|
|
MARTA
WRYK
DLACZEGO
MĘDRZEC NIE POWINIEN RZĄDZIĆ PAŃSTWEM?
CZARODZIEJSKI
FLET ACHIMA FREYERA
|
Nastały
dobre czasy dla opery. Opera stała się medium, za pomocą
którego
można wypowiedzieć się o problemach współczesnego nam
świata. Nie wszyscy jednak zdają sobie z tego sprawę. Świadczą o
tym chociażby reakcje na pokazaną ostatnio w Warszawie inscenizację
Czarodziejskiego fletu autorstwa Achima
Freyera, jednego z
najwybitniejszych współczesnych reżyserów
specjalizujących się w teatrze operowym.
Krytyczne
recenzje, które ukazały się po tym przedstawieniu,
świadczyły często o zatrzymaniu się na czysto wizualnej sferze
przedstawienia, niechęci do pójścia w głąb spektaklu, w
jego symbolikę. A także niechęci do pójścia w drugą
stronę – w naszą rzeczywistość, w jej stronę bowiem
skierowane
są wektory spektaklu. Uważam, że aby „poradzić
sobie” z tym
przedstawieniem, należy przede wszystkim ustalić, do jakiego
gatunku teatralnego prowadzi nas forma przedstawienia oraz jaki jest
status świata przedstawionego – czy mamy do czynienia z
bajką,
czy może z parafrazą naszej rzeczywistości. Rozstrzygnięcie tych
dwóch kwestii pozwala odnaleźć wartości, które
zaszyfrowane są w przedstawieniu.
Sam
początek, czyli kurtyna… Gdy wchodzimy do teatru, scena jest
już
gotowa do przedstawienia. Nie ma typowego teatralnego gestu
otwierania nowej rzeczywistości – czyli podnoszenia kurtyny.
Ale
jest coś innego. Cała scena, na której ustawione są pionowo
rzędy ławek i strome schody, przykryta jest przezroczystą, czarną
siatką. Namalowane na niej linie tworzą wrażenie, że scena ma
postać czworościanu, że jest pudełkiem. I to pudełko zostaje w
czasie uwertury otwarte przez Trzech Chłopców,
którzy
kręcąc wielką korbą, unoszą tę pajęczynę-kurtynę do góry.
Ten gest, obnażający działanie machiny teatralnej, każe nam
myśleć o formie, o tym, że jesteśmy w teatrze poddani działaniu
konwencji, na którą się zgadzamy. Ale jednocześnie ci Trzej
Chłopcy kojarzą się z Pukiem czy Arielem – szekspirowskimi
ulotnymi postaciami, które są odpowiedzialne za
„dzianie
się sceniczne”. Trzej Chłopcy są w libretcie niewątpliwie
postaciami pozytywnymi, zaryzykowałabym stwierdzenie, że to jedyne
postacie, co do których dobrych intencji nie mamy
wątpliwości.
Zjawiają się z nieba zawsze, gdy potrzebny jest ratunek, mają moc
odwracania złego ciągu wydarzeń. Może otwarcie przedstawienia
przez Trzech Chłopców to dla Freyera podkreślenie tego, że
teatr staje się za sprawą dobrego demiurga, i że przedstawienie,
jakkolwiek trudne, smutne czy brzydkie, ma nieść widzom dobre
przesłanie.
To,
co widzimy na scenie, nie bardzo nam się kojarzy z baśniowym
światem Czarodziejskiego fletu –
brzydkie ławki szkolne,
tablica, odrażająca sprzątaczka, która zbiera śmieci (to
na te śmieci pada światło, podkreślając, z jak brzydkim i
przyziemnym pejzażem mamy do czynienia przy tak czarownej muzyce). I
oto nagle z widowni – spośród nas –
przybywa Tamino,
chłopiec z ogromną głową, przypominający trochę
czarnoskórego
rapera z warkoczykami na głowie. Tu zaczyna się jego
wędrówka
i pytania o świat, do którego trafił, i o wartości,
które
tu się ceni. Na pierwszy plan wysuwa się relatywizm, który
panuje w świecie przedstawionym. Już Schikaneder pokazał w
libretcie, że postaci, które wydawały się dobre i o prawych
zamiarach (Królowa Nocy), okazują się okrutne i złe, a ci,
o których mówi się źle (Sarastro), okazują się
dobrzy i mądrzy. Schikaneder pokazuje w ten sposób długą
drogę do dobra, które może mieć różne postacie i
które można łatwo pomylić ze złem. Ale czy wszystko w
libretcie jest czarno-białe? „Czy ten konflikt okazuje się
całkowitym zwycięstwem dnia nad nocą?” – pyta Karol
Berger.
