utwory.
Bardzo to różny od A. Stankiewicz debiut. O ile A.
Stankiewicz operowała skrótem, o tyle W. Kudyba mówi szeroką frazą. Wiersze
poety przypominają nieśpieszny dyskurs, pogłębioną rozmowę. Jak
odnotowuje w jednym z początkowych utworów:
Rozmowa to miejsce zupełnie osobne,
Jest nią dawna twierdza, na pewno łagodne
Płomienie wieży, ciemne ziarno wody,
Barczyste bramy Malborka, stugłowy
Styczniowy wiatr, przejrzysty wzór szronu,
Ostre krzewy, zapomniane drzwi w domu.
Charakterystyczną cechą poezjowania W. Kudyby jest nasycenie
strof szczegółem. Warzywa to konkretnie pory, marchew; spotykamy nie
jakieś tam anonimowe zielsko, lecz tatarak, konopie, pokrzywę, rozchodnik.
Takie szczegóły właśnie tworzą specjalny klimat. Budują wiarygodność
- nie tylko w kontekście rzeczywistości.
Da się wyłowić jeszcze jeden wyróżnik u W. Kudyby. Poeta nie
odgrywa roli mentora. Wciąga do wymiany zdań, czasem dyskretnie zadaje pytania.
To poezja bez fajerwerków i efektownych sztuczek.
Świadomie wyciszona. Chciałoby się rzec: prowadzi niewydeptanymi ścieżkami.
3.
O ile przed chwilą mieliśmy do czynienia z debiutantami, teraz
autor doświadczony, z pokaźnym dorobkiem. Często gości na łamach
"Łabuzia". Mowa o P. Bednarskim
(Piotr Bednarski "Spojrzenie przez
ramię", Dom Wydawniczy DUET, Łysomice 2004, str. 114).
P. Bednarski (rocznik 38), urodzony w Oryszkowcach na
Podolu, mieszka w Kołobrzegu od lat sześćdziesiątych. Nim przeszedł na
emeryturę pracował między innymi jako rolnik, doker, rybak i marynarz
floty handlowej.
Debiutował tomikiem "Arka przymierza" (1972). Od tego
czasu opublikował kilkanaście książek poetyckich i prozatorskich. Jest
laureatem nagród im. Josepha Conrada, Marcina Borzymowskiego, Fundacji
Kultury. Jego powieść "Błękitne śniegi", przełożoną w ubiegłym roku na
język francuski, zaadaptowała w teatrze telewizji Izabella Cywińska.
"Spojrzenie przez ramię" to drugi wybór wierszy poety. Pierwszy
ukazał się w 2003 roku nakładem wydawnictwa MINIATURA w Krakowie.
Obecny wybór wierszy wspiera mocno filologiczne
posłowie literaturoznawcy Stefana Melkowskiego. Autor posłowia na
dziewięciu stronach szczegółowo analizuje utworu Bednarskiego, odwołując się
też do nurtów poetyckich lat minionych.
Warto zauważyć, że poeta - budując wybór z kilku tomików
i dołączając utwory nowe - nie skorzystał z klucza chronologicznego. Podążył
innym tropem, kładąc akcenty na emocje i wątki tematyczne ważne z jego
punktu widzenia. Już tytuł "Spojrzenie przez ramię" dużo sugeruje. Ogląda się
poeta za przeszłością. Ma też coraz wyraźniejszą świadomość nadciągającego
kresu biologicznego żywota. Na ludzki sposób próbuje wykładać sobie
i innym znaczenie traumy. A w poemacie "Dwurzecze" apeluje:
Kiedy umrę spal ciało,
nie oddawaj mogile,
bo ziemią nie byłaś;
niech się ogniem stanę. (...)
Kiedy umrę nie myśl, że zabrała śmierć,
nie umrę, pójdę tylko szerszy dzień
wyprosić i twoją obecność wpisać
w moje wieczne poetyckie konanie.
Poezjowanie P. Bednarskiego potrafi wewnętrznie oczyścić
i zachować w naszych wyobrażeniach proporcje tego, co ważne - wobec tego, co
mało istotne lub zwyczajnie miałkie.
4.
Czytelnikom "Łabuzia" znany jest też S. Chyczyński
(Stanisław Chyczyński "Czarna pończocha", Wydawnictwo Nowy
Świat, Warszawa 2005, str. 56) - bowiem część z przedstawianych niżej
utworów autor opublikował w "Łabuziu".
S. Chyczyński (rocznik 59) mieszka w Kalwarii
Zebrzydowskiej. Z wykształcenia filozof. Debiutował w 1993 r. na łamach
"Źródła", publikując później między innymi w "Akcencie",
"Magazynie Literackim", "Metaforze", "Pograniczach", "Tytule",
"Przeglądzie Artystyczno-Literackim" oraz "Twórczości". Kilka lat
redagował miesięcznik "Nihil Novi". Ukazało się pięć jego zbiorków,
w tym "Calvaria mon amour" (2000) - co odnotowały "Prowincjonalia
(11)" w 2001 roku.
