De Musica

Vol. VIII • 2004

Nota o kompozytorze >>>

O ANDRZEJU CZAJKOWSKIM
ROZMAWIAJĄ DAVID FERRE I ANITA HALINA JANOWSKA

W ramach Międzynarodowych Spotkań De Musica odbył się szereg koncertów (szczegółowy program – zob. Vol. V De Musica >>>). Po koncercie monograficznym poświęconym twórczości Andrzeja Czajkowskiego miała miejsce prezentacja drugiego, rozszerzonego wydania książki Anity Janowskiej … mój diabeł stróż. Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander*. Poniżej publikujemy wywiad Davida Ferre’a, amerykańskiego biografa Andrzeja Czajkowskiego, autora książki The Other Tchaikowsky, z Anitą Janowską.

David Ferre: Przyjaźniłaś się z Andrzejem przez blisko trzydzieści lat i myślę, że masz mi wiele do powiedzenia…

Halina (Anita Janowska): Tak, choć mój bezpośredni kontakt z Andrzejem w okresie studiów muzycznych w Warszawie trwał zaledwie trzy lata: od jesieni 1953 do jesieni 1956 roku. Później zapraszał mnie kilkakrotnie do Anglii, ale spotkania trwały krótko. Korespondowaliśmy natomiast niemal przez cały czas: od chwili jego wyjazdu w roku 1956 aż do chwili jego śmierci w roku 1982.

David: Opowiedz mi o tym, jak się poznaliście, może o pierwszym spotkaniu…

Halina: Chętnie. To było niezapomniane przeżycie. I bardzo zabawne. W 1953 roku zdałam do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Studenci zorganizowali tamtej jesieni bal kostiumowy. Nie wszyscy byli przebrani, ja też nie miałam pomysłu. Na balu ktoś wskazał mi Andrzeja: „To jest ten słynny Andrzej Czajkowski – prawdziwy geniusz!” Zobaczyłam ładnego, ruchliwego, roześmianego chłopczyka. Koleżanka, która znała go z Łagowa1 – zapoznała nas: „To jest Andrzej, a to Halina, nasza nowa koleżanka”. Andrzej spojrzał na mnie uważnie, bez uśmiechu, potem wziął za rękę i pociągnął za sobą. Wylądowaliśmy w klasie lekcyjnej z fortepianem, więc z przerażeniem pomyślałam: „On mi teraz każe grać”. Ale nie, Andrzej powiedział: „Rozbierz się!” Osłupiałam. Niecierpliwie powtórzył: „Rozbierz się. Nie rozumiesz? Przecież to jest bal kostiumowy – możemy zamienić ubrania”. No i przebraliśmy się. Fortepian służył za parawan. Pasowało mu wszystko, nawet moje sandałki. W jedwabnej sukni, długich kolczykach, czerwonej apaszce na głowie i barwnym makijażu przypominał operową Carmen. Był prześliczny! Weszliśmy na salę i wtedy… Ale nie zrozumiesz komizmu sytuacji, bo to były jeszcze lata stalinowskie w Polsce, a Andrzeja zaprosił do tańca, wziął w ramiona, całował po rękach… pierwszy sekretarz warszawskiego oddziału naszej komunistycznej, robotniczej partii! Myślał, że Andrzej jest studentką, piękną śpiewaczką. Koledzy chichotali, Andrzej bawił się cudownie. Po balu wróciliśmy do naszej „przebieralni”. Andrzej podziękował i powiedział kurtuazyjnie: „Musisz być zdolną pianistką. Tak mało osób przyjęli na fortepian”. Ja na to: „Wiesz, sama się dziwię, bo na egzaminie przepuściłam połowę drugiej części Sonaty d-moll Beethovena”. „Znakomity pomysł! – wykrzyknął. – Dlatego cię przyjęli! Ta część jest za długa!”.

David: I już wtedy się w Andrzeju zakochałaś?