Freyer komplikuje sytuację jeszcze bardziej. Jego Sarastro ani przez
chwilę nie budzi naszego zaufania. W programie przedstawienia
widnieją zdjęcia Stalina, Hitlera, Mao i innych despotycznych
tyranów. Czy tak krótka jest droga od chęci dobra
i
mądrości dla wszystkich do totalitaryzmu? W odpowiedzi na to
pytanie przypominam sobie fragment Zachęty do filozofii
Arystotelesa, w której filozof ostrzega adresata pisma
–
króla Cypru, że mędrzec nie powinien rządzić państwem, bo
zmuszałby ludzi do swojej wizji mądrości, szczęścia i wolności,
a przecież do tego każdy wolny obywatel powinien dochodzić
indywidualnie. I to też miał na myśli Platon, gdy w jednym z
„Listów” pisał, że to, co najważniejsze
w filozofii,
jest nieprzekazywalne. Achim Freyer nie tylko wątpi w wartości,
które prezentuje Sarastro. Pokazuje, że równość,
a
więc demokracja zaprowadziła państwo (czyli tu szkołę) Sarastra
do dzikiej konkurencji kapitalizmu i ogłupiającej pop-kultury.
Najlepiej pokazane jest to w scenie, w której Kaznodzieja
ukazany jest jako głowa wystająca z telewizora. Przypomina się tu
polskie powiedzenie, że „ktoś jest mądrzejszy od
telewizora”.
Również konflikt Sarastro – Królowa
Nocy nie może
być rozwiązany jednoznacznie. Reżyser nie staje chyba po niczyjej
stronie. Oto bowiem Sarastro walczy na karabiny z Królową
Nocy i Trzema Damami, ale zabiwszy je, sam pada na ziemię. W tle, na
ekranie widać palące się budynki WTC i cmentarze. Ten wizualny
komentarz prowadzi nas do wniosku, że wojna zawsze jest zła i
prowadzi do ofiar.
Wraz
z Taminem trafiamy więc do świata, w którym nie można być
pewnym żadnych wartości. Mądrość okazuje się tu „mądrością
z telewizora”. Myślę, że Freyer w ten sposób
komentuje
współczesny nam świat. Nad sceną widnieje
odwrócony
lustrzanie napis „mądrość”, na tablicy umieszczonej
w głębi
sceny pojawiają się kolejno hasła: rozsądek, miłość. Są to
puste hasła, które mamią zewnętrzną atrakcyjnością.
Próba ognia odbywa się przy sztucznym ogniu (kolorowe,
poruszające się bibułki). To wszystko „tandeta”,
którą
znamy z naszej konsumpcyjnej rzeczywistości. Zanim więc uznamy
umieszczenie Czarodziejskiego fletu w takiej
przestrzeni za
profanację, powinniśmy zastanowić się, czy ta przestrzeń czegoś
nam nie przypomina. Osobą korzystającą bezrefleksyjnie z
dóbr
takiego świata jest Papageno. Można uznać, że jeśli Tamino
związany jest ze światem uczuć wyższych, wtajemniczenia i
kultury, to Papageno stoi oczywiście po stronie natury. Papageno
jest jednak w tym przedstawieniu postacią dużo silniejszą,
barwniejszą. Do niego bardzo przywiązuje się publiczność, to on
dostaje największe oklaski. I tu chyba trzeba by spytać, czy dzieje
się tak dlatego, że Papageno jest śmieszniejszy. A może lepiej
rozumiemy jego potrzeby, jego styl życia? Może i nam bliższe jest
wesołe i radosne życie, bez wtajemniczenia?…
Czy
jest więc jakaś wartość, o której atrakcyjności chce nam
powiedzieć reżyser? Myślę, że tak, ale aby do niej dotrzeć,
trzeba zmierzyć się z formą przedstawienia, ona bowiem staje się
nośnikiem najważniejszego przesłania.
Masek
użył Freyer nie po raz pierwszy, a jednak wydają się one
szokujące w kontekście tak lekkiej i powabnej muzyki. Wszystkie
postacie, mające maski na głowach, przypominają wyrośnięte
dzieci. Ten fakt skłania nas do myślenia o infantylizmie
bohaterów,
którzy omamieni są kapitalistycznym światem. Nie ma w nich
nic z niewinności prawdziwych dzieci. Dla kontrastu infantylizmu i
niedojrzałości bohaterów Freyer pokazuje trójkę
prawdziwych dzieci, czyli Trzech Chłopców. To oni
– jak
aniołki w białych ubrankach – symbolizują czystość, dobro, są
wiarygodni.
Jeszcze
niedawno w Cyganerii w reżyserii Mariusza
Trelińskiego
zobaczyliśmy Twarz Mimi wyświetloną na wielkim ekranie.
„Zaczęliśmy w operze obcować z twarzą ludzką. Z filozofii
współczesnej i poezji dawnej wiemy, czym jest ona w
konstytuowaniu się naszej relacji z drugim, a nawet pogłębianiu
naszej własnej autentyczności” – pisze o tym
przedstawieniu
prof. Michał Bristiger.
