|
ZOFIA
LISSA
REFERAT
O PRACY JANUSZA MIKETTY PT. MAZURKI CHOPINA
(tom
I analiz chopinowskich pod red. prof. A. Chybińskiego)
|
Pomysł
uczczenia 100-lecia śmierci Chopina przez dokonanie naukowej analizy
wszystkich jego dzieł zawdzięcza muzykologia polska prof.
Chybińskiemu. Pomysł ten powstał w czasie wojny, i wtedy też
zostały rozdane poszczególnym polskim badaczom działy
twórczości Chopina i ustalona instrukcja analizy. Zbiorowe
wydanie analiz chopinowskich może i powinno stać się zjawiskiem
przełomowym w muzykologii polskiej. Ażeby jednak nim się stało,
koniecznym jest wypracowanie takiej metody analizy, która
będzie stała na najnowszych założeniach metodologicznych, będzie
możliwie głęboko i wszechstronnie wnikała w twórczość
Chopina, a w wyniku da syntetyczny obraz stylu wielkiego kompozytora.
Czy praca Janusza Miketty, tworząca tom I tych analiz i obejmująca
całokształt twórczości mazurkowej Chopina, spełnia te
warunki? Ażeby od razu otwarcie postawić sprawę: zdaniem moim –
a może się mylę – ona tych warunków nie spełnia. Analizy
Mazurków Chopina dokonane przez Mikettę są wyrazem
żmudnej i niewątpliwie długotrwałej pracy, drobiazgowej
opisowości, wielkiego wkładu energii ze strony autora. Nie brak tu
ciekawych obserwacyj szczegółów, głównie z
zakresu melodyki Chopina; autor wykazuje dobrą znajomość
całokształtu twórczości Chopina, o czym świadczą liczne
porównania z innym działami twórczości wielkiego
kompozytora. Niemniej praca Miketty nie spełnia w sposób
właściwy swoich zadań. Główne zarzuty, jakie jej należy
postawić, skupiają się wokół dwu spraw: niewspółczesności
metod analizy, wynikającej z ogólnych założeń autora, oraz
zbyt nikłych zadań, jakie autor sam sobie stawia jako cel analiz.
Postarajmy się oba te zarzuty uzasadnić.
Już
w samej definicji analizy, jaką Miketta podaje we wstępie swej
pracy, spotykamy się ze sformułowaniem, z którym nie możemy
się zgodzić: celem analizy jest – zdaniem M. – „przedstawienie
wszystkich stosunków pomiędzy elementami dzieła”.
Abstrahując od tego, że M. przeważnie analizuje tylko poszczególne
elementy, a nie ich stosunki wzajemne, uważać należy to za środek,
a nie ostateczny cel analiz. Dzieło muzyczne jest organiczną
całością; ujęcie stosunków pomiędzy elementami dzieła,
bez ujęcia każdego elementu i każdej fazy dzieła w rozwoju
całości, jest niewystarczające. Zasadniczym niedostatkiem analiz
M. jest właśnie brak całościowego spojrzenia na każdy z
analizowanych mazurków, rozdrobnienie analizy, nieumiejętność
wykazania znaczenia poszczególnych elementów przebiegu
muzycznego dla siebie nawzajem i łącznie dla całości.
Poza
tem dzieło muzyczne jest całością o określonym wyrazie, o
określonej zawartości wyrazowej, która posiada swój
przebieg energetyczny taki lub inny. Ujęcie i opisanie elementów
utworu bez podjęcia zagadnienia, o ile te elementy i ich stosunki
wzajemne służą całości, i o ile całość istotnie odpowiada
swojej zawartości wyrazowej, jest dziś niewystarczające. Taka
postawa mogła być wystarczająca na tym etapie rozwoju muzykologii
i estetyki muzycznej, na którym muzykologia nie wychodziła
poza opis mechanistyczny elementów, i w którym te
elementy były traktowane wyłącznie jako problem konstrukcji. Dziś
stoimy na innych założeniach: konstrukcja, forma utworu jest zawsze
konsekwencją określonych jakości wyrazowych i nie możemy w sposób
właściwy wyjaśnić formy dzieła, jeśli nie staramy się wywieść
jej i zrozumieć od strony jej zawartości wyrazowej. Fakt, że z 58
mazurków Chopina każdy jest inny w sposobie dysponowania
elementami, w ich syntezie, dowodzi, że kompozytor wkładał w nie
inne momenty wyrazowe. Wspólność gatunku niewątpliwie
decyduje o tym, że Chopin, obierając dla określonych momentów
wyrazowych właśnie formę mazurka, zamieszczał w nich takie treści
wyrazowe, których nie mógł zamieścić w sonatach czy
balladach. Już sam dobór formy, gatunku formalnego, jest
zawsze determinantą pewnego typu treści wyrazowych. Było zadaniem
M. poprzez analizy ten problem podjąć i wykazać jednorodność
nastrojów względnie ich zróżnicowanie w ramach
pewnego typu, jaki Chopin zawarł w swych mazurkach. Ale M. nie
stawiał sobie tego zadania, tak jak nie stawiał i wielu innych, o
których zaraz powiem. Tyle w sprawie pierwszego założenia
analiz M.
