
Henryk Romanik
JAN ERNEST BENNO - KOSZALIŃSKI PISARZ JESZCZE OBCY
Potrzeba odkrywania lokalnej przeszłości w naszym mieście łączy
się ze żmudną nauką pojednania z własną historią. Jest nam to potrzebne jako
Polakom i Europejczykom, ale nade wszystko jako ludziom "stąd".
Kilkupokoleniowa "poniemieckość" i ideologiczna wojna na pomniki nie służy
dobremu samopoczuciu. Po okresie wojewódzkiej świetności zraniona
duma i ucieczka zniechęconej biedą części koszalinian nie pomagają
w przeżywaniu więzi z własną "małą ojczyzną". Piszę te słowa w listopadowe dni,
kiedy w mieście tu i tam powiewają jakby nieśmiało narodowe flagi...
1. Pomorski romantyk
Kiedy pod koniec swego żywota w 1845 roku Benno dedykował zbiór
swoich poezji Ernstowi Moritzowi Arndtowi (1769-1860), wybitnemu
pomorskiemu poecie, koszalinianin był uznanym w swoim kraju pisarzem. Nie miał
jednak szczęścia jak Joseph von Eichendorf (1788-1857), piewca
śląskiej ojczyzny, który wcześnie znalazł się na salonach metropolii swego
czasu a wielcy kompozytorzy (Schumann, Mendelssohn, R. Strauss) tworzyli
muzykę do jego liryk. Może współcześni uznali dzieła J.E. Benno za
zbyt prowincjonalne, a może po prostu nie znalazł on życzliwych
krytyków. Z pewnością nie sposób mu odmówić pasji i zaangażowania
w literackie przyswajanie skarbów pomorskiej historii.
Jan Ernest Benno (jako jego dzisiejsi ziomkowie pozwalamy sobie - za radą
R. Janusa - spolszczyć jego imiona) urodził się 12 czerwca 1777 roku w Karlinie
nad Parsętą jako syn sekretarza miejskiego, senatora i organisty Gottlieba
Daniela Benike i jego żony Doroty z Marquartów. Do szkół uczęszczał
w Koszalinie, Gryficach i Berlinie (gimnazjum przy Szarym Klasztorze). Lata jego
młodości przypadły na okres wojen napoleońskich, co praktycznie związało Jana
Ernesta z mundurem praktycznie na resztę życia. Wstępując do armii pruskiej został
przyjęty przez generała G. L. Blüchera w jego kancelarii. Nie wiemy dlaczego młody
Benike, za radą swego protektora, odszedł od nazwiska rodowego i odtąd podpisywał
się jako "Benno".
Za udział w walkach wyzwoleńczych 1813-1814 został odznaczony
Żelaznym Krzyżem rycerskim 2 klasy i przedstawiony do rosyjskiego Orderu
Św. Jerzego 5 klasy. W tym okresie był wachmistrzem Pomorskiego
Regimentu Huzarów w Sławnie. Swoją służbę cywilną rozpoczął w Szczecinie
(lub w Stargardzie?), lecz ok. 30 lat spędził w Koszalinie jako sekretarz
rządowy (königlicher expedirende
Regierungssekretar) i radca
rachunkowości (Rechnungsrat). Świętując złoty jubileusz służby państwowej
w 1845 otrzymał Czerwony Order Orła 4 klasy.
Koszaliński archiwista i kronikarz był dwukrotnie żonaty. Córka
z pierwszego małżeństwa spoczęła na cmentarzu w Mścicach. Druga żona urodziła
mu siedmioro dzieci, o których wiemy stosunkowo wiele. Ernest był pastorem,
Albert, utalentowany malarsko, poległ w Algierii jako żołnierz Legii
Cudzoziemskiej, Henryk pracował jako księgowy w Koszalinie a Rudolf był
właścicielem farbiarni w Halle. Spośród trzech córek Augusta wyszła za
ziemianina w Warszkowie (k. Sławna) a Julia i Maria pozostały niezamężne.
Jan Ernest Benno dokonał swego żywota po długiej chorobie 19 kwietnia
1848 roku i spoczął na cmentarzu miejskim w Koszalinie "przed Bramą
Młyńską" (dziś przy ul. Kościuszki), gdzie ok. 1900 roku znajdował się także
grób wielce zasłużonego burmistrza Brauna. Groby te zostały "zniwelowane"
w latach 1945-1970 w ramach intensywnej polonizacji miasta. Do naszych
czasów przetrwało jednak wiele tekstów, którymi pisarz spod Góry
Chełmskiej współtworzył z pewnością romantyczną atmosferę swej małej ojczyzny.
2. Zapomniane księgi
Poszukiwanie dziedzictwa literackiego J. E. Benno rozpocząłem kilka lat
temu od miejskiego archiwum w Koszalinie, gdzie znajduje się jedynie kopia jego
historii grodu nad Dzierżęcinką. Z wielkim zaangażowaniem pomógł mi w kwerendzie
na terenie Niemiec dr Jürgen Lux, lekarz w Tybindze rodem z Polanowa. Dzięki
niemu udało się zgromadzić większość dorobku pisarskiego naszego autora
wydanego w formie książkowej (prócz historii Słupska). Skopiowane tomy znajdują się
już w zbiorze twórczości regionalnej Miejskiej Biblioteki Publicznej
w Koszalinie. Nie zająłem się jeszcze twórczością rozproszoną, którą Benno publikował
od ok. 1820 roku w "Pommersche Provinzial Blätter für Stadt und Land"
wydawane przez J. C. L. Hakena w Darłowie i od 1825 roku w redagowanym przez
siebie periodyku "Allgemeine Pommersche Volksblatt" (z pewnością
część tekstów została następnie zebrana w książkach). Nie wiadomo, dlaczego
w swoim czasopiśmie Benno podpisywał swoje wiersze i opowiadania
pseudonimem "Josias Uhingk" i do czego/kogo nawiązuje owo godło.
