|
TEORIA RUCHU Kiedy zapada decyzja, w pokoju panuje mrok. Postanawiamy pojechać nad morze we czwórkę: ja, Ewa, Wojtek i Ed. Miejscowość do której się udajemy, nie jest położona na odludziu. Trudno znaleźć spokojne miejsce nad morzem. Jednak przy odrobinie dobrych chęci można sobie wyobrazić, że wokół panuje cisza. Domek, w którym zamieszkujemy, ma umywalkę, coś w rodzaju klimatyzacji i dużą werandę, gdzie zaraz pierwszego dnia rozwieszamy hamak. Żeby się nie kłócić o miejsce w jego miękkich objęciach, wyznaczamy godziny, w których każdy z nas może się w nim wylegiwać. Zaraz po przyjeździe postanawiam ustalić reguły, które - takie mam pragnienie - sprawią, że mój pobyt w obcym dla mnie miejscu będzie miał cechy równania matematycznego. Za domkiem wbijam w ziemię cztery paliki tak, by tworzyły rogi kwadratu. Odległości między palikami - boki - mają po cztery metry. Pierwszego dnia o godzinie pierwszej należy zrobić jedno okrążenie, drugiego dnia o godzinie drugiej należy zrobić dwa okrążenia, trzeciego dnia o godzinie trzeciej należy zrobić trzy okrążenia, itd. Ed jest najmniej towarzyski z naszej czwórki, więc zaczyna włóczyć się samotnie po plaży. Wojtek próbuje namówić nas, byśmy zagrali w karty, ale ani ja, ani Ewa nie mamy na to najmniejszej ochoty. Morze jest spokojne, a woda niezbyt czysta. Jednak można się w niej kąpać. Najczęściej robi to Wojtek. Ed nie potrafi pływać. Ewa pływa słabo. Ja pływam dość dobrze, ale boję się wody. Wszyscy wielokrotnie wspominaliśmy, żeby Wojtek nie odpływał zbyt daleko od brzegu. Znaleźliśmy telewizor. Niedaleko naszego domku stoi coś w rodzaju świetlicy. W świetlicy stoi telewizor. Jest włączony przez cały dzień. Drugiego dnia Ed przychodzi do domku wstawiony i zaczyna głośno opowiadać o tym, jak poznał pewną kobietę i jak pragnie zaznajomić się z nią bliżej. Ewa zwraca mi uwagę, że robię odstępstwo od zasady i zaliczam dziś dwie serie okrążeń. Wyjaśniam jej powód tej niezgodno ści - jeszcze pierwszego dnia, nie mówiąc o tym nikomu, wprowadziłem zmianę do mojego wzoru. Teraz co drugi dzień będę robił jeszcze jedno okrążenie, dokładnie trzy godziny po pierwszym. Przypadkowo spotkany mężczyzna częstuje mnie i Wojtka piwem. Mężczyzna mówi, że jest rozczarowany tym miejscem. Czy któryś z was ma prawo jazdy? - pyta. Nie, odpowiadam. Szkoda, moglibyś my gdzieś pojechać. Macie jakiś pomysł? A co ma pan na myśli? Przepraszam, nie chciałem was obrażać. Wierzymy panu. Do zobaczenia. Na plaży znaleziono topielca. Pobiegliśmy tam wszyscy - nawet Ed - i co? Już go stamtąd wzięli. Słońce świeci przez cały czas. Ewa zaczyna czytać książkę. Ewę zaczyna boleć brzuch. Ewa wychodzi na dwór. Ewa je suchą bułkę. Ewa nie odpowiada na zadane jej pytanie. Zerkam na okładkę książki - Baruch Spinoza... Ludzie wypełniają świetlicę po brzegi. Wszyscy chcą zobaczyć film. Siedzę w środku razem z Ewą i Edem. Nagle Ed wstaje, bierze do rąk miotłę, która dotychczas stała w kącie, i zaczyna zamiatać podłogę. Robi to przez kilka minut, aż w końcu jakiś mężczyzna zwraca mu uwagę, żeby nie hałasował, bo wszyscy chcą oglądać. Ed jeszcze przez chwilę zamiata świetlicę, potem odkłada miotłę na swoje miejsce i odchodzi. Do świetlicy wkracza Wojtek. Wiatr przybiera na sile. W powietrzu unoszą się kawałki papierów i drobne ziarenka piasku. Przymykam oczy, żeby