|
MACIEJ
JABŁOŃSKI
PRZECIW
MUZYKOLOGII
|
Byłoby
subtelniej z mej strony, gdybym nie zakłócał jednego z
nielicznych nabożeństw, jakie nam jeszcze pozostały
Witold
Gombrowicz, Przeciw poetom*
Trawestując
zdanie Christophera Balmego z Wprowadzenia do nauki o teatrze,
powiedzielibyśmy, że „nauka o muzyce ma dwóch wrogów:
naukę i muzykę” [Balme 2002: 5]. Zamierzam wspólnie z
Czytelnikiem tej wypowiedzi (lub wręcz przeciwnie) zastanowić się,
czy i jakie konsekwencje może mieć taka diagnoza. Czy jej autor
może liczyć na pobłażanie (każda dyscyplina ma bowiem swojego
błazna, a kto błazna nie spotka, ten jest zgubiony), czy może
zasłuży na salwę śmiechu?; oby na jedną, wiemy bowiem dzięki
Franzowi Kafce, że śmiech może z łatwością zaprzeczyć
wszelkiemu dialogowi. Każda, także i ta próba diagnozy wiąże
się z decyzją wejścia na własną i nieznaną drogę, otwiera nową
przestrzeń myślową, choć owo otwarcie – jak pisał w sprawie
swej morskiej podróży Johann G. Herder – „przejmuje
dreszczem” [Herder 2002: 99]. Wiemy też, że powodzenie wytyczonej
misji zależy od wielu warunków, z których jeden –
akuratność argumentacji, że wybór drogi był trafny –
poddaję pod szczególnie wnikliwy osąd odbiorcy tych słów.
*
Polska
scena muzykologicznej bez-dyskusji na tematy, które – moim
zdaniem – stanowią jej „problem założycielski”, bo
filozoficzny, wpisuje się znacząco w ogólniejszej natury
opinię Jolanty Brach-Czainy, wygłoszoną przy
okazji dyskusji nad stanem literatury feministycznej w Polsce: „Jak
wiadomo, polscy intelektualiści najbardziej boją się ośmieszenia.
A więc pośrednio boją się eksperymentu i ryzyka. Śmiertelna
powaga, strachliwość, lęk przed opinią środowiska to cechy,
które zatruwają całe polskie życie intelektualne”
[Brach-Czaina 2003: 33]. Czy w ten sposób myśli jedynie
wybitna filozofka, czy być może znajdziemy równie dosadne
słowa wygłoszone przez przedstawicieli innych dyscyplin? Do opinii
Brach-Czainy dodam – cytowaną już przeze mnie przy innej okazji –
wypowiedź Michała Buchowskiego w Zrozumieć Innego, który
powiada, że powodem braku przestrzeni interpretacyjnej, w której
odbywałaby się dyskusja antropologów na tematy dla tej
dziedziny najistotniejsze, są ignorancja albo zadufanie [Buchowski
2004: 15].
Zadając
pytanie o dokuczliwy (czy dla wszystkich?) brak dialogu, który
niweczy uprawę cnoty humanitas, słyszymy wciąż w jednym
tonie utrzymane odpowiedzi: że filozofowie nie rozmawiają ani z
antropologami (ci ostatni nie rozmawiają również ze sobą;
Buchowski) (1), ani z literaturoznawcami, choć od literatury
wiele mogliby się do-wiedzieć (Leszek Nowak) (2), ani
też z pedagogami (Lech Witwicki), mimo że jednym i drugim wypada
pamiętać zarówno o wizji człowieka jako organicznej
całości, jak i o ideałach paidei i philantropii. Ten
stan rzeczy oddaje w pełni celność argumentów, którymi
posłużył się Tadeusz Gadacz, formułując tyleż poruszającą,
co brzmiącą jak przestroga tezę o uwiądzie myślenia
humanistycznego w Polsce; nie tylko zresztą w Polsce – dodamy
skwapliwie – choć rodzimy wariant tej sytuacji powinniśmy
odbierać jako szczególnie dotkliwy. Filozof powiada między
innymi: „W Polsce aintelektualizm nie jest plebejski ani
obskurancki. To nie troglodyci są aintelektualni, tylko polskie
elity” [Gadacz 2005: 9].
Czy
od tej dramatycznie sformułowanej diagnozy, zdawałoby się – bez
wyjścia, gdyż głęboko zakorzenionej w zubożonej o wymiary
humanitas (polskiej) współczesnej kulturze, nie ma
wyjątków, do których moglibyśmy się odwołać,
stawiając przy tym pytania potrzebne naszej dyscyplinie –
muzykologii? Myślę, że warto wspomnieć o trzech takich wyjątkach,
poglądach i stojących za nimi ideach obecnych od pewnego czasu na
rodzimym rynku intelektualnym. Każdy z nich, choć z innych powodów,
jest bliski autorowi tych słów, wszystkie razem zaś nie
wyczerpują – rzecz jasna – całości problematyki, nad którą
głowi się dziś filozofia humanistyki. Upraszczając powiem, że
chodzi tu o idee istotne dla humanistyki i ściśle ze sobą
powiązane: o rozumienie podstaw humanistyki, o „zwrot etyczny” i
o język (pojęcie „język” widzę szeroko, nie tylko przez
pryzmat normatywno-realistycznego punktu widzenia. Patrząc w ten
sposób, pominąłbym np. język poezji, który służy
stwarzaniu światów, a nie tylko opisywaniu naszego,
aktualnego świata).
To,
co nas powinno szczególnie zainteresować, to fakt, że debata
nad wskazanymi trzema zagadnieniami toczy się w łonie tak bliskich
muzykologii dziedzin, jak historia i antropologia. Muzykologia winna
też zauważyć, że owe wzajem niezależne dyskusje historyków
i antropologów zaprowadziły ich uczestników do ogólnej
konstatacji, że dzisiejsze nauki humanistyczne uprawiać należy z
pozycji zaangażowania, jak nigdy dotąd obejmującego wszelkie
przejawy działalności naukowej i ich rezultaty, z rozważaniami
tyczącymi statusu przedmiotu włącznie. Pojęcia takie, jak
„niewinny przedmiot” (przedmiot nie zjawia się badaczowi inaczej
niż przez zauroczenie, jest powodowany i powoduje namiętności oraz
„interesowność”) (3), „niewinny język interpretacji”
(„/…/ jak absurdalny jest sąd, że możemy zrozumieć coś
wielkiego przez kurczowe trzymanie się /…/ niezaangażowanego
patrzenia”, pyta Wiesław Juszczak), neutralność,
niezaangażowanie, interpretowanie celów nauki z punktu
widzenia tezy o niesłużeniu innym interesom jak tylko wąsko
pojmowanym interesom poznawczym, mające poświadczać słuszność
założenia o autonomii nauki, są anachronizmami – przynajmniej
dla tych, którzy nie pokładają w scjentyzmie nadziei na to,
że tylko nauka daje nam wiarygodny obraz tego, co jest [Juszczak
2003: 15].