W porządku chronologicznym można wymienić następujące książki
Benno (tytuły podaję w wersji przetłumaczonej):
Bogusław X, Książę Pomorza,
wyd. C.G. Hendess, Koszalin 1822 i 1825,
s. 278
Róg strażniczy z Koszalina, czyli historie z czasów słowiańskich
Prenzlau 1824; Koszalin 1900, s. 165
Opowiadania, ballady i pieśni, t. 1-2, Koszalin 1826 i 1827, s. 285 i 304
Król Borysław i jego trzy córki,
Koszalin 1828, s. 276
Ciche opactwo. Powieść historyczna,
Koszalin 1829, s. 303
Nowele, t. 1-2, Koszalin-Kołobrzeg, 1830-1831 (sprzedane wydawnictwu
Fr. Fischer w Lipsku); t. 1: Vitold z Gassenburga, Zdobycie Garz,
Siostra Szpitalna, s. 275; t. 2: Jarmark w Sianowie, Georg Podiebrad
i jego balwierz, Kościelny w Giltenbach, Matczyny zły sen,
Książę Swantepolk, s. 288
Miasto Słupsk, Koszalin 1831
Historia miasta Koszalina od jego założenia do czasów
współczesnych. Opracowana na podstawie dokumentów i materiałów
źródłowych, z planem miasta i okolic (...), Koszalin 1840, s. 360
Poezje, Koszalin 1845, 301
Tych kilkanaście tomów drukowanych czcionką gotycką to spora
porcja lektury dla zainteresowanych nie tylko przeszłością Pomorza
Zachodniego, lecz także dziedzictwem literatury niemieckiej epoki romantyzmu związanej
trwale z naszą - dziś polską - Małą Ojczyzną. Trudno dziś dziwić się
Niemcowi z Pomorza, wyrosłemu w pruskim patriotyzmie i w religijnej tradycji
luterańskiej, że jest sobą w każdym calu. Jednakże typowe cechy literatury epoki wiążą
Benno z twórczością romantyków innych narodów Europy, począwszy od Polski.
Powieści historyczne ("Róg strażniczy z Koszalina", "Król Borysław
i jego trzy córki", "Bogusław X, Książę Pomorza") sięgają
początków średniowiecznej dynastii Gryfitów i zderzenia cywilizacyjnego
niemieckich misjonarzy i osadników z pogańskimi jeszcze Słowianami (Wenedami). Benno
nie ukrywa fascynacji odległą przeszłością i pewnego szacunku dla
słowiańskich Pomorzan. "Ciche opactwo" z kolei oddaje atmosferę czasów Reformacji na
tle przemian w środowisku trzebiatowskiego opactwa norbertanów. Aż się
prosi porównanie tych dzieł Benno z twórczością naszego
Kraszewskiego tworzącego piastowską legendę z nowej zupełnie perspektywy.
Dzieła kronikarskie dotyczące Słupska i Koszalina wymagają krytycznej
lektury, lecz zasługują na podziw dla wysiłku pisarza w gromadzeniu materiałów
archiwalnych dotyczących wybranych tematów. Cenne będą zawsze dokumenty
łacińskie z początków biskupiego miasta Koszalina i działalności struktur
kościelnych w granicach Księstwa Pomorskiego (sanktuarium maryjne na Górze
Chełmskiej). Z niezwykłą akrybią i zapałem Benno relacjonuje proces upamiętniania
wojen napoleońskich przez monument z krzyżem dla "bohaterskich koszalinian"
poległych w walkach o wolność Pomorza. Dobra to dla nas lekcja dziś,
którzy przypominamy polskich powstańców listopadowych, którzy w 1833 roku
budowali drogę z Sianowa do Koszalina. To z pewnością największe "polonicum"
i żywy, bo służący praktycznie, pomnik tamtej epoki; praktycznie nieznane, powoli
zjawia się na horyzoncie świadomości koszalińskich Europejczyków.
Twórczość nowelistyczna i poetycka zakłada inne podejście
czytelnicze do tekstów miłośnika pomorskiej ziemi. Znane są adaptacje literackie
legend pomorskich, które pozostawił niezapomniany Gracjan Bojar Fijałkowski.
Niewielu jednak pamięta, że jednym ze źródeł współczesnego bajkopisarza
były właśnie romantyczne legendy J.E. Benno. Nie mam rozeznania co do
recepcji "spolszczonych" wersji legend powtarzanych wcześniej w innym
języku, w mowie przez wieki tutejszej, sąsiedzkiej...
Osobne zainteresowanie należy się poezjom wydawanym praktycznie do
końca życia autora. Zbiór z 1845 roku zawiera obok tekstów
okolicznościowych klasyczne ballady poświęcone potęgom natury i urokom okolic
Koszalina (Benno z religijnym niemal namaszczeniem podziwia morskie
pejzaże). Znajdujemy tu sporo sag i pieśni epickich zakorzenionych
w rycerskich tradycjach średniowiecza (bohaterowie Grunwaldu z 1410 roku);
poematy historyczne dotykają dramatycznych przemian na Pomorzu w czasach
kolonizacji niemieckiej, Reformacji kościelnej i w kolejnych wojnach ze
Szwedami, Rosjanami i Francuzami (wstrząsający emocjonalnie jest utwór
o Januarym Suchodolskim, który odmawia w Petersburgu malowania bitwy pod Ostrołęką
- ciekawy ślad oficerskiej i artystycznej solidarności ponad frontami).
Niemało miejsca poświęca Benno sprawom wiary religijnej i w
wielu utworach znajdujemy szczere modlitwy, z zachwytem i zadumą zwracające się
do Pana Wszechświata. Bóg poety jest przede wszystkim suwerennym
Stwórcą i Sędzią, znanym z kart Biblii, lecz Benno nie waha się również przywołać
imiona mitycznym duchów świata pomorskich Słowian czy figury herosów
z sagi o Nibelungach. Cennym świadectwem ewangelickiego obyczaju na
Pomorzu są teksty poświęcone poszczególnym świętom roku
kościelnego. Można powiedzieć, że Benno łączy doświadczenie
i stanowczość obywatela z duchową wolnością chrześcijanina zakochanego
w pomorskiej przyrodzie.