nie dać się zaskoczyć. Morze jest niespokojne. Ludzie uciekają z plaży. Ewa czyta książkę. Znów widzimy Eda - jest bardzo przygnębiony. Robi jakieś notatki. Zaglądam do nich ukradkiem. Kiedy robię ostatnie okrążenie, zaczyna padać deszcz. Ed uprzedza mnie, że może znaleźć się ktoś, kto zakłóci moje codzienne rytuały przy czterech palikach. Kto, pytam, i dlaczego? Skąd takie przypuszczenie? Wystarczy się rozejrzeć dookoła. Tylu różnych szwęda się po okolicy. Czy myślisz, że nie znajdzie się taki, co będzie miał na to ochotę? Ed mówi całkiem poważnie, jest szczery, i nie przypuszczam, żeby miał jakieś ukryte zamiary. Na wszelki wypadek wpycham paliki głębiej w ziemię. Pierwsze puszki znajduje Ewa. Przynosi dwie do domku i mówi, że znalazła je w miejscu, gdzie las łączy się z plażą. Nie mają nalepek, obrazków ani wytłoczonych napisów. Są nieduże, wielkości zwykłych szklanek. Nikt nie podejmuje się otworzyć którejś z nich - z powodu ich niejasnego pochodzenia i równie niejasnej zawartości. Puszki lądują w kącie werandy. Tymczasem Ewa znosi następne. Zwróciłem uwagę na ptaki. Traktują morze jako konieczność. Nawet te, które - zdawałoby się - bez morza mogą się obejść. Spośród wydarzeń, które rozegrały się tego dnia - przynajmniej to - zasługuje na uwagę. Kobieta, o której kilka dni wcześniej wspomniał Ed, przyszła popatrzeć na nasz hamak. Ed obojętnym tonem opowiada o tym, kto w jakich godzinach ma prawo leżeć na hamaku. Kobieta pyta, kto teraz ma to prawo. Odpowiadam, że ja. Ale nie leży pan. Nie, odpowiadam. Ktoś inny mógłby w tym czasie poleżeć, zauważa kobieta. Tak, odpowiadam, ale tylko wtedy, kiedy osoba taka poprosiłaby mnie o to, a ja wyraziłbym zgodę. Czy pozwoli pan, że pohuśtam się choć przez chwilkę? Nie, odpowiadam. Kobieta kiwa głową, żegna się i odchodzi. Ed idzie za nią. Kiedy robię drugie tego dnia okrążenie, nadchodzą mnie pewne wątpliwości. Do tej pory ich nie miałem, lecz teraz, może ze względu na panujący dziś upał, jedna myśl zaczyna drążyć mi dziurę w głowie. Czyżby ktoś naprawdę chciał połamać paliki? Ewa wychodzi na werandę zupełnie naga. Budzi to zdziwienie Wojtka, który mówi, niby do siebie - ona nigdy przedtem tego nie robiła. Ciało Ewy zwraca uwagę kilku przechodnów. Ewa zaczyna się opalać. Monotonnię i spokój naszego pobytu przerywa nagle zupełnie nieoczekiwana propozycja Eda, byśmy urządzili sobie mały wypad. Możemy popłynąć statkiem spacerowym do miasta i próbować wrócić stamtąd pieszo. Projekt Eda spotyka się z umiarkowanym przyjęciem. Ja odmawiam udziału w tej wyprawie, ponieważ naruszyłoby to ciągłość moich zabiegów, które, nie ukrywam, są dla mnie dość istotne. Ewa wzrusza lekceważąco ramionami i mówi, że to pomysł dla harcerzy, a nie dla ludzi. Nie idę, rzuca. Wojtek po chwili namysłu zgadza się. Mogę iść, mówi półgłosem, co mi szkodzi. Ed i Wojtek postanawiają wyruszyć w drogę jutro rano. Dzień zaczyna się od któtkiej ulewy. Potem słońce wraca, dzięki czemu okrążam paliki radosny i lekki. Nic nie zaprząta mojej uwagi. Deszcz jest zawsze przeszkodą. Kobieta Eda staje koło werandy i pyta, gdzie jest Ed? A więc nie zniechęciłem jej do siebie, skoro przychodzi tu i z uśmiechem na ustach zadaje mi pytanie, jak gdyby nic nie zaszło. Nie ma go, odpowiadam, podzedł na wycieczkę. Kobieta znów się uśmiecha, tym razem jest to uśmiech