Spór
dotyczy szczególnie newralgicznej dla refleksji humanistycznej
pary pojęć: obiektywizm – subiektywizm, z akcentem na drugi człon
pary. Przemyślenie na nowo problematyki subiektywności, którą
Edmund Husserl (1936!) uznał za centralną zagadkę filozofii,
wydaje się niezbędne – również dla muzykologii – w
świetle zasadniczych pytań o to, czym dziś jest humanistyka i
jakie są jej nie tylko poznawcze, ale i społeczne, w tym etyczne,
cele. Z właściwą sobie intuicją dostrzegł to już Friedrich
Nietzsche, który w sprawie wizerunku „naukowca zjedzonego
przez robaka rozumu” (Czaja) pisał:
człowiek
naukowy to prawdziwy paradoks. Otaczają go najstraszliwsze problemy,
a on zstępuje w otchłanie i zrywa kwiatek, by policzyć jego
pręciki. Nie jest to poznawcza otępiałość, bo płonie on
gotowością do poznawania i odkrywania i nie zna więcej rozkoszy
niż pomnażanie skarbów wiedzy. Zachowuje się jednak niczym
najdumniejszy z niebieskich ptaków – tak jakby byt nie był
sprawą rozpaczliwą i wątpliwą, lecz solidnym na wieczność
zagwarantowanym majątkiem [Nietzsche 1993: 254];
„[...]
a upiór obiektywizmu wciąż straszy w humanistyce” –
dodaje dobitnie w komentarzu polski antropolog [Czaja 2006: 193].
Problematyka
zaangażowania staje się wręcz emblematyczna dla rozważań o
stanie nauk humanistycznych po „zwrocie etycznym”, który
bywa z powodu zasięgu i wagi porównywany ze „zwrotem
lingwistycznym” sprzed lat. Niezależnie jednak od trafności tego
poglądu powiedzieć trzeba, że „zwrot etyczny” wyznacza ważny
etap samoświadomościowej organizacji humanistyki, a zwłaszcza nauk
społecznych, stając się dla tych nauk wyzwaniem i programem
przemian. Stopień przyswojenia w Polsce owego „zwrotu” jest z
pewnością niezadowalający, o czym wprost i nie wprost pisali
wielokrotnie przedstawiciele różnych dyscyplin, poszukujących
nowych narzędzi i nowego języka: Joanna Tokarska-Bakir, Michał
Buchowski czy Dariusz Czaja w antropologii, Ewa Domańska w historii,
Jolanta Brach-Czaina w filozofii i refleksji feministycznej. Chodzi
przy tym o taki tryb wmyślania się w humanistykę, który
owocuje tworzeniem jej nowych zasad wywiedzionych w głównej
mierze z roli, jaka przypada tak językowi, jak i przedjęzykowym
formom ekspresji ludzkiego doświadczenia, hybrydycznymi ujęciami
badawczymi, zaangażowaniem, odpowiedzialnością i głębokim
krytycyzmem; „domeną innych jest rozpraszanie wątpliwości, naszą
ich wzbudzanie” – powiada Buchowski.
Jednym
z najważniejszych punktów odniesienia dla refleksji „zwrotu
etycznego” jest doświadczenie. Problem doświadczenia, aczkolwiek
obcesowo traktowany przez wielu współczesnych myślicieli (z
Richardem Rortym na czele), uznawany za nieprzezwyciężalny, za
kontrowersyjny do tego stopnia, że – jak zauważa Georgio Agamben
– „może być dziś podejmowany tylko ze świadomością, że
jest nam niedostępny”, powraca do filozofii i humanistyki jako
pasjonujące wyzwanie [Agamben 1993: 13]. Z jednej strony bowiem
doświadczeniu towarzyszy niepewność, nie tylko co do możliwości
jego wypowiedzenia, ale również co do jego natury: ile jest
odmian doświadczenia, czy można i należy tworzyć ich hierarchię
– np. mając na względzie kryterium przydatności dla nauki lub
kryterium racjonalności (co może, ale nie musi się pokrywać); czy
doświadczenie przybliża nas do rzeczywistości przez swoją
pasywność, czy też dzięki temu, że jest aktywne; w jakich
związkach z językiem pozostaje doświadczenie i jaki jest status
doświadczenia, które wymyka się językowemu ujmowaniu (np.
doświadczenie mistyczne czy doświadczenie sytuacji granicznych). Z
drugiej strony doświadczenie stanowi fundament życia w całej jego
niepowtarzalności, również i tam, gdzie w życie
interweniuje sztuka; stąd traktowanie krytyki etycznej jako
doświadczenia, które zakłada ciągłość między życiem a
lekturą, między książką czy muzyką a splotem myśli i postaw
przez nie wywołanych. Lektura jest czynem wewnętrznym, wymaga
odwagi i stawia pytania o tożsamość czytelnika. Przypomnijmy tylko
w tym miejscu nie dające się przecenić rozważania nad
transgresyjną naturą doświadczenia, które etymologicznie
wiąże się z „próbą”, „granicą”, „zagrożeniem”
i „niebezpieczeństwem” – spotkanie z tym, co nieznane i
dotkliwe [Leśniak 2003: 7-8; Nycz 2006: 7-8; Lacoue-Labarthe 2004:
150].
Jednym
z najistotniejszych źródeł refleksji nad doświadczeniem
było przekonanie, że jego ranga w dzisiejszej humanistyce wiąże
się z właściwym naszej kulturze kryzysem reprezentacjonizmu, a co
za tym idzie, języka jako środka wiarygodnego przedstawiania
rzeczywistości. Kryzys ten ma charakter fundamentalny i – jak
widzimy co najmniej od końca XIX wieku – trwały, jego nasilenie
zaś przypada na czas po drugiej wojnie światowej i wiąże się
nierozerwalnie z debatą nad doświadczeniem Zagłady. Nie wkraczając
na ten przeogromny obszar znaczony wielością i różnorodnością
polemik i szczerym zaangażowaniem polemistów, powiem, iż ów
ostatni, szczególny rodzaj doświadczenia wymykającego się z
natury rzeczy językowemu ujmowaniu, a mimo to (albo właśnie
dlatego) przykuwającego zainteresowanie nauki, ma swoją „muzyczną”
postać i przez to zasługuje na uwagę muzykologii. Przekonująco i
wstrząsająco pokazał to Pascal Quignard, który w Nienawiści
do muzyki pisał: „muzyka jako j e d y n a ze sztuk wzięła
udział w eksterminacji Żydów”. A skrzypek Karel
Froelich, ocalały z Oświęcimia, jakby na przekór potędze
rozumu, dodawał: „… w Teresinie istniały ‘idealne warunki’,
by komponować i wykonywać muzykę”; czy muzyka i zło mogą
stanowić tak doskonałą parę? Fakt, że
rytuał ostatecznego upokorzenia dopełniał się w rytm wiedeńskiego
walca, symfonii Wolfganga A. Mozarta czy Rosamundy Franza
Schuberta, nie może być przy tym interpretowany z punktu widzenia
funkcji, jaka przypadła okazjonalnie muzyce w okolicznościach
nadzwyczajnej opresji, lecz – zdaniem francuskiego filozofa – ma
swoje źródło w naturze muzyki, przez co jest tak
zatrważający. Nie sposób odeń odwrócić myśli,
powiedzielibyśmy za filozofem, zwracając jednocześnie uwagę, że
jest to problem z zakresu ontologii muzyki, a pytanie, czy
muzykologia jest gotowa sprostać wyzwaniu, które rzuca
Quignard, nie jest pytaniem retorycznym, o ile naszą naukę
potraktujemy poważnie ze względu na zadania i problemy, jakie
spotyka dziś na swej drodze humanistyka [Quignard 2004: 183] (4).