Kiedy kartkuję kolejne tomy zawierające utwory koszalińskiego
romantyka, z jakąś nostalgią zastanawiam się nad dalszym losem tego
zapomnianego (niechcianego?) dziedzictwa. Po kilku latach rozmów z luminarzami naszego
grodu kiełkuje nieśmiało inicjatywa, która może przywrócić Koszalinowi
jego najwybitniejszego pisarza w czasach języka niemieckiego:
3. "Lectorium im. Jana Ernesta Benno"
Inspiracją dla takiego pomysłu stało się dwujęzyczne wydanie poezji
Josepha von Eichendorfa (1997) sygnowane przez opolskie Konwersatorium jego
imienia (powstałe w 1923, reaktywowane w 1989 roku). Kultywowanie
dwujęzycznej kultury śląskiej jest czymś naturalnym w sytuacji pewnej
odrodzonej kontynuacji środowiskowej, o której mówił niedawno w Koszalinie
(18 października 2001) arcybiskup Alfons Nossol, gość sympozjum
o małych ojczyznach w Europie zorganizowanego przez BWSH. W rozmowie
z opolskim "budowniczym mostów" przywołaliśmy także naszego Benno. Biskup
zachęcał bardzo do podjęcia podobnej próby, chociaż dawniejsze i obecne przenikanie
się kultur na Pomorzu przebiega zupełnie inaczej.
Jaka jest zatem idea, która rodzi się w kolejnych rozmowach?
W naszej dzisiejszej sytuacji trudno mówić o powoływaniu jakiejś nowej
instytucji kulturalnej. Wydaje się, że naturalnym gospodarzem i ośrodkiem
"klubu zainteresowanych" może być Biblioteka Publiczna, zakorzeniona
dosłownie w glebie lokalnej przeszłości (stanęła wśród grobów wielu
pokoleń koszalinian, gdzie spoczął także Benno). Nie chodzi o jakąś
szybką, jednorazową akcję, która przyniesie sukces sponsorom
i administratorom. Zaproszenie do udziału w Lectorium mogłoby skierowane do historyków,
literatów, germanistów, polonistów, dziennikarzy, lokalnych patriotów - słowem
do zainteresowanych postacią Jana Ernesta Benno, jego
historycznego i geograficznego środowiska, czyli właściwie całą
przeszłością i aktualnością pomorskiego Koszalina. Benno mógłby patronować
spotkaniom sesyjnym dotyczącym regionalnej kultury, a w szczególności
przedsięwzięciom umożliwiającym dwujęzyczne poznawanie się dawnych i obecnych koszalinian.
Formy pracy Lectorium uszereguję w skali rosnącej trudności i kosztów:
1. prezentacje literackie tłumaczeń tekstów Benno i innych autorów
pomorskich oraz starszych i młodszych twórców związanych dziś ze
środowiskiem środkowopomorskim,
2. przygotowanie publikacji (dwujęzycznych) zawierających powyższe teksty,
3. opracowanie krytyczne i wydanie dzieł (wybranych, wszystkich?) J.E.Benno,
4. gromadzenie archiwum literackiego (i historycznego) dotyczącego
Koszalina i innych "pomeranica", sesje popularno-naukowe wokół "naszej" tematyki,
5. nagroda miejska za twórczość w duchu "pograniczy" (literatura,
media, historia- archeologia- konserwatorstwo,
6. konkurs literacki (biennale?...) im. "J.E.Benno": historia i legenda
pomorska, wspomnienia "wygnań" AD 1945, poezja wokół dróg europejskich,
sąsiedztwo od Dniepru po Ren, spotkania tematów i wartości...
Wydaje się, że stosunkowo łatwym aktem byłoby nadanie
imienia koszalińskiego romantyka jednej z sal koszalińskiej Biblioteki Publicznej
albo/i dedykowanie jednego z drzew w sąsiednim parku piewcy pomorskiej natury.
Jeżeli przekonamy się do twórczości J. E. Benno, może doczeka się on
w swoim mieście swojej ulicy, parku, szkoły (podobnie zresztą jak biskup -
założyciel Herman)? Szukamy w mieście sposobów wyrażania naszej
lokalności w majowych dniach święta założenia Koszalina: inicjatywy
"bennonowskie" wpisują się w ten krajobraz...
Zachęcającym przykładem takich prowincjonalno-pogranicznych działań
jest Akademia Europejska Kulice - Külz (Nowogard), której drugi zeszyt
właśnie wydany zawiera także referat o niemieckiej poezji religijnej na Pomorzu
(Prof. Roswitha Wisniewski, Heidelberg). Czy autorzy koszalińscy, których
przedstawia Franz Schwenkler w swojej historii Koszalina (1966, s. 233) - W. Müller,
A. Köppen, F.E Schulz, M. Wietholz "Nerese" - zasługują na nasze
zainteresowanie? Jeśli się z nimi nie spotkamy, nigdy się nie dowiemy!
Myśląc o "Lectorium" obawiam się mnożenia administracyjnych
bytów i jednocześnie nie wyobrażam sobie "Lectorium" bez współpracy
konkretnych osób i lokalnych instytucji (uczelni) naszego małego i biednego(?)
środowiska. Nie bałbym się wyciągać rękę po pomoc do fundacji wspierających
współpracę polsko -niemiecką; warto pamiętać jednak, że mecenasi czekają na dorobek,
który finansują. Obok władz naszego grodu warto zainteresować sprawą inne
miasta, z którymi Benno jest związany swą biografią, czy twórczością:
Karlino, Szczecin, Sławno, Słupsk, Kołobrzeg, Trzebiatów, Sianów i... Berlin.
I jeszcze jedna uwaga o "Lectorium". Wybrałem tę nazwę z dwóch
powodów: po pierwsze, trzeba nam zacząć od lektury, czytania i odczytania naszej
pisanej tradycji (wzorem: czytanie Eichendorfa na Śląsku czy Wiecherta
w Olsztynie), a po drugie, lectorium w architekturze średniowiecznych kolegiat czy
katedr, była to przegroda między chórem (prezbiterium) a nawą dla ludu. Z tego
miejsca czytano Biblię, proklamowano Słowo i śpiewano na chwałę nieba.
Jedynym przykładem w bliskim nam pomorskim gotyku była kołobrzeska bazylika.
Była, bo po wojnach "lectorium" przepadło, zostało jednak Słowo: czytane,
mówione, śpiewane...
Henryk Romanik
Jacek Durski
+++
Świat zagrożony ludźmi.
Umieramy w przerażającym śnie.
Wczoraj powiesił się Jezus,
twarzą do krzyża.
Wolał zgrzeszyć, niż patrzeć na parlamenty diabłów.
To ty bądź Bogiem.
Nie pozwól.