Halina: Chyba tak, bo nie mogłam się doczekać następnego spotkania. A następne spotkanie… Tak, to było w trolejbusie, takim cichym elektrycznym autobusie. Jechaliśmy na wykłady. Tłok był straszny i nagle słyszę z drugiego krańca wozu: „Halinko, to ty?! Gdzie się podziewałaś? Myślałem, że umarłaś!”. Ludzie w trolejbusie patrzą zaciekawieni, uśmiechają się, szepcą. A jemu jeszcze mało, chce ich wprawić w osłupienie, krzyczy: „Halinko! Czy chcesz mieć dużo dzieci?”. Czerwienię się i milczę. Ludzie wokoło coraz bardziej rozbawieni, coraz głośniej chichoczą. Wysiadam w popłochu. Na ulicy on bierze mnie pod rękę i z powagą powtarza: „Ja serio pytam: czy chcesz mieć dużo dzieci?”. Czuję się jak w ukropie. Z trudem wyduszam: „Chyba tak…”, a on głosem smutnym: „Ach, jaka szkoda. Bo widzisz… chciałem się z tobą ożenić, ale skoro tak, to nie mogę. Będę kompozytorem. Wielkim kompozytorem. W moim domu musi być spokój, cisza. Żadnych dzieci!” Puścił moją rękę i pobiegł na wykład. Byłam wściekła na siebie. Przecież mogłam powiedzieć: „Chcę mieć jedno dziecko” albo „Możemy zamieszkać osobno”. Ale jeśli to były kpiny? Tylko kpiny? O… wtedy należało mu przypomnieć o dzieciach Bacha, miał ich chyba dwadzieścioro!

David: Jak doszło do tego, że zamieszkaliście razem?

Halina: Po Konkursie Chopinowskim Andrzej poczuł się samotny – tuż przed konkursem zmarła babcia, z którą mieszkał. Lubił, by ktoś słuchał, kiedy ćwiczy na fortepianie. Zawsze słuchała go babcia, a po konkursie mnie prosił o słuchanie. Jak wiesz, w roku 1955 został najmłodszym polskim laureatem. Mimo że zajął dopiero ósme miejsce, konkurs był jego wielkim sukcesem.

Jesienią 1955 roku zamieszkaliśmy razem; przygotowywał się wtedy do Konkursu im. Królowej Elżbiety belgijskiej. Było nam z sobą dobrze i miło, ale już wtedy rozumiałam, że nigdy nie będę naprawdę ważną osobą w jego życiu. Dlatego gdy w roku 1957 zapraszał mnie do Paryża i pisał, że chce mieć dzieci, „żeby mieć dla kogo grać i dla kogo żyć” – mnie zabrakło odwagi. Bałam się, że będę dla niego – jak mówią Anglicy – „piątą nogą kota”.

David: Wiem, że opracowałaś książkę pt. „... mój diabeł stróż”, złożoną z Waszej wieloletniej korespondencji.

Halina: Tak. I wszystkich dziwił tytuł. Sądzili, że to Andrzeja nazywam „moim diabłem stróżem”, a tymczasem tytuł wziął się stąd, że w jednym ze swoich listów Andrzej pisał: „Jak wiesz, Rimbaud to mój diabeł stróż”.

David: Dlaczego Rimbaud?

Halina: Bo był artystą, geniuszem, homoseksualistą; miał niezrównoważony charakter, cierpiał na depresję… Słowem – ten tytuł to klucz do zrozumienia losu Andrzeja.

David: Wiele mówimy o jego sprawach osobistych, ale jak Ty, jako muzyk, odbierałaś jego sztukę?

Halina: Andrzej był pianistą niezwykle utalentowanym, niezwykle wszechstronnym. Poza świetną techniką i wybitną muzykalnością obdarzony był wielką charyzmą, darem wywoływania u słuchaczy silnych emocji. Jego indywidualność w jakiś sposób promieniowała z estrady. Są tacy pianiści i nie można ich w pełni docenić, słuchając wyłącznie nagrań płytowych.

David: Mówi się o nim, że nie był chopinistą, że znacznie lepiej grał muzykę współczesną. Jak sądzisz, skąd taka opinia?