Na pytanie o to, jakim językiem powinniśmy rozmawiać na
temat, który zadał nam Quignard, jak uchwycić sedno tego
doświadczenia, które opisuje Froelich, nie ma zadowalającej
odpowiedzi. To właśnie język jest tym medium, które powraca
jako punkt odniesienia zarówno w dyskusji nad podstawami
humanistyki, jak również jako stała refleksji spod znaku
„zwrotu etycznego”, zwłaszcza gdy mowa o „doświadczeniu,
którego nie ma” (Nycz). Jedną z możliwości, która
pojawia się w tym miejscu, jest – kolejny już – zwrot, tym
razem w stronę literatury, poszukiwanie miejsc wspólnych
historii i antropologii z literaturą poprzez wskazanie strategii
przenikania tego, co literackie, do innych typów dyskursu. Ten
wątek scala dwa już wymienione przykłady – historii i
antropologii – z trzecim, wprawdzie „osobnym”, silnie
indywidualnym, lecz dobrze służącym jako emblemat zajmującej nas
tu problematyki. Mowa o pisarstwie Jolanty Brach-Czainy, o jej
„tekstowych hybrydach” (Grzegorz Grochowski), w szczególności
Szczelinach istnienia, rozpiętych między literaturą a
subtelnym i dociekliwym namysłem filozoficznym. Podjęta przez
filozofkę próba przedstawienia elementarnych problemów
egzystencjalnych językiem często rozsadzającym ramy standardowej
komunikacji filozoficznej wzmaga niebywale naszą aktywność jako
czytelników, zwłaszcza na polu aksjologii.
Poglądy,
o których tu mowa, rodzaje pisarstwa tu przywołane interesują
mnie przede wszystkim dlatego, że sygnalizują przemiany w zakresie
naszego stosunku do języka – filozofii czy nauki. Generalnie rzecz
biorąc, chodzi między innymi o zakwestionowanie tezy o nadrzędności
poznawczej funkcji języka („ścisłość wydaje się niezbędna
tylko tam, gdzie w grę wchodzi poznawcza funkcja języka”, pisze
Marian Przełęcki), krytykę założenia o metajęzykowym statusie
wypowiedzi naukowych, czego efektem jest rozluźnienie rygorów
argumentacyjnych, nasilenie retoryczności i perswazyjności tekstów,
a w konsekwencji pomieszanie gatunków pisarskich i
uświadomienie braku jednoznacznie wyznaczonych granic pomiędzy
poszczególnymi odmianami wypowiedzi. Współczesna
humanistyka ma problem z językiem zwłaszcza tam, gdzie domagamy się
od niego jasności, ścisłości czy zrozumiałości. A przecież
„niejasność sposobu myślenia może być ‘nieuchronnym
następstwem czynników tkwiących w przedmiocie wywodów’.
[...] Tak właśnie ma się rzecz z poznaniem wartości”, powiada
cytowany już Przełęcki. Zdzisław Cackowski zaś dodaje:
„nauka, w której wszystko jest jasne, [...] jest martwa”,
a „myśl autentyczna i wartościowa nie jest stanem jasności”
[Tomasik 1990, Grochowski 2000, Przełęcki 2000, Cackowski 2000].
Jak
zauważa Lawrence Kramer, muzykologii potrzeba dziś pilnie nowego
języka, który przywróciłby problematykę „znaczenia”
muzycznego w całym bogactwie treści, jakie ono kryje jako pojęcie
wyznaczające status przedmiotu badań muzykologicznych. Nie chodzi
przy tym jedynie o odtworzenie „znaczeń”, które
„zostawiła” nam historia, gdyż takie odtworzenie nie jest w
pełni możliwe, choć współtworzy z pewnością naszą
wiedzę o przedmiocie. Chodzi o przeniesienie „znaczenia” niejako
na wyższy poziom, by dostrzec jego wartość dla dzisiejszej, żywej
kultury i doświadczenia muzyki. Tylko ta droga, podkreśla autor
Classical Music and Postmodern Knowledge, prowadzić może do
zbratania dwóch podzielonych i skonfliktowanych sfer: wiedzy o
muzyce (cokolwiek te słowa miałyby oznaczać – dodam od siebie) i
doświadczenia muzycznego (musical response, musical pleasure –
zgodnie z horacjańską zasadą, że sztuka ma dostarczać
przyjemności).
Przeciw
muzykologii… „Tytuł jak tytuł, niby nic, a może być
rozstrzygający. Czy nie za bardzo obnażający
autora?” – pytał Tadeusz Kępiński we wspomnieniowej książce
Witold Gombrowicz i świat jego młodości. Rzecz dotyczyła
tytułu debiutanckiego tomu Gombrowicza – Pamiętnika z okresu
dojrzewania, który przez krytyków został uznany za
„niewłaściwy czy nawet nieco nieprzyzwoity” [Janion 2001: 113].
Na pytanie, czy tytuł powinien powiedzieć coś ważnego, jakich
rozstrzygnięć można się od niego domagać, czego
dowiadujemy się zeń o tym, kto go formułuje, jest z pewnością
wiele odpowiedzi i żadnej nie sposób uznać za wyczerpującą.
Niepróżne skądinąd obawy Kępińskiego, przywołane przy
okazji Gombrowicza i jego artystycznej inicjacji, budują z pewnością
aurę inspirującej dwuznaczności wokół pisarza i samego
utworu. Aura ta spowija również problem ogólniejszej
natury, któremu wyżej cytowane słowa mają przekornie
służyć. Chodzi o samoświadomość nauki (muzykologii), a jak i
na ile posłuży mu tytuł (i treść) mojej wypowiedzi, pożyczony
od autora Przeciw poetom, przekonamy się wspólnie
niebawem.
Tytułem
dygresji: moje przekonanie o potrzebie refleksji na zadany przed
chwilą temat wzmacnia doświadczenie, które było wspólnym
doświadczeniem środowiska polskich muzykologów sprzed kilku
lat. Otóż Związek Kompozytorów Polskich zorganizował
konferencję pt. Muzykologia u progu trzeciego tysiąclecia.
Teoria i praktyka. Wczytując się w tytuł, pomyślałem, że
miara wewnętrznej dynamiki naszej muzykologii powinna ujawnić się
między innymi w dyskusji właśnie nad problemem jej
samoświadomości. Okazało się jednak, że nie mieści się on w
polskiej perspektywie postrzegania muzykologii mijającego wieku,
przynajmniej w zakresach tematycznych sprecyzowanych na użytek
konferencji. Oczywiście perspektywę tę można drobiazgowo i
żmudnie rekonstruować, biorąc za podstawę rezultaty codziennej
praktyki naukowej. Można również, a byłoby to z pewnością
zadanie interesujące, opisać specyfikę dzisiejszej muzykologii,
choćby tej uprawianej na gruncie polskim, wskazując tematy, które
– celowo, czy też z innych pobudek – nauka traktuje marginalnie
lub wręcz omija: np. problematykę muzyki jako dyskursu przemocy,
globalizacji i postkolonializmu (np. rap mądrościowy), przemysłu
dziedzictwa (heritage industry), problematykę wartości
etycznych – muzyka i holocaust czy tak liczne i warte spenetrowania
pola wspólne etyki i estetyki, którym patronować by
mogły znamienne słowa Karlheinza Stockhausena wypowiedziane po
ataku na World Trade Center w 2001 roku. Niezależnie jednak od tych
i innych pytań, które moglibyśmy wspólnie postawić,
a nawet wspólnie próbować na nie odpowiedzieć, sądzę,
że muzykologię czeka jeszcze wiele problemów do przemyślenia
na drodze – mówiąc językiem Georga W.F. Hegla – od stanu
„bycia w sobie” do stanu „bycia dla siebie”, czyli stanu
zyskanej i rozwijanej samoświadomości.
Na
samookreśleniu i wyborze mojej drogi myślowej, z której
niezgrabnie zwierzam się w tej wypowiedzi, zaważyło kilka
obserwacji o tyle istotnych, że biorą się z uważnej lektury, jak
i że są osobiste, a więc do pewnego stopnia – by pozostać w
retoryce Kępińskiego – obnażające. Obserwacje te płyną
nadto z próby diagnozy stanu dyscypliny, miejsca, w jakim
znalazła się dziś muzykologia ze swoją samorefleksją,
przemyśleniom tym towarzyszy zaś pełna świadomość istnienia
odmiennych od mojej, równie prawomocnych obserwacji i diagnoz.