Jacek Durski
Anatol Ulman
KARTOFLANE DROBIAZGI
Lato
Zagony maków purpurowych na kartoflisku, ciepły wiatr przygniata
żółknące zielska w perłowej mgiełce. Cisza pachnącego południa uśmierca wszelki
ruch. Zasłonięte przez puchową chmurę słońce kładzie na nas wyciągnięty promień,
roi się w nim świetlisty kurz. Patrzy na nas maleńki królik z zamarłym
różowym pyszczkiem. Odpoczywamy dysząc. Tylko koza saaneńska międli
i rozciera w zębach uchwycone po drodze trawy. W milczeniu wśród tańczących
promieni i wirujących słupów powietrznych podejmujemy trud marszu wzdłuż
pylistych redlin. Niebieski kurz szroni nam buty.
Wkrótce rozpylone złoto zachodu spada na horyzont. Malinowa
pożoga zmierzchu rozlewa się po kresie pól. Tata wyznacza miejsce postoju do
jutra. Rozniecamy ognisko, pieczemy ziemniaki w różowym żarze. Otacza
nas dziewczęca woń powojów, w sobie czujemy rzeźwą radość. Z góry
spada na nas noc niby granatowa, ugwieżdżona dekoracja. Drętwieją
krzewy ziemniaczane, w księżycowym, zielonym jak jaszczurka świetle zastyga
za nami horda królików. Ziemia wymoszczona jest posępną poświatą.
Dalekie pioruny odzywają się głucho, ciemność żarłocznie chłonie małe
światła błyskawic. Dobra nocka rozpościera się nad nam jak podziurawiony
namiot prawdy moralnej. Ciemność osnuwa wszystko coraz gęściej. Króliki
szurają moszcząc się wśród łętów.
- Nikt nie mógłby pragnąć żyć bez przyjaciół,
chociażby, tak jak my, posiadał wszystkie dobra świata
- moja mama analfabetka trawestuje sąd
Arystotelesa, mając na myśli króliki, które zjadamy, gdyż darzymy je tym
bezinteresownym uczuciem. Tak oto przyczyna czyni koniecznym nastąpienie skutku.
Tata pragnie żonie zaimponować i dukając prezentuje pesymistyczną
opinię Sofoklesa z Edypa
w Kolonie o sensie istnienia:
- Najprzedniejszą rzeczą nie
żyć, druga zaś w tamte strony skąd przybyłeś raz zrodzony, chyżym
krokiem zmierzyć.
Tata oczywiście, z uwagi na solidne galicyjskie wykształcenie
uzyskane w czteroletniej szkole ludowej cesarza, nie ma pojęcia o cytowanym
dramaturgu, gdyż fragment posiada ze zdobytego przypadkiem karteluszka papieru,
w który zwijał austriacki tytoń na włoskim froncie uznając go za bibułkę papierosa.
Czyżby czynił aluzję do marszu? Mama jest rada z jego drobnej czułości.
Wygłasza więc, zwracając się do kozy, pośrednią pochwalę umysłu taty:
- Inteligibilny świat noumenów poznawany jest przez czysty rozum,
który daje nam wiedzę o rzeczach takich, jakie są.
Koza saaneńska w kosmicznej ciszy ciemnogranatowej ciemności
delikatnie upuszcza kiść mokrych bobków na spieczoną kartoflaną ziemię.
Mama analfabetycznie komentuje zaszłość:
- Zdarzenie nie staje się czymś psychicznym, ani czymś fizycznym
za sprawą jakiejkolwiek wewnętrznej jakości, a jedynie za sprawą
relacji przyczynowych.
- O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć - gani ją intuicyjnie
tata. Powietrze robi się wilgotne od rosy.
Na obiad jemy fioletowe ziemniaki portugalskie w postaci Bratkartoffeln,
czyli gotowane i zesmażone potem na króliczym sadełku na złoty brąz. Na deser
jest Kartoffelsalat pachnące kminkiem i posiekaną na drobno cebulą. Na kolację
zaś tata przyrządza placki ziemniaczane, Reibekuchen, w ten sposób, w jaki robi
się je w Bawarii (która tu nie istnieje) i zwie Reiberdatschi. Zjadamy je
pomazane lekko miodem zebranym przez pszczoły z dziko rosnącego rozmarynu.
Zima
Wesoło brniemy przez sypki śnieg. Kryniczny i lśniący do
granicy spostrzeżeń. Zapadamy powyżej kolan w monochromatyczną biel.
Prowadzę pierwszy przedeptując zasypane bielą kartoflisko i tworząc nogami
śnieżyste jamy wypełniające się natychmiast suchym, twardym cukrem
drobnych śnieżynek. Za mną pochylony tata stara się trafiać buciorami
w uczyniony niknący, natychmiast zaśnieżany ślad. Obydwaj objęci pętlami
grubego przytroczonego do dyszla sznura ciągniemy nasz wózek nie toczący się na
kołach lecz ślizgający niby sanie. Topiąca się w kryształkach zanurzona w puchu
mama pcha pojazd. Koza saaneńska wspiera ją maszerując złożywszy głowę na
jej pulchnym tyłku. Kilkanaście metrów za nami chrzęszczą kicające
króliki. Twarde zamarznięte słońce bije w twarze śnieżnobiałymi promieniami.
Tacie wydaje się, że dokonuje odkrycia naukowego. Targa za sznur,
bym przystanął wstrzymując pochód i zatrzymanej mamie komunikuje z dumą
wynik percepcji:
- Wygląda na to, że choć wychodzimy o zimnym brzasku, wciąż
znajdujemy się w samym centrum tego koła, przez które maszerujemy!
W jakimś sensie ma rację, tworzymy bowiem na płaskich
zasypanych śniegiem polach środkowy punkt horyzontalnego okręgu.
Gdziekolwiek się odwrócić, jednakowo daleko do kolistej granicy świata.
Łatwo przypuścić, iż wieziemy ze sobą antropocentryczne sedno
Wszechświata. Mama jest zadowolona ze spostrzegawczości taty oraz jego
umiejętności stanowienia wniosków. Jej czysty umysł nieskażony wiedzą
a nawet umiejętnością pisania i czytania obiektywnie docenia wysiłki taty, by
dorównać jej jasnemu analfabetyzmowi. Figlarnie klaszcze spracowanymi rączkami
dla wyrażenia podziwu i zaraz podejmujemy nasz zziębnięty na chwilę
niewiadomy marsz. Nieboskłon zaczyna nagle ciemnieć w barwę mahoniu, podrywa
się niepozorny wiatr i błyskawicznie tężeje w zadymkę. Ostra zimnica tnie
nam w twarze stalowymi szpilkami z lodu. Zawierucha rośnie
przemieniając kurzawę w miękką śnieżycę pełną podmuchów, wirów oraz przeciągów.