bardzo ironiczny. Wycieczkę? - powta rza. Tak, i nie wiem kiedy wróci. Kobieta oddale się w kierunku morza. Hamak kołysze się poruszany lekkimi podmuchami wiatru. Łagodna linia bioder przyciąga moją uwagę. Bardziej niż smukłość nóg, które krzyżują się na ciemnym płótnie leżaka. Piersi Ewy zyskały moją sympatię dopiero teraz, kiedy Wojtek i Ed płyną do miasta na pokładzie jakiegoś śmiesznego statku. Ewa smaruje sobie brzuch i piersi olejkiem do opalania. Cała weranda znajduje się o tej porze dnia w strefie słońca. Od jakiegoś mężczyzny dowiaduję się, że znów ktoś utonął. Ludzie są tacy beztroscy, mówi. Spotkany kilka godzin później ten sam mężczyzna mówi, że ktoś wprawdzie utonął, ale nie znaleziono jeszcze ciała. To skąd wiadomo, że utonął, głośno wyrażam swoje wątpliwości, może ta osoba tylko stąd uciekła, nie informując o tym nikogo. Mężczyzna obdarza mnie bardzo sceptycznym spojrzeniem. Nie, kiwa przecząco głową, ktoś się znów utopił. Na pewno - ostatnie słowa słyszę słabo, ponieważ mężczyzna oddala się ode mnie, jakby popełnił jakąś niestosowność. A więc znów ktoś utonął. Trzy poziome kreski. Zauważam trzy poziome kreski wycięte scyzorykiem na jednym z palików. Czy były tam przedtem i zauważyłem je dopiero teraz? Nieważne. Czyżby Ed i Wojtek wrócili tak szybko? Wydawało mi się, że widzę Eda, kiedy mijałem łaźnie. Jednak gdy pobiegłem w kierunku tego, jak mi się wydawało, Eda, on zniknął gdzieś, zupełnie jakby zapadł się pod ziemię albo... utonął. Może zresztą wmieszał się w tłum. Kobieta Eda krąży wokół, jakby na coś czekała. Obserwuje mnie i Ewę. Kiedy widzi, że i ja ją widzę, udaje, że przechodzi tędy przypadkiem. Ptaki, ptaki, ptaki. W pobliżu wody jest ich cała chmara. Po okolicy rozchodzi się wiadomość. Ten drugi topielec, o którym mówił mężczyzna, jest gdzieś ukryty. Pewna kobieta widziała go wyrzuconego na brzeg, miał ranę na piersi. Kiedy na miejsce przybyli zawiadomieni ludzie, po topielcu został tylko ślad na piasku - dobrze widoczna wklęsłość. Istnieje przypuszczenie, że to ofiara jakiegoś zwyrodnialca, który podobno kręci się w tych stronach. Istnieje też inne przypuszczenie - że to ofiara zazdrości. Gdyby wsłuchać się uważnie w głosy, okazałoby się, że istnieje znaczna ilość przypuszczeń. Nachodzą człowieka bez uprzedzenia, znienacka. A topielec kryje się gdzieś w pobliżu. Mój wzór zaczął się niespodziewanie komplikować. Wszystko przez to, że wcześniej nie zastanawiałem się nad problemem nadmiernego rozrostu w tak bardzo - nigdy bym nie przypuszczał - ograniczonej przestrzeni, jaką jest doba. Dziesiątego dnia pojawił się pierwszy symptom owej komplikacji. Natomiast trzynastego dnia musiałem dobrze się zastanowić, czy deformacja, która wynikła z powodu wpisania wzoru w zbyt ciasną przestrzeń, nie zniszczy mojego zamysłu. Bowiem trzynastego dnia musiałem wykonać okrążenie, które - wydawałoby się - mam wykonać dwunastego dnia, jednak doba ma tylko 24 godziny i skoro pierwsze okrążenie wykonałem pierwszego dnia o godzinie trzynastej (czyli pierwszej), to trzynaste okrążenie (z pierwszej, podstawowej serii) musiałem wykonać o godzinie pierwszej czternastego dnia, trzynasty dzień pozostawiając tylko z jednym okrążeniem (z drugiej serii) z poprzedniego dnia. W istocie, po dokładnym przeanalizowaniu, stwierdziłem, że załamanie dokonało się już