W omawianym wówczas zbiorze wierszy uderzała przede
wszystkim zabawa słowem i badanie naprężeń językowych. Ciekawie też
wyglądał poetycki spór ze stereotypem postrzegania
sacrum w literaturze.
Dużo z tego przeniosło się i na blisko półsetkę utworów
"Czarnej pończochy". Piszący wstęp Wojciech Wencel punktuje
powinowactwa S. Chyczyńskiego ze Stanisławem Grochowiakiem i księdzem
Józefem Baką. Jest tu coś na rzeczy. Poeta świadomie czerpie ze
schedy wymienionych, dodając swoje modernizacje, własny rytm.
Biegłość, z jaką się porusza między kulturowymi odwołaniami
tyleż podziw może budzić, co opór. Podziw dla dystansu
wypowiedzi i zgrabnych językowo wolt, zaś opór przez podejrzenie
literackiego hochsztaplerstwa.
Trudno rozstrzygnąć jednoznacznie. Ale jest pytanie: czy trzeba?
Może wystarczy poddać się rozkołysaniu strof poety? Poddać się
iskrzeniu wersów, które tylko czasami udają nieporadność?
Bo przecież pod maską tromtadractwa kryją się pytania
i refleksje ważne. Jak w utworze "Isa miłosierny":
Źle jest dobremu, kiedy słaby i sam
żyje jak uczył miłosierny Isa.
Zawsze to raźniej w piekle mnożyć dobro,
gdy ma się obok chociaż siostrę dobrą.
Źle jest mądremu, kiedy głupcom wokół
Wiara się jawi szczyptą soli w oku.
O, mój Rabbuni, błędy rosną szybko,
może coś szepniesz z obrazka za szybką?
5.
Na deser przeglądu coś lżejszego.
Swoją piątą książkę poetycką ogłosiła A. Nagórska
(Ariana Nagórska "Lewa faktura", Wydawnictwo Towarzystwo Słowaków
w Polsce, Kraków 2005, str. 80) - podobnie jak P. Bednarski i S. Chyczyński
nie stroniąca od publikowania w "Łabuziu".
A. Nagórska (rocznik 54) - urodzona się w Sopocie,
mieszka w Gdańsku. Pracuje w Wydawnictwie Uniwersytetu Gdańskiego. Jej
debiut prasowy przypadł na 1972 r., książkowy nastąpił w 1986 r.
- zbiorem wierszy "Podatek od imperium". W roku 1999 opublikowała tomik
"Coraz dwutysięczniej".
Informuje na okładce "Lewej faktury":
Nie ograniczam się jednak tylko do poezji. Proza, krytyka literacka, publicystyka i satyra też nie są
mi obce. I dalej powiada: Największym komplementem dla mojej
twórczości jest dezaprobata głupców.
Zbiór podzieliła autorka na kilka części. Ale to nie tylko poezja.
Znalazł się w książeczce i "Przerywnik prozaiczny": migawkowe
obrazki niewierszowane.
Rzadką zaletą jest u poetów odsłonięcie satyrycznej czy
humorystycznej części natury. Zwykle poeci jak ognia strzegą wizerunku
twórców superpoważnych. Zabiegi takie wynikają z błędnych mniemań o tym,
że podmuch lżejszej muzy może zdeprecjonować znaczenie ich
twórczości. Jednak Ariana Nagórska wie o tym, iż poczucie humoru wiąże
się z inteligencją, a inteligencja z niekoturnowym postrzeganiem rzeczywistości.
Wiele z ponadsetki pomieszczonych w zbiorze utworów
zachowuje rytm i kadencję piosenki. Szereg idealnie nadaje się do czytania
na akademiach literackich dla (nie)grzecznych dzieci. Jest też grupa
utworów, których adresatami są grafomani. Słowem prawie każdy znajdzie
coś odprężającego dla siebie.
Nie potrafię oprzeć się zacytowaniu choćby próbki. Przeto na
koniec kilka strof z wiersza "Głód poezji wysokiej":
i to ma kurde być poezja?!
barłóg, w wazonie suchy wiecheć
ochłap żeberka co pies nie zjadł
i baton snickers na pociechę? (...)
pisz! bo szlag trafi, piorun strzeli
sieknie lumbago albo kolka
jeśli mnie wierszem przy niedzieli
nie potraktujesz
Jolka, Jolka...
(maj 2005 Paweł Szeroki
Rainer Maria Rilke
***
Lubię te ciemne godziny w mym bycie,
gdy zmysły toną w głębinie bezwolne;
jak w starych listach, widzę w nich ukryte
codzienne życie, już dawno minione
i jak legenda dalekie, prześnione.