Błędnym
jest też i drugie założenie metodologiczne M.: wpierw zbadać
elementy, osobno, kolejno i niezależnie jeden od drugiego, a potem
ich współdziałanie. Zasada całościowego ujmowania dzieła
muzycznego, jakiej nas uczył jeszcze Kurth, stwierdza, że każdy
element dzieła zmienia całość, zmienia znaczenie innych
elementów, i odwrotnie – całość wpływa na znaczenie i
charakter każdego z elementów. To stanowi podstawową zasadę
psychologii strukturalnej, którą Kurth w sposób
doskonały, choć jeszcze nie ostateczny, przenosi na problematykę
muzyczną. Badać elementy utworu należy zatem nie w kolejności,
ale w ścisłym zespoleniu, gdyż ten sam element w różnym
zespoleniu z innymi daje zupełnie odmienny efekt, ma odmienny sens
wyrazowy, inaczej waży w utworze. Otóż tu musimy zarzucić
M. mechanistyczną analityczność metody, która w ogóle
nie bierze pod uwagę tych podstawowych osiągnięć muzykologii
jeszcze z lat trzydziestych naszego wieku. W konsekwencji M. traktuje
formę utworu jako schemat, w ramach którego mieszczą się
takie lub inne elementy, ale i ujmuje jej w sensie rozwoju, który
ma swoje oblicze energetyczne i swój przebieg. Gdzie jest
kulminacja danego mazurka, jak kompozytor do niej dochodzi, jakimi
środkami ją osiąga, gdzie są napięcia i odprężenia przebiegu,
na czem polega jedność tego przebiegu i jakimi środkami ona jest
realizowana? – tych problemów M. w ogóle sobie nie
stawia. O ile dobór materiału tematycznego odpowiada
rozwojowi całości – to też nie jest dla M. zagadnieniem. Miketta
niekiedy zatrzymuje się dość długo nad poszczególnymi
współczynnikami konstrukcji, zwłaszcza nad problemami
melodyki i harmoniki i tu możemy spotkać istotnie trafne i ciekawe
uwagi. Ale nigdy nie stawia on sobie pytania, do czego te środki w
danym miejscu przebiegu utworu służą kompozytorowi, jaki mają
sens w całości.
Autor
rozpoczyna przeważnie swoje analizy każdego mazurka od ustalenia
schematu formalnego. Ale nie od tego trzeba zaczynać, lecz od
analizy materiału tematycznego, który jest przecie centralnym
momentem wyrazowym dzieła i który decyduje zarówno o
przebiegu tego materiału, tj. o rozwoju utworu, jak też o formie,
którą kompozytor dla tego przebiegu dobiera. Ten rozwój
bardzo często rozsadza schematy formalne, modeluje tradycyjną formę
w duchu swojej zawartości. Dlatego każda sonata Beethovenowska jest
różna w swym przebiegu, pomimo że nie przestaje być sonatą,
dlatego też cykl sonatowy przejawia się w postaci sonaty
fortepianowej czy skrzypcowej, kwartetu czy symfonii. Niewątpliwie
ta sama zasada – w ciaśniejszych nieco ramach – dotyczy i
mazurków Chopina. M. zakłada, że forma dzieła jako całości
jest funkcją stosunku elementów. Nam się zdaje, że forma
jest przede wszystkim funkcją zawartości wyrazowej, a ta
determinuje zarówno pomysł tematyczny, jak też i zasady jego
rozwoju i sam dobór schematu architektonicznego. Są pomysły
tematyczne, z których może się rozwinąć tylko preludium,
są inne – które swoją dynamiką zmuszają do obrania formy
sonatowej. M. twierdzi, że sam układ formalny nic nie mówi
nam o utworze; przeciwnie, sam dobór określonej formy już
mówi nam o kalibrze i o typie koncepcji wyrazowej i jej
zamierzonym przez kompozytora rozwoju. Rzecz inna, że realizacja ta
może być bardzo różna, np. nikłość materiału
tematycznego odbiera utworowi możność rozwoju symfonicznego,
możność rozwoju poprzez dialektyczne ścieranie się przeciwieństw
w utworze. Jest sprawą talentu odpowiednia kongruencja pomiędzy
materiałem tematycznym a architektoniką całości, podobnie jak
irzeczą talentu jest sam materiał tematyczny. Ale fakt, że w tym
samym planie architektonicznym mogą być różne typy utworów,
potwierdza tylko naszą tezę, że w wyznaczeniu formy dominuje
materiał tematyczny, a on jest odzwierciedleniem koncepcji wyrazowej
dzieła; rozwój tego materiału tematycznego jest również
jej konsekwencją.