Kiedy wycieńczony wyczuwam w śnieżycy nogami wyniosłość polnego
kopca z kartoflami, zatrzymujemy się i po omacku szukamy pod śniegiem
wejścia do płytkich podziemi. Kopiec jest podłużny i po odkryciu warstwy
łętów okrywających leżące w kopcowym stosie ziemniaki, wpadamy
w ziemistość wnętrza pachnącego szarym ciepłem. Z czarnych pędów wzniecamy
przy wejściu ognisko wędrowców. Odczuwamy wolność tworzącego
nawałnicę wiatru i niewidocznych gwiazd podobnych do sopli. Kiedy sycimy
się bursztynowym miąższem pieczonych ziemniaków pogryzanych
garściami śniegu, mama wydobywa ze swej pustej głowy twierdzenia, których znać
nie może:
- Według kartofli orfickich życie jest cierpieniem i udręką.
Jesteśmy uwiązani do koła, które obraca się bez końca w cyklu narodzin i śmierci.
Nasze prawdziwe życie winno toczyć się wśród wysokich, bławatkowych
gwiazd, lecz my przykuci do sinej ziemi. Jedynie dzięki oczyszczeniu,
wyrzeczeniu i ascetycznemu traktowaniu istnienia możemy wyrwać się z kręgu
i wzlecieć w liliowe niebo. Takie są mniemania orfickich ziemniaków.
- Zatem - zauważa roześmiany tata - istnieje możliwość oderwania
się od wnętrza horyzontalnego koła, w jakim znajdujemy się w dni
z dobrą widocznością. Musimy tylko przestać opychać się samymi tylko
kartoflami, wyszorować z pragnienia ustawicznego parcia ku brakowi granic,
wyrzec przyjemności szronu, zimowej sadzi i takiej jak dziś śnieżnej kurniawy!
Ognisko pachnie spalonymi, kartoflanymi ziołami: żółtozielonym
szarłatem, złotawobiałym poziewnikiem, tobołkami o zapachu czosnku i wątłym
powojem. Koza saaneńska kiwa białą głową na znak zaprzeczenia. Nie chce się
wyzwalać w celu latania po wrzosowym niebie, milsze są jej szare ziemniaki pojadane
na nizinach pól nawet wśród śnieżnej zamieci. Przytuleni do siebie
zasypiamy słuchając jak króliki w ciemnościach żarłocznie pochłaniają kartofle, do
których udaje się im się dobrać z drugiej strony kopca.
Wczoraj, jutro, dziś
Na niezmierzalnych połaciach kartoflisk nie istnieje wczoraj, ani jutro.
Trwa jedynie bez końca wieczne teraz.
Nie ma tu wczoraj, bo wczoraj, podobne do drukowanego lub
elektronicznego zapisu na papierze czy płycie, zawsze stanowi tylko nie dziejące się
wspomnienie zarówno wypadków mających miejsce, jak zdarzeń całkowicie
wymyślonych, w czym podobne jest do całej nieprawdziwej historii człowieka. Zresztą
żadne wczoraj nie może posiadać znamion prawdy, gdyż
świadomie i nieświadomie zniekształcane jest dla potrzeb teraz. Jest ulubionym
surowcem przeróbek dla wszelkich kłamców i nikczemnych oszustów. Nicują
i farbują wczoraj, by dzięki temu łatwo dowodzić swoich plugawych zazwyczaj
racji. Niestety wczoraj jest bardzo dla wszystkich atrakcyjne, daje się bowiem
dowolnie upiększać i stroić w walory moralne. Nawet jeśli zawiera treści
bolesne, nie powodują one wielkiego cierpienia, gdyż nie stanowią one dla
nikogo tragicznych niespodzianek, jako że wszystko już się stało, a mają tę nie
budzącą niepokoju zaletę, że dają się obrabiać stosownie do aktualnych
potrzeb świadomości i psychiki. Wczoraj przede wszystkim jest bezpieczne,
tym bardziej im mocniej sfałszowane. Niemniej każde wczoraj jest zwyczajnie
wątpliwe, a najczęściej w ogóle nieprawdziwe i należy je bez wahania odrzucać. Tu,
na polach ziemniaczanych, dobrze o tym wiadomo.
Natomiast jutro zawsze jest groźne: przynosi niespodziewane ciosy,
w tym nagłe cierpienia oraz śmierć. Jakkolwiek pomyślne bywają
oczekiwania z nim związane, nigdy nie daje się wykluczyć nagłego zwrotu wypadków, tak
jak możliwy jest nawet w słoneczny dzień zgon od pioruna, a zresztą każda
pogoda wcześniej lub później w końcu się załamuje. Jutro zawsze jest
trwogą, stanowi bez wyjątku o bolesnym końcu wszelkich spraw. Martwienie się
o jutro czyni z nas lękliwe ofiary nieuchronności niewiadomego, nieufności
wobec każdego następstwa.
Stąd na kartofliskach trwa wyłącznie teraz, nieskończona pełnia istnienia
bez lęku o niedorzeczność, klęskę, daremność i nicość. Także
mające miejsce teraz zapisywanie tych myśli na żywej koziej skórze nie
stanowi ucieczki od przyszłości ani oszukiwania nieprzejrzystego i bezlitosnego
życia przez pogrążanie się w igraszkach wyobrażeń. Zwyczajne teraz zastępowane
przez następne teraz. Teraz rozciągliwe do granic teraz, między wczoraj i jutro.
Bowiem zawsze nie posiada jutra. Teraz, jakiego doświadczamy na kartofliskach,
jest odwrotnością owego, które pojawia się u Marka Aureliusza. Jego
równa u wszystkich teraźniejszość, jako że równe jest wszystko, co się
traci, rozumiana jest jako istnienie między granicami urodzin i śmierci
(to, co się traci, przedstawia się jako krótkie teraz).
Tymczasem nie ma granicy, zawsze jest teraz.
Mama jako analfabetka dobrze orientuje się w teoriach fizyki, więc
tłumaczy owe teraz prędkością, z jaką kartofliska pędzą ku bezkresnym
krańcom nieskończonego Wszechświata, który się kurczy i rozszerza jednocześnie.