I wtedy wiem już, że zyskałem przestrzeń
na drugie życie, co bez czasu płynie.
Niekiedy czuję się ogromnym drzewem,
rosłym, szumiącym, co ponad mogiłę
wyrasta snem, przez chłopca śnionym skrycie
(którego strzegą podziemne korzenie),
straconym w smutku, żałości i śpiewie.
Przełożył Andrzej Lam
Rainer Maria Rilke
Paweł Rogalski
ŚMIERĆ MILCZĄCEGO PASTERZA
Spalono nam niebo; nie od razu, nie natychmiast, lecz
powoli, niespiesznie, po kawałku... I zatrwożeni oglądaliśmy te części, jak
fruwały, przewalały się ponad naszymi głowami; pękały, szumiały, iskrzyły się
pełne żalu i nieprzeniknionego bólu. Zdawało się, iż ktoś wyszarpuje nam
serce, zdziera skórę i łamie żebra. Oczy nie mogły znieść tego widoku.
Małe, przekrwione przypatrywały się nadciągającej burzy -
rozgrzanej, czerwonej, podobnej do tej z apokalipsy. Taką oglądaliśmy kilka
tygodni temu jak zawirowała nad dachami naszych domów.
Wtedy leżeliśmy z ojcem na skoszonej łące. Zmęczeni
odpoczywaliśmy po pracy.
Niebo jakoś wybieliło się i wyjaśniało. Stało się spokojne. Zapach
rzeki, która niosła ze sobą sny ludzi i zwierząt, tam ze wsi, sprawił, że
się wybudziliśmy.
Tato wyciągnął z siatki biały ser, gotowane na twardo jajka,
chleb i mleko. Zaczęliśmy jeść. Milcząc patrzyliśmy na niewielki zagajnik.
Za nim rzeka zakręcała, przebijając się dalej ze snami. Woda kierowała
się na południe.
Kilka lat temu podczas sianokosów brat mojego ojca klepał kosę
w tych zaroślach. Było upalnie. Słońce prażyło nam skóry. Razem
z ojcem grabiliśmy suche jak pieprz siano. Nagle przestaliśmy pracować.
Zdawało nam się, że nie słyszymy stukotu młotka. Myśleliśmy, że stryj zaraz
się pojawi, gotowy do pracy. Ale nie przychodził. Tato rzucił
gwałtownie grabie i podszedł pod rzekę. Zanurzył ręce i powiedział, że woda
niesie sny pełne cierpienia.
Położyłem również grabie i pobiegłem w kierunku olszyn.
Ścieżka prowadziła wprost do dużego pniaka. Tam, gdzie mężczyźni
z pobliskich łąk sklepywali narzędzia. Stryj z podciętym gardłem leżał
blisko pochlapanej krwią kosy. Patrzyłem na to pełen trwogi.
W końcu krzyknąłem. Głos silny przebił się przez drzewa i ziemię do ojca.
Długo czekać nie musiałem. Z dala nadbiegł tato; pochylił się nad
bratem i zapłakał. Wtedy nasz koń z pustą furą zerwał lejce przywiązane do
młodej topoli i ruszył na oślep, przed siebie.
I słońce obniżyło się, rzeka przelała się na trawę i wyrzuciła
wszystkie sny mieszkańców. I tato wziął dłonie brata i ucałował je. Myślałem, że
zaraz spadnie gwiazda Piołun, rozłupana, rozgrzana parująca nienawiścią do ludzi.
W czerwcowym sianie, ciepłym i suchym zawieźliśmy stryja do
domu. I zdawało mi się, że słyszę dźwięk zbliżającej się Apokalipsy, jej
szum i przelot. Spojrzałem na ciało utopione w sianie i pochyliłem głowę -
tak jakbym był przy dotknięciu ciszy.
Na podwórzu płacz nas wszystkich uspokoił zbliżającą się burzę -
jej pomruki, jej czerwona zasłonę, jej lęk.
Pamiętam, że większość zbiorów z łąki zgniła. Niedopatrzone,
nie zwiezione na czas siano przepadło. Dlatego też musieliśmy się zająć
drugim pokosem, tak żeby wystarczyło na karmę dla dwudziestu kilku owiec.
Kiedy mój brat dostał powołanie do wojska, ojciec i matka
postanowili, że uszyją mu kożuch. Taki jaki nosi ksiądz wikary. Musimy ubrać
naszego syna, powinien wyglądać znacznie lepiej - mówili wspólnie - chłopak
musi się pokazać.
Pewnej nocy przestałem rozmawiać z owcami. Zwykle
przed zamknięciem ogromnych wrót śpiewałem im pieśni, o tym, że nie
wolno niczego się bać, o tym, że księżyc wcale nie przynosi trwogi...