W
analizach M. problem stosunku materiału tematycznego do rozwoju
całości w ogóle nie jest podjęty. M. stwierdza pewien
schemat formalny, podaje ilość taktów każdej części,
analizuje kolejno oderwane od siebie zdania czy okresy, nie widzi
natomiast zagadnienia całości. Co więcej, w każdym z badanych
odcinków zatrzymuje się raczej na niektórych
ciekawszych elementach, już to melodycznych, już to harmonicznych,
sprawy formalne traktując w duchu metody Leichtentritta i
Riemannowskiej zasady symetrii klatek 2- i 4-taktowych. Obaj ci
autorzy traktują przebiegi muzyczne nie jak organizmy, ale jak
konstrukcje logiczne: przebieg jest w zasadzie unormowany, a wszelkie
jego modyfikacje są tylko odchyleniem od normy. I Miketta – jak
wynika z jego podejścia do tych spraw – stoi na tych samych
założeniach. Interpretuje wszelkiego rodzaju właściwości
przebiegu jako nieregularności, ale nie bada ich przyczyny
energetycznej: że raz momentem determinującym te odchylenia jest
czynnik melodyczny, innym razem harmoniczny czy metrorytmiczny, że
wielką rolę grają tu typy nieregularności idące od folkloru, że
wynikają one z żywej treści tworzywa muzycznego i z typu jego
rozwoju – nad tym autor analiz bliżej nie zastanawia się. Ciekawe
jednak, że to, co za wymienionymi badaczami niemieckimi przyjmuje
[Miketta] za „normę”, było „normą” dla klasyków i
to niezbyt długo, bowiem już u Beethovena przestało być normą.
Nie znaczy to, że Beethoven łamał normy estetyczne swojego etapu
historycznego, ale że treść jego dzieł zmuszała go do tworzenia
własnych, nowych norm. Rozszerzając ten przykład można
powiedzieć, że definitywnie stałych norm w przebiegu formy w ogóle
nie ma. A każdorazowy ładunek energetyczny, wypływający z
zamkniętego w dziele wyrazu, wyznacza swoje normy. Jednolity typ
wyrazu w pewnej epoce prowadzi do ustalenia się mniej więcej
jednolitego typu norm zarówno w architektonice muzycznej, jak
i w innych współczynnikach dzieła. Klasyczne normy, które
się tak mocno jako wartość podkreśla w stylu Chopina, napotykały
w jego twórczości dwa inne nurty: nurt ludowości, który
łamał te normy w duchu swoich kategoryj, oraz romantyczny wyraz,
który je modyfikował na swój sposób. Podjęcie
tej problematyki na odcinku mazurków mogłoby być szczególnie
ciekawe.
Melodyka
stanowi jeden ze współczynników, który
najsilniej skupia na sobie uwagę Miketty. Podkreślić należy, że
na tym odcinku autor dostarcza nam niekiedy ciekawych obserwacyj. Ale
i tu musimy się w wielu punktach przeciwstawić zarówno
metodzie analizy, jak też i jej wynikom.
Opierając
się na wnikliwej pracy Wójcik-Keuprulianowej O melodyce
Chopina M. miał już ułatwione zadanie. Opis stylu melodycznego
Chopina jako stylu wyrastającego z figuracyj rozwija autor, choć
niekiedy dochodzi do zupełnie nieprzekonywających wyników,
świadczących o spekulatywno-mechanistycznej metodzie badania.
Przede wszystkim nie przekonuje całkowicie zagadnienie „motywu
Chopinowskiego”, którego istnienie – na wzór akordu
Chopinowskiego – stara się [autor] wykazać. Fraza melodyczna,
którą M. uznaje za powracający stale motyw Chopinowski, ma
według niego tyle rozmaitych wariantów, że właściwie
przestaje być tym samym „motywem Chopinowskim”. Miketta, nie
stojąc na stanowisku całościowego ujmowania przebiegu, nie widzi,
że ta sama, lub tylko podobna linia meliki, inaczej rytmizowana,
inaczej harmonizowana, wmontowana w inny przebieg, lub nawet sama w
sobie modyfikowana, daje całość odmienną od założonego
pierwotnego „motywu Chopinowskiego”. Miketta dochodzi w
spekulatywności do tego, że nawet odwrócenie kierunku tego
motywu, które ma zupełnie inny sens wyrazowy, również
uważa za motyw Chopinowski. Wszystkie motywy mieszczące się w
ramach seksty ze skokiem w środku są dla M. tym motywem. Tylko
czysto „optyczne” podejście do analizy może pozwolić na tego
rodzaju uogólnienie. Słuchowo „motyw Chopinowski” pozwala
tylko na stwierdzenie jednolitej metody kształtowania melodyki u
Chopina. Tej jednoznaczności i trwałości, jaka cechuje „akord
Chopinowski”, omawiany przez Bronarskiego, „motyw Chopinowski”
nie posiada. Dowolna permutacja pochodu seksty, bez względu na
kierunek, metro-rytm i harmonizację, nie może być słuchowo ujęta
jako ten sam typowy zwrot chopinowski.