- To efekt dylatacji - tłumaczy wąchając kwiaty powoju, który wspina się
po łodydze wysokiego ostu wyrastającego pośród badyli. - Im szybciej porusza
się obiekt, tym wolniej płynie czas dla kartofla wewnątrz tego obiektu. Niewątpliwie pola ziemniaczane razem z nami poruszają się
z prędkością światła, dlatego czas stanął.
Mama niesłychanie lubi wąchać polne kwiatki. Przyjemność sprawia jej woń koniczyny, ostów, powojów, nawet
śmierdzących wrotyczów. Oto skutki pozostawania ciemną wieśniaczką spędzającą wczesne dzieciństwo na pasieniu gęsi. Przepada również
za woniami siana, co stanowi skutek następnego etapu dzieciństwa spędzonego na pilnowaniu żrących łąkowe zielska krów. Zatem po
niej dziedziczę tę dzikość ulubień. Kiedy pieczemy ziemniaki w popiele z pnączy kartoflanych, mama zachwala niedostępny mi
smak ziemniaków prażonych w wyschłym krowim łajnie. Smakowicie, choć daremnie zachwala talerze suchego gówna jako źródła
polnych ognisk.
- Przechodzą wtedy w piekące się kartofle wszystkie smaki i zapachy polnych roślin, jakie pochłania krowa, by zawarte
w jej brzuchu bakterie strawiły celulozę. Z bakterii tych powstaje mleko.
- Trzeba zatem suszyć oraz gromadzić w sakwie kozie i królicze bobki - proponuję.
Mama kiwa z uznaniem główką. To znakomity pomysł, skoro krowy razem kartofliskami nie pędzą z prędkością
światła i nie da się uzyskać ich wspaniałego nawozu. Oto jak nieskończona wieczność potrafi objawić swoje braki. Odtąd
w momentach szczególnie uroczystych prażymy świąteczne ziemniaki w dwu rozpalanych odmianach suszonych pachnących bobków
zawierających esencje kwiecia i ziół porastających kartoflane pola. Odnosi się to do czterowymiarowej reprezentacji wszystkich
zdarzeń w czasoprzestrzennych ramach względności.
Wprawdzie nie jesteśmy fizykami, a tylko zwyczajnymi wędrowcami
po nieskończoności wiecznych kartoflisk, do nas odnosi się pogląd poczciwego Alberta Einsteina. Mama wspomina go jako
sympatycznego młodzieńca na dworcu kolejowym w Berlinie, gdzie uczony stoi i macha jej kraciastą chusteczką w niemieckie wzory. Mama
właśnie udaje się z Polski pozostającej zawsze w nędzy materialnej i umysłowej pod Pireneje, gdzie czeka na nią wiejski patron oraz ciężka praca.
- Pamiętam - mówi podnosząc do usteczek smakowicie żółty ziemniak w skórce spalonej ogniem - jak Albert stojąc przy
wagonie trzeciej klasy stwierdza z wielką powagą:
Dla nas wierzących fizyków podział na przeszłość, teraźniejszość
i przyszłość ma jedynie znaczenie uporczywej
iluzji. Podobnie jak teraz dla nas zjadaczy pieczonych kartofli.
Mama dobija nas ostatecznie jednym z sądów Marka Aureliusza:
- Kto widział teraźniejszość, widział wszystko
od wieczności do wieczności. Wszystko bowiem jest jednakiego rodzaju i kształtu jednakiego
Analfabetka nie twierdzi jednak, że cesarz rzymski to jej znajomy spotkany na terenach dzisiejszej Wielkopolski podczas
rzezi przez legiony sarmackiego plemienia Jazyngów, kiedy w Europie nikt nie wie jeszcze nic o ziemniakach w jakiejkolwiek postaci.
O umarłych
- Herodot przytacza sentencję Solona podczas jego rozmowy z Krezusem:
nikt nie powinien być uważany za szczęśliwego, zanim nie
umrze. Wielu sądzi, iż odnosi się to do trwania za życia. Że dopiero ostatnie tchnienie daje
najprawdziwszy wgląd. Moim zdaniem Solon stan po śmierci uważa za szczęście.
Tak mama, przecierając ziemniaki na kartoflane placki (tata w tym celu
najpierw wymyśla i tworzy tarkę z podziurawionej gwoździem blachy przybitej
do wózka) próbuje określić zalety stanu, w jakim się znajdujemy.
Budując palenisko z polnych kamieni włączam się do dywagacji mamy:
- To, że martwi żyją, nie jest zdumiewające, gdyż stanowi stałe
życzenie wyobraźni. Niesłychany wydawać się może, bowiem zależny tylko od
nas samych, sposób tego istnienia. Wynika on z nadania pewnym pragnieniom
waloru wieczności. Wyobraźnia obdarowuje nas kartoflami! My
wymyślamy kartofliska!
- Ja, nieżyjąca analfabetka - potwierdza mama.
- Ja, umarły ojciec - zgadza się tata.
- I ja, syn, który odszedł na pola ziemniaczane.
- To ma same zalety! - mówi mama i śmieje się jak głupia - Nikt nie
może nam nic zrobić. Ani zabić, ani pozbawić kartofli, ani znieważyć, odjąć.
Zmienić naszą marszrutę, odebrać kartoflane szczęście, źle ocenić, włożyć
do zakurzonej szuflady, gdzie zgniła noc. Żadni kartoflani nie są w stanie nic!
Nie lękamy się, że oczekiwania, jakie miewa się wobec życia, że zostaną
odrzucone, udaremnione, zawiedzione oraz potępione. Nie musimy wierzyć
w kłamstwa, w które chcemy wierzyć, bo pomagają
przetrwać.
- Umarli nie mają żadnych powinności - dodaję.
- Niektórzy domyślają się - twierdzi mama. - Na przykład
kartofel Schopenhauer kombinuje tak:- Śmierć jest snem, w którym zapomnieniu
ulega indywidualność; wszystko inne budzi się znowu lub raczej nie
uległo uśpieniu. Dlaczego ten ziemniak pozbawia nas odrębności, trudno
zgadnąć. Najprawdopodobniej z niedomiaru woli mocy.