Zwierzęta wtulone jedno w drugie przymykały oczy i zasypiały. Wtedy
przestawałem głośno śpiewać. Mój głos przechodził w ciche mruczenie.
Teraz zapatrzyłem się w księżyc i czekałem na ojca, który wybierze tych
kilka najmłodszych jagniąt i zabije je. Dla mojego brata, na ubranie.
Zanim zjawił się w owczarni zakrył marynarką księżyc i wziął
ogromny nóż. Ale oglądając zwierzęta zawahał się. Wrócił do domu i usnął.
Może jeszcze nie był gotowy.
Schowałem się za stary żłób i patrzyłem na ojca z nienawiścią.
- Boże - pomyślałem - żeby ta nienawiść nie przyrosła mi do
oczu, żeby mój wzrok nie był taki zły, żebym nie był człowiekiem z otchłanią.
Owce poczuły się niespokojnie. Ścisnęły mnie. Czyżby bały się.
Przez okno zauważyłem, że księżyc schował się za ciemnogranatowe
chmury. Ukrył się przed zagładą.
Nie pozostało mi nic innego jak otworzyć drzwi. Ich
skrzypienie wybudziło owce. Podnosiły się nie robiąc dookoła żadnego wrzasku.
Szły powoli spoglądając na mnie. Prowadziłem je do starej szopy,
oddalonej od naszego gospodarstwa o przeszło dwa kilometry. Posuwaliśmy się
lekko ośnieżoną drogą. Zatrzymamy się w miejscu, gdzie znaleźliśmy
nieżywego stryja - powiedziałem do jednej z matek.
Po upływie kilku godzin staliśmy już w zagajniku. Przy pniu stał
mój stryj, tak jakby na nas czekał. Wyglądał elegancko i uśmiechał się do
mnie. Wtenczas przewróciłem się. Po chwili ktoś szarpnął mnie.
Wiedziałem, że to mój brat i ojciec wytropili mnie. Skuliłem się i czekałem kary.
Coś jakby zawisło nade mną, siekiera, kij.
- Widziałem stryja, tato - wyjęczałem przestraszony.
- Kłamiesz - powiedział spokojnie i twardo - jak zwykle kłamiesz.
Zwierzęta znieruchomiały. Następnie poruszyły się i zaczęły lgnąć
do siebie. Kiedy utworzyły zwartą całość, usłyszałem wrzask.
Tak niesamowity dźwięk, jaki trudno gdziekolwiek spotkać.
Lód na rzece, która od czasu do czasu niosła sny, pękł. Kilka
topoli, które obrastało jej brzegi, przechyliły się i rozsadziło je od środka.
Ziemia zaczęła trząść się i dygotać.
Woda wylała na zamarzniętą łąkę i nie widziałem już żadnych
snów. Czyżby nastąpiła zmiana w ludziach. Nie potrafią śnić i marzyć.
Zbyt mocno przywykli do życia, że stało się im ono obojętne.
Brat chodził do krawca wiele razy. W końcu wrócił w kożuchu.
Mama i tato długo nie wypuszczali go z lustra, które wisiało pod krzyżem
z długą smugą Chrystusa na ścianie. Musieli się wszyscy nacieszyć.
- Jutro rano do kościoła, na mszę - piszczała z zadowolenia mama.
Uciekłem do owczarni. Szukałem tych matek, które potraciły
swoje dzieci. Kiedy je odnalazłem, przytuliłem do siebie. Potem ze
strychu wyciągnąłem czerwona koszulę, ciemnobrązowe spodnie, czapkę
i czarne buty - to wszystko co nosił dawniej ojciec. Położyłem ubrania na
żłobie. Wziąłem bat i na oczach zwierząt zacząłem trzaskać w nie.
Poskręcały się i pospadały na słomę. Zmęczony, na nowo je poskładałem. Tym
razem ponapychałem słomą i sianem. Zrobiłem kukłę. Podniosłem ją
w górę, aż owce zadrżały. Rzuciłem ją w stado. Myślałem, że zwierzęta
rozniosą słomianą lalę. Ale owce rozstąpiły się i stado położyło się tuz przy
mnie. Czułem, że rzeka znad łąki wylewa, tym razem niesie nasze sny.
Następnego dnia brat nie poszedł do kościoła. Rodzice zrobili
mu awanturę. Krzyczeli i wymachiwali rękoma. Zbudzili mnie.
Wstałem i przyłożyłem ucho do drzwi. Kłótnia gęstniała coraz bardziej.
Kiedy wszedłem do kuchni, zapanowało milczenie.
