TRAKTAT O MANEKINACH

   CIĄG DALSZY

 

 

   Następnego wieczora ojciec podjął z odnowioną swadą ciemny i zawiły swój

temat. Lineatura jego zmarszczek rozwijała się i zawijała z wyrafinowaną

chytrością. W każdej spirali ukryty był pocisk ironii. Ale czasami inspiracja

rozszerzała kręgi jego zmarszczek, które rosły jakąś ogromną wirującą grozą,

uchodząc w milczących wolutach w głąb nocy zimowej. - Figury panopticum, moje

panie - zaczął on - kalwaryjskie parodie manekinów, ale nawet w tej postaci

strzeżcie się lekko je traktować. Materia nie zna żartów. Jest ona zawsze pełna

tragicznej powagi. Kto ośmiela się myśleć, że można igrać z materią, że

kształtować ją można dla żartu, że żart nie wrasta w nią, nie wżera się

natychmiast jak los, jak przeznaczenie? Czy przeczuwacie ból, cierpienie głuche,

nie wyzwolone, zakute w materię cierpienie tej pałuby, która nie wie, czemu nią

jest, czemu musi trwać w tej gwałtem narzuconej formie, będącej parodią? Czy

pojmujecie potęgę wyrazu, formy, pozoru, tyrańską samowolę, z jaką rzuca się on

na bezbronną kłodę i opanowuje, jak własna, tyrańska, panosząca się dusza?

Nadajecie jakiejś głowie z kłaków i płótna wyraz gniewu i pozostawiacie ją z tym

gniewem, z tą konwulsją, z tym napięciem raz na zawsze, zamkniętą ze ślepą

złością, dla której nie ma odpływu.

   Tłum śmieje się z tej parodii. Płaczcie, moje panie, nad losem własnym,

widząc nędzę materii więzionej, gnębionej materii, która nie wie, kim jest

i po co jest, dokąd prowadzi ten gest, który jej raz na zawsze nadano.

tłum śmieje się. Czy rozumiecie straszny sadyzm, upajające, demiurgiczne

okrucieństwo tego śmiechu? Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem

własnym na widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się

strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek wszystkich

błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie nad śmiesznym swym

grymasem.

   Oto jest anarchista Luccheni, morderca cesarzowej Elżbiety, oto Draga,

demoniczna i nieszczęśliwa królowa Serbii, oto genialny młodzieniec, nadzieja i

duma rodu, którego zgubił nieszczęsny nałóg onanii. O, ironio tych nazw, tych

pozorów.

   Czy jest w tej pałubie naprawdę coś z królowej Dragi, jej sobowtór,

najdalszy bodaj cień jej istoty? To podobieństwo, ten pozór, ta nazwa uspokaja

nas i nie pozwala nam pytać, kim jest dla siebie samego ten twór nieszczęśliwy.

A jednak to musi być ktoś, moje panie, ktoś anonimowy, ktoś groźny, ktoś

nieszczęśliwy, ktoś, co nie słyszał nigdy w swym głuchym życiu o królowej

Dradze...

   Czy słyszeliście po nocach straszne wycie tych pałub woskowych, zamkniętych w

budach jarmarcznych, żałosny chór tych kadłubów z drzewa i porcelany, walących

pięściami w ściany swych więzień?

   W twarzy mego ojca, rozwichrzonej grozą spraw, które wywołał z ciemności,

utworzył się wir zmarszczek, lej rosnący w głąb, na którego dnie gorzało groźne

oko prorocze. Broda jego zjeżyła się dziwnie, wiechcie i pędzle włosów,

strzelające z brodawek, z pieprzów, z dziurek od nosa, nastroszyły się na swych

korzonkach. Tak stał drętwy, z gorejącymi oczyma, drżąc od wewnętrznego

wzburzenia, jak automat, który zaciął się i zatrzymał na martwym punkcie.

   Adela wstała z krzesła i poprosiła nas o przymknięcie oczu na to, co się za

chwilę stanie. Potem podeszła do ojca i z rękoma na biodrach, przybierając pozór

podkreślonej stanowczości, zażądała bardzo dobitnie...

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

   Panienki siedziały sztywno, ze spuszczonymi oczyma, w dziwnej drętwości...

 

 

 

 



Następny rozdział

 

Spis treści