- Z niedostatku nieustraszonej wyobraźni - konkluduje tata, który
delikatnie drapie pod brodą oczarowaną Almateę. Mama drąży temat, choć nie
powinna o takich sprawach mieć pojęcia:
- Kiedy Wallace Stevens pyta: Czy istnieje wyobraźnia siedząca na
tronie, tak sroga jak jest łaskawa, sprawiedliwa i niesprawiedliwa, przystająca
w połowie lata, aby wyobrazić sobie zimę?
nie wie, że ma ją przed sobą, rozmoszczoną
nie na tronie lecz na kopcu kartofli, czekającą na śmierć poety, by móc
się ziścić. A ziemniak Pascal, głupek, co poświęca nadzwyczajne
swe umiejętności dla prostackiej ułudy i z tej przyczyny boi się
wyobraźni, nazywa ją władczynią
świata, bo jest, jak twierdzi, nauczycielką błędu
i fałszu. Nie chce dostrzec, iż to wyłącznie przyjaciółka prawdy, gdyż musiałby
wówczas zerwać ze swoją ułudą.
Anatol Ulman
Joanna Obuchowicz
WYCZYŚĆ DOKUMENTY - ENTER
sczytałam (czytając resztki) spokojne postanowienie.
gdybym czekając sczezła, dam znak
czuję ból w kolanach, niewysłowioną przyjemność
daje mi patrzenie bez strachu, do przodu.
Joanna Obuchowicz
Oskar Szwabowski
KOSMYK ŻÓŁTYCH WŁOSÓW
... 4.99, 0.99, 5.30, 11.30, 27.50, 2.00, 1.50, 3.00, 4.70, 1.00 ...
Zielone cyfry zmieniały się. Przesuwała kolejne produkty pod czytnikiem
lasera. Wiedziała już, że każdy towar ma swoją cenę. To była pierwsza nauka.
Pierwsza prawdziwa nauka w prawdziwym świecie.
... jogurt Bacoma, krakowska sucha, Coca Cola, 2 kilo ryżu, 10 kilo cukru,
20 gramów sera żółtego Gouda, sezamki, dwa kartony mleka Łaciate, kurczak
cały, kiełbasa grillowa.
- I jeszcze paczkę Caro.
Poczuła łaskotanie w policzek. Szybko odgarnęła kosmyk włosów.
- 75.49 złotych.
Drugą lekcje pobrała prawie od razu. Ona też jest towarem. I wszystko co
ma, jest towarem. Tę wiedzę jednak ciężej było przyswoić. Na szczęście
nauczyciele dbali, by nie zapomniała materiału.
- Proszę.
- Dziękuję. Paragonik dla pani/pana.
Uśmiech.
Uśmiech jest wart wiele. To jeden z najlepszych jej towarów. Twarz
też niczego sobie. Odnosiła wrażenie, że niektórzy przychodzili, aby na nią
popatrzeć. Jak ten pryszczaty młodzian. Przychodził prawie codziennie. Nie kupował
wiele. Za 10, 15 złotych. Rumienił się, zerkał ukradkiem i też starał się sprzedać
swój uśmiech. Lecz ona tu nic nie kupowała. Tylko sprzedawała siebie.
I to w dwójnasób.
... pierniczki Wawel, Delicje, paluszki Lajkonik, 10 piw Bosman full,
2 bułki, serek topiony Hochland.
- Jak teraz wszystko drożeje, mój Boże. Co to się teraz dzieje?!
Przytaknęła. Kobiecina przebierała w portmonetce. Pomarszczone trzęsły
dłonie się. Powoli wykładała drobne monety. Ktoś wzdychał, ktoś
mruknął. Piątkowy wieczór. Towary po prostu nie mogły doczekać się opuszczenia
sklepu. Waliły wielkimi masami przez główne wyjście. I tak jeszcze się w pełni
nie zaczęło. Za godzinę rzadko trafi się coś innego niż piwo. Piwo
i papierosy. W przeróżnych konfiguracjach ilościowych i etykietkowych. I będą
wracać. Weselsi. Pełniejsi. Będą brali ją za puszkę taniego bądź wyborowego
napoju. Uśmiechnie się. Tylko za to płacą.
- Straszne, straszne. Szacunku dla ludzi nie mają - biadoliła staruszka.
Przytaknęła. Cóż mogła więcej. Przytakiwać chociaż potrafiła.
... kilo mielonego, kefir Kościan, chleb krojony, makaron Malma ...
... 1.20, 4.00, 3.70, 6.20, 2.99, 15.50, 7.00, 0.99, 5.10, 1.50 ...
... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...
... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...
Sunące rzędami. Wchodzące. Wychodzące.
... Kowalski, Naukowska, Trela, Szmit, Borkowscy, Żelscy ...
Pieniądze szeleściły. Pieniądze brzęczały. Pieniądze się poruszały.
Bez szans na fajkę. W pampersy zsikała się już dawno. Ale uśmiech
nie znikł. Przed oczami przesuwały się cienie. Mruczały coś. Ona coś
mruczała. Patrzyła, jak ręce przesuwają towary pod czerwonym laserem. Następny,
następny, następny...
Powoli rzeka wysychała. Spojrzała ukradkiem na zegarek. Jeszcze
dziesięć minut. 10 minut. Paragonik dla pani. Proszę. Dziękuję. Grosz reszty. Nie
trzeba. Dziękuję wielce. Grosik do grosika i kupisz mercedesika.
Ochroniarz przechadzał się wolno. Krok. Sekunda. Krok. Sekunda. Zerkał
to na nią, to na zegarek, to na wyłącznik światła.
- Zdążyliśmy. Mówiłem ci, że zdążymy.
Dwóch chłopaków chwiejnie wkroczyło do środka. Światła
na części sklepowej zgasły.
- Papierosy.
- Jakie?
- Mocne.
- Nie, nie te. L&My.
- 5 złotych.
Z trudem się uśmiechnęła.
Pojawił się kierownik.
- Zgadza się?
- Zgadza.
Spoglądała obojętnie. Ten mruknął coś do ochroniarza i zniknął. To
dobrze. Z jego ust rzadko można było usłyszeć coś miłego. Ale co się dziwić?
Przecież widziała, jak się płaszczył przed górą. Tego się nie zapomina. Tego się nie wybacza.
- No to koniec - mruknęła odgarniając kosmyk włosów.