Późnym wieczorem na zabawie ojciec dopadł mojego brata
i zdarł z niego kożuch. Zawstydzony uciekł do ubikacji. Ludzie śmiali się
i z mojego ojca i z brata. Kiedy opowiadano mi tę historię, poczułem
się upokorzony, jakby ze mnie zdzierano skórę. Długo bolało.
Kiedy brat sam szedł z dużą walizką, bo miał się stawić na
komisję wojskową, szedłem z kilkoma owcami za nim. Był mróz. Szliśmy
i nie mówiliśmy zupełnie nic. Miałem wrażenie, że maszeruję
brzegiem otchłani; że jestem jej tak blisko. Bałem się o brata. Ciął ostry
wiatr. Zatrzymałem się wraz z owcami. Brat nie pożegnał się; szedł
spokojnym miarowym krokiem.
Paweł Rogalski
Wojciech Sołtys
***
to muzyka
nieobecnie daleko od siebie
byłaś nawet piękna gdy się bałaś
podczas gdy ja mocowałem się z paskiem
był stary trudno pogodzić miłość
z sentymentem chciałem żebyś umarła
ale rozbiłaś sobie tylko głowę
o stary regał gdy byłem na tobie
uwierz myślałem o tobie
to muzyka i sekunda
antykwariat smutku
nie odróżniłem się wcale
gdy facet przede mną trzasnął
drzwiami a ja niosłem niepotrzebnego nervala
upadł na ziemię byłem mroczny
on był w jasnej oprawie
albo na odwrót chciałem umrzeć
poszedłem na piwo
Wojciech Sołtys
Oskar Szwabowski
ZGON
Zdechł. Wszyscy, jednomyślnie, uznali zgon ten za wielce
niestosowny. Żeby tak, bez uprzedzenia i w ogóle w trakcie. Rozumie się, żeby to
przed, bo to jeszcze człowiek coś wymyśli, albo po, wtedy też można jakby
więcej. I na pewno nie jest to taki kaliber, jak zgon w trakcie. Zgon w trakcie,
to rzecz niewybaczalna. Zgromadzeni w pokoju gościnnym niepewnie
zerkają na siebie. Słowa brzmią tak dziwnie. Trzeba je ważyć, gdyż
w panującej ciszy, są jak odgłos młota w środku nocy. Uderzają. Są takie
cielesne, namacalne, wyraziste, że trudno cokolwiek. Ciotka, co to mąż
jej naukowcem jest, pracuje na uniwersytecie i raczej z nim nie
pogadasz, więc ona zaczyna, bez żadnych zahamowań, jakby nic się nie
wydarzyło, jakby nagle cisza nie zapanowała, trajkotać i to trajkotanie
wypełnia wymiętolonymi, przeżutymi słowami, słowami-flakami,
tłustymi, mielonymi po kilkakrotnie słowami pokój, między kluchowate
zdania wciska wilgotną wędlinę, korniszony, co przyjmuje z wdzięcznością.
Tak, tak, dziękuje. I dalej. Zgromadzeni z namaszczeniem szukają
sensu w półmiskach. Starają się odczytać hieroglify na brzegach talerzy.
A tą potrawę to jak, niemożliwe, też próbowałam zrobić coś takiego, ale
inaczej, pamiętasz, Ewunia, jak byliśmy we Francji, oni to tam dopiero
mają kuchnie, nie, ta delikatność, subtelność, nie, to nie dla mnie,
schabowy z ziemniakami, no, ja też nie rozumiem wegetarian, taka moda,
sąsiadka spod piątki dała mi przepis... Nagle! Rwie się, kęs staje w gardle,
słowa wsiąkają w dywan. Ktoś patrzy tępo. Henia myśli o radiu, nawet
proponuje. Szmer przemyka, niemal niezauważalnie, nieokreślony pomruk.
Chociaż, ktoś odzywa się głośniej, lecz milknie. Andrzej, człek
rzeczowy i z zasadami, próbuje przejąć inicjatywę, energicznie chodząc w tą
i we tą, stawiając, chcąc czy nie chcąc, zgromadzonych wobec zgonu,
wobec faktu, nakazuje przyjąć ciężar zdarzenia, nie ma co się wykręcać, już
się nie da. Kroki w tą i we tą, w tą i we tą, mówią, że się nie da. A wy,
pyta gospodarzy, chyba tak rady nie dacie, wiecie, żyć tak, hm, bez. Mąż
zna tam kogoś, kto pomoże. Człowiek się przyzwyczaił, a tu... kicha taka.