dziesiątego dnia. Natomiast trzynastego dnia nastąpiło całkowite przesunięcie - zacząłem wykonywać okrążenia z dnia poprzedniego. Jest to nieregularność czysto wizualna, wzór pozostaje taki sam. I właściwie nic się nie stało. Ewa nie utrzymuje z nikim stosunków, choć mogłaby przecież nawiązać wiele znajomości. Ale to nic - dzięki temu, że opala się nago na werandzie, jest dość dobrze znana. Jednak jej nieco samotny i zbyt milczący pobyt nad morzem wzbudza we mnie uczucie nieznacznego smutku. Po uregulowaniu w myślach sprawy mijego wzoru, więcej uwagi zaczynam poświęcać Ewie. Czy powinienem pomóc jej zbierać puszki, które wciąż znosi na werandę? Naliczyłem już dwanaście sztuk. Zadziwiające, statki toną tak rzadko... Upał można uznać za nieznośny. Pół dnia spędziłem w domku. Dopiero brak chłodnego napoju wygnał mnie na zewnątrz. Ewa gdzieś poszła. Może do toalety. Idąc do sklepu mijam świetlicę. Telewizor jest wyłączony. Może coś się popsuło? Z powodu strasznego upału koło sklepu uformowała się spora kolejka. Staję na samym końcu. Wychodzę na spacer. Idąc bez celu docieram do przystani. Skoro już tu jestem, podchodzę do kasy i pytam, czy statek dotarł do miasta bez przeszkód. Tak, odpowiada kasjerka, dopłynął do miasta, wrócił tu i znów wypłynął - ciągle to robi. Trudno powiedzieć, czy w głosie tej kobiety kryje się ironia. Prawdopodobnie mówi całkiem poważnie. Czy to latawiec, tam, w górze? Ktoś puszcza latawiec, choć panuje bezwietrzna pogoda. To latawiec czy duży ptak? Zabawa nie jest zbyt skomplikowana. Leżę w hamaku. Otwieram paczkę papierosów, wyciągam z niej kolejno wszystkie i rzucam na podłogę werandy. Otwieram drugą paczkę i robię to samo. Otwieram trzecią i czwartą paczkę... Czy ma pan papierosa? Pytanie wyrywa mnie z odrętwienia, w które zapadłem z powodu nudy i upału. Otwieram oczy i widzę dziewczynę stojącą koło werandy. Czy ma pan papierosa? - znów pyta, strasznie chce mi się palić. Czy ona sobie kpi? Przecież na podłodze leży kilkadziesiąt papierosów. Czyżby, myślę, pojęła zasady gry? Oczywiście, odpowiadam, proszę się częstować. Schodzę z hamaka, podnoszę papierosa i daję go dziewczynie. Ona bierze go, zapala i zaciąga się mocno. Nie pali pan? Nie, odpowiadam. To po cholerę panu tyle petów? Nie wiem, nie są mi potrzebne. Mogę je wziąć? Nie, ucinam sucho. Niedługo przyjdzie deszcz i wszystkie zmokną, mówi dziewczyna. Już prędzej ktoś je zadepcze, wysilam się na odrobinę dowcipu. Chyba jakiś koń, uśmiecha się dziewczyna. To nie da pan? Już powiedziałem. Dziewczyna odchodzi. Piersi Ewy nie zakrywa żaden materiał. Ewa schyla się i podnosi z podłogi kilka papierosów. Coś się stało? - pyta. Nie, kiwam głową. Ewa masuje przez chwilę prawą pierś, po czym odchodzi. Drugiego topielca jeszcze nie znaleziono. Nie ma nawet pewności, kim był. Wśród wczasowiczów i mieszkańców osady krążą różne pogłoski. Kobieta w sklepie mówi, że "tego człowieka" poćwiartowano i zakopano w różnych miejscach, a część szczątków może nawet zatopiono w morzu. Wersję poćwiartowania zwłok powtarza także mężczyzna, którego spotykam na wschodnim krańcu plaży. Słyszałem, że kiedyś poćwiartowano faceta, kawałki popakowano do małych kartoników i wysłano je do kilkudziesięciu osób, mówi mężczyzna, czemu teraz miałoby być inaczej? No właśnie, uśmiecham się przewrotnie. Na szczycie wydmy