- Może cię podwieźć? - zaproponował mężczyzna. Pracował tu od
dwóch tygodni i jak tylko razem zostawali do końca składał jej propozycje.
- Nie, dzięki.
Nie miała ochoty na tępego osiłka. Maluch z szyber dachem i tego typu
gadżety nie działały w tym przypadku. Chociaż wydawał się miły. Lecz nie aż tak. Za
tanio się uśmiechał.
- Mieszkam niedaleko.
- No tak... zapomniałem. Uważaj na siebie. Dzisiaj piątek.
- Wiem, ale przecież nikogo nie oszukałam. Dobrej nocy.
- Nawzajem.
W domu włączyła telewizor. Zapaliła papierosa z paczki Netto.
Nawet zakładając podpaski, wiedziała do kogo należy.
Ćmiła leniwie. Na ekranie tolk-show. Czy nie wstydzi się pan obciągać
innemu facetowi? A pani?
...Seks w wielkim mieście, Między nami, Zakazane ...
Nauczyciele ludzkości. I po co iść na studia. Ona nie poszła na
studia. Rodzicom to zbytnio nie przeszkadzało. Do czego innego została stworzona.
Tylko dlaczego kazali jej żyć, jak facetowi. Musisz nauczyć się chodzić sama.
Dobrze, że płacili za czynsz. Kręcą nosem, ale płacą. Na razie. A potem? Wróci na
kolanach. Bo jak wyżyć z pensji kasjerki?
Używają panie gumowych penisów?
Przesuwała towary. ... zgrzewkę jogurtów, kilo sera żółtego Złoty
Mazur, hiperpaczkę Delicji, karton paluszków, łeb byka ... Przesuwała, a licznik
wciąż wskazywał zero. Pii i rząd zer. Patrzcie, ona daje za darmo. Tak, za
darmo. Chodźmy do niej. Uśmiecha się i on się tak uśmiecha. Za darmo.
Wiesz, co ty możesz dawać za darmo?! Kierownik trzymał ją za nadgarstki. Wiesz?!
Co możesz dawać za darmo?! Zaraz dasz za darmo!
Zerwała się. Zegar wskazywał 6:49. Westchnęła. Niemrawo opłukała się.
Zjadła grzankę z serem. Ćmiła papierosa popijając kawę. 7:20. W telewizji "Kawa
czy herbata". Kobieta opowiada o książce. Chciała ją napisać i napisała.
Kiedy w księgarniach? Polecamy. A co upitrasili nasi kucharze...
Dopiero teraz dotarło, że ma wolne. Cały dzień. Co zrobić z całym
dniem? Sięgnęła po książkę. Po dwóch stronach odłożyła. Nudna ta rozrywka.
- Może dlatego, że to rozrywka.
Żartował często jej były. Poznali się, kiedy ona jeszcze chodziła do
liceum. On zaczynał studia. Miał intelektualne ambicje i coś go
interesowało. Interesowało go wszystko, mawiała, tylko nie praca. Rozeszli się. Bo jak
mogą dogadać się dwie osoby? A kupić jej nie mógł. Wciąż mieszka z rodzicami.
I tak pewnie zostanie. Jak traciła z nim cnotę, za ścianą ojciec oglądał
sitcom. Orgazm z akompaniamentem kretyńskiego śmiechu. Szczytowałam, że
aż anioły się śmiały.
Spotkali się paczką z liceum. Sączyła wino wraz z Beatą. Jak zawsze
zresztą. Reszta żłopała piwo.
- Dwa procent absolwentów z mojego kierunku znajduje
zatrudnienie w zawodzie.
- Aż tylu?
- Studia to po prostu pięć lat zawieszenia. Potem trafiasz do armii
bezrobotnych, ale póki co masz nadzieję.
- Jaką nadzieję!?
- No, ty możesz zostać na uczelni.
- Jasne.
- To nawet niezła fucha. Ciepła państwowa posadka i chałturzenie
po prywatnych.
- Tylko nie można zbyt radykalnych mieć myśli. A jeśli już, to
podawać je jałowo, czysto naukowo, bez żadnych aluzji do
rzeczywistości. O współczesnych problemach lepiej zapomnieć. Lub powtarzać slogany
profesorów z telewizji.
- Ty, Paulina to się ciesz, że masz pracę.
... 4.99, 0.89, 5.40, 11.30, 1.50, 8.30, 27.50 3.70, 6.20, 2.99 ...
... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...
Każdy towar ma administracyjny numer.
... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...
A czy ty masz już dowód?
... Kowalski, Naukowska, Trela, Szmit, Borkowscy, Źelscy ...
- Ja tu nie będę tkwiła do końca. Co to, to nie. Całe życie przy kasie, to
można ocipieć, nie?
O tej porze ruch był mały. Ewa zamknęła kasę. Miała iść zaraz na
sklep poukładać towary.
- Ja mam plan. Ostatnio poznałam na dyskotece takiego jednego, wiesz,
złoty zegarek, sygnet, a jaka fura, to po prostu wilgotno się robi. Poprosił mnie
o telefon. Mówię ci, nie mogę się doczekać. Jak go wezmę w obroty...
Paulina przytaknęła.
- A ty co? Masz kogoś na celowniku?
- Nie.
- No co ty? Nam nie wolno długo czekać. Jesteśmy
krótkoterminowymi produktami. A kto by chciał jeść spleśniałe mięso? Lepiej się
pospiesz. Nie jesteś brzydka, ale konkurencja jest duża.
Któregoś dnia Ewa przyszła do pracy z podbitym okiem. Okazało się,
że zakręciła nie z tym chłopakiem co trzeba. Trzy dziewczyny czekały na nią
pod dyskoteką. W ciemnej uliczce pokazały jej miejsce na rynku.
- Pomyśl o tym. Chyba, że rajcuje cię ta praca. Do tamtej da
się przyzwyczaić. A nawet czerpać z niej przyjemność.
Przytaknęła. Odgarnęła łaskoczący kosmyk włosów. To nawet niezła
myśl. Uśmiechnęła się. Rozejrzy się za syndykiem.
Ostatnia nauka. Nie tylko dla dziewczyn.
... 1.20, 4.00, 3.70, 2.99, 15.50, 7.00, 0.99, 5.40, 11.30, 1.50 ...
... towary, towary, towary, towary, towary, towary, towary ...
... pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii, pii ...
Oskar Szwabowski
|