I nie ma powrotu, bo się przyzwyczaił. Tak, przytakuje Andrzej, ja
popatrzę też ze swojej strony, pech taki. Pech. Wszyscy przytakują. Wszyscy
patrzą ze smutkiem na denata. Ale to już nie tak. to już nie to. A było tak
miło, czas płynął bez problemu, gładko, słowa płynęły, płynąć nie musiały,
po prostu, dobrze było i nagle. Trzask. No, ale nie rozumiem. Musiało
być coś nie tak, wiecie, jak to jest, wystarczy małe gówienko, szast-prast,
i po całości, niby nic groźnego, niepozorne takie, a rozpierdala cały
system, organizm pada. Paproszek, okruszek, normalnie nie przyszłoby przez
myśl, że coś takiego może cokolwiek spowodować, o ile w ogóle zwróciłbyś
na to uwagę. Bogdan, niedoszły lekarz, pijący odrobinę za dużo.
Żona odchodziła, a to przychodziła, robi awanturę, niekiedy nie chce dać,
ale jakoś się żyje. Dzisiaj siedzi obok, w czarnej sukni, złota bransoletka
na przegubie, zmysłowy wisiorek na szyi, i jest trochę zniesmaczona,
nie bierze udziału w dyskusji i cała ta sytuacja to w ogóle jest nudna.
Szkoda, że zdechł, zdarza się, nie ma co się przejmować. Najlepiej
byłoby zakończyć imprezę. Tego wręcz wymaga dobry zwyczaj.
Wychowanie! Pali papierosa. Basia jest przejęta, bardzo przejęta. Jest to dobra
istota, nie chce, aby ktokolwiek się smucił. Spoglądają, potrząsają
głowami. Gospodarz nagle uświadamia sobie, niemal, że w pełni, blednie, chce
coś powiedzieć, zbyt się boi, spuszcza wzrok. Gospodyni kładzie dłoń
na ramieniu męża, rozumie. Są przecież razem. W tym samym
mieszkaniu. Ktoś zerka na zegarek. Może herbaty, kawy? Ciasta? Nie, nie,
będziemy już iść, muszę jeszcze jutro, wpadniemy innym razem, to się coś
mocnego wypije, tak i pośpiewa, he, he, można by. Podawanie płaszczy. Parę
osób zostaje. Andrzej na chwilę zaprzestaje chodzenia. Basia pali papierosa
za papierosem. Powinna już pójść, ale jak tu, w takiej chwili. Ja bym
tam kawy łyknął, mówi Bogdan. Całuje żonę w dłoń, zaraz idziemy,
szepcze. Andrzej też nie wie, co robić. Cisza. Od czasu do czasu słowa,
rwany dialog. Gasi papierosa. no to i na nas czas. A z tym, mówi Andrzej
zniżonym głosem, to wpadnij do mnie jutro, znam dobrego fachowca. I tanio.
Pięć dyszek i będziesz mógł znowu oglądać filmy, a w ten czwartek ma
być niezła sensacja. O dwudziestej. Na którym. Na jedynce chyba. Tak,
tak. Czwartek o dwudziestej. Może go jakoś przywrócimy do życia,
nowy w końcu to nie taki mały wydatek. Och nie mały, nie mały. Dzięki. Dzięki.
Oskar Szwabowski
Wiersze z tomu "Odpływ. Sztuka ubywania", który
ukaże się wkrótce nakładem Wydawnictwa OSKAR w Gdańsku.
Zbigniew Jankowski
PO-SŁOWIE. WIERSZ OTWARTY
Już nie zapisuję swoich wierszy.
Noszę je w sobie, ogarniam, ożywiam
wciąż innymi obrazami,
ale odwlekam, odpycham
ich przyjście na świat,
ich kształt dokonany
i jawny jak zwłoki.
Już wiem: tyle wiersza,
ile go we mnie.
Cieszy
jego rozrastające się, słodkie
ciepło, jego
coraz głębszy puls, przechodzący
w delikatne kopanie
grobu dla siebie,
jego przechodzenie
od razu
na drugi świat
z pominięciem wszelkiego zaistnienia
w mojej migotliwej doczesności,
w mojej próżnej chwalbie.
Słowa jak troskliwe ręce
przykładam do jego wzbierania,
ale gdy już napiera,
jakby się chciał urodzić,
czyli wycofać z mojego wewnętrznego życia,
porzucam go, zostawiam
w płodowych wodach
nieskończoności.
I znowu,
jakby na dalekim brzegu
czekam,
czekam,
aż wynurzy się we mnie
nowy, ufnie otwarty
na wspólne niedoczekanie.
Zbigniew Jankowski
Zbigniew Jankowski
CICHE PRZEJŚCIE
Tu już nie chodzi o słowa
tu już nie chodzi o
tu już nie chodzi
tu już nie
tu już
tam
Zbigniew Jankowski
Zbigniew Jankowski
NIE NA ŻARTY
Czy jesteś jeszcze
poetą?
To można sprawdzić.
Dotknij tego porzuconego liścia.
Jeśli odpowie ci
dotykliwie, dotkliwie
przeniknie, przerośnie
borem, lasem, jeśli cię
poniesie
i porzuci
daleko od ciebie
i twego pisania
i już cię w sobie nie ma,
nie wystajesz głodnym długopisem -
jesteś poetą
albo już nie...