Do lektur, które oddziałały najsilniej na kształt mojej
wypowiedzi, były wyrazistym drogowskazem oraz sprawiły, że pewne
przekonania i przemyślenia utrwaliły się i okrzepły, a inne
wygasły, jeszcze nawiążę. Powiem w tym miejscu, że akceptując
zasadę uporczywego wpisywania podjętej przez siebie lektury w
możliwie szeroki, nieredukowany do perspektywy muzykologicznej
horyzont recepcji, przyjąłem pogląd Tadeusza Komendzińskiego,
niespożytkowany jeszcze dostatecznie w humanistyce. Głosi on, że
„lektura recepcyjna” jest istotną dla refleksji humanistycznej
strategią obiektywizacji wartości poznawczej interpretacji – w
tym przypadku, jak już powiedziałem, idzie o problematykę
samoświadomości naszej dyscypliny [Komendziński 1995].
U
podstaw mojej drogi myślenia leży swoisty projekt „krytyki
fundamentalnej”, która, mimo (a może przede wszystkim?) że
jej autorem jest pisarz – Witold Gombrowicz, a źródłem
przenikliwa literacka wizja świata i człowieka, zasługuje na
uważne potraktowanie. Było i jest dla mnie oczywiste, że
interpretacja problematyki tak głęboko humanistycznej jak
samoświadomość muzykologii powinna czerpać zarówno z
filozofii nauki, jak i poglądów artystycznych, zwłaszcza
wyrażonych przez artystów myśli, do których
nie sposób nie zaliczyć Gombrowicza. Przywołując pisarza,
pragnę wyrazić też szczere zainteresowanie stanowiskiem filozofa –
Leszka Nowaka, który z uzasadnionym przekonaniem powiada o
związkach filozofii i literatury, o wzajemnych inspiracjach
płynących ze spotkania myśli filozoficznej ze sztuką słowa.
Autor odkrywczej monografii o twórcy Przeciw poetom,
rozważając system metafizyczny Bolesława Leśmiana, zanotował
zdania, pod którymi podpisałby się dziś niejeden krytyk
„tradycyjnej” muzykologii (5). Poznański filozof pisze:
Wychodzenie
poza naszą dziedzinę czy jej historię i poszukiwanie filozofii
poza nią, np. w literaturze, jeśli w ogóle się zdarza, to
po to jedynie, aby odnaleźć tam wcielenia dobrze nam znanych idei
filozofii profesjonalnej. O tym zaś, żeby próbować znaleźć
tam coś, co byłoby dla nas samych zaskoczeniem, co żadnemu
filozofowi dotąd się nie przyśniło – o tym w ogóle nie
ma mowy. W rezultacie krytycy literaccy, napotykając na rzeczywiście
oryginalną metafizykę, krępują się nazwać rzeczy po imieniu,
ba, niemal obawiają się ją dostrzec. Dostrzec bowiem i nazwać –
znaczy rzucić wyzwanie zadufanej w sobie społeczności
filozoficznej [Nowak 1996: 76].
Jaki
jest zatem kształt gombrowiczowskiego światopoglądu? Które
z jego znamion zyskują dominującą pozycję w niełatwym przecież
zadaniu określenia wspólnej przestrzeni dla filozofii i
literatury? Co z rozstrzygnięć, jeśli takie w ogóle
zapadną, co z efektów dialogu między filozofią a
literaturą, okaże się przydatne dla refleksji muzykologa?
Odpowiadając, pragnę wskazać kilka pierwiastków myśli
gombrowiczowskiej, przy czym każdy z nich, choć z innych przyczyn,
przykuwa moją uwagę. Pierwszy dotyczy postawy artysty. Zbudowana
jest ona, podobnie jak całe pisarstwo twórcy Przeciw
poetom, na solidnym fundamencie przekory, bycia w opozycji,
wyrażającym się nieustającą potrzebą dialogu z prawdami
uznanymi za obowiązujące, potrzebą ich podważania lub wręcz
unicestwiania w imię krytycznej misji literatury. Tak wolno pojmować
jedno z pierwszych zadań literatury, ale taka jest też misja
filozofii, również tej, która para się sztuką.
Gombrowicz napisał:
Istnieją
dwa sprzeczne rodzaje humanizmu: jeden, który moglibyśmy
nazwać religijnym, usiłuje rzucić człowieka na kolana przed
dziełem kultury ludzkiej, zmusza nas, abyśmy wielbili i szanowali,
na przykład, Muzykę albo Poezję, albo Państwo, albo Bóstwo;
ale drugi, bardziej krnąbrny prąd ducha naszego, stara się właśnie
o przywrócenie człowiekowi jego suwerenności i niezależności
w stosunku do tych Bogów i Muz, które, ostatecznie, są
jego, człowieka, tworem [Gombrowicz 1997: 343].
Nie
mam wątpliwości, że na gruncie muzykologii takiej krytycznej
misji, nieustępliwemu drążeniu podstaw naszej dziedziny, patronuje
Joseph Kerman, i to nie od roku 1985, czyli daty opublikowania
Musicology, jak utrzymuje np. Carolyn Abbate, lecz od 1965 –
roku opublikowania A Profile for American Musicology. Patronują
tej misji również coraz liczniejsi krzewiciele tzw. nowej
muzykologii, kultywowanej nie tylko w łonie zadeklarowanego
postmodernizmu, ale również tam, gdzie postmodernizm
traktowany jest z należytą ostrożnością, lecz nie jako
inwektywa.
Po
wtóre – przy zachowaniu wszelkich proporcji – dostrzegam
zbieżność niektórych poglądów Gombrowicza na
sztukę z moimi przemyśleniami na jej temat, jak choćby tych, które
pozostając w zgodzie z wielogłosową naturą logosfery sztuki,
widzą w niej narzędzie samopoznania (!), wyjątkowy instrument
ustawicznego dążenia do najwyższego pułapu duchowego oraz
ekspresję osobowości: „… a przecież nie może być chyba w
sztuce ważniejszego zadania niż to właśnie: wypowiadać siebie”
– utrzymywał autor Przeciw poetom [Gombrowicz 1997: 342;
Millati 2002: 7-9]. Niezliczone gombrowiczowskie określenia tego,
czym jest sztuka, ustępują sformułowaniu dotyczącemu jej istoty,
w samej rzeczy niedefiniowalnej: „[...] nie wyjaśniam tego, co w
moim pisaniu jest sztuką, bo tego nie da się wyjaśnić”, pisze
Gombrowicz [Millati 2002: 7]. Muzykolog nie może przejść obojętnie
wobec problematyki poznawczej wartości muzyki. Jest to wartość,
która przynosi człowiekowi wiedzę o nim samym, jak chce tego
George Steiner, gdy powiada: „muzyka jest niezmiernie ważna dla
zrozumienia tego, czym jest człowiek, oraz tego, co oznacza ludzkie
doświadczenie metafizyczne lub odrzucenie tego doświadczenia”.