Halina: Andrzej nie znosił rygorów ani w życiu, ani w muzyce. Chopin zajmuje w Polsce szczególne miejsce i tradycja wykonań jego muzyki jest dość rygorystyczna. Odczuło to w późniejszych konkursach kilku wybitnych pianistów, choćby Ivo Pogorelich, wielki indywidualista nie dopuszczony do ostatniego etapu. Andrzej buntował się przeciw tym rygorom. Poza tym lubił szokować i w muzyce, i w życiu. Wspomniałam już, że w Konkursie Chopinowskim w 1955 roku zajął jedno z dalszych miejsc, jednak w pięć lat później jego wykonanie Koncertu f-moll Chopina miało rewelacyjną recenzję w londyńskim „Timesie”. To prawda, że w repertuarze kompozytorów XX wieku czuł się lepiej. Mógł po swojemu odkrywać tę muzykę. W latach 1955 i 1956 równolegle z repertuarem chopinowskim grał znakomicie: VII Sonatę i III Koncert Prokofiewa, Gaspard de la nuit Ravela, Visions fugitives Prokofiewa, Pietruszkę Strawińskiego. Nie można jednak mówić, że był pianistą, który wyłącznie grał muzykę współczesną. Wykonywał utwory niemal wszystkich znaczących kompozytorów, z wyjątkiem Piotra Czajkowskiego, którego muzyki nie cierpiał. Wielokrotnie odrzucał propozycję nagrania płyty pod chwytliwym tytułem „Czajkowski gra Czajkowskiego”.

Andrzej bardzo lubił grać Bacha. Jan Weber mówił o jego wykonaniu Wariacji Goldbergowskich w Filharmonii Poznańskiej jako o koncercie niezwykłym i niepowtarzalnym.

David: Jak określiłabyś krótko jego grę?

Halina: Jako grę barwną, dynamiczną, emocjonalną, odkrywczą i bardzo sugestywną. Cieszy mnie, że na Konkursie Chopinowskim w roku 1985 Specjalną Nagrodę im. Andrzeja Czajkowskiego otrzymał Stanisław Bunin. Widzę u niego wiele duchowego pokrewieństwa z Andrzejem. Ten sam utwór potrafi zagrać za każdym razem inaczej. To także wielki improwizator i wielki odkrywca.

David: Kto ufundował tę nagrodę?

Halina: Właściwie to… sam Andrzej, bo pieniądze stanowiły jego własność: było to honorarium za pośmiertną publikację jego listów w książce, o której mówiliśmy. Moja rola polegała jedynie na tym, że nagrodę przeznaczyłam dla Bunina.

David: Rozmawiałem z wieloma osobami. Wszyscy przyznawali, że Andrzej miał wszelkie dane, by znaleźć się wśród światowej czołówki pianistów takich jak Richter, Benedetti, Martha Argerich czy Perahia. Dlaczego tak się nie stało? Mówiono mi, że czuł się bardziej kompozytorem niż pianistą, że nie dbał o karierę, że za mało pracował…

Halina: Tak, to wszystko prawda. Co mogłabym dodać? Chyba warto by wspomnieć o jego wszechstronnych zainteresowaniach, wszechstronnej aktywności. Repertuar Andrzeja był niewiarygodnie duży, obejmował nie tylko utwory solowe, koncerty z orkiestrą, ale także kameralistykę. Ani Ty, ani ja nie spamiętalibyśmy wszystkich tytułów, a on te utwory miał w głowie i w palcach. Nie wiem, czy żył kiedykolwiek pianista o tak wielkim repertuarze. Samych koncertów z orkiestrą uzbierałoby się blisko pięćdziesięciu. Wiele czasu poświęcał na komponowanie. Prowadził kursy mistrzowskie, pisał pamiętniki, powieść autobiograficzną, a szukając libretta do kolejnej opery, tłumaczył na francuski sztukę Christophera Hamptona Total Eclipse, i to po to tylko, by w libretcie znalazły się oryginalne wiersze Rimbauda2. Poza tym mnóstwo czytał; prowadził też bardzo rozległą korespondencję w trzech językach! Był człowiekiem o wielu talentach i wszechstronnych zainteresowaniach, prawdziwym „człowiekiem renesansu”. A nasz wiek jest wiekiem wąskiej specjalizacji, komputerowej perfekcji, no a poza tym – wiekiem reklamy, którą Andrzej gardził.

David: Czy uważasz, że wyjazd z Polski był korzystny dla jego kariery?