Zbigniew Jankowski
Lech M. Jakób
WIERSZ
O wierszu teraz mowa. O jakim? O wierszu białym, karmelkowym,
aliteracyjnym, melicznym, stychicznym może? Lub
nieregularnym? Sylabotonicznym? Albo też zdaniowym? Gradem podobnych
pytań uderzyłby dociekliwy literaturoznawca. By potem dużo powiedzieć
między innymi o rozmaitości systemów wersyfikacyjnych, intonacji,
znaczeniu przerzutni, zasadach regresywności uporządkowania akcentowego
i Bóg wie o czym mądrym jeszcze.
Gdy tymczasem ja tu tylko parę słów o wierszu jako takim.
O zjawisku wiersza. O cudzie poetyckiego słowa - bez naukowych szkieł.
Czym w ogóle jest i jak go należy pisać, to jest tworzyć. Co najistotniejsze.
Oczywistym wydaje się, że ilu poetów, tyle recept poznamy. Lecz
z chęcią wysłuchiwane bywają głosy twórców znaczących. Do
takich niewątpliwie należy Jan Twardowski. Wybrałem jego wypowiedź,
gdyż zawiera - niby w pigułce - ważne spostrzeżenia.
Zatem co radzi Jan Twardowski? Powiada:
Najważniejsza rzecz, aby mówić własnym językiem, nie
udawać nowoczesnego, nie naśladować. Pisać tak, jakby się mówiło do
kogoś bliskiego, by podzielić się z nim swoim zachwytem,
wzruszeniem, zdziwieniem.
Dobre wiersze muszą być poszukiwaniem tajemnicy, posługiwać
się językiem niedomówień, unikać patosu, z nutą humoru.*
Mamy tu ukryty apel o powściągliwość w szastaniu
słowem. O zwracanie uwagi na pułapki koturnowości i za wysokiego "c".
Znalazł się także postulat mówienia od siebie, nie głosem zapożyczonym.
Wreszcie widać znaczenie dystansu wobec ego
(wentyl humoru).
Bo w rzeczy samej, nie jest ważne jaką formę wiersza obierzemy (tę
podszepnie nam intuicja), mało istotnym się wydaje sposób
doboru słów (byle świeże, niewytarte), warsztat (doszlifuje z czasem)
- ważne jedynie, by poddać się refleksji i dopuścić do siebie wołanie ze
środka. Z Twojego wnętrza. Gdyż tam wszystko się odbywa - w Twojej
głowie i w Twoim sercu - nie na zewnątrz. Na zewnątrz jedynie zgiełk.
A bez koniecznego wyciszenia niczego nie dowiesz się ani o świecie,
ani o Twoim ja.
Wartałoby jeszcze dodać: poznanie! Prawdziwy poeta,
terminator poezji, winien znać, co przed nim w poezji było. Jak wiersze
tworzono. Po cóż na przykład wyważać już dawno otwarte drzwi. Czyli
lektury. Wejście w światy poprzedników.
Powie ktoś: no dobrze, już wiem. Ale nadal czuję się niepewnie. Czytam.
Dużo czytam, dużo myślę, piszę, cyzeluję... Jednak po czym
poznać, że ten wiersz jest t y m w i e r s z e m?
Fakt, powyższa wiedza to nie wszystko. Cóż z tej wiedzy, skoro
na przykład talentu brak? Przecież między chęcią bycia poetą, a byciem
poetą jest zasadnicza różnica. Głęboki dół. Podobnie jak między tekstem,
który wiersz udaje, a wierszem prawdziwym.
I tu zaczynamy ocierać się o nieodgadnione. To już wyższa szkoła
jazdy. Szkoła jazdy duchowej i emocjonalnej. A rozum tam nie sięga.
Wkraczasz teraz poeto na pole minowe.
Tu nikt niczego Ci nie zagwarantuje. Nikt niczego nie obieca.
Nikt niczego za Ciebie nie zrobi, ani za Ciebie nie przeżyje.
Tylko Ty, Ty jeden o sobie wiesz, o sobie stanowisz.
Twoją Biblią na drodze wiersza staje się Twój
niepodrabialny, niepowtarzalny Duch.
Na te ułamki sekund stajesz się demiurgiem. Ty powołujesz do istnienia
nowy byt. Bo wiersz, każdy prawdziwy wiersz, jest nowym
bytem, odrębnym światem. Bo każdy wiersz, niechby kwadratowy,
zósemkowany, lunatyczny lub chromy, jest koroną literackiego stworzenia.
Jednak tworząc świat, za ten świat jednocześnie
bierzesz odpowiedzialność. To jest niezbywalny przywilej, ale i obowiązek
każdego (s)twórcy.