dostrzegam niebieskawą postać policjanta. Książka, którą czyta Ewa leży w hamaku. Nie śmiem jej tknąć. Książki. Ed i Wojtek w opałach. Ed i Wojtek w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Ed i Wojtek tragicznie doświadczeni przez los. Ed i Wojtek zdeprawowani. Ed i Wojtek porażeni nieprawdopodobną możliwością... Bawię się różnymi sytuacjami, próbuję. Od strony morza nadlatuje ptak i zanieczyszcza podłogę werandy. Skończyłem czytać, mówi Ewa, chcesz? Książkę trzyma tak, że chcąc nie chcąc patrzę na jej biodra i czarny trójkąt. Nie, dziękuję, odpowiadam, nie mam zamiaru czytać. Ewa rzuca książkę na łóżko. Idę się opalać, idziesz? Tak, za chwilę. Miałem sen o kwadratach. Każdego dnia przybywał mi jeden kwadrat, zawsze trochę większy od poprzedniego, więc wyglądało to tak, jakby istniał tylko jeden kwadrat, rosnący każdego dnia, kwadrat, który ogarniał coraz większą przestrzeń. Chciałem, by nastąpił jakiś epilog tej kwadratowej historii, ale kwadrat wciąż rósł i rósł, aż wreszcie obudził mnie dźwięk budzika. Trudno. Wstaję, ubieram się i wychodzę na werandę. Zaskakuje mnie gwałtowny ruch, którego sprawcą jest nieznajomy mężczyzna. Zrywa się z podłogi, bierze koc, na którym zapewne leżał, i ucieka nie oglądając się za siebie. Nie mam mu za złe tego, że przenocował na tej werandzie, nie chcę ganić go za czyn, który jest - w jego rozumieniu - występny, nie chcę wreszcie dochodzić swoich praw - jakie mogłyby być? - chcę tylko opowiedzieć mu o kwadratowym śnie. Niejasne przeczucie kołysze się w objęciach hamaka. Obejmuje nawet słońce. Niejasne przeczucie czekające na znak... Jeden palik jest złamany w dwóch miejscach, drugi leży na ziemi, na szczęście cały. Mimo tych usterek robię pełne okrążenia, jak zawsze, i dopiero potem zaczynam naprawiać szkody. Wyrwany z ziemi kijek umieszczam z powrotem w dziurze. Drugi palik sporządzam z uschniętej gałęzi i umieszczam go w miejscu starego. Wszystko jest w najlepszym porządku. Przechadzam się po plaży. Najpierw spotykam Wojtka, potem Eda. Mówią mi, że postanowili wracać z miasta plażą, lecz natknęli się na niespodziewane przeszkody, więc wycieczka trwała dłużej niż przewidywali. Co się stało? - pytam. Płoty, skarpy, ogrodzenia, zasieki, odpowiadam Wojtek. Miedzy innymi, dodaje Ed. Ma rozerwaną nogawkę u spodni. Idziemy w stronę domku. A poza tym? - nie daję za wygraną. Dużo by mówić, odpowiada Wojtek, choć właściwie... to nic. Nie zadaję już więcej pytań. Ed i Wojtek wyglądają na bardzo zmęczonych. Koło werandy stoi Ewa. Jest naga. Czy wiesz, kim był ten facet, który poczęstował nas piwem? Wojtek leży w hamaku. Nie, wzruszam ramionami. Dawniej był ministrem. I co? Nic, może szukał towarzystwa na wycieczkę. Miał samochód, ale nie miał prawa jazdy. Skąd ten pomysł? - pytam. Cóż, podróże kształcą, Wojtek zakreśla ręką szeroki łuk. Czternaście puszek leży w rogu werandy. Ewa mówi, że można je znaleźć w najdziwniejszych miejscach. Na plaży, w lesie, na pomoście, wiszące na drzewach, zawinięte w gazetę. W patruję się w stos puszek i przez chwilę widzę zmagazynowane na werandzie kawałki ręki drugiego topielca. Czy to możliwe, by znajdował się właśnie w tych puszkach? A może nie tylko on. Wstaję z krzesła. Biorę jedną z puszek do ręki i wykonuję parę gwałtownych ruchów. Nie, to nie płyn. Dlaczego nikt do tej pory nie otworzył żadnej puszki? Chcę zadać to pytanie Ewie, lecz nigdzie jej nie dostrzegam. Mam odparzone stopy, mówi Wojtek. Mocno? - udaję zainteresowanie. Nie, bez przesady - tylko trochę. Ed idzie szukać kobiety, z którą wcześniej zawarł znajomość. Weź papierosy, mówię. Ed robi zdziwioną minę. Dopiero teraz pojmuję swoją pomyłkę. O papierosy prosiła jakaś nieznana dziewczyna, a nie kobieta Eda. Kobieta Eda prosiła o coś innego. O co prosiła? Idziesz na plażę? Ewa dotyka mijego przedramienia. Ma na sobie tylko dolną część bikini. Tak, za chwilę. Piersi powoli wędrują w kierunku plaży. Z domku wychodzi Wojtek. Jest bardzo niezadowolony. Bolą go stopy i jest głodny. Co jeszcze? Ktoś zapaskudził mi karty, Wojtek pokazuje mi karty poplamione dżemem. Zostawiłeś je w niewłaściwym miejscu. Nikt nie chowa kart w słoiku po dżemie, zwłaszcza, jeśli słoik nie jest umyty. Nie twoja sprawa, mruczy Wojtek i rzuca się na hamak. Teraz jest jego kolej. Rozważam kilka możliwości. Powrót Eda i Wojtka wszystko zagmatwał. Miałem nadzieję, że nie wrócą albo że przynajmniej jeden z nich nie pojawi się już nigdy więcej. Teraz wszystko straciło jasność. Kiedy spadnie deszcz? Nie wiadomo. Telewizor w świetlicy wciąż stoi nieczynny. Nie widać ptaków. Kobietę Eda spotykam w lesie. Jest wyraźnie zadowolona z naszego spotkania. Przekazuje mi wiadamości dla Eda - niech natręt nie próbuje już nigdy więcej się z nią spotykać. Nie mam ochoty go oglądać, mówi kobieta. Jak pani ma na imię? Anna. Przekaże pan Edowi to, co mówiłam? Tak, oczywiście. Niech nigdy nie waży się pani nachodzić... Anna znika między drzewami. Otwórz puszkę. Po co? Otwórz ją. Ale po co? Ciekawe, co jest w środku. Jak chcesz wiedzieć, to ci powiem, co jest w środku: stara mielonka. No to otwórz, przekonamy się, nalegam. Wojtek bierze do ręki puszkę. Gdzie jest otwieracz? Tam. Ale... Wojtek waha się, coś sobie przypomina. Co? To puszki Ewy. No i co z tego? Może być niezadowolona, że się do nich dobieramy. Nie będzie. No dobra, ale bierzesz to na siebie. W porządku. Wojtek otwiera puszkę bardzo ostrożnie. I co? - pytam. Nic nie czuć, odpowiada Wojtek. Tnie puszke równo, bez pośpiechu. Pochylam się nad odgiętym wieczkiem. Wojtek trzyma puszkę sztywno i nie ma odwagi powąchać zawartości. W puszce jest jakieś mięso. Nie pachnie najlepiej, mówię. Pewnie jest przeterminowane, mówi Wojtek. Biorę do ręki nóż i wyciągam przy jego pomocy kawałek mięsa. Co to jest? Jakieś świństwo. Stara, zepsuta mielonka. Z kością? - pokazuję palcem mały kawałek kości. No dobra, Wojtek wstaje z krzesła, mielonka nie mielonka - zaczyna śmierdzieć. Wywalę to na śmietnik. Nie mam siły poprosić Wojtka, by otworzył jeszcze jedną puszkę. Widziałeś ją? - pyta Ed. Tak. I co powiedziała? Nic ciekawego. Nie kłam. Nic mi nie powiedziała - nic. Więc nie widziałeś jej... Nie. Wiatr stał się jakby silniejszy. Przynosi nawet ziarenka piasku z plaży. Toczą się po deskach werandy. Patrzę, jak Wojtek szuka swojego stroju kąpielowego. Podobno utonęły już dwie osoby, mówię, to może się źle skończyć. Pływanie to oszustwo, dodaje Ewa. Jest ubrana, co rani moje przyzwyczajenie. Nie potraficie pływać, i tyle, odcina się Wojtek, ja lepiej pływam niż chodzę. Wszyscy wychodzimy na werandę. Myślę, że Ewa pozbędzie się odzienia. Lecz nic z tego. Nie rozumiem tej odmiany. Słońce wciąż