U Freyera zamiast twarzy jest maska. Kilkadziesiąt
chórzystów
o wielkich głowach i bohaterowie, którzy poruszają się w
specyficzny sposób, jak wielkie kukły – to
wszystko
sprawia, że nie wiemy, czy mamy do czynienia z jakąś złą bajką,
czy może z naszym światem odbitym w gabinecie krzywych luster. W
każdym razie rzeczywistość ta nie budzi naszej sympatii.
Dodatkowym utrudnieniem jest to, że świat ten co chwilę zastyga.
Freyer postanowił bowiem, żeby akcja posuwała się w czasie
dialogów, w czasie arii natomiast świat nieruchomieje i
nawet
solista musi stać nieruchomo w odpowiedniej pozie. Według reżysera
miało to pomóc muzyce wyjść na pierwszy plan. Obawiam się,
że stało się odwrotnie, muzyka została skrępowana statycznością,
a ona potrzebuje ruchu i przestrzeni. Ta statyczność wzmocniła
jednak efekt nienaturalności świata przedstawionego. W czasie
niektórych arii (np. słynny lament Paminy „Ach,
ich
fühl’s”) ma się wrażenie, że w tym
strasznym, sztucznym
świecie muzyka, a z nią wszystko, co piękne i prawdziwe, jest
stłamszone, uwięzione. My – widzowie – czekamy, aż
spod
potwornej maski solisty zobaczymy ludzką twarz śpiewaka, jej
napięcie i pełne wyrazu oczy. Ale nie możemy tego doczekać, zła
bajka trwa nadal. To tak jakby reżyser – uczeń Bertolda
Brechta,
(co ma tutaj ogromne znaczenie) nie pozwolił nam się wzruszyć
muzyką. Tak jakby chciał, byśmy przeszli od razu piętro wyżej
–
na poziom znaczeń. To zastyganie akcji ma też ogromnie ważną rolę
formotwórczą – opera ta, dzięki tej nietypowej
dramaturgii, staje się podobna do oratorium. A przez to nabiera
powagi. Niektórym widzom przypomina ona widowisko czy
komiks.
W każdym razie niekoniecznie należy Czarodziejski flet Freyera
zaliczać do gatunku opery. Jeśli zaakceptuje się jego nietypowe
przeprowadzenie akcji i potraktuje się je z powagą godną
oratorium, to łatwiej jest przebić się przez taką formę do
znaczeń, które ukrywa w przedstawieniu reżyser.
Jeśli
więc forma przedstawienia podkreśla swoją własną sztuczność, a
wstrzymywana dramaturgia nie pozwala nam na zwykłe operowe
wzruszenia w czasie arii, to jest to dla nas wskazówka do
szukania wartości promowanej przez reżysera w spektaklu.
Dowiadujemy się o niej dopiero w ostatniej scenie, kiedy kończy się
walka. Królowa, Trzy Damy i Sarastro leżą nieżywi, a Tamino
i Pamina przy wtórze chóru zdejmują maski i
uciekają
ze sceny na widownię. Tu stają między rzędami widzów i
obejmują się. Pierwszy raz widzimy ich twarze. Myślę, że w tym
geście zdjęcia masek kryje się największa wartość
wtajemniczenia, której dostępują bohaterowie. Oto dzięki
swojej wytrwałości i wierności stali się ludźmi, pozbyli się
swoich zniekształcających twarze masek. Wartością jest tu więc
autentyczność, prawdziwe bycie człowiekiem, wreszcie bycie sobą
–
bycie tym, kim się jest. Ale do tego – do rozpoznania samych
siebie – bohaterowie musieli długo dochodzić. Trudno
rozpoznać
samego siebie, jeżeli jest się w tłumie takich samych ludzi,
hołdujących tym samym powierzchownie rozumianym wartościom.
Tak
więc Achim Freyer przeprowadził nas przez swój trudny świat,
przez złą bajkę, będącą, być może, odbiciem naszego świata.
Ale jest nadzieja, że nasza rzeczywistość jest ciut lepsza od tej
teatralnej – w końcu Tamino i Pamina, po wyzwoleniu z masek,
a
więc po wyzwoleniu z formy, przekraczają przestrzeń teatru i stają
między nami. W świecie prawdziwym, więc mimo wszystko lepszym...?
Może takim, który da się jeszcze uratować?
Wolfgang
Amadeusz Mozart, Czarodziejski flet. Teatr Wielki
– Opera
Narodowa, Warszawa, 16 czerwca 2006. Kazimierz Kord –
dyrygent,
Achim Freyer – reżyseria, scenografia i światła, Bogdan Gola
–
przygotowanie chóru, Janina A. Pawluk –
przygotowanie
solistów.
_________________________
|
|