Halina: To trudne pytanie, bo trudno powiedzieć „co by było, gdyby…”. W Polsce Andrzej był niewątpliwie idolem. Miał dobre recenzje, dostawał listy pełne adoracji, w konserwatorium koledzy cenili go i lubili ogromnie, a jego profesor, znakomity pianista i pedagog Stanisław Szpinalski mawiał, że na lekcjach z Andrzejem sam uczy się wiele od swego ucznia. Andrzeja otaczała w Polsce atmosfera ciągłego zainteresowania, miłości, podziwu, a nawet uwielbienia. Być może taka właśnie atmosfera była mu potrzebna dla pełnego rozwoju. Zauważ, że jego trzecia nagroda na Konkursie im. Królowej Elżbiety belgijskiej, a później rewelacyjny początek kariery zagranicznej były owocem wcześniejszej pracy w Polsce. Poza tym Andrzej słynął tu ze swojego daru improwizacji. Później utracił ten dar – to daje do myślenia.

David: Dlaczego więc nigdy już nie przyjechał do Polski?

Halina: Myślę, że powodów było wiele. Nie zatarły się wspomnienia okupacyjne3 – no a poza tym Andrzej wrócił ze studiów w Paryżu w roku 1950, w okresie stalinowskim, a wyjechał we wrześniu 1956 – jeszcze przed „polskim Październikiem”. Wprawdzie nigdy nie utrudniano mu wyjazdów zagranicznych, jednak obawiał się tego w przyszłości. W Paryżu miał rodzinę – siostrę matki i bliskiego kuzyna; mieszkał tam także jego ojciec, z którym był wprawdzie wówczas skłócony. Trudno powiedzieć, czy Andrzej miał poczucie winy związane z całkowitym odcięciem się od Polski. Racjonalizował to sobie poczuciem lęku, mówił mi, że miewa sny o tym, jak wraca do Polski, wysiada na lotnisku i już po chwili ma ręce zakute w kajdanki. Nie da się ukryć, że bardzo tu o niego dbano w latach pięćdziesiątych: uzyskał stypendium Ministerstwa Kultury i Sztuki, a także stypendium chopinowskie. Zapewniono mu służbowe mieszkanie i umożliwiono kupno instrumentu za śmiesznie niskie raty – słowem, nigdy już i nigdzie nie korzystał z tak daleko idącej opieki. Zauważ, że choć nie odwiedził już kraju, jednak dawał koncerty charytatywne na rzecz Polski; kilka z nich w okresie „Solidarności”. Nie zrzekł się nigdy polskiego obywatelstwa i we wszystkich programach i folderach podawał się za „polskiego pianistę i kompozytora”. Życzył sobie bardzo, by jego kompozycje były grane w Polsce, lecz zastrzegał w liście do mnie, że nigdy nie zagra swego Koncertu fortepianowego w Warszawie, bo „umarłby ze strachu”.

David: Rozmawialiśmy już o tym, co myślisz o kompozycjach Andrzeja – uważasz je za głęboko poruszające, pełne dramatyzmu itd. Grane były, choć niezbyt często, w Anglii. Ciekawi mnie, co on sam myślał o swojej twórczości?

Halina: Mówił bez fałszywej skromności, że uważa swoje kompozycje za znakomite. Pisał, że zna setki osób, które grają na fortepianie lepiej niż on, i niewiele osób, które lepiej komponują. Krytyczne uwagi na temat gry przyjmował z wdzięcznością, natomiast krytyczne uwagi o kompozycjach wprawiały go w złość i rozdrażnienie. Twórczość była tym, na czym mu najbardziej zależało.

David: Których kompozytorów cenił najwyżej?

Halina: Bacha, Chopina, Mozarta, Beethovena, Schuberta, Brahmsa…

David: A z kompozytorów współczesnych?

Halina: Lutosławskiego.

David: Czy Andrzej zwierzał Ci się na temat swego życia uczuciowego, na temat swoich miłości?

Halina: Tak, ale myślę, że więcej o tym można by odnaleźć w jego nie opublikowanych dotąd pamiętnikach.

David: Czy uważasz, że życie uczuciowe miało duży wpływ na jego twórczość?

Halina: Z pewnością. Andrzej był naładowany emocjami, tęsknotami i fantazjami na temat różnych osób, które w jego realnym życiu w ogóle nie istniały. To był stan chronicznego zakochania.

David: Co sądzisz o źródłach homoseksualizmu Andrzeja?