Jest to również wartość, która polega na
przekazywaniu ważnych prawd dotyczących rzeczywistości. Z drugiej
strony „niedefiniowalność”, o której powiada Gombrowicz,
a może nawet i „niewysławialność” istoty sztuki stanowi jeden
z najtrudniejszych problemów każdej nauki, muzykologia ma
wszakże w tej sprawie wciąż zbyt skromny dorobek. O ile
strukturalizm dość dobrze zadomowił się w naszej dziedzinie, o
tyle poststrukturalistyczne założenia o sztuce jako „tajemnicy”,
„niewyrażalnym”, „apofatycznym” nie pojawiają się jako
stała rozważań muzykologicznych (chlubne wyjątki stanowią studia
Vladimira Jankélévitcha czy – całkiem niedawno –
książka pod redakcją Siglind Bruhn – Voicing the Ineffable).
Po
trzecie, są w słowniku gombrowiczowskim słowa, które wiążą
moje myśli bardziej niż inne. Należą do nich: „pogranicze”
(platońskie metaxu) i związana z nim „niedoskonałość”,
„dystans”, „przetworzenie” (forma i maska) czy przestrzeń
międzyludzkiego (idea Człowieka Gombrowiczowskiego) [Falkiewicz
1996; Nowak 2000; Millati 2002]. Problematykę „pogranicza” i
„dystansu” przedstawiałem na seminarium De Musica, choć wówczas
punktem wyjścia były dla mnie myśli Adama Zagajewskiego (6).
U Gombrowicza zaś gra toczy się „pomiędzy" materialnym
otoczeniem, wypełnionym konkretami, otoczeniem, które znamy i
które Gombrowicz gloryfikuje pod postacią „skali nożnej",
czyli prawdziwej, a przeto „niedoskonałej" egzystencji, a
transcendencją i tajemnicą. Niczym innym jak przejściem między
„jednym" stanem a „drugim" są przecież
gombrowiczowskie „dojrzewanie", gombrowiczowska „inicjacja",
choć ani punkt wyjścia, ani punkt dojścia nie są w tych procesach
precyzyjnie wyznaczone, nie zaprzątają też nadto uwagi pisarza.
Jedną
z zasadniczych ról odgrywa u Gombrowicza pojęcie
„niedoskonałości”, szczególnie w odniesieniu do samej
zasady organizacji kultury europejskiej, co stanowi ważny element na
tle całego systemu myślowego pisarza, oraz krytyki tej kultury
intensywnie przezeń uprawianej. Jakkolwiek definiować będziemy
„kulturę europejską", którekolwiek z jej znamion
zdecydujemy się uznawać za szczególnie z jakichś powodów
ważne, a tym samym odróżniające tę kulturę od innych,
trzeba powiedzieć, że u jej fundamentów leżą trzy
zasadnicze imperatywy: jedności, całości i – doskonałości. I
to właśnie z owymi tradycyjnymi pojęciami, skutecznie
integrującymi myśl europejską na przestrzeni wieków,
rozprawia się Gombrowicz (i nie tylko zresztą on) [Skarga 1999:
104]. Warto jednak w tej sprawie pamiętać o dwóch wątkach
pozostających w ścisłym zainteresowaniu muzykologii, gdyż
pokazują trwałość i siłę oddziaływania wymienionych
imperatywów, jak również dlatego, że dotyczą
filozofii, dla której muzyka jest punktem centralnym. Pierwszy
z wątków ma za przedmiot antyczny i trwający w
zmodyfikowanych postaciach do XX wieku (Paul Hindemith, Hermann
Hesse) projekt kosmologiczny, w którym o jedności uniwersum
decydują prawa muzycznej natury, zaś doskonałość utopijnego
państwa opiera się na etycznym współistnieniu jego
obywateli spojonych ideałem muzyki; muzyka jako klucz do zrozumienia
istoty świata jest emanacją tego, co słuszne (moment etyczny) i
manifestacją zasady równowagi (Wu Bu Le). Drugi wątek tyczy
skomplikowanych relacji pomiędzy kategoriami „doskonałości” i
„nie-doskonałości”, zadany z wielu stron, np. w Pigmalionie
Jeana-Jacques'a Rousseau, przez Charles'a Baudelaire’a i jego
„zasadę desymetrii”, w rozważaniach o naturze cienia w estetyce
japońskiej (Junichiro Tanizaki) czy przez Algirdasa J. Greimasa w
arcyważnej książce O niedoskonałości (w krytyce stanu
semiotyki muzyki i – poniekąd – muzykologii przeprowadzonej
ostatnio przez Eero Tarastiego brzmi echo O niedoskonałości).
Po
czwarte, wiemy, że całej twórczości Gombrowicza, a
zwłaszcza Dziennikowi, patronuje głęboki namysł
filozoficzny, na pierwszy plan zaś wybija się problematyka „tego,
co subiektywne” i „tego, co obiektywne” wraz z ich wzajemnymi
relacjami: „Najgłębsze rozdarcie człowieka, jego krwawiąca rana
to właśnie to: subiektywizm – obiektywizm. Podstawowe.
Rozpaczliwe. [...] Ten bagatelny problemik, ta maleńka trudność,
dominuje całą kulturę współczesną” [Gombrowicz 1992:
157, 159]. Nie można nie zauważyć, że sposób rozumienia
„obiektywizmu/subiektywizmu” u Gombrowicza jest ściśle związany
z jego druzgocącą krytyką nauki – to po piąte: „Jako artysta
przeciwstawiam się nauce ze wszystkich sił [...]”. Intronizacja
prywatnego „ja”, definiowanie sztuki jako ekspresji osobowości
stały w opozycji do nauki, z którą związany był jałowy
dla sztuki obiektywizm. Komentując pewną pracę krytycznoliteracką
Gombrowicz pisze: „[...] Cóż za nuda! Jakaż anemia! Lepiej
by zrobił ten [...] badacz widząc mnie, autora, w moim drżeniu, w
moim zachwycie i wstydzie”; notabene przenikliwość, z jaką
badacz właśnie – Leszek Nowak „prostuje” mylne wyobrażenia
Gombrowicza o tym, czym trudni się nauka, jest godna nie tylko
uważnej lektury, ale i namysłu nad trafnością i dalekosiężnością
myśli, jaką filozof nicuje artystę [Sanavio 1991, Millati 2002: 8,
34-35, Nowak 2000: 21]. Dla nauki i sztuki jest to fundamentalne
kryterium podziału, wytyczonego między poznawczą funkcją nauki a
estetyczną funkcją sztuki, podziału, który nie da się dziś
utrzymać w mocy. Dla muzykologii „subiektywne/obiektywne” łączy
się z najgłębiej chyba zakorzenionym w naszym myśleniu podziałem,
a może nawet konfliktem – między analizą a interpretacją oraz z
„przejściem” od „muzyki” do języka na różnych
poziomach jego organizacji. Udział i praca słowa są przyczyną i
narzędziem redukcji Niewyrażalnego, gdyż mówić (i pisać)
o muzyce nie sposób, nie wikłając się w sferę najmniej
nawet restryktywnie pojmowanej racjonalności. I to pomimo faktu, iż
semiotyka bezpośredniości dopuszcza np. bełkot jako wyraz treści
naszego doświadczenia (obok kinezyki, gestu, intonacji). W
rezultacie językowe ujmowanie Niewyrażalnego odsyła do
przemyślenia po raz kolejny problematyki reprezentacji (co z tego,
czym jest muzyka, jesteśmy w stanie przedstawić słowem?), w pewnym
sensie oddalając nas nie tylko od prawdy, lecz także od ludzi, a
tym samym osłabiając dialog. Trafnie świadczy o tym myśl Lwa
Szestowa: „Być może prawda jest z natury taka, że uniemożliwia
obcowanie ludzi z ludźmi, w każdym razie obcowanie za pośrednictwem
słowa” [Stala b.d.].
Po
szóste wreszcie, przypomnijmy głęboko humanistyczny wymiar
sztuki, o jakim na krótko przed śmiercią pisał Gombrowicz:
„Jedyną prawdziwą wartością literatury jest to, że jest ona
środkiem wyrazu jednostki pełnej wolności…”. Ujawniając
wewnętrzną prawdę jednostki, sztuka „umożliwia zrozumienie
człowieka w jego najgłębszej istocie” [Głaz 1989: 126-127,
Millati 2002: 10].
*
Punktem
wyjścia moich rozważań „po stronie muzykologii” jest artykuł
Philipa V. Bohlmana Musicology as a Political Act (1993) (7).
Do tekstu amerykańskiego uczonego, który uważam za niezwykle
inspirujący dla dyskusji nad najszerzej rozumianą tematyką
samoświadomości muzykologii, podszedłem wyposażony w kilka
ogólnej natury przeświadczeń. Sądzę mianowicie, że model
kartezjański w nauce stracił już dominującą pozycję i moc
oddziaływania; że oświeceniowy Rozum zbyt jednostronnie kazał nam
widzieć świat i człowieka i że warto go zastąpić radykalnym
pluralizmem postaw i myśli; że metafizyczna interesowność ma dziś
rację bytu, a może nawet, że zyskuje na znaczeniu; że naturalizm,
kładąc podwaliny pod swoją koncepcję człowieka-maszyny i
utrzymując, iż „nadszedł już czas, by o świadomości (i jej
związkach [...] z hipotetyczną nieśmiertelną duszą) myśleć w
kategoriach naukowych", postradał nadzieję, iż istnieje
Tajemnica, która nas spowija (8); że oceny estetyczne,
a w jeszcze większym stopniu oceny etyczne, nie są jedynie
wytworami emocji; że słowa „nauka" i „naukowy" należy
traktować krytycznie, a nie używać jako ideolozaklęć; wreszcie –
że nie tylko nauka, lecz także sztuka daje wiarygodny obraz świata
[Kołakowski 1999: IX; Nowak 1996, Crick 1997: 12].
Punktem
zapalnym tekstu Bohlmana, tekstu najeżonego problemami, z których
każdy zasługuje na osobną monografię, jest stwierdzenie, że
kryzys, z którym konfrontujemy się w muzykologii
nieprzerwanie co najmniej od lat osiemdziesiątych, wymaga
„krytycznej reakcji”, a nie „chowania głowy w piasek” w imię
rzekomej autonomii naszej dyscypliny i jej przedmiotu. Brak czy
niedostatek owej krytycznej reakcji ze strony wielu muzykologów
bierze się, zdaniem Bohlmana, z przekonania, że status przedmiotu –
muzyki skutecznie chroni naszą dyscyplinę od wstrząsów,
jakie targają innymi dziedzinami; moim zaś zdaniem ów
niedostatek momentu polemicznego wynika też z tego, że pole lektur
muzykologicznych nie obejmuje „Nienawiści do muzyki” Pascala
Quignarda, tekstów Emile'a Ciorana i myśli o muzyce Steinera,
którą przypomniał ostatnio antropolog Dariusz Czaja;
wreszcie – z polskiej perspektywy patrząc – z uchylania się od
debaty o miejscu muzykologii w dyskursie postmodernistycznym, co może
dziwić tym bardziej, że postmodernizm jest pojęciem opisującym
kryzys kultury europejskiej już od książki Rudolfa Pannwitza z
1917 roku!
Projektowaniu
„nowej muzykologii”, jeśli ma ona wyróżniać się
nietrywialnie czymś od tej „dawnej” (choć to nie nazbyt
szczęśliwe określenie) czy „tradycyjnej” (to też określenie
nie najlepsze) muzykologii, winna zatem towarzyszyć pamięć nie
tylko o tym, że z powodu chwiejnej i niepewnej kondycji człowieka
tkwimy w nieustającym kryzysie, którego początki przypadają
na lata 1870-1930 (upadek Ery Logosu), lecz również o tym, że
sytuacja kryzysu z punktu widzenia nauki nie jest czymś
nadzwyczajnym. Jak zauważają Thomas Kuhn czy René Thom
(autor teorii katastrof), kryzys jest podstawowym elementem rządzącym
działalnością i społecznością naukową. Kryzys prowadzi wszak
do zmiany paradygmatu, choć nie dzieje się to bezkonfliktowo, gdyż
bezwład starego paradygmatu, a zatem i jego trwanie, wynika często
z krótkowzroczności badaczy lub z braku uwagi dla idei, jakie
płyną ze strony nowego paradygmatu. Sądzę, że o tym właśnie
myślał Leonard B. Meyer, utrzymując już w połowie lat 70., iż
muzykologia znajduje się w stanie przed-paradygmatycznym; rozumiem,
że chodziło tu o sytuację sprzed zmiany paradygmatu. Zmiana zaś,
z którą mamy do czynienia, od pewnego czasu związana jest
imiennie z „nową muzykologią” – cokolwiek miałoby to znaczyć
i niezależnie od tego, że rozumiemy historyczną relatywność
rozróżnień takich, jak „nowy”/„stary”, także w
odniesieniu do nauki. Krytycyzm, podnoszony jako wyróżnik
„nowej muzykologii”, nie jest przecież obcy muzykologii
„tradycyjnej”, tak jak nie jest obcy żadnej nauce na żadnym
etapie jej przemian.
Rzecz
jednak w czymś znacznie głębszym – otóż zwolennicy
„nowej muzykologii” podważają dotychczasowe mniej lub bardziej
otwarcie bronione kryteria tożsamości naszej dyscypliny,
„zapatrzonej w siebie i skoncentrowanej na harmonii sfer zamiast na
sąsiednich dyscyplinach i przewartościowaniach, które
dokonują się – często burzliwie – w ich łonie” – pisze
Susanna Valimaki [Valimaki 2003: 149]. To, co miałoby stanowić o
względnej przynajmniej autonomii muzykologii i jej przedmiotu,
należy do odchodzącego i dyskredytowanego paradygmatu. Pogląd ten
najpełniej wyraża Kevin Korsyn: „Badania muzyki wkraczają w fazę
postdyscyplinarności. Osobiście wybieram to pojęcie, gdyż
inne, takie jak interdyscyplinarność, transdyscyplinarność,
multidyscyplinarność [...], sugerują, że dyscypliny mają
określone granice, które można przekraczać lub rozsadzać,
że tworzą one pierwotnie coś na kształt autonomicznych bytów,
wchodzących z czasem w relacje między sobą. Ta sytuacja powoduje
wrażenie, że jedna z tych dyscyplin może być potraktowana jako
model dla pozostałych, a przez to zostać uprzywilejowana” [Korsyn
2003: 40]. Rekomendowana przez Korsyna postdyscyplinarność nie
wyczerpuje się w krytyce interdyscyplinarności rozumianej
jako nakładanie czy zazębianie się dziedzin o swoistych
przedmiotach, lecz w tym, że kwestionujemy jasność i trwałość
wewnętrznych kryteriów, na podstawie których
wyróżniono poszczególne dziedziny. Jest to pogląd
daleko idący, tym bardziej że w fazie postdyscyplinarności
rezygnujemy nie tylko ze wspomnianego już założenia o autonomii,
lecz także z sankcjonującego to założenie momentu politycznego,
zakładającego dominację jednego typu dyskursu nad innym.
Formułowanie poglądu, że jakiś punkt widzenia ma obiektywnie
większy autorytet od innego punktu widzenia, jest jednak oczywistym
paradoksem, albowiem zadaniem nauki jest ciągłe kwestionowanie
statusu swego przedmiotu, jak również ciągłe poddawanie w
wątpliwość własnych podstaw.
Źródłem
tak wyznaczonej perspektywy jest przymus nieustającej konfrontacji
każdej dyscypliny z pluralizmem poglądów, stanowisk, racji,
metod i celów, jakie organizują współczesną naukę i
kulturę, jak nigdy dotąd pozbawionych niewzruszalnych punktów
odniesienia. Jednym z podstawowych pojęć, które opisują tę
sytuację, jest pojęcie „decentracji” (Jacques Derrida),
przejęte przez niektórych „nowych muzykologów” o
orientacji postmodernistycznej. Derrida uważa, że zachodnia
filozofia do niedawna jeszcze utrzymywała, iż w centrum struktury
(całości) istnieje pojedyncze, autorytatywne znaczenie, sens – i
nazwał to obecnością (presence): „Można by wykazać, że
wszystkie nazwy odnoszące się do podstaw, zasad, czy centrum,
zawsze dotyczyły jakieś stałej obecności – [...] istota,
substancja, egzystencja, podmiot, transcendentalność, sumienie,
Bóg, człowiek itd.” – utrzymuje francuski filozof
[Derrida, 1986: 253]. Postmodernizm opisuje sytuację przeciwną,
stwierdzając brak owego centrum, uznając, że nie istnieje takie
autorytatywne znaczenie znaku lub autorytatywne centrum pojęcia;
obecność jest zatem iluzją. Wspomniany już Korsyn pokazuje, jak
ów proces „decentracji”, utraty „centrum”, odbywa się
w muzykologii, obejmując przy tym zarówno redefinicję
przedmiotu, jak i rekonfigurację punktów widzenia na muzykę
opartych na grach językowych. Jeśli przyjmiemy, że nauka jest
zbiorem gier językowych, a muzykologia zbiorem gier językowych o
muzyce, to nie pozostaje nam nic innego, jak uznać, że muzyka i
muzykologia są pojęciami otwartymi, i stworzyć warunki, by
radykalny pluralizm przemawiał pełnym głosem. Co więcej –
określając muzykę jako np. język uczuć, nie możemy zapomnieć,
że „nie istnieje żaden ponadczasowy sens” tego wyrażenia ani
żadna „niezmienna prawda” o muzyce jako mowie uczuć. „Muzyka”,
„język” i „uczucia” znaczą bowiem w różnych
dziedzinach i na różnych etapach ich przemian co innego, co
więcej – w różnych teoriach tej samej dyscypliny możemy
interpretować owe pojęcia w odmienny sposób.
Bohlman
w swej definicji muzykologii jako „aktu politycznego” utrzymuje,
że muzykologia jest refleksyjnym procesem przechodzenia od muzyki do
dyskursu (a reflexive process, a moving of music into discourse)
i nazywa ten proces „dyscyplinowaniem” muzyki. Autor twierdzi
ponadto, że woli traktować muzykologię jako rodzaj działania
(agency; przypomina tym zdanie Ludwiga Wittgensteina, że
filozofia nie jest teorią, lecz działaniem), gdyż w ten sposób
nie tylko eliminuje przedmiotowe – w sensie: statyczne – ujęcie
muzyki, ale również przyjmuje właściwą perspektywę dla
interpretacji heterogenicznych znaczeń, którymi w
nieskończoność obrasta muzyka, a które – przez to właśnie
– skutecznie zakłócają porządek naszej refleksji,
zmuszając do ciągłej rewizji jej rezultatów; sztuka
skutecznie niweczy wysiłki nauki – powiada Jean-François
Lyotard (notabene definicja nauki jako zespołu określonych
czynności, a nie wytworu tychże czynności, jest jedną z wielu
definicji możliwych do przyjęcia).
Pojęcie
„dyscyplinowania”, czy może zręczniej – ujęcia w ramy
dyscypliny, jest nie tylko zawodne, ale i zwodnicze. Powiedzieliśmy
bowiem, że trudno jest dziś mówić o muzykologii jako
autonomicznej dyscyplinie z jasno wytyczonymi granicami, za którymi
znajdują się gotowe na wezwanie Adlerowskie Hilfsdisziplinen.
Wiemy również, że kanon narzędzi poznawczych
muzykologii, jak każdej nauki, ulega rozchwianiu i wzbogaceniu, a
miejsce analizy jako „centralnego problemu muzykologii” (Hans
Heinrich Eggebrecht, Maciej Gołąb) zajmuje interpretacja, ta zaś
jest dziś wciąż (od Nietzschego) pojęciem wyjątkowo nieostrym,
choć fetowanym; nawet tak powszechnie przyjmowane w myśli
teoretycznej określenie interpretacji jako dochodzenia do
zrozumienia musi być traktowane z rezerwą, tym bardziej że
niektórzy jego zwolennicy dodają: interpretacja to
dochodzenie do właściwego zrozumienia. Wreszcie – jeśli by owo
„dyscyplinowanie” rozumieć wąsko, to mielibyśmy do czynienia
jedynie z „dyscypliną”, którą muzyce narzuca
muzykologia, a o jej charakterze przesądzałaby refleksyjność –
zgodnie z przytoczoną wyżej definicją Bohlmana. Jeśli jednak
uznamy, że „dyscyplinowanie” to włączanie w obszar dyskursu
(czy tylko o język miałoby tu chodzić?), ale niekoniecznie w
ramach profesjonalnej praktyki poznawczej, czyli naukowej, lecz że
„dyscyplinowaniem” jest każdy „refleksyjny proces
przechodzenia od muzyki do dyskursu”, bez względu na to, kto jest
podmiotem tego procesu, a do tego, że ów proces mógłby
nie zawierać momentu refleksyjnego (choć trzeba by uściślić, co
to znaczy), to problematyka, która nas obchodzi, niesłychanie
się rozrasta. Kwestię tę ujął trafnie Friedrich Ch. Hebbel,
który w 1859 roku napisał: „Kto się oddaje wrażeniom z
dzieła sztuki, przebywa ten sam proces co artysta, który je
stworzył, tylko nieskończenie szybciej”, tym samym umiejscawiając
pozaprofesjonalne przeżycie sztuki bliżej jej tworzenia, niż to ma
miejsce – dodajmy od siebie – w wypadku przeżycia
profesjonalnego zaopatrzonego w narzędzie, jakim jest język. Czy
takie rozróżnienie ma niewzruszalny charakter, śmiem jednak
wątpić.
Mamy
zatem przed sobą potrójny dylemat. Pierwszy z nich należy do
sfery zastanej praktyki danej dyscypliny, w tym także muzykologii,
która ma swoje, odtwarzane często skrupulatnie, kryteria
samoidentyfikacji. W największym skrócie wyrażą się one
zapytaniem: czy to, o czym teraz rozprawiamy, należy jeszcze do
zakresu przedmiotowego badań muzykologicznych? Czy i dlaczego
mielibyśmy nieustająco rozszerzać zakres muzykologii i co z tego
wyniknie dla integralności dyscypliny? Jak pisze Bohlman, większość
muzykologów, którzy czują się niekomfortowo wobec tak
postawionej problematyki ich dyscypliny, salwuje się ucieczką,
uznając, że cel pracy muzykologicznej sprowadza się do badania
muzyki, jej istotę upatrując w niej samej. Żywotność dyskusji
nad pojęciem „muzyki samej w sobie” (music in itself), na
tle rozważań nad teorią dzieła jako przedmiotu samego w sobie,
jest oczywistą reakcją na „polityzację” muzykologii, czyli
poddawanie muzyki presji heterogenicznych dyskursów, jak tego
chce Bohlman. Potrzeba poszukiwania sensu muzyki w niej samej,
cokolwiek miałoby to oznaczać, a oznaczać może bardzo wiele, jest
nie tylko dowodem na nieprzezwyciężalne bodaj trudności, jakie
napotykają muzykolodzy w obliczu pytania o to, czym jest muzyka.
Potrzebę tę wzmacnia niewątpliwie przekonanie o samooczywistości
sensu muzycznego, uchwyconego w bezpośrednim obcowaniu z dziełem:
Żarliwy
związek, jaki się [między nami a muzyką] wywiązuje, [...] jest
natychmiast dany w doświadczeniu, i nie podlega badaniu, choć doń
zachęca. Chwile estetycznego współgrania, bycia jednym z
muzyką, zapominając równocześnie o bożym świecie,
następują natychmiast. Umysł, zatracając się w kontemplacji,
zanurza się w muzycznym przedmiocie, staje się jednią z tym
przedmiotem. A doświadczenie to [...] nie daje się ująć [...] w
przeciwstawienia typu podmiot-przedmiot, wewnętrzny-zewnętrzny
– pisał
van den Toorn w sporze z nowymi muzykologami; oto drugi dylemat [van
den Toorn 1991: 276].
Czas
szczególnego zainteresowania problematyką dzieła jako
przedmiotu samego w sobie przypada, jak wiemy, na przełom wieków
XVIII i XIX. Uznając, że dzieło ma po prostu istnieć, a nie
służyć jakimkolwiek celom, rozwijano w ten sposób kantowską
formułę „celowości bez celu” wraz z koncepcją, w myśl której
kontemplacja piękna jest bezinteresowna. Biorąc za punkt wyjścia
te założenia, możemy mówić o modelu kontemplatywnym dzieła
sztuki, wyliczając następujące dlań określenia, ukute przez
filozofów i estetyków: dzieło jako „to, co
samocelowe” (for its own sake), jako „zamknięty,
samowystarczalny świat” (self-contained object), „zamknięte
w swych granicach”; wartość dzieła identyfikowano z kolei z tym,
co wewnętrzne, co należy do dzieła, zaś sądy o wartościach
sprowadzały się do sądów o tym, co stanowiło o dziele w
jego autonomiczności. Model ten, najpełniej wyrażony w 1785 przez
Karla Philipa Moritza (On the Unification of All the Fine Arts…
under the Concept of the Complete-in-Itself / … des in sich selbst
Vollendeten) przetrwał żywotnie również w XX wieku,
m.in. u A.C. Bradleya (1901: „to, co wyróżnia naturę
wiersza, to to, że jest on światem samym w sobie, niezależnym,
zamkniętym i autonomicznym”), T.E. Hulma (Speculations,
1924: „przedmiot estetycznej kontemplacji jest tym, co wyznacza
granice samego siebie”) czy J. Stolnitza (Aesthetics and
Philosophy of Art Criticism 1960: „postawa estetyczna jest
pozbawioną zainteresowania uwagą i kontemplacją [...] przedmiotu
świadomości wyłącznie ze względu na niego samego /for its own
sake alone/”).
Taki
model dzieła sankcjonował istnienie nauki o równie
autonomicznym celu – poznaniu autonomicznego przedmiotu;
stwierdzenie, że dzieło ma istnieć, a nie być użyteczne (patrz
powyższe zdania), nie usuwa wątpliwości, co znaczy w tym przypadku
(przypadkach) „istnieć”. Otóż z pewnością jest tak, że
to, jak rozumiemy wyrażenie „dzieło samo w sobie”, ma ścisły
związek z tym, jakiej odpowiedzi udzielimy na pytania o status
ontologiczny dzieła muzycznego właśnie i o zawisłość przedmiotu
(muzyki) od poznającego podmiotu. Trudności związane z określeniem
tej ostatniej zwłaszcza zależności mącą spokój
najdociekliwszych nawet filozofów, chodzi bowiem o to, czy
dzieło sztuki (każde dzieło w tym samym stopniu itd.) jest bytem
samoistnym, czyli że byt ten istnieje niezależnie od tego, czy jest
przedmiotem poznania czy nie (np. muzyczny platonizm), czy też jest
bytem zależnym, gdyż wchodzenie bytu w stosunek poznawczy pociąga
za sobą pewne przekształcenie tego bytu. Innymi słowy, dla
przykładu, czy fakt, że interpretujemy – czyli pragniemy
zrozumieć – jakieś dzieło muzyczne, lokując jego sens w jego
strukturze (czego domagał się Eggebrecht od analizy), stanowi dowód
na istnienie tego dzieła ze względu na tak właśnie ukonstytuowany
jego sens i że poznanie tylko ten status odkrywa (pytanie, czy
poznanie może dotrzeć do jestestwa względem niego samodzielnego?),
czy też przeciwnie – dowód na to, że tak ukierunkowane
poznanie czyni ów byt zależnym.
Nie
wchodząc w szczegółowe dywagacje dotyczące ontologii dzieła
muzycznego, warto w tym miejscu jedynie wspomnieć o nowej, trwającej
od kilku lat wśród amerykańskich i brytyjskich filozofów,
fazie dyskusji, która próbuje rozwiązać taki oto
problem: czy dzieło muzyczne jest raczej wcieleniem w akcie
(od)tworzenia (discovery) istniejących obiektywnie idealnych
bytów dźwiękowych, abstrakcyjnych wzorców (abstrakt
patterns) czy pre-egzystujących struktur dźwiękowych (sound
structures), istniejących niczym idee platońskie, istnienie
których zakładamy, mimo że nie można wskazać, „gdzie”
i „jak” owe ponadczasowe byty istnieją (Saam Trivedi), czy że
jest wprost przeciwnie – dzieło istnieje dzięki kompozytorskim
aktom twórczym (composer’s act of composition) –
tzw. argument twórczości (wg Juliana Dodda – argument
from creativity). Biorąc pod uwagę fakt, że dzieła te
powstają jako rezultaty indywidualnych aktów twórczych,
powinniśmy tedy mówić o nich jako o jestestwach
„podmiotowo-czasowo-związanych”. Za odrzuceniem platonizmu
przemawia, zdaniem niektórych badaczy, również i ten
argument, że sąd przyznający właśnie twórcy zasadniczy
udział w kreacji dzieła należy do najpowszechniejszych sądów
na temat sztuki, zarówno potocznych, jak i naukowych.
Rozważania, które tu streszczamy, uwikłane są w jeszcze
jeden ważny wymiar, mianowicie w relacje dzieło – wykonanie,
zarówno w odniesieniu do problematyki tożsamości
(ontologia), jak i kreatywności (estetyka), o ile tylko nie
przyjmiemy, że nie ma żadnej różnicy między dziełem a
wykonaniem. Jak pokazują ostatnie studia Carolyn Abbate czy Karola
Bergera, konflikt między znaczeniem dzieła, uprzywilejowanym przez
uczonych domagających się interpretacji, a doświadczeniem, będącym
rezultatem bezpośredniego obcowania z wykonywanym dziełem,
obcowaniem fizycznym (estetyka cielesności; poglądy Rolanda
Barthesa czy założenia somaestetyki Richarda Shustermana),
niezapośredniczonym, stanowi temat coraz bardziej aktualny i palący:
„Między pismem partytury [...] a nami leży ogromna, fenomenalna
eksplozja, wykonanie”, pisze Abbate. Jest to jednak konflikt
pozorny, a jeśli w ogóle istnieje, to z powodu ograniczeń
dyscypliny. Sądzę, że do pewnego przynajmniej stopnia jest on
konsekwencją uznania dominującej, jako punkt odniesienia, roli
intentio operis, często w powiązaniu z intentio auctoris.
O ