|
DOCIETOK
Znowu podrzucony trup Wittgensteina. Na balkonie. Wsadzają mu patyki do ucha i myślą, że zrobię z tego latawiec. Z języka i tak nici. Każdy rucha jak może. Może dźwięki. Na przykład Coincidense state of gravity Laibacha. Albo nauka. Odkryto nową planetę koło Wełtawy. Roztropne kombinacje. No, no, ty sobie nie myśl - powiewa włos na zwłokach Ludwiga. Nic nie myślę. Jakże bym śmiał. Emanacja, chmur dipolowy lichok. ZGUBIŁEM WIERSZ Żal? Aniołów hodowanych w tańcu, przeszczepionej tkanki bozonu H do głowy, w miejsce ckliwych wyobrażeń, utraconej przyjaźni, kobiety zaszczutej przez czyjąś rakietę międzygwiezdną gwiazdy filmu, wzroku staruszki w poszukiwaniu inicjałów zdrady komórek; wstydu - nic nie zostaje w sercu. Oczekuje się, że idąc ulicą będzie można poczuć parcie do żalu, aksamitną refleksonę, piękne uczucie czegoś co było a nie jest i bazgrze się w rejestr powściągliwości uczuć rozumnego przechodnia, co z ulicy prosto na niebo wskakuje i kwili do ołtarza litościwości, zamiast zamknąć dzień bez jednej myśli, cienia podobnych zachcianek, atomu. OSTATNIA WYPRAWA WILHELMA von HUMBOLDTA Rozczuliły nas urocze wierszyki recytowane przez grupę niedouczonych dzieci. Potem był spacer wzdłuż muru odzielającego drogę od przepaści, i wreszcie karczma, gdzie przy winie i kawałku pieczeni rozważaliśmy znaczenie pewnego reliefu. (Wędrówka na szczyt) Gdzieś trzaskał ogień, ale nie w kominku. Dokąd pójdziemy jutro? Przyszłość przypominała kawałek dobrze natłuszczonej skóry, tworzywa do wyrobu rzemienia. Tęskniłem. Będąc wreszcie powrozem. MARSJANIN Pochodzę z Marsa, mówię, a on zbywa to cierpliwym uśmieszkiem. Jestem zdania, odzywa się, że my po prostu odbieramy na innych falach. Nie, mówię, ja pochodzę z Marsa. W końcu jesteśmy z innych pokoleń, dzieli nas historia, nalega. Nie, ja jestem z Marsa, mówię. To niech pan mi powie (zniecierpliwiony), jakim sposobem znajduje pan zrozumienie tu, gdzie są sami Ziemianie, ani jednego Marsjanina. Spotykam ich czasem, macham ramionami, ale najlepiej gada mi się z Selenidoxami. Wtedy gość odchodzi. Jest z interioru, wielce uhonorowany, liczą się nawet z jego poglądami na temat aflotoksyny. Psy mają problem - czy można mieć dla siebie choć nieznaczne zrozumienie? Nic z tego nie wychodzi - ja pochodzę z Marsa. UPROWADZONY Żywopłot. Trawa. Przy drzwiach zbitych z lipnych desek wiadro. Myślisz właśnie, jak to się stało, że tu jesteś. Chemia kamufluje swoje twarze. Krajobraz niewolników wyprowadza każdego w pole. Że wolność. Że dystans. W jeziorze topielec gra na dżdżownicy. Chór: Ni-cyyy!... HODOWCY A gdyby to nie był wrzesień, tylko marzec albo maj, albo grudzień, albo narowisty koń, do którego nie zbliżyłbym się ani na krok, bo to głupie zwierzę, to nie stałoby się nic wielkiego. Następny pociąg odjedzie za sześć minut, w kiosku książka, dziecko mówi, że dualizm korpuskularno-falowy, a jego matka rozpada się na drobne cząsteczki, lecą gdzieś tam, w odległe rejony, gdzie kończy się nasyp, a zaczyna sterta piachu, tu, blisko, wdycha powietrze starszy kontroler Szymaniak, znam go, za chwilę zamknie bramę, rygiel, czas, silencjo. PETARDOT SKY Świat, gdzie mordercy są ze szkła, ich ofiary z gałęzi, liści, trawy; być mordercą ze szkła, mordować z szelestem, ranić szumki, innej doskonałości się nie dorobiłem, petardot. WINDA Ściera ze ścian biały pył, buczy na temat zadany wciąż ten sam dźwięk tubowy, drąży jeden otwór i nikt jej nie widzi, chociaż zawiera w sobie instrukcję obsługi, wewnątrz czarnych słów na szarym papierze, w świetle gołej żarówki, i gdyby się zerwała z liny, jej drzwi pożarłaby nienawiść - nie żałuj mechaniku oleju, niech tryby szybko trypkają. KAŻDY DZIEŃ TO NIEDZIELA Nie jesteś kimś, kto się obudzi. Dobre sobie. Albo wszystko to sen, albo sen umarza jawę, normalnie, lub też sny mieszkają u siebie, jedzą tam i tak dalej. Tak mówią. Lepiej nie otwieraj oczu. Szkoda źrenic. A może nie szkoda, dobre sobie. Musimy sobie wszystko powiedzieć. Nie, nic nie mówmy. Pójdziemy spać, a rano znów się obudzimy. Żeby tylko nie było upału. Ani deszczu. Potem zadzwonię z aparatu, który połyka jeden żeton na godzinę. Nie, już tu jestem. W ciasnej budce. Czyjś głos opowiada historię za historią. To chyba automat. MANI MIAŁ RACJĘ, ALE NIE TAK W kioskach do nabycia już tylko niektóre gazety, w sercach pozłacane wizerunki, ptactwo gatunkowo jednorodne, pewnie z jednego miotu, kwiaty, kwiaty, pachnące lemoniadą. Odkryłem szarą warstwę słów na lśniących bielą kartkach - zeschły trup pamięci, biała warstwa pudru, wilgotne smugi warg, smugi deszczu, - jakoś tak to leciało, leciało, z trzaskiem wbijając do głowy klin pewnego przeczucia, że ktoś całkiem niezorientowany obraca tym wszystkim. |
| CE.91-93 |