DZIENNIK PISANY W KRZAKACH
Miejscowość
Narol. Spotkanie z zespołem śpiewaczek ,,Ruda śląska”. Pani,która
nie wierzy w śpiewaczki z Rudy twierdzi, że ,,są lepsze”. Perła z
siekierą.
Z
Narolu wyszliśmy nagle. W lesie jeziorko. Kąpiemy się. Anka
szaleje,Robert zdjął majtki.. Jesteśmy bardzo rozbawieni. Jest dobrze.
Ciekawe jak będzie.
Droga
do rzeki nie jest łatwa. Kobieta z wioski skierowała nas na drogę bez
końca. Gzy mocno atakują Słońce coraz niżej a my nie wiemy gdzie
rozbijemy obóz. Teraz mały postój. Las nie widział człowieka już długo.
Rzeka bez ryb.
Na
drodze człowiek. Kieruje nas do celu. Jest niespotykanie miły i mamy wrażenie,
że cieszy go spotkanie. To
Skiba Edward z Huty Szumy 10 powiat Susiec 22-672 woj. lubelskie.
Idziemy
drogą asfaltową. Las głęboki, droga zamknięta. Nagle traktor pełen
ludzi. Jadą do Narola na festyn. Obok
drogi drewniany dom. Zatrzymujemy się. Głód poraz pierwszy pojawia się.
Są jagody. Około
19 spotykamy kolejnego rowerzystę. Informuje nas o dzikim stawie w środku
lasu. Po
długich poszukiwaniach znajdujemy długi rynnowy staw. Jest jednak pełen
krzaków i zarośli. Nie jest chyba możliwe łowienie ryb. Kolejny raz
okazuje się, że nasze plany są pokrzyżowane.Rzeka Tanew jest małą
stróżką, gdzie ryba nie gości. Jestem rozczarowany. Nie wiem czy nie
powinniśmy wyruszyć w stronę Wieprza.
Pierwszy
obóz rozbiliśmy nad stawem. Ognisko było, z czego rozpalić. Posłanie
zrobiliśmy z igliwia. W
środku nocy zaczyna padać deszcz. Jesteśmy zmuszeni do budowy dachu
naszego legowiska. Noc
pełna szumu jakby z roju pszczół, który słychać z głębi lasu.
Zasypiamy rozmawiając o wielu rzeczach. Co jakiś czas pojawiają się
obawy o dziką zwierzynę,która skuszona stawem może napotkać grupę
ludzi leżących wśród drzew. Płonące ognisko daje poczucie bezpieczeństwa. Rankiem,
kiedy słońce dopiero zaczyna się rozgrzewać budzimy się.
Badanie
okolicy. Po
godzinie wiem, że w stawie są ryby. Nie wiem tylko jak się do nich
zabrać. Jedyną szansą jest wybudowanie tratwy. Po namyśle wiem, że
nie wejdę do tego stawu. Jest bardzo zimno a dno stawu pełne kołków
zanurzonych w wodzie. To odstrasza. Chyba pójdziemy szukać nowych
miejsc. Jest tajemniczo.Nie mogę określić tego, co czuję.Poddaliśmy
się biegowi wydarzeń. Trzeba
będzie szukać poletka z ziemniakami. Idziemy
do Rudy.
Zanim wyszliśmy w drogę postanowiliśmy łowić. Po zimnej i deszczowej
nocy słońce mocno grzeje. Rozbieramy się. Improwizujemy sieć, wędkę.
Oczywiście nic z tego nie wyszło.
Wracając
gubimy drogę w lesie. Były ambony i sarny. Przed
Rudą odkryliśmy gospodarstwo Dostaliśmy kilka ziemniaków. Gospodarz
chciał dać trochę z śadłego mleka,ale jego kobieta nie pozwoliła na
to. Obok
gospodarstwa kilka stawów. Nie możemy nic złapać. Jak do tej pory nic
nie udało się upolować. Mamy ziemniaki i trzy grzyby Po piętnastu
minutach idziemy kraść.
Zapisek Anki; Najbardziej na świecie lubię banany, żółty ser i
czekoladę
Niedz. 11 Sierpnia
Siedząc
nad stawem, zdaniem ludzi, którzy podarowali nam ziemniaki, był dzikim
stawem, przez długie godziny myśli nasze krążą wokół kuchni świata.
Po smacznych minutach ruszamy dalej. Plecaki lądują w krzakach. Idziemy
do Rudy.
Celem
naszym jest polowanie na jedzenie. Mijamy ogrody. Widzimy poletka z
ziemniakami, burakami, cebulą, cebulą chrzanem. Ilośc ludzi nie pozwala
jednak na polowanie.
Dochodzimy
do Rudy.
Cały
ten obszar to setki hektarów zalanych wodą, w której pływa tona ryb.
Pomiędzy wodą niewielkie budynki. Nad tym wszystkim można zobaczyć
czaplę szarą, wszelkie drapieżniki i bociany. W
gminnej Rudzie duży dom. Dom pomocy społecznej i jego kamienny mur. Kościuł
i miejsce gdzie można kupić ryby. Anka
i Stiepa zachodzą do jednego z domów. Pan bardzo uprzejmie obdarowuje
nas chlebem i smalcem. Robert
i ja czekamy w ukryciu,za płotem i czujemy pobudkę naszych kubków
smakowych. Kiedy
jesteśmy razem połykamy po kilka kawałków. Okazało
się, że ktoś z nas ma pieniądze ukryte gdzieś głęboko.!!!!
Po bardzo jednostronnych negocjacjach postanawiamy
skorzystać z gotówki i zakupić alkochol. Jesteśmy jednak w niezrecznej
sytuacji. Boimy się, że człowiek,który podarował nam chleb i smalec
może pojawić się w sklepie.Było by głupio pić piwo a wcześniej
prosić o coś do jedzenia. Pijemy jednak. Nasza teoria dotycząca używania pieniędzy; ,,jedzenia nie kupujemy a alkohol nie jest
jedzeniem’’ Wracamy po plecaki. Po drodze napotykamy chrzan.
Ludzie widząc jak wyrywamy korzenie z ziemi pomagają nam. Oddalamy się
z tego miejsca z sałatą, cebulą, marchewka, pietruszką. Jesteśmy teraz z dużą porcją jedzenia. Wracamy do
plecaków. Obok stawu widzimy człowieka i jego trzy wędki, małego
fiata, radio i puszkę kukurydzy. Jest to tuż obok naszych plecaków, które
leżą w krzakach. Jest gburem i jesteśmy rozczarowani jego betonową gębą
a dialog, jaki przeprowadzamy przypominają klimat pruszkowski. Musimy
uciekać, bo teren, na którym jesteśmy jest prywatny a stawy hodowlane.
Odchodząc nie wiemy, co ze sobą począć. Okolica przepiękna, godzina około dziewiętnastej.
Z krzaków wyjeżdża czarny luksusowy samochód. Zatrzymuje się obok
nas. To naczelnik tego terenu. Przesłuchuje nas. W samochodzie gra radio. Musimy opuścić teren a łowienie ryb to przestępstwo.Mamy
szczęście, bo gdyby zobaczył nasze kije na ryby powrócilibyśmy do
cywilizacji na czas jakiś. Naczelnik w swojej dobroci kieruje nas w inne
miejsce. Jesteśmy na jakimś półwyspie. Ognisko się pali.
Robimy kolację. Słońce zachodzi bajkowo. Noc zapowiada się cieplo. Nie
robimy szałasu Jesteśmy radośni. Jest piąta rano i jesteśmy w opuszczonych
budynkach. To młyn, który dobrych parę lat już nie działa. Na ścianach
rosną brzozy i maliny. Mamy trochę dachu nad głową. Znaleźliśmy też
trochę suchego drewna.Ogień się pali a ubrania pięknie parują. Wczoraj, kiedy zasypialiśmy byliśmy przekonani, że
nie ma konieczności budowy szałasu. Okazało się, że w środku nocy
zaczeło padać. Padało gdzieś do świtu. Do tej godziny udało nam się
wytrzymać pod kawałkiem folii,którą nosimy ze sobą. Robimy dach w ten
sposób. Tym razem dach mieliśmy zarzucony na siebie. Efekt był taki,że
każda ze stron folii była tak samo mokra. Kiedy zaczęło nas podmywać uciekamy przed siebie
Pozostawiamy jednak wszystko z nocy przy ogniu. Musimy, więc wrócić na
półwysep, kiedy przestanie padać. Brakuje nam wody.Mamy jeszcze smalec i trochę
chleba.Zjadamy go piekąc wcześniej nad ogniskiem. Dzień mija na oczekiwaniu na poprawę pogody. Jest
ciężko, zimno, mokro.Czasami zasypiamy obok siebie wokół ogniska. Połowa grupy poszła po rzeczy pozostawione na półwyspie,
połowa śpi. Pogoda deszczowa. Na wieży w oddali bocian. Jego dziób
klekoce z zimna. Siedzimy pod wiatą na deskach i dojadamy resztkę
ziemniaków. Postanawiamy opuścić to miejsce bez względu na
pogodę. Pójdziemy do Huty, około sześć kilometrów. Po doświadczeniach ostatniej nocy planujemy rozbijać
szałas.Pojawia się pierwsze słońce tego dnia. Wyruszamy. Już po chwili zaczyna padać.Udaje nam się jednak
dojść do miasteczka. Na poboczu drogi rosną poziomki. Zjadamy ich dużo.
Znajdujemy trzy maślaki. W miasteczku, kiedy dochodzimy wszystko zamknięte.
Niedaleko za miasteczkiem jest inne mniejsze.Idziemy tam. W połowie drogi
znajdujemy pola pełne dobroci.Jest kapusta, marchewka, buraki. Za chwilę
mamy je. Obok stary cmentarz. Robert robi dużo fotografii.
Jest także ruina kamiennej cerkwi a obok zakład produkujący betonowe
elementy.Jesteśmy zdziwieni jego umiejscowieniem. Rabunek warzyw uzupełniony czatami. Nieudanymi
jednak, bo zostaliśmy przyłapani. Potem lekkie żebranie. Tym razem ziemniaki i mleko.
Zjadamy od razu. Mleko wlali do butelki po napoju, więc jest słodkie. Dochodzimy do Tanwi. Jest szersza i większa. Kiedy
dziewczyny wypytują ludzi o jedzenie stoimy z Robertem na moście patrząc
w błękitną rzekę. Kiedy widzimy idącego starego człowieka pytamy o
ryby. Okazuje się, że ilość kłusowników rozwiązała problem. Nie
patrzy na nas,ryb nie widać. Pewnie miał rację. Tanew piękna,idziemy
zobaczyć szumy. W rzece myjemy warzywa i kąpiemy się. Woda jest
lodowata. Po kilkunastu wodospadach szumiących jak autostrada
rozbijamy obóz pod lasem na wzniesieniu. Widok jak z ambony i miejsce
wydaje się idealne. Rozmawiamy z człowiekiem o jednym oku. Jednooki
prowadzi sklep nad szumami. Widząc piwo na półkach nie wytrzymujemy.
Wydajemy pieniądze,które okazało się, że mamy. Piwo łechce nas i ma
nas jednocześnie. Jednooki jest człowiekiem mieszkającym w namiocie.
Prostota i otwartość, z jaką nas wita daje nam poczucie magicznego
bezpieczeństwa i wiary w dobroć miejsca na rozbicie obozu. Jednooki
nazywa siebie Gargamel i jego fizjonomia temu odpowiada. W namiocie, do którego co raz powraca leży kobieta.
Gargamel prowadząc interes nie dopuszcza nikogo do namiotu. Kobiety z
namiotu nie widzimy.Wiemy jednak, co się kłębi w jednookiej głowie.
Pomimo donoszenia nowych porcji alkoholu jest wciąż niepocieszony. Jest
jednak sympatyczny i przekonuje nas o możliwości połowu pstrąga w
Tanwi. Pokazuje miejsca. Znowu mamy nadzieję na połów. Szybko robimy wędkę,kopiemy robaki, rozstawiamy
czaty. Bronimy się przed wizytą ludzi w moro. Zimna,wartka woda pozwala
wierzyć pół godziny w ryby w tej rzece. Właściwie nie widzimy nawet
ryb Zaczyna robić się zimno. Słońce coraz niżej, mamy trochę warzyw.
Wracamy do miejsca przeznaczonego na nocleg. Liściasty las każe włożyć więcej wysiłku w
zdobycie drewna. Badając teren znajdujemy kilka maślaków. Kolacja
zapowiada się dobrze. Znajdujemy także pole truskawek. Słońce coraz niżej a my patrząc na to prawdziwie
brutalne zjawisko, wciskamy w nasze żołądki coś w rodzaju papki mączno-ziemniaczanej.
Ilość jej wypełnia nas po brzegi. Jesteśmy patrzącymi żołądkami,mówiącymi
żołądkami i czujemy się jak system trawienny. Wiemy, że dzisiaj będziemy nasyceni. Nie mówimy dużo.
Ogień ogniska zamyka przestrzeń wokół nas. Gdy wszystko zostaje
zjedzone,widzimy już tylko siebie. Noc jest pełna gwiazd. Czasem coś
przecina ,,niebo’’ na dwie części. To kosmiczne śmiecie próbują
spaść nam na głowę. Mama ziemia pali je jednak.. Nas traktuje jednak inaczej. Popełnia, albo chce nas
wychować.Twarde reguły dotykają nas lodowato. Jest zimno i wilgotno jak jeszcze nie było. Nasycone
żołądki zapomniały o swych ciałach i błogo nakazały im spać.
Gwiezdna noc zrobiła swoje. To była najchłodniejsza noc naszej wyprawy.
Rano postanawiamy budować nowy szałas. Zostajemy nad szumami na kolejną
noc. Pierwszą rzeczą, jaką robimy po obudzeniu jest rozpalanie ogniska.
Wieje silny wiatr, chłodno.
Zaczynamy dialogi.
Anka jako ta,która zbiera zioła ma własną teorie
na temat zjawisk atmosferycznych. Jej zdaniem wczorajsza noc jest
zapowiedzią zmiany pogody, czyli deszczu. Robert opozycyjnie łamie jej
teorie. Jego zdaniem natura jest nieprzewidywalna a tylko zwierzęta są w
stanie przeczuć zjawisko. Człowiek jednak utracił tą zdolność. To
tzw.,,czutka’’. Anka
jest pewnego rodzaju szamanką powiązaną z naturą. Jest bliższa flory
niż fauny. Finał
jest taki,że jej teorie na temat zmian pogody się sprawdzają. Deszcz
zaczyna padać. Robi
się piesko.Siedzimy, więc pod wiatą Gargamela zastanawiając się, co będzie
dalej. Robert przekonuje, że chmury przejdą. W zadumie i oczekiwaniu
planujemy budowę szałasu.Okolica nas wciągnęła i wydaje się, że
kotwica została rzucona na kilka dni. Budujemy, więc szałas o mocnej
konstrukcji. Używamy leszczyny. Dochodzi do sporu o rodzaj materiału,
jaki powinniśmy użyć do jego budowy. Po kilku zdaniach dochodzimy do
porozumienia.Konstrukcja powstaje z leszczyny.
Dziewczyny
wychodzą do wioski zdobyć coś do jedzenia. Ludzie pytani o mleko lub
smalec są oburzeni naszym zachowaniem. Trzeba pamiętać jednak,że
tereny, na których jesteśmy są ubogie. Oni pewnie mogliby zapytać nas
o coś do jedzenia.Są jednak tacy,którzy dzielą się tym, co mają.To
ludzie nam pomocni.
Nasze
relacje podlegają wielkiej próbie. Jakoś radzimy sobie.Czasem trudno
podjąć decyzję lub zebrać się, aby pokonać trudności. Każda
godzina dociera nas a my tworzymy zwartą grupę. Ciekawe, co będzie
dalej, bo gdy pogoda będzie ciągle deszczowa może dojsć do apatii.
Wczoraj wieczorem mięliśmy kontakt ze światem miejskim. Pogoda ma być
deszczowa.
Wciągu
dnia połowa grupy wyrusza na łowy,reszta zbiera grzyby. Na polach pod
lasem wysyp maslaków. Pogoda nie pozwala na organizację dnia na dłuższą
metę. Szare chmury i co jakiś czas błękit. Czekamy, więc pod wiatą.
Wodospady
szumią,my leżymy na deskach. Trzeba powiedzieć, że świat,który
zostawiliśmy gdzieś za horyzontem zdaje się nie istnieć. Jedynie
spotkanie z innym człowiekiem przypomina nam inne życie. Odkąd rozbiliśmy
szałas prowadzimy osiadły tryb życia. Czas zaczął płynąc szybciej.
Okolica staje się coraz bardziej znajoma, chce się pójść dalej. Ogień
przy szałasie prawie nie gaśnie.
Kiedy
siedzimy przy wiacie nagle podjeżdżają cztery samochody. Ze środka
wychodzi grupa ludzi jakoś ładniej ubrana niż zwykle. Ledwo, co wychodzą,wydają
z siebie masę szumu. Piekno ich ubrań czyni z nich pęk kwiatów na łące.
Ujadają i trzęsą się jak wrzątek. Pełzają w tą i tamtą. Aparaty i
lornetki. Jeden z nich patrzy na nas. Jest inny. Zauważamy go. On nas.
Reszta pełza.
Jest
to zjawisko dziwne. Dziwność urasta do granic, gdy najstarsza z grupy
zagaduje nas.
Pyta
o to, czy wiemy, kto rządzi światem, po czym opowiada około dziesięciu
minut o nim. On jest zły a dzieci nie słuchają rodziców.
Spotkanie
z nimi pozostawiło ślad, jaki pozostawia zaciasny but po długim marszu.
Jako plaster dostaliśmy trochę propagandowej literatury. Zachowuję ją.
Spędzamy
pierwszą noc w szałasie. Przed snem śpiewamy tantryczne pieśni, które
nazywamy opętańcze.
Noc
cieplejsza od poprzedniej. Rankiem krzątamy się przy ogniu. Kombinacja
warzyw cieszy nasze żołądki. Nasyceni wyruszamy w okolicę. Drogą
zbieramy jagody. Kilka kroków dalej napotykamy na stary młyn. Może coś
złowimy. Niestety ryby nie biorą. Zaczyna padać deszcz.
Droga
dalej prowadzi do Suśca.. W mieście nie ma nic ciekawego. Deszcz ciągle
pada.
Dziewczyny
dopadają publiczną toaletę. Pragnienie czystości Roberta i mnie nie
rusza. Czekamy jak ochrona pod damską toaletą. Za naszymi plecami
ogromna chmura.. Do szałasu daleka droga.
Pierwszy
raz pomyślałem o powrocie do Warszawy.
Po
powrocie do szałasu zastajemy właściciela łąki, na której jesteśmy
rozbici. Odchodzi jednak tak jak przychodzi. Postanawiamy pozostawić ten
szałas dla kogoś, kto chciałby w nim zamieszkać oraz informacje o nas.
Krzątamy
się do wieczora.Kolacja z jagód. Robimy pierogi.
Nasza
egzystencja to przede wszystkim zdobywanie pożywienia i jego przyżądzanie.
Regulacja czasu samoczynnie zapełnia dzień. Brakuje jednak czasu na pracę.
Od jakiegoś czasu myślimy o twórczości. Anka od kilku godzin zbiera elementy na mandalę.
Mandala ma oczyścić jej umysł. Pełne koloru łąki są podstawowym jej
budulcem. Robiliśmy kilka fotografi. Tzw.sceny z raju. oraz portret
rodzinny w makach. Drobne rękodzieło w postaci łyżki i widelca to dzieło
Roberta i Stiepy. Stiepa dekoruje także potrawy ziołami. Muzykujemy i śpiewamy. Pod
wieczór przyjeżdża nad Szumy dziesięć wozów pełnych ludzi. Każdy
woźnica posiada mocny sznyt. Wystające brody, zapadnięte usta, spiczaste nosy,
zapadnięte oczodoły. Twarze ogorzałe,patrzące beznamiętnie na świat.
