Nota o kompozytorze >>>
|
O
ANDRZEJU CZAJKOWSKIM
ROZMAWIAJĄ
DAVID FERRE I ANITA HALINA JANOWSKA |
W
ramach Międzynarodowych Spotkań De Musica odbył się szereg
koncertów (szczegółowy program – zob. Vol.
V De Musica >>>). Po koncercie monograficznym
poświęconym twórczości Andrzeja Czajkowskiego miała
miejsce prezentacja drugiego, rozszerzonego wydania książki Anity
Janowskiej … mój diabeł stróż. Listy Andrzeja
Czajkowskiego i Haliny Sander*. Poniżej publikujemy wywiad Davida
Ferre’a, amerykańskiego biografa Andrzeja Czajkowskiego, autora
książki The Other Tchaikowsky, z Anitą Janowską.
David
Ferre: Przyjaźniłaś się z Andrzejem przez blisko
trzydzieści lat i myślę, że masz mi wiele do powiedzenia…
Halina
(Anita Janowska): Tak, choć mój bezpośredni kontakt z
Andrzejem w okresie studiów muzycznych w Warszawie trwał
zaledwie trzy lata: od jesieni 1953 do jesieni 1956 roku. Później
zapraszał mnie kilkakrotnie do Anglii, ale spotkania trwały krótko.
Korespondowaliśmy natomiast niemal przez cały czas: od chwili jego
wyjazdu w roku 1956 aż do chwili jego śmierci w roku 1982.
David:
Opowiedz mi o tym, jak się poznaliście, może o pierwszym
spotkaniu…
Halina:
Chętnie. To było niezapomniane przeżycie. I bardzo zabawne. W
1953 roku zdałam do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w
Warszawie. Studenci zorganizowali tamtej jesieni bal kostiumowy. Nie
wszyscy byli przebrani, ja też nie miałam pomysłu. Na balu ktoś
wskazał mi Andrzeja: „To jest ten słynny Andrzej Czajkowski –
prawdziwy geniusz!” Zobaczyłam ładnego, ruchliwego, roześmianego
chłopczyka. Koleżanka, która znała go z Łagowa – zapoznała nas: „To jest Andrzej, a to Halina, nasza nowa
koleżanka”. Andrzej spojrzał na mnie uważnie, bez uśmiechu,
potem wziął za rękę i pociągnął za sobą. Wylądowaliśmy w
klasie lekcyjnej z fortepianem, więc z przerażeniem pomyślałam:
„On mi teraz każe grać”. Ale nie, Andrzej powiedział:
„Rozbierz się!” Osłupiałam. Niecierpliwie powtórzył:
„Rozbierz się. Nie rozumiesz? Przecież to jest bal kostiumowy –
możemy zamienić ubrania”. No i przebraliśmy się. Fortepian
służył za parawan. Pasowało mu wszystko, nawet moje sandałki. W
jedwabnej sukni, długich kolczykach, czerwonej apaszce na głowie i
barwnym makijażu przypominał operową Carmen. Był prześliczny!
Weszliśmy na salę i wtedy… Ale nie zrozumiesz komizmu sytuacji,
bo to były jeszcze lata stalinowskie w Polsce, a Andrzeja zaprosił
do tańca, wziął w ramiona, całował po rękach… pierwszy
sekretarz warszawskiego oddziału naszej komunistycznej, robotniczej
partii! Myślał, że Andrzej jest studentką, piękną śpiewaczką.
Koledzy chichotali, Andrzej bawił się cudownie. Po balu wróciliśmy
do naszej „przebieralni”. Andrzej podziękował i powiedział
kurtuazyjnie: „Musisz być zdolną pianistką. Tak mało osób
przyjęli na fortepian”. Ja na to: „Wiesz, sama się dziwię, bo
na egzaminie przepuściłam połowę drugiej części Sonaty
d-moll Beethovena”. „Znakomity pomysł! – wykrzyknął. –
Dlatego cię przyjęli! Ta część jest za długa!”.
David:
I już wtedy się w Andrzeju zakochałaś?
Halina:
Chyba tak, bo nie mogłam się doczekać następnego spotkania. A
następne spotkanie… Tak, to było w trolejbusie, takim cichym
elektrycznym autobusie. Jechaliśmy na wykłady. Tłok był straszny
i nagle słyszę z drugiego krańca wozu: „Halinko, to ty?! Gdzie
się podziewałaś? Myślałem, że umarłaś!”. Ludzie w
trolejbusie patrzą zaciekawieni, uśmiechają się, szepcą. A jemu
jeszcze mało, chce ich wprawić w osłupienie, krzyczy: „Halinko!
Czy chcesz mieć dużo dzieci?”. Czerwienię się i milczę. Ludzie
wokoło coraz bardziej rozbawieni, coraz głośniej chichoczą.
Wysiadam w popłochu. Na ulicy on bierze mnie pod rękę i z powagą
powtarza: „Ja serio pytam: czy chcesz mieć dużo dzieci?”. Czuję
się jak w ukropie. Z trudem wyduszam: „Chyba tak…”, a on
głosem smutnym: „Ach, jaka szkoda. Bo widzisz… chciałem się z
tobą ożenić, ale skoro tak, to nie mogę. Będę kompozytorem.
Wielkim kompozytorem. W moim domu musi być spokój, cisza.
Żadnych dzieci!” Puścił moją rękę i pobiegł na wykład.
Byłam wściekła na siebie. Przecież mogłam powiedzieć: „Chcę
mieć jedno dziecko” albo „Możemy zamieszkać osobno”. Ale
jeśli to były kpiny? Tylko kpiny? O… wtedy należało mu
przypomnieć o dzieciach Bacha, miał ich chyba dwadzieścioro!
David:
Jak doszło do tego, że zamieszkaliście razem?
Halina:
Po Konkursie Chopinowskim Andrzej poczuł się samotny – tuż
przed konkursem zmarła babcia, z którą mieszkał. Lubił, by
ktoś słuchał, kiedy ćwiczy na fortepianie. Zawsze słuchała go
babcia, a po konkursie mnie prosił o słuchanie. Jak wiesz, w roku
1955 został najmłodszym polskim laureatem. Mimo że zajął dopiero
ósme miejsce, konkurs był jego wielkim sukcesem.
Jesienią
1955 roku zamieszkaliśmy razem; przygotowywał się wtedy do
Konkursu im. Królowej Elżbiety belgijskiej. Było nam z sobą
dobrze i miło, ale już wtedy rozumiałam, że nigdy nie będę
naprawdę ważną osobą w jego życiu. Dlatego gdy w roku 1957
zapraszał mnie do Paryża i pisał, że chce mieć dzieci, „żeby
mieć dla kogo grać i dla kogo żyć” – mnie zabrakło odwagi.
Bałam się, że będę dla niego – jak mówią Anglicy –
„piątą nogą kota”.
David:
Wiem, że opracowałaś książkę pt. „... mój
diabeł stróż”, złożoną z Waszej wieloletniej
korespondencji.
Halina:
Tak. I wszystkich dziwił tytuł. Sądzili, że to Andrzeja
nazywam „moim diabłem stróżem”, a tymczasem tytuł wziął
się stąd, że w jednym ze swoich listów Andrzej pisał: „Jak
wiesz, Rimbaud to mój diabeł stróż”.
David:
Dlaczego Rimbaud?
Halina:
Bo był artystą, geniuszem, homoseksualistą; miał
niezrównoważony charakter, cierpiał na depresję… Słowem
– ten tytuł to klucz do zrozumienia losu Andrzeja.
David:
Wiele mówimy o jego sprawach osobistych, ale jak Ty, jako
muzyk, odbierałaś jego sztukę?
Halina:
Andrzej był pianistą niezwykle utalentowanym, niezwykle
wszechstronnym. Poza świetną techniką i wybitną muzykalnością
obdarzony był wielką charyzmą, darem wywoływania u słuchaczy
silnych emocji. Jego indywidualność w jakiś sposób
promieniowała z estrady. Są tacy pianiści i nie można ich w pełni
docenić, słuchając wyłącznie nagrań płytowych.
David:
Mówi się o nim, że nie był chopinistą, że znacznie
lepiej grał muzykę współczesną. Jak sądzisz, skąd taka
opinia?
Halina:
Andrzej nie znosił rygorów ani w życiu, ani w muzyce.
Chopin zajmuje w Polsce szczególne miejsce i tradycja wykonań
jego muzyki jest dość rygorystyczna. Odczuło to w późniejszych
konkursach kilku wybitnych pianistów, choćby Ivo Pogorelich,
wielki indywidualista nie dopuszczony do ostatniego etapu. Andrzej
buntował się przeciw tym rygorom. Poza tym lubił szokować i w
muzyce, i w życiu. Wspomniałam już, że w Konkursie Chopinowskim w
1955 roku zajął jedno z dalszych miejsc, jednak w pięć lat
później jego wykonanie Koncertu f-moll Chopina miało
rewelacyjną recenzję w londyńskim „Timesie”. To prawda, że w
repertuarze kompozytorów XX wieku czuł się lepiej. Mógł
po swojemu odkrywać tę muzykę. W latach 1955 i 1956 równolegle
z repertuarem chopinowskim grał znakomicie: VII Sonatę i III
Koncert Prokofiewa, Gaspard de la nuit Ravela, Visions
fugitives Prokofiewa, Pietruszkę Strawińskiego. Nie
można jednak mówić, że był pianistą, który
wyłącznie grał muzykę współczesną. Wykonywał utwory
niemal wszystkich znaczących kompozytorów, z wyjątkiem
Piotra Czajkowskiego, którego muzyki nie cierpiał.
Wielokrotnie odrzucał propozycję nagrania płyty pod chwytliwym
tytułem „Czajkowski gra Czajkowskiego”.
Andrzej
bardzo lubił grać Bacha. Jan Weber mówił o jego wykonaniu
Wariacji Goldbergowskich w Filharmonii Poznańskiej
jako o koncercie niezwykłym i niepowtarzalnym.
David:
Jak określiłabyś krótko jego grę?
Halina:
Jako grę barwną, dynamiczną, emocjonalną, odkrywczą i bardzo
sugestywną. Cieszy mnie, że na Konkursie Chopinowskim w roku 1985
Specjalną Nagrodę im. Andrzeja Czajkowskiego otrzymał Stanisław
Bunin. Widzę u niego wiele duchowego pokrewieństwa z Andrzejem. Ten
sam utwór potrafi zagrać za każdym razem inaczej. To także
wielki improwizator i wielki odkrywca.
David:
Kto ufundował tę nagrodę?
Halina:
Właściwie to… sam Andrzej, bo pieniądze stanowiły jego
własność: było to honorarium za pośmiertną publikację jego
listów w książce, o której mówiliśmy. Moja
rola polegała jedynie na tym, że nagrodę przeznaczyłam dla
Bunina.
David:
Rozmawiałem z wieloma osobami. Wszyscy przyznawali, że Andrzej
miał wszelkie dane, by znaleźć się wśród światowej
czołówki pianistów takich jak Richter, Benedetti,
Martha Argerich czy Perahia. Dlaczego tak się nie stało? Mówiono
mi, że czuł się bardziej kompozytorem niż pianistą, że nie dbał
o karierę, że za mało pracował…
Halina:
Tak, to wszystko prawda. Co mogłabym dodać? Chyba warto by
wspomnieć o jego wszechstronnych zainteresowaniach, wszechstronnej
aktywności. Repertuar Andrzeja był niewiarygodnie duży, obejmował
nie tylko utwory solowe, koncerty z orkiestrą, ale także
kameralistykę. Ani Ty, ani ja nie spamiętalibyśmy wszystkich
tytułów, a on te utwory miał w głowie i w palcach. Nie
wiem, czy żył kiedykolwiek pianista o tak wielkim repertuarze.
Samych koncertów z orkiestrą uzbierałoby się blisko
pięćdziesięciu. Wiele czasu poświęcał na komponowanie.
Prowadził kursy mistrzowskie, pisał pamiętniki, powieść
autobiograficzną, a szukając libretta do kolejnej opery, tłumaczył
na francuski sztukę Christophera Hamptona Total Eclipse, i to
po to tylko, by w libretcie znalazły się oryginalne wiersze
Rimbauda.
Poza tym mnóstwo czytał; prowadził też bardzo rozległą
korespondencję w trzech językach! Był człowiekiem o wielu
talentach i wszechstronnych zainteresowaniach, prawdziwym
„człowiekiem renesansu”. A nasz wiek jest wiekiem wąskiej
specjalizacji, komputerowej perfekcji, no a poza tym – wiekiem
reklamy, którą Andrzej gardził.
David:
Czy uważasz, że wyjazd z Polski był korzystny dla jego
kariery?
Halina:
To trudne pytanie, bo trudno powiedzieć „co by było, gdyby…”.
W Polsce Andrzej był niewątpliwie idolem. Miał dobre recenzje,
dostawał listy pełne adoracji, w konserwatorium koledzy cenili go i
lubili ogromnie, a jego profesor, znakomity pianista i pedagog
Stanisław Szpinalski mawiał, że na lekcjach z Andrzejem sam uczy
się wiele od swego ucznia. Andrzeja otaczała w Polsce atmosfera
ciągłego zainteresowania, miłości, podziwu, a nawet uwielbienia.
Być może taka właśnie atmosfera była mu potrzebna dla pełnego
rozwoju. Zauważ, że jego trzecia nagroda na Konkursie im. Królowej
Elżbiety belgijskiej, a później rewelacyjny początek
kariery zagranicznej były owocem wcześniejszej pracy w Polsce. Poza
tym Andrzej słynął tu ze swojego daru improwizacji. Później
utracił ten dar – to daje do myślenia.
David:
Dlaczego więc nigdy już nie przyjechał do Polski?
Halina:
Myślę, że powodów było wiele. Nie zatarły się
wspomnienia okupacyjne
– no a poza tym Andrzej wrócił ze studiów w
Paryżu w roku 1950, w okresie stalinowskim, a wyjechał we wrześniu
1956 – jeszcze przed „polskim Październikiem”. Wprawdzie nigdy
nie utrudniano mu wyjazdów zagranicznych, jednak obawiał się
tego w przyszłości. W Paryżu miał rodzinę – siostrę matki i
bliskiego kuzyna; mieszkał tam także jego ojciec, z którym
był wprawdzie wówczas skłócony. Trudno powiedzieć,
czy Andrzej miał poczucie winy związane z całkowitym odcięciem
się od Polski. Racjonalizował to sobie poczuciem lęku, mówił
mi, że miewa sny o tym, jak wraca do Polski, wysiada na lotnisku i
już po chwili ma ręce zakute w kajdanki. Nie da się ukryć, że
bardzo tu o niego dbano w latach pięćdziesiątych: uzyskał
stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki, a także stypendium
chopinowskie. Zapewniono mu służbowe mieszkanie i umożliwiono
kupno instrumentu za śmiesznie niskie raty – słowem, nigdy już i
nigdzie nie korzystał z tak daleko idącej opieki. Zauważ, że choć
nie odwiedził już kraju, jednak dawał koncerty charytatywne na
rzecz Polski; kilka z nich w okresie „Solidarności”. Nie zrzekł
się nigdy polskiego obywatelstwa i we wszystkich programach i
folderach podawał się za „polskiego pianistę i kompozytora”.
Życzył sobie bardzo, by jego kompozycje były grane w Polsce, lecz
zastrzegał w liście do mnie, że nigdy nie zagra swego Koncertu
fortepianowego w Warszawie, bo „umarłby ze strachu”.
David:
Rozmawialiśmy już o tym, co
myślisz o kompozycjach Andrzeja – uważasz je za głęboko
poruszające, pełne dramatyzmu itd. Grane były, choć
niezbyt często, w Anglii.
Ciekawi mnie, co on sam myślał o swojej twórczości?
Halina:
Mówił bez fałszywej skromności, że uważa swoje
kompozycje za znakomite. Pisał, że zna setki osób, które
grają na fortepianie lepiej niż on, i niewiele osób, które
lepiej komponują. Krytyczne uwagi na temat gry przyjmował z
wdzięcznością, natomiast krytyczne uwagi o kompozycjach wprawiały
go w złość i rozdrażnienie. Twórczość była tym, na czym
mu najbardziej zależało.
David:
Których kompozytorów cenił najwyżej?
Halina:
Bacha, Chopina, Mozarta, Beethovena, Schuberta, Brahmsa…
David:
A z kompozytorów współczesnych?
Halina:
Lutosławskiego.
David:
Czy Andrzej zwierzał Ci się na temat swego życia uczuciowego,
na temat swoich miłości?
Halina:
Tak, ale myślę, że więcej o tym można by odnaleźć w jego
nie opublikowanych dotąd pamiętnikach.
David:
Czy uważasz, że życie uczuciowe miało duży wpływ na jego
twórczość?
Halina:
Z pewnością. Andrzej był naładowany emocjami, tęsknotami i
fantazjami na temat różnych osób, które w jego
realnym życiu w ogóle nie istniały. To był stan
chronicznego zakochania.
David:
Co sądzisz o źródłach homoseksualizmu Andrzeja?
Halina:
Czego Ty ode mnie wymagasz? Freud mówił, że nie rozumie
homoseksualizmu, a ja mam rozumieć? Z pewnością są to u
większości osób – przynajmniej w naszej kulturze –
uwarunkowania genetyczne, a nie „grzeszny wybór”, jak
sądzą niektórzy. Ale pamiętam, jak kiedyś przekonywałam
Andrzeja, że jego niepowodzenia w miłości czy w karierze biorą
się z nadmiaru ambicji, z lęku przed niepowodzeniem, i że to samo
dzieje się w jego relacjach z kobietami. „Boisz się kobiet. Boisz
się sytuacji, w której mógłbyś się nie sprawdzić”
– mówiłam i on – o dziwo – przyznawał mi rację.
Amerykański psycholog A. H. Maslow uważa lęk za częste źródło
nieuwarunkowanego genetycznie homoseksualizmu. Twierdzi on, że młody
chłopiec wchodzi w relacje homoseksualne na zasadzie
niezobowiązującej zabawy. Zabawa ta nie angażuje ani ambicji, ani
poczucia odpowiedzialności. Do utrwalenia się takich a nie innych
reakcji seksualnych dochodzi później.
David:
Czy zgadzasz się z poglądem, że Andrzej miał „trudny
charakter”?
Halina:
O tak…
David:
Na czym to polegało?
Halina:
Chyba na tym, że oczekiwał od ludzi rzeczy sprzecznych. Był
dość despotyczny, a równocześnie gardził tymi, którzy
mu ulegali. Poza tym w tej samej chwili miewał sprzeczne
oczekiwania. Dam Ci przykład. Odwiedzam go w Cumnor. Andrzej prosi:
„Nie przeszkadzaj mi, nie mów do mnie, muszę się teraz
skupić na ćwiczeniu”. Wychodzę do drugiego pokoju, czytam
książkę. Andrzej przerywa granie, woła mnie i podniesionym głosem
mówi: „Zachowujesz się jak kopciuszek. Zupełnie nie
interesujesz się moją muzyką! Gdybyś chciała, mogłabyś mi
pomóc, mogłabyś powiedzieć, co myślisz o moim graniu...”.
Podczas naszych krótkich spotkań prowokował konflikty. Nie
rozumiałam, czemu to robi.
David:
Może Wasza korespondencja to wyjaśnia?
Halina:
Każdy, kto czyta książkę psychologiczną, jaką jest ...
mój diabeł stróż, rozumie ją po swojemu. Ma
przed oczami własne problemy. Dlatego trudno mówić o
„wyjaśnieniach”. I dobrze się składa, że książka ta niczego
nie „wyjaśnia”.
David:
A teraz pytanie niedelikatne: czy publikując Waszą
korespondencję, nie wykorzystałaś okazji, by mówić o
sobie?
Halina:
Być może. Każdy lubi mówić o sobie. Ale chciałam dać
książkę bardziej uniwersalną. Chciałam pokazać człowieka w
relacji z drugim człowiekiem. Jak pisał Gombrowicz: „Ludzie
kształtują się między sobą”. I myśmy się też tak nawzajem
„kształtowali”.
David:
Wiele anegdot krąży o Andrzeju. Czy mogłabyś coś
opowiedzieć?