Halina: Czego Ty ode mnie wymagasz? Freud mówił, że nie rozumie homoseksualizmu, a ja mam rozumieć? Z pewnością są to u większości osób – przynajmniej w naszej kulturze – uwarunkowania genetyczne, a nie „grzeszny wybór”, jak sądzą niektórzy. Ale pamiętam, jak kiedyś przekonywałam Andrzeja, że jego niepowodzenia w miłości czy w karierze biorą się z nadmiaru ambicji, z lęku przed niepowodzeniem, i że to samo dzieje się w jego relacjach z kobietami. „Boisz się kobiet. Boisz się sytuacji, w której mógłbyś się nie sprawdzić” – mówiłam i on – o dziwo – przyznawał mi rację. Amerykański psycholog A. H. Maslow uważa lęk za częste źródło nieuwarunkowanego genetycznie homoseksualizmu. Twierdzi on, że młody chłopiec wchodzi w relacje homoseksualne na zasadzie niezobowiązującej zabawy. Zabawa ta nie angażuje ani ambicji, ani poczucia odpowiedzialności. Do utrwalenia się takich a nie innych reakcji seksualnych dochodzi później.

David: Czy zgadzasz się z poglądem, że Andrzej miał „trudny charakter”?

Halina: O tak…

David: Na czym to polegało?

Halina: Chyba na tym, że oczekiwał od ludzi rzeczy sprzecznych. Był dość despotyczny, a równocześnie gardził tymi, którzy mu ulegali. Poza tym w tej samej chwili miewał sprzeczne oczekiwania. Dam Ci przykład. Odwiedzam go w Cumnor. Andrzej prosi: „Nie przeszkadzaj mi, nie mów do mnie, muszę się teraz skupić na ćwiczeniu”. Wychodzę do drugiego pokoju, czytam książkę. Andrzej przerywa granie, woła mnie i podniesionym głosem mówi: „Zachowujesz się jak kopciuszek. Zupełnie nie interesujesz się moją muzyką! Gdybyś chciała, mogłabyś mi pomóc, mogłabyś powiedzieć, co myślisz o moim graniu...”. Podczas naszych krótkich spotkań prowokował konflikty. Nie rozumiałam, czemu to robi.

David: Może Wasza korespondencja to wyjaśnia?

Halina: Każdy, kto czyta książkę psychologiczną, jaką jest ... mój diabeł stróż, rozumie ją po swojemu. Ma przed oczami własne problemy. Dlatego trudno mówić o „wyjaśnieniach”. I dobrze się składa, że książka ta niczego nie „wyjaśnia”.

David: A teraz pytanie niedelikatne: czy publikując Waszą korespondencję, nie wykorzystałaś okazji, by mówić o sobie?

Halina: Być może. Każdy lubi mówić o sobie. Ale chciałam dać książkę bardziej uniwersalną. Chciałam pokazać człowieka w relacji z drugim człowiekiem. Jak pisał Gombrowicz: „Ludzie kształtują się między sobą”. I myśmy się też tak nawzajem „kształtowali”.

David: Wiele anegdot krąży o Andrzeju. Czy mogłabyś coś opowiedzieć?

Halina: Spróbuję, ale chcę wcześniej dodać, że Andrzej był artystą nie tylko w swojej sztuce, ale i w stylu życia. Przebywać z nim, znaczyło uczestniczyć w nieustającym happeningu. Stąd tak wiele anegdot z jego życia. Spróbuję kilka z nich opowiedzieć. A więc – działo się to w roku 1955, na uroczystym bankiecie z okazji wręczenia nagród laureatom V Konkursu Chopinowskiego. Honorowym gościem bankietu była królowa Elżbieta belgijska. Orkiestra zagrała poloneza, potem mazura ze Strasznego dworu. Andrzej poderwał się nieoczekiwanie i składając królowej staruszce głęboki ukłon, poprosił ją do tańca. Królowa uśmiechając się łagodnie, odpowiedziała z godnością: „Młodzieńcze, dość w życiu kazano mi tańczyć, niechaj teraz wolno mi będzie odpocząć”. Ówczesny minister kultury, Sokorski, podbiegł do Andrzeja i wykrzyknął ze zgrozą: „Co ty wyprawiasz, smarkaczu? Obrażasz królową – trzecia wojna światowa może wybuchnąć!” Andrzej uśmiechnął się niewinnie: „Dlaczego, panie ministrze? Przecież ja jestem tak ślicznie ubrany…”.

David: A może pamiętasz coś z czasów studenckich?

Halina: Ktoś, może nawet i sam Andrzej, wpadł na pomysł, żeby na balu w konserwatorium urządzić konkurs na najgorzej zagrany mazurek Chopina. W konkursie wzięło udział wiele osób. Wreszcie na estradę wkroczył Andrzej. W sposób mistrzowski zamazywał nuty, grając w szaleńczym tempie jeden z mazurków Chopina. Dzika galopada naszpikowana była konwulsyjnymi akcentami. Jeszcze nie skończył, a już zabrzmiały huragany śmiechu i oklaski. No i otrzymał pierwszą nagrodę za najgorsze wykonanie mazurka. „Jak tyś wpadł na te genialne pomysły?” – pytano. „To żadne pomysły” – odpowiedział skromnie – „ja tylko naśladowałem profesora…” I tu wymienił nazwisko największej sławy profesorskiej tamtych czasów.

David: A może pamiętasz coś związanego z jego koncertami?

Halina: Krążyła anegdota o tym, jak Andrzej grał w Filharmonii Gdańskiej Serenadę błazna Ravela. Był to bis po wykonaniu koncertu z orkiestrą. Ponieważ orkiestra miała grać po przerwie symfonię, fortepian zjechał już do podziemia. Brawa jednak nie milkły. Andrzej zszedł do podziemia, usiadł przy fortepianie i poprosił inspicjenta, by platforma, na której stał fortepian, ponownie wjechała na estradę. Zaczął grać Serenadę błazna. I tak fortepian wyjeżdżał z podziemia wraz z grającym na nim Andrzejem. Publiczność świetnie się bawiła, a recenzent napisał następnego dnia, że Andrzej Czajkowski wykonał Serenadę błazna wręcz… autobiograficznie! Andrzej grając lubił sobie podśpiewywać. Kiedyś, już w Londynie, recenzent napisał: „Pan Czajkowski bardzo muzykalnie akompaniował sobie na fortepianie”.

David: Może na koniec jeszcze coś z czasów warszawskich?

Halina: Byliśmy wtedy razem. Moim zadaniem przed każdym Andrzeja koncertem było przygotowanie śnieżnej koszuli, oczyszczonego fraka, no i na końcu… zawiązanie muszki. To było najtrudniejsze. Muszka była krzywa i zanim się dała ułożyć, fruwała we wszystkie strony. Tego wieczoru Andrzej grał recital w Filharmonii warszawskiej. Recital rozpoczynał się od Toccaty Bacha. Zbliżała się godzina rozpoczęcia recitalu, a ja znów poskramiałam niesforną muszkę. Ręce mi się trzęsły, strasznie byłam zdenerwowana – bałam się, że nie zdążymy na czas. Andrzej uspokajał mnie: „Nie przejmuj się, najwyżej nie usłyszymy Toccaty”... Wyszliśmy z domu pięć minut przed siódmą, o siódmej Andrzej miał już grać na estradzie. Na postoju nie było taksówek. Zatrzymał ciężarówkę. I tak ciężarówką, we fraku i muszce zajechał przed Filharmonię Narodową. Toccatę usłyszeliśmy!


Warszawa, wrzesień 1986 roku

Wybrane fragmenty wywiadu przełożyła Anita Halina Janowska


* Wydanie pierwsze: ...mój diabeł stróż. Listy Andrzeja Czajkowskiego i Haliny Sander. Wybór i opracowanie Anita Janowska, Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.

1 W Łagowie odbywały się kursy przygotowujące polskich kandydatów do konkursów chopinowskich.

2 Na podstawie Total Eclipse Ch. Hamptona powstał film Agnieszki Holland Całkowite zaćmienie.

3 Obszernie na ten temat pisze Hanna Krall w Hamlecie, opowiadaniu zawartym w książce Dowody na istnienie, Wydawnictwo a5, Poznań 1995.





strona główna | następny artykuł | powiadom o tekście znajomego

© RHYTMOS 2004