Na szczycie głowy kaszkiet skórzany koloru czarnego. Każdy z nich należy
do rodziny. To piękne,że profesje tworzą pewien rodzaj. Panowie tworzą zwartą grupę wymieniając uwagi na
temat obrządku. Ich konie nie najlepszej klasy,korzystają z okazji i
zamiatają łąki, z co lepszych traw. Scena.
Koniec
dnia.
Ogień
płonie, ale jakoś słabiej niż zwykle. Snujemy dyskusje. Opowieści z
przeszłości.
Płonący
ogień wycisza nas. Nagle stajemy się bardziej milczący niż zwykle.
Zimno
nocy doprowadza do tego,że tulimy się do siebie i do ognia całym ciałem.
Czuję
się jak kosmonauta w przestrzeni kosmicznej. Po stronie oświetlonej słońcem
ponad sto stopni na plus po stronie zacienionej sto na minus. Obracamy się,
więc raz tu raz tam.
Późną
nocą zasypiamy.Noc pełna snów.
Rankiem
opowiadamy kilka z nich. Śniadanie. Jesteśmy w oczekiwaniu.
Zimne
noce powodują,że nasz sen jest połowiczny. Doprowadza to do częstych
drzemek w ciągu dnia. Szare
cumulusy nie mają końca. Zimno. Na
moich stopach pojawiły się odciski.
Po
lekkim warzywnym śniadaniu zabieramy się do pracy. Rozpoczynam od
malowania twarzy jagodami. Jako dodatek używam kwiatów. Zaczynamy
muzykować. Pojawia się opętańcza muzyka, bębny,przeszkadzajki i śpiewy.
Stiepa robi strój kąpielowy z paproci. Robert majtki wibrafonki. Pięć
kołków z przodu pięć z tyłu. Mój
strój jest wykonany z trawy. Trawę mam na kostkach na nadgarstkach korę
brzozową. Drewnianym
narzędziem malujemy ciała.
Anka
przez cały ten czas robi mandalę. Kiedy ją kończy robi strój
leszczynowy.
Po
godzinnym muzykowaniu wyruszamy w naszych strojach do rzeki. Przy rzece
spotykamy
Obserwują
nas. Podczas
kąpieli mamy sporą publiczność. Po powrocie jedzenie i rozmowy o
jutrze. Późnym
wieczorem wyruszamy do Gargamela. Robert i stiepa pozostają przy szałasie.
Wracając
napotkamy grupę ludzi palących ogień. Obok mercedes, cztery osoby. Dwie
kobiety,dwaj mężczyźni.
Po
krótkiej rozmowie częstują nas wódką.
To
przemytnicy. Ich kobiety są z nimi od dwóch dni. Rozmawiamy około
godziny.Wracając nie możemy utrzymać się na nogach. Robert staje się
agresywny i mówi naprawdę dziwne i bolesne słowa.
Czujemy
się okropnie.Idziemy spać
Kiedy
się budzimy nie rozmawiamy ze sobą. Podział, który od samego początku
rozbijał grupę przybrał apogeum.
Wiemy
nie mówiąc o tym,że są to ostatnie chwile.Czujemy niesmak.Dalsze
trwanie nie ma sensu. Zbieramy
wszystko i bez słowa opuszczamy miejsce.Wcześniej demontujemy szałas,
po którym zostaje wygnieciona plama.
Takiej
ciszy nie zobaczysz nigdzie.Kilka godzin bez słowa.
Dochodzimy
do Suśca. Łapiemy autobus do Tomaszowa.
Z
Tomaszowa Robert i Stiepa jadą do Lublina.Reszta grupy do Warszawy. Nasza
podróż trwa pięć godzin. Nie rozmawiamy. Śpimy.
Kiedy
wchodzę do miasta ludzie są obcy i czuje strach przed każdym krokiem.
|