Halina:
Spróbuję, ale chcę wcześniej dodać, że Andrzej był
artystą nie tylko w swojej sztuce, ale i w stylu życia. Przebywać
z nim, znaczyło uczestniczyć w nieustającym happeningu. Stąd tak
wiele anegdot z jego życia. Spróbuję kilka z nich
opowiedzieć. A więc – działo się to w roku 1955, na uroczystym
bankiecie z okazji wręczenia nagród laureatom V Konkursu
Chopinowskiego. Honorowym gościem bankietu była królowa
Elżbieta belgijska. Orkiestra zagrała poloneza, potem mazura ze
Strasznego dworu. Andrzej poderwał się nieoczekiwanie i
składając królowej staruszce głęboki ukłon, poprosił ją
do tańca. Królowa uśmiechając się łagodnie, odpowiedziała
z godnością: „Młodzieńcze, dość w życiu kazano mi tańczyć,
niechaj teraz wolno mi będzie odpocząć”. Ówczesny
minister kultury, Sokorski, podbiegł do Andrzeja i wykrzyknął ze
zgrozą: „Co ty wyprawiasz, smarkaczu? Obrażasz królową –
trzecia wojna światowa może wybuchnąć!” Andrzej uśmiechnął
się niewinnie: „Dlaczego, panie ministrze? Przecież ja jestem tak
ślicznie ubrany…”.
David:
A może pamiętasz coś z czasów studenckich?
Halina:
Ktoś, może nawet i sam Andrzej, wpadł na pomysł, żeby na
balu w konserwatorium urządzić konkurs na najgorzej zagrany mazurek
Chopina. W konkursie wzięło udział wiele osób. Wreszcie na
estradę wkroczył Andrzej. W sposób mistrzowski zamazywał
nuty, grając w szaleńczym tempie jeden z mazurków Chopina.
Dzika galopada naszpikowana była konwulsyjnymi akcentami. Jeszcze
nie skończył, a już zabrzmiały huragany śmiechu i oklaski. No i
otrzymał pierwszą nagrodę za najgorsze wykonanie mazurka. „Jak
tyś wpadł na te genialne pomysły?” – pytano. „To żadne
pomysły” – odpowiedział skromnie – „ja tylko naśladowałem
profesora…” I tu wymienił nazwisko największej sławy
profesorskiej tamtych czasów.
David:
A może pamiętasz coś związanego z jego koncertami?
Halina:
Krążyła anegdota o tym, jak Andrzej grał w Filharmonii
Gdańskiej Serenadę błazna Ravela. Był to bis po wykonaniu
koncertu z orkiestrą. Ponieważ orkiestra miała grać po przerwie
symfonię, fortepian zjechał już do podziemia. Brawa jednak nie
milkły. Andrzej zszedł do podziemia, usiadł przy fortepianie i
poprosił inspicjenta, by platforma, na której stał
fortepian, ponownie wjechała na estradę. Zaczął grać Serenadę
błazna. I tak fortepian wyjeżdżał z podziemia wraz z grającym
na nim Andrzejem. Publiczność świetnie się bawiła, a recenzent
napisał następnego dnia, że Andrzej Czajkowski wykonał Serenadę
błazna wręcz… autobiograficznie! Andrzej grając lubił sobie
podśpiewywać. Kiedyś, już w Londynie, recenzent napisał: „Pan
Czajkowski bardzo muzykalnie akompaniował sobie na fortepianie”.
David:
Może na koniec jeszcze coś z czasów warszawskich?
Halina:
Byliśmy wtedy razem. Moim zadaniem przed każdym Andrzeja
koncertem było przygotowanie śnieżnej koszuli, oczyszczonego
fraka, no i na końcu… zawiązanie muszki. To było najtrudniejsze.
Muszka była krzywa i zanim się dała ułożyć, fruwała we
wszystkie strony. Tego wieczoru Andrzej grał recital w Filharmonii
warszawskiej. Recital rozpoczynał się od Toccaty Bacha.
Zbliżała się godzina rozpoczęcia recitalu, a ja znów
poskramiałam niesforną muszkę. Ręce mi się trzęsły, strasznie
byłam zdenerwowana – bałam się, że nie zdążymy na czas.
Andrzej uspokajał mnie: „Nie przejmuj się, najwyżej nie
usłyszymy Toccaty”... Wyszliśmy z domu pięć minut przed
siódmą, o siódmej Andrzej miał już grać na
estradzie. Na postoju nie było taksówek. Zatrzymał
ciężarówkę. I tak ciężarówką, we fraku i muszce
zajechał przed Filharmonię Narodową. Toccatę usłyszeliśmy!
Warszawa,
wrzesień 1986 roku
Wybrane
fragmenty wywiadu przełożyła Anita Halina Janowska
* Wydanie pierwsze: ...mój diabeł stróż. Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander. Wybór i opracowanie Anita Janowska, Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.
|
|