Ten
sam zarzut „optycznego” podejścia – a nie realnie słuchowego
– musimy postawić M. w związku z jego koncepcją „przerzutów”.
Miketta sprowadza wszelkie większe skoki interwałowe, zwłaszcza
ulubione przez Chopina nony, do ram oktawy, i dokonując takiego
zacieśnienia linji melodycznej, wykazuje w wielu wypadkach
symetryczność budowy linji i inne zjawiska. Ale poczynanie takie
nie liczy się z podstawowym faktem, że realnie brzmiący interwał
nony to nie jest 8 plus 2, ale zupełnie odmienna jakość
interwałowa, wyznaczona głównie momentami natury
przestrzennej. Nie mówię tu o zagadnieniach pianistycznych,
które w danym wypadku także grają pewną rolę, a której
Miketta w ogóle nie rozważa w swych analizach. Ale tu gra
ponadto wielką rolę moment różnic jasności (Révész),
rejestru, a więc kolorystyki, a nadto dynamiki skoku, która
jest podstawowym momentem charakteryzującym ten typ melodyki. Całą
teorię „przerzutów” należałoby mocno skontrolować.
Miketta w wypadkach, kiedy tą metodą stara się udowodnić swoją
tezę, twierdzi, że jest to analityczna postać linji melodycznej –
a to jest tymczasem postać fikcyjna. Kompozytor, używając wielkich
skoków melodycznych, liczył na ich specyficzne oddziaływanie,
zresztą mógł się wzorować na ludowych skokach nonowych.
Uważam, że poczynanie [Miketty] nie jest dozwolone, to jest metoda
naginania faktów do teorii, a nie budowania teorii na
podstawie praktyki. Teoria przerzutów u Miketty pochodzi z
tego samego źródła co inne, krytykowane tu poczynania
analizy: autor często wypowiada tego rodzaju myśli: „gdyby usunąć
(lub zmienić) to i to, powstanie coś, co będzie podobne do tego i
tego”. Całościowe ujmowanie zjawisk, założenie, że każda
zmiana elementu modyfikuje całość, każe nam sprzeciwić się tego
rodzaju postawie. Usunięcie lub zmiana jednego elementu zadecyduje o
tym, że dana nowa całość nie będzie już całością pierwotną.
Analogia w ten sposób osiągnięta jest znowu „analizą
fikcji”, wynikiem raczej optycznego niż słuchowego podejścia.
Ten
sam zarzut można często postawić harmonicznym analizom Miketty. W
swoich wywodach harmonicznych bardzo ściśle oparł się on na
badaniach Bronarskiego. Ale Bronarski zna i podaje w swych analizach
nowsze prace z dziedziny harmoniki: Erpfa, Kurtha i in. W praktycznej
analizie jednak nie stosuje tych nowych kategorii analizy
harmonicznej, jakie z tych prac wynikają. Miketta – również.
Stąd fakt, że Miketta niewłaściwie interpretuje cały szereg
zjawisk harmonicznego stylu Chopina. Patrzy na nie pod kątem
widzenia harmoniki klasyków i wczesnego romantyzmu, a nie
wyłuskuje z tej harmoniki momentów, które już
wskazują na przyszłość, które zostają rozwinięte przez
Wagnera, Liszta, Straussa czy impresjonistów. A więc cała
problematyka rozbudowy systemu funkcyjnego, zacierania jasności
tonacyjnej, funkcyjności wyższego rzędu, pochodów
pozafunkcyjnych, sumowania funkcyjnego, przesuwania roli centrum
tonalnego z toniki na inne funkcje itp. – to wszystko, co właśnie
staje się nowatorstwem harmonicznym Chopina, nie zostaje w analizach
[Miketty] uwypuklone. Przeciwnie, są tu próby wyjaśnienia
bardzo skomplikowanego i okrężnego, dawnymi kategoriami, „akordów
alterowanych” itp. Niestety i tutaj musimy postawić zarzut –
przestarzałych kategoryj harmonicznych, które nie pozwalają
autorowi dojrzeć nowej problematyki harmonicznej kryjącej się w
stylu Chopina, lub też prowadzą go do niewłaściwych interpretacyj
niektórych zjawisk. O współgraniu momentów
melodyczno-harmonicznych oczywiście prawie że nie ma tu mowy.
Toteż
całe ogromne zagadnienie innowacyj tonalno-harmonicznych idących od
założeń tonalnych folkloru polskiego nie zostało dostatecznie
rozwinięte. Stwierdzenie [występowania] „lidyjskich kwart” czy
basetlowych kwint basowych nie wyczerpuje zagadnienia. Właśnie tu
mógł Miketta znaleźć rozwiązanie [problemu] niepewnych
tonalnie fragmentów, wprowadzając pojęcia „peremiennych
ładów”, jakie stosuje radziecka folklorystyka, właśnie tu
mógł doszukiwać się źródeł różnych chwytów
mazurkowych, stylizacji brzmień kapel itp. Niestety i tu musimy
stwierdzić, że centralne zagadnienie analizy mazurków, tj.
wykazanie łączności ich stylu z polskim folklorem, nie zostało
rozwinięte dostatecznie. Poszukiwanie analogii zwrotów
melodycznych ogranicza się do odkryć, jakie ćwierć wieku temu
zrobiła Windakiewiczowa, lub nieco później Paschałow. Sama
problematyka postawiona jest znów zbyt powierzchownie: nie
tylko zagadnienia tonalne nie zostały tu dostatecznie pogłębione,
ale i zagadnienia genezy rozwoju formy i jej łączności z zasadami
rozwoju w pieśni ludowej w ogóle nie podjęto. Autor nie
podjął też problemu, jak się w mazurkach krzyżuje pierwotna
taneczna koncepcja, wyznaczona założeniem metrorytmicznym, z
kantylenową melodyką Chopina. W jakich mazurkach dominuje element
ludowej muzyki instrumentalnej, jakie są mazurkami pieśniowego
typu? Jakie jest tu współgranie obu współczynników?
Jakie zdobycze Chopina są stylizacją elementów [gry] kapel
ludowych? Miketta stara się zróżnicować elementy mazura,
kujawiaka, oberka, w ramach poszczególnych form, ale ani razu
nie udowadnia, dlaczego o jakimś fragmencie twierdzi, że to jest
taki a nie inny taniec. Także zagadnienie stopnia stylizacji
pierwiastka ludowego jest w mazurkach zagadnieniem szczególnie
ważnym, i nie podjętym przez autora. Są tu przecie mazurki bliższe
ludowym i dalsze, stopień stylizacji jest różny, różne
są także jej środki. Byłoby niesłychanie ciekawe dla
ogólniejszego [ujęcia] zagadnienia stylu narodowego Chopina
stwierdzenie, jakimi środkami kompozytor osiąga ten charakter,
zwłaszcza w mazurkach, które najbardziej bezpośrednio
czerpią z folkloru, stanowią jego właściwe rozwinięcie. Sam
Miketta stwierdza, że w niektórych mazurkach są momenty
zbliżone do walca, ale nie wyjaśnia, na czem to odejście od
„mazurkowatości” w kierunku „walcowatości” polega. Braki te
mają jednak swoje głębsze podłoże u Miketty: na stronie 409
stwierdza on, że „chłopska logika muzyczna jest obca naszym
kategoriom harmonicznym”, wstrzymując się od interpretacji
harmonicznej lidyjskiej figuracji melodycznej nad pustą kwintą
(Mazurek B-dur). Otóż tu znowu musimy sięgnąć do
rewizji założeń, z których wynikają analizy Miketty: jeśli
chłopska logika muzyczna jest obca naszej logice harmonicznej, to
jak się to dzieje, że z tej chłopskiej logiki wyrasta właśnie
styl Chopina, że w ciągu całej historii muzyki ta chłopska logika
wielokrotnie zapładniała logikę artystycznej muzyki, i że dziś
świadomie szukamy syntezy tych dwóch logik? To nie są dwie
logiki: to są tylko dwojakie środki realizowania tej samej logiki.
I właśnie zadaniem analizy mazurków było wykazać, jak się
one ze sobą łączą w tej formie muzycznej, jak się nawzajem
wzbogacają, tj. logika kompozytora na logice ludowej.
I
niestety jeszcze jeden zarzut: jak się to dzieje, że w formie,
której impulsem koncepcyjnym jest ruch, i to ruch taneczny,
autor nie widzi w ogóle problematyki rytmu i metrorytmiki?
Omawia czasem zagadnienia akcentów „hołubcowych”, czy też
hemioli lub dwoistości metrycznej w ramach jednego przebiegu. I nic
pozatem; rytm – w tańcu – nie jest dla Mik. elementem
formotwórczym. Jeśli już Chopin pisze mazurki, to wszystko
mieści się w ramach metrorytmicznych cech tego tańca. Ale jak je
kompozytor wykorzystuje, rozwija, przekształca, jaką rolę one
grają w całości utworu – tych zagadnień nie spotykamy
rozwiniętych. A przecie i współczynnik rytmiki spełnia w
różnych mazurkach, a nawet w ramach jednego mazurka bardzo
różną rolę. W wielu mazurkach tanecznych punkt wyjścia
zamienia się na liryczno-wyrazowy, te dwie różne odskocznie
krzyżują się, przeplatają, powstają różne rodzajowo typy
mazurków. I u Chopina granice są tu dość szerokie: od
mazurków – romantycznych miniatur do tanecznych mazurów,
od wiejskich do prawie taneczno-balowych. Problematyka bardzo ciekawa
– trzeba ją jednak podjąć.
To
samo dotyczy agogiki: Mik. czasem wspomina o agogicznych
właściwościach niektórych fragmentów mazurkowych.
Ale właśnie ten współczynnik wymaga szczególnie
syntetycznego rozważenia w łączności z pozostałymi. I na tym
odcinku przejawia się „izolacjonizm” metody analitycznej, zgubny
dla istotnego wniknięcia w dzieło.
Jeśli
już wyliczamy zagadnienia, które mieszczą się temacie, a
nie zostały w pracy Mik. podjęte, to musimy je uzupełnić jeszcze
innymi: Mik. w ogóle nie zajmuje się zagadnieniem techniki
pianistycznej mazurków, która właśnie ze względu na
swoistą formom tanecznym dynamikę musi posiadać swoją specyfikę.
Nie zajmuje się środkami kolorystyki fortepianowej w mazurkach (tj.
stosunkami i rozkładem efektów rejestrowych); zupełnie –
jak mi się zdaje – niewłaściwie podchodzi do zagadnień
polimelodyki chopinowskiej, traktując je jako przejawy linearyzmu,
tj. zakładając przemianę postawy fakturalnej u Chopina. Podejście
do polimelodyki Chopina z kategoriami linearyzmu zaciera istotę
zjawiska, co więcej, fałszuje jego obraz. Moim zdaniem niesłuszne
jest też wielokrotne i ostre odcinanie się Miketty od zagadnienia
programowości w mazurkach Chopina. Forma muzyczna, która jest
bliską stylizacją konkretnych przejawów życiowych, jakimi
są tańce, i to tańce ludowe, nie może być absolutyzowana, jak to
czyni Mik., tj. obrana z wszelkich, niewątpliwie utajonych w niej
momentów programowo-ilustracyjnych. Zamiast kategorycznie
odcinać się od tego zagadnienia, należało je rozważyć w
granicach, w jakich ono zasługiwało na rozważenie i pozwalało na
naukowe podejście. Bo przecie – w nowoczesnym znaczeniu tego
terminu – i „basetlowe” kwinty, i [słowo nieczytelne] akcenty,
i „fujarkowe” figuracje melodyczne to też specyficzny rodzaj
programowości, który tylko należało w odpowiedni sposób
ustawić.
Jeszcze
bardziej brak nam w pracy Miketty próby chronologii mazurków
na podstawie ich cech stylistycznych i próby wykazania rozwoju
stylu mazurków u Chopina. [Nie ma w niej] ani próby
typizacji mazurków, ani też próby przeprowadzenia
linji rozwojowej tego gatunku w ramach twórczości
kompozytora. A mazurki towarzyszą Chopinowi przez całe jego
życie,Mazurek g-molljest ostatnim dziełem jego życia.
Czyżby dojrzewanie kompozytora, zmiana warunków życia,
środowiska, później choroba, nastroje nic nie zmieniały na
odcinku mazurkowej twórczości? Sam fakt, że w dzieciństwie
mógł je na żywo wprost pod karczmą wysłuchać na wsi
polskiej, i że potem przez dwadzieścia ostatnich lat swego życia
mógł je tylko wspominać – czy to nie zaważyło na stylu
tych mazurków? Niestety, i to nie było zagadnieniem dla Mik.
Nie było nim również zagadnienie historyczne: czem się
różnią mazurki Chopina od analogicznych form jego
poprzedników i jemu współczesnych? Co on wniósł
nowego w ten genre muzyczny? Na czem polega wyjątkowe
stanowisko mazurków chopinowskich? I tu autor zatrzymał się
na samej powierzchni zagadnień, analizował każdy z mazurków
z osobna, a zasadę porównawczości ograniczył do szczegółów;
nie przeprowadził linji rozwojowej ani tej formy w ramach twórczości
kompozytora, ani w ramach rozwoju miniatury tanecznej romantyzmu. A
więc ahistorycyzm, czyli inna forma tego, co nazwałam
„izolacjonizmem” w analitycznej metodzie Miketty. Izolowane
rozpatrywanie elementów konstrukcji, izolowane rozpatrywanie
poszczególnych utworów, izolowane podejście do danego
gatunku twórczości Chopina w ramach jego epoki.
To
wszystko ma swoje źródła w jednej podstawowej pomyłce
autora: Mik. Stawiał przed sobą zbyt nikłe, zbyt małe zadania. Po
prostu to, co powinno było być materiałem przygotowawczym do
napisania monografii analitycznej o mazurkach Chopina, wziął za
samą pracę naukową. Nie stawia przed sobą żadnych problemów
ogólnych, nie dąży do uogólnień na swoim odcinku
badań. Jakow y n i k ipracy naukowej podaje w swej książce to, co
dopiero – przy pewnym pogłębieniu i unowocześnieniu samej
analizy – powinno było stać się odskocznią do pisania książki.
Pracę Mik. cechuje ciasny empiryzm, opisowość mechanistyczna, bez
całościowego spojrzenia na dzieła, bez spojrzenia na dzieło
muzyczne jako na formę wyrazu, bez próby postawienia w ogóle
zagadnienia stosunku środków do wyrazu na odcinku mazurków
chopinowskich. Mamy tu nagi opis środków, i to opis
dokonywany metodami dziś już niewystarczającymi.
Ponadto
nie może istnieć żadna analiza dzieła, która by całkowicie
odsuwała od siebie założenia estetyki i zagadnienie znaczenia
dzieła dla słuchacza, tj. psychologii. Bo dzieło sztuki nie jest
nam nigdy dane „samo w sobie”, ale zawsze jako dzieło
określonego człowieka, określonej epoki i określonego środowiska
kulturowego, tj. w pierwszym rzędzie – narodowego. I dzieło
sztuki „żyje” zawsze dla określonego słuchacza, określonej
epoki i środowiska. Analiza dzieła obranego – z jednej strony –
z jego stosunku do kompozytora (tj. nie jako formy wyrazu tworzonej)
i – z drugiej – ze stosunku do słuchacza (tj. jako percypowanej
formy wyrazu), staje się analizą fikcji. Mik., odgraniczając się
we wstępnym rozdziale od estetyki, określa jej zadanie jako
„określenie piękna lub brzydoty” dzieła (str. 16). W estetyce
współczesnej wcale nie idzie o tak schematyczne zadania,
podobnie jak w psychologii odbiorcy wcale nie idzie „o wyjaśnienie
reakcyj fizjologicznych lub psychicznych, jakie powstają w odruchach
lub w wyobraźni słuchacza” (definicja Miketty). Ktokolwiek
zajmował się psychologią lub estetyką muzyki ostatnich lat
osiemdziesięciu, to wie, że obie definicje tych dyscyplin są
całkowicie nieaktualne od kilku pokoleń. Analiza środków,
ściśle w sensie metod i elementów konstrukcji, nic
czytelnikowi dać nie może, o ile nie podejmuje głębszych
zagadnień, a mianowicie: czemu te środki mają służyć i jak te
środki oddziaływają na słuchacza. Wprawdzie przyznać musimy, że
nowe metody analizy muzycznej, która by uwzględniła te
momenty, a zarazem stała na najnowszych pozycjach i zdobyczach
historyczno-teoretycznych, zawsze jeszcze są w trakcie
wypracowywania, niemniej podejmowanie analizy na dzisiejszym etapie
rozwoju naszej dyscypliny na założeniach, jakie w niej panowały
przed pół wiekiem, jest nie do pomyślenia. Analizy
chopinowskie mogą wnieść ogromnie wiele w ogólne
zagadnienie wypracowania nowoczesnej metody analitycznej i jest
naszym zadaniem na tym materiale sformułować jej wytyczne.
Słusznie
zauważył doc. Chomiński w swojej pracy w Księdze Pamiątkowej ku
czci prof. Chybińskiego, że „metoda analizy zależy od definicji
formy utworu muzycznego”. Należałoby to twierdzenie rozwinąć
jeszcze w tym kierunku, że zarówno metoda analizy, jak też i
definicja formy zależą wspólnie od założeń
ogólnofilozoficznych, tj. założeń estetyki muzycznej, a w
jej ramach – od definicji dzieła muzycznego. Próbowałam
podać tę definicję w Uwagach o metodzie, w tejże Księdze
Pamiątkowej. Ujęcie dzieła muzycznego jako wyrazu czegoś od
samego dzieła niezależnego przewija się przecie nawet już poprzez
idealistyczne wywody Kurtha i Mersmanna. Ujęcie formy w sensie
przebiegu energetycznego staje się podstawą, na której
później Asafjew rozwija swoją teorię intonacji w dziele
Forma jako proces. Wydaje mi się, że pierwszym zadaniem nas
wszystkich, którzy podejmujemy tu próby nowoczesnej
analizy dzieł chopinowskich, jest dokładne poznanie metod, jakimi
na tym odcinku pracuje muzykologia radziecka, która znacznie
wcześniej od nas stanęła na stanowisku estetyki zakładającej, że
muzyka – podobnie jak wszelkie inne sztuki – jest odbiciem
rzeczywistości. Wprawdzie w muzyce jest to problem szczególnie
skomplikowany i trudny, i wcale jeszcze ostatecznien i erozwiązany,
niemniej analizy nowoczesne, które odsuwają od siebie,
omijają te zagadnienia, i całą estetykę sprowadzają do problemu
„piękna lub brzydoty”, skazane być muszą całkowicie na
niepowodzenie. Odsuwanie od siebie tych zagadnień w praktyce
sprowadza się do starych, idealistycznych pozycyj estetycznych,
których konsekwencją muszą być formalistyczne metody
analizy i ahistoryczne traktowanie jej przedmiotu. Analiza tego
rodzaju nie może spełniać swego podstawowego zadania,
tj.wyjaśnieniadzieła. Nie zgadzam się z tezą Miketty, że
„analiza nie powinna wkraczać w dziedziny dla niej zasadniczo
obce, poboczne”. Nie uważam, żeby problemy formy mogły być
wyizolowane z zagadnień estetyczno-historycznych. Przeciwnie, zdaje
mi się, że tylko właściwe naświetlenie problemów formy (w
sensie współdziałania całokształtu elementów w
służbie wyrazu) od strony estetyki i historii może właściwie
ustawić problematykę analizy dzieła muzycznego. Dla Miketty
istnieje w utworze muzycznym tylko „logika konstrukcji”, a reszta
jest fikcją. A mnie się zdaje, że dzieło muzyczne rozpatrywane
tylko od strony „logiki konstrukcji” istniejącej samej dla
siebie i samej w sobie – jest właśnie fikcją. Konstrukcja jest w
utworze czynnikiem niewątpliwie ważnym, bardzo ważnym, ale nie
wyczerpuje żywego organizmu dzieła, jako formy ludzkiego wyrazu,
jako tworu społecznego, w którym jeden człowiek (twórca)
wypowiada się, a drugi człowiek – słuchacz – w słuchaniu
dzieła odnajduje pewne wartości.
Z
tych samych ograniczeń wynika też i inna jeszcze teza autora, z
którą nie mogę się zgodzić: to, że analiza nie jest
monografią danego odcinka twórczości. Analiza nie może być
czystym empiryzmem, rozdrobnieniem na poszczególne drobne
opisy elementów. Tymczasem w pracy Mik. brak jakiejkolwiek
próby typizacji. Że autor na podstawie analizy samych
mazurków nie mógł dać syntezy dotyczącej ogólnego
stylu kompozytorskiego Chopina – to jasne, ale mógł pokusić
się o syntezę stylu mazurków, szczególnie że ten
odcinek reprezentuje ogromnie ciekawą i specyficzną problematykę
tego stylu: bezpośrednią, organiczną łączność z folklorem.
Przecie właśnie na tym odcinku wypracowane [przez Chopina] muzyczne
uogólnienie znamion folkloru polskiego stało się odskocznią
dla „polskości” jego stylu i w innych formach – to jasne. Tu,
w mazurkach, była właściwa kuźnia narodowego stylu Chopina. I
przejście obok tego w pracy poświęconej wyłącznie mazurkom
odczułam szczególnie boleśnie.
Praca
badawcza w muzykologii, jak i we wszystkich innych naukach, jest
pracą naukową, o ile prowadzi do – zgodnych z rzeczywistością –
uogólnień, które znów ze swojej strony stanowią
podstawę dla dalszych syntez. Dobrowolna rezygnacja z tych
uogólnień, co więcej: ze stawiania problemów, jest
zatrzymaniem się w połowie drogi.
Mik.
wykazał w swych analizach tyle szczerej wnikliwości, tyle energii i
zapału dla tematu, że wydaje mi się niepojęte takie dobrowolne
postawienie sobie ściany na własnej drodze. Jestem pewna, że jej
zburzenie pozwoli autorowi na rozwinięcie właściwej problematyki
jego książki. Moim zdaniem książka w tej postaci, w jakiej ona
została wydana, właściwie nie posiada swojego czytelnika: dla
muzyka, który interesuje się strukturą mazurków
Chopina, jest w tych analizach niewiele poza tym, co on sam w nich
słyszy i widzi. Dla niemuzyka książka taka jest niedostępna w
swojej specyficznej terminologii, skrótach, znakowaniu itp.
Argumentowanych znajomością materiału – którą w
najwyższym stopniu przyznajemy autorowi – uogólnień
czytelnik-muzyk tutaj nie znajdzie.
I
jeszcze na zakończenie zagadnienie terminologii: wszelkie terminy są
skrótami, które uogólniają pewne zjawiska
typowe i ułatwiają fachowcom porozumienie się. Otóż
zauważyć można w książce Miketty dwie tendencje: modyfikację
terminów już powszechnie przyjętych – niczem nie
uzasadnioną (jak np. sekwens, zamiast sekwencja, odmienne używanie
terminu tonikalizacja), tworzenie nowych terminów dla zjawisk
przypadkowych itp. Zarzuty te jednak są mniej istotne w porównaniu
z poprzednimi.
Ogromny
wysiłek autorski włożony w tę pracę, wielki wysiłek wydawniczy
minęły się tu ze swoim celem. Wniosek z tego płynie taki, że
błąd leży nie w zasadach i metodach samego autora, ale w ogólnej
metodzie podejścia do pracy tego typu. Jest zadaniem dzisiejszej
konferencji znaleźć wytyczne dla tego rodzaju prac monumentalnych,
ażeby uniknąć na przyszłość podobnych omyłek. Przede wszystkim
prace tego typu muszą być kolektywnie planowane, kolektywnie
kontrolowane i dyskutowane. Etapem wstępnym do tego musi być
poznanie najnowszej literatury przedmiotu, głównie
radzieckiej. Proponowałabym coś w rodzaju seminarium
samokształceniowego, które by nam wszystkim, rozproszonym w
różnych ośrodkach, pozwalało skupić się i wypracować
wspólny pion dla naszych prac. Przejście na kolektywną
metodę wszelkich większych prac naukowych jest tu także bardzo
pożyteczne. Przyzwyczajenie się do jawnej i ostrej krytyki –
konieczne.
|
|