Oczywiście, masz prawo odczuwać lęk, nawet ból. Ale powinieneś
też w takiej sytuacji doświadczać radości. Bo tworzenie jest
radością z pogranicza sacrum. Jak u kamieniarza artysty, któremu omdlewają
ręce od kucia, ale jednocześnie jego dusza śpiewa.
I w tym momencie, w takim momencie, autopytania
i wątpliwości znikają. Znalazłeś drogę. Nie musisz nic wymyślać,
rozumowo komplikować. Gdyż za rękę nie Ty, lecz wiersz Ciebie poprowadzi.
I już w domu wiersza jesteś.
*Jan Twardowski "Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia", PAX, Warszawa 2002
Lech M. Jakób
Jakub Sosnowski
***
słodko jest pieprzyć
głupoty jak to jest
być tym któremu
we wszystko należy
uwierzyć bez względu
że słońce zaszło
i wierszy nie będzie
Jakub Sosnowski

Władysław Edward Gałka
TY BĘKARCIE!
Gdy padł ten okrzyk w 1965 roku to moja ciocia-mama dostała
furii. A poszło o to że mając 6 lat bawiłem się pośród maszyn w Dargomyślu.
Niestety to kierownik tak mnie nazwał i uciekł z podwórza pod
gradem wyzwisk przy wielu świadkach. Mój wujek-tatuś, świętej pamięci,
stracił wtedy pracę a ja ukochane miejsce na ziemi, Rogowo,
rodzinę Szcześniaków gdzie była siostra cioci i jej dzieci: Krysia, Jola
i świętej pamięci Wanda. To z nimi zobaczyłem las, światło lasu, zawilce -
kobierzec i kolor. To był raj. Utracony.
Konarzewo. To miejsce wygnania. Tam wujek znalazł
pracę magazyniera.
Boże! Jaka mieszanina ludzkich, polskich, żydowskich
losów i charakterów wtopionych w ramy niemieckiej wsi byłego
majątku Bismarcka. Wsi bez jej znających dzieje tej ziemi mieszkańców.
Przez trzy lata mieszkaliśmy w pokoiku na ogromnym strychu.
Ciocia-mama i wujek-tatuś pracowali, godzinami byłem sam nawet gdy
miałem dwa razy rok po roku zapalenie płuc i odrę. Sufit, zimno i gorączka:
cienie, majaki...sufit i cienie, tyle się na nim działo. Cudowne Boże
Narodzenia z choinka do sufitu, książki, zabawki, projektor i kolega Bogdan,
dziecko bez matki.
Moje 8 lat. Wujek kupił w Goleniowie telewizor. Hm. No cóż. To
było bolesne przyspieszone dojrzewanie. Oświęcim, zagłada...ludzkie
zwłoki wałowane spychaczem do dołu...brak słów, cierpię.
My, dzieci nie mieliśmy tam żadnego dozoru w zabawie poza
domem. Hasaliśmy wszędzie w pałacu koledzy, wprowadzili mnie na
przeszklony sufit holu, wysoko. Żyję, anioł stróż czuwał.
I tam też był las ale już bez cudownej Wandy i matkującej mi
Krysi i Joli.
Dziś wiem co utraciłem. Wtedy tęskniłem nieświadomie. Wtedy
po raz pierwszy utraciłem pamięć. Musiałem. Takie jest prawo
psychiki dziecka. Nieodwracalność procesu. To już historia.
I ja będę o niej pisał, ponieważ należę do wielu światów i z
wieloma się identyfikuję. A wszystkie one są częścią megaświata ludzkiego ducha.
W Konarzewie byli ludzie, mury i ułamki materii kojarzonej
z czasem. Reszta to nieświadomość. Tak rodził się świat powojennego
pokolenia urodzonego na tej ziemi. Czas wyżu demograficznego, było nas
ponad dwa razy więcej niż dorosłych, zapanować nad nami
było niepodobieństwem.
Folwark i wieś ale bez istoty tego podziału i tu i tu był PGR.
Tylko robotnicy rolni bez chłopów. Ale już wtedy miałem
świadomość przynależności do innego świata do rodziny chłopskiej.
Z Błądkowa przyjeżdżali rodzice z rodzeństwem i my też tam bywaliśmy. Sam już
nie wiem gdzie jest moja pierwsza rodzina. Ta świadomość jest u mnie
wysoce zaburzona ale i ubogacona.
Te spotkania wywoływały u mnie lęk. Przestawałem wtedy
używać słów mama, tata i gimnastyką umysłu dla mnie ośmiolatka było
to przeżycie.
Jakie to poplątane! I ten ból dwóch kobiet o jedno dziecko.
Czy ktoś to kiedyś pojmie?
Władysław Edward Gałka
|