|
WOLFGANG DÖMLING
MUZYKA JAKO DROGA KU GRANICY NIEZNANEGO.
FRANCISZKA LISZTA OSTATNI POEMAT SYMFONICZNY
|
Swój
ostatni poemat symfoniczny Od kołyski do grobu Franciszek
Liszt komponował z właściwą starości jasnością spojrzenia na
życie jako drogę ku niewiadomej. Wszakże niewiadomej, której
z pewnością nie towarzyszy idealizująca apoteoza. Centralny
fenomen życia, jego kres, z żadną inną sztuką nie jest związany
tak blisko, jak z tą pozornie najbardziej abstrakcyjną, najdalszą
od realności, z muzyką. Chwila i trwanie, intensywność poczucia
egzystencji i świadomość przemijania, szczęście zabarwione
cierpieniem wiecznie tajemniczej condition humaine – właśnie
to zawiera muzyka i to odczuwamy słuchając muzyki.
Tradycja
europejska łączy muzykę z czasem. Już średniowieczna teoria mówi
o procesualności w muzyce, o muzycznym przebiegu i jego celowości,
o kierunku w jakim winien on zmierzać. W muzyczną ideę processus,
zakorzenioną w tradycji, wydaje się wkomponowana chrześcijańska
obietnica zbawienia. To utopijne pragnienie jest obecne w muzyce
także wtedy, gdy nie pełni ona funkcji kościelnej, a nawet gdy,
wyswobodzona ze związków ze słowem, kieruje się własną
miarą wartości jako muzyka czysto instrumentalna.
Apoteoza
W
dziewiętnastym wieku porównywano przebieg symfonii,
następstwo jej części i charakterów muzycznych, do
ludzkiego życia. Podobny miał być w obu przypadkach także cel:
spełnionemu życiu odpowiadać miało dzieło z przesadnie
pozytywnym zakończeniem. Apoteoza, tryumf – oto finale symfonii,
wzięte jakby z tamtego świata. Jeśli nawet nie było w tym
religijnej wiary, to sama muzyka zakładała istnienie owego świata
innego, lepszego. Zakończenie otwarte, zdominowane wahaniem, czy
wręcz pozbawione nadziei, nihilistyczne, aż po koniec
dziewiętnastego wieku było nie do pomyślenia. W muzyce dochodzi do
katharsis inaczej, niż w tragedii: poprzez obietnicę
wyzwolenia, poprzez zrównoważenie, harmonię.
Ale
jak muzyka radzi sobie z rozstrzygającym momentem przejście od „tu”
do „tam”, jak wkracza we własny „tamten świat”. Wzorem
pozostawał pozornie deus ex machina opery barokowej – nagłe
wtargnięcie czegoś nieoczekiwanego. (Z pewnością także dlatego,
że dające się łatwo komponować). Twórca nowożytnego
finału – apoteozy, Beethoven, inaczej niż wielu po nim, starał
się komponować również samo „przejście”. Wprawdzie
niezbyt przekonująco w Dziewiątej (z powodu banalnych słów
tekstu: „o Freunde, nicht diese Töne”), za to wspaniale w
Piątej, kumulując nieubłaganie narastające napięcie w przejściu
między scherzem a finałem.
Kilka
dziesięcioleci później Franciszek Liszt uważał za właściwe
zakończyć symfonię Faustowską i Dantejską patetyczną apoteozą.
(Co do Dantejskiej, nie był do końca zdecydowany: dodał jeszcze
cicho wybrzmiewające zakończenie, ale ad libitum). A w
poemacie symfonicznym Die Ideale wystąpił nawet z apoteozą
domowych zajęć swego „ideału” (jak głoszą objaśnienia w
partyturze). Jako raczej apoteoza pracowitości nadaje to
Lisztowskiej muzyce odcień niezamierzonego komizmu. Nie tak było to
wprawdzie pomyślane w wierszu Schillera, ale dzieło, powstałe na
wyjątkową okazję odsłonięcia pomnika Goethego i Schillera
(1857), uznane zostało za reprezentatywne dla nadwornego
kapelmistrza weimarskiego. I tą właśnie apoteozą Liszt świadomie
zamknął okrągły tuzin swych poematów symfonicznych. Dzieło
wg Hamleta, mimo iż potem powstałe (1858), skierował do
druku jako numer dziesiąty.
„Nastrój
przejścia”
Ponad
dwadzieścia lat później, czując się u kresu życia, Liszt
pisze w roku 1881 swój ostatni poemat symfoniczny, trzynasty,
jakby wykraczający poza właściwą ich liczbę. Partyturę
zaopatruje postscriptum: Od kołyski do grobu. Zainspirowany
jest w tym rysunkiem autorstwa hrabiego Michaela Zichy’ego,
niewielkiej wartości, który jednak musiał głęboko go
poruszyć. Zmienia zwykłe następstwo części – dwie powolne
stają się ramą dla części szybkiej. Tonacje ulegają stałemu
zacieraniu, często nie jest w ogóle możliwe ich określenie.
Cześć pierwsza, pt. Kołyska, delikatnie instrumentowana
(smyczki, flety), piano i sempre dolce, niemal bez
podstawy basowej i o ruchu jakby pozbawionym kierunku, jest
intrygująco monotonna. Muzyka części drugiej (Walka o byt)
wkrótce ujawnia, że i tu nie chodzi o żaden rzeczywisty
processus, żaden cel: jakby unikając zakończenia, załamuje
się ona na pojedynczym dźwięku pianissimo. Część trzecia (Nad
grobem: kołyska przyszłego życia), bliska charakterem i
motywiką pierwszej, rozpoczyna się ekspresywnymi motywami skargi,
wplata następnie dalekie echa części środkowej i wreszcie uchodzi
w obszar wygaszania, w dziwne, najdalej prowadzące modulacje: jakby
ktoś szykował się do odejścia, dyskretnego, z pozostawieniem za
sobą otwartych drzwi, jak to odczuł Hamphrey Searle, ewokując
„osobliwy nastrój – przejścia, przemiany, dający do
zrozumienia, że kompozytor stoi oto u progu nieznanego świata”.
Ta
muzyka, tak bardzo muzyka wieku późnego i tak bardzo
uchylająca wszelkie konwencje – wydaje się jakby przechodzeniem,
zbliżaniem do granicy. Dokąd wszakże prowadzi owo przejście, co
na nas za nim czeka – o tym nie mówi. Niczego się nie
domaga i niczego nie obiecuje. Jest muzyka ta – jeśli kto chce –
w najgłębszym sensie realistyczna, ludzka: odnosi nas tylko do
sąsiedztwa śmierci, do początku „przejścia”. Choć nie bez
odcienia melancholijnie (ale nie sentymentalnie) zabarwionej nadziei.
Dla mnie to najpiękniejszy poemat symfoniczny Liszta. Nigdy nie
wykonany*, mógłby poruszyć każdego dzisiejszego słuchacza.
______________________
* Poemat
nagrał Kurt Masur z Orkiestrą Gewandhausu (przyp. red.).
Wolfgang
Dömling, Die Musik als Passage zur Grenze. Franz Liszts
letzte Sinfonische Dichtung,
„Neue Zürcher Zeitung”, 24 XII 2005.
Tłumaczył
Władysław Malinowski.
Za
uprzejmym zezwoleniem Redakcji pisma. Mit
freundlicher Genehmigung der „Neue Zürcher Zeitung”.
|
|