praży, jest upał. Zamierzam dopłynąć dziś do kutra, który zakotwiczył w zatoce. Ewa zaczyna się śmiać. Piersi drżą pod cienkim materiałem bluzki. To się nigdy nie stanie, mówię. Kuter jest blisko brzegu. Wojtek próbuje nas zwieść. Na werandę wchodzi Ed. Na jego twarzy odnajduję ślad nieudanych poszukiwań. Dziś jest duża fala, chcesz się utopić? Nie. Więc nie płyniesz - i dobrze, mówi Ed i wychodzi z domku. Wojtek idzie w stronę morza. Ewa siada na krześle i zaczyna czytać drugi raz tę samą książkę co przedtem. Patrzę na zegarek, czas ułożyć się w hamaku. Słychać znajomy dźwięk. Ptaki znów zapełniają puste miejsca na niebie. Wytrwale czekam na sen. Czekam dość długo. Lecz on nie nadchodzi. Ed postanawia, że jutro wyjeżdżamy. Ani Wojtek, ani Ewa nie sprzeciwiają się tej propozycji. Mimo iż chciałbym zostać tu dłużej, nie wyrażam głośno swojego zdania. Decyzja zapada milcząco. Mimo wszystko wzór jest doskonały. Myślę o nim i czuję dreszcz emocji. Nie ma żadnych wątpliwości. Pogoda psuje się chmury przysłoniły niebo i tak dalej. Moja nadzieja na to, że Ewa pozbędzie się choć na chwilę swoich łaszków, pryska. Zdecydowanie Eda ma swoje dobre strony - niedługo nie będę się już łudził... Jutro wyjazd. Pakuję swoją torbę. Ewa zapełnia walizkę puszkami. Wojtek spakował bagaż wcześniej. Teraz czyści karty. Ed gdzieś znikł, podejrzewam, że po raz ostatni ponowił próbę odnalezienia kobiety i... Na dnie mojej szafki leżą luzem dziesiątki pogniecionych papierosów. Mieszają się ze sznurkiem, z resztkami porwanych kartek (czyjeś zapiski?) i nieprzeliczonym mrowiem zapałek. Wygrzebuję wszystkie zapałki z tego bałaganu i zaczynam je liczyć. Kiedy dochodzę do końca, zapisuję wynik na skrawku papieru, a zapałki, pogruchotane papierosy, sznurek i porwane kartki wyrzucam na śmietnik. Ewa dziwi się, skąd u mnie tyle "potwornych szpargałów"? Nie u mnie, odpowiadam, pojęcia nie mam, skąd to się wzięło. Gdzie jest Ed? - pyta Wojtek. Szuka zaginionej, mówię. Są tacy, którzy muszą to robić i tacy, którzy nie muszą, Wojtek robi niewybredną aluzję. Robi, czy tylko ja mam takie wrażenie? Czy on ma na myśli mnie i... Skd tutaj tyle okropnych ptaków? - dziwi się Ewa, niedługo nie da się przejść po werandzie suchą stopą. Niedługo nie trzeba będzie tego robić, mówię. Jest noc. Słyszę równe oddechy Eda i Ewy. Wojtek wyszedł tuż przed kolacją i jeszcze nie wrócił. Ed przyszedł o ósmej, na chwilę przed wyjściem Wojtka. O dziesiątej ostatni raz wyszliśmy na pomost. Jest morze, jest brzeg, a czemu nie widziałam ani przypływu, ani odpływu, skarży się Ewa. Pomijamy jej uwagę milczeniem. Plaża wygląda tak, jakby ktoś przykrył ją niebieskim kocem. Ed bezgłośnie ziewa. Nawet nie zadaje sobie trudu, żeby zakryć usta dłonią. Wracamy. Dzień wyjazdu. Pakujemy resztę rzeczy. Wojtka wciąż nie ma. Ed zerka niespokojnie na zegarek i mówi coś o tym, że możemy spóźnić się na autobus. Ewa czyta swoją książkę. Pogoda jest nieciekawa, więc nie czuję smutku z powodu wyjazdu. Wręcz przeciwnie, chciałbym mieć to już za sobą. Co za pogoda. Zaczyna padać deszcz. Duże krople zmywają z werandy wszystkie nieczystości. Wychodzimy na zewnątrz. Ewa nie chce skorzystać z mojej pomocy i dźwiga walizkę sama. Ed przekręca klucz w zamku. Kilkanaście metrów za domkiem znajdujemy Wojtka. W pierś ma wbity zaostrzony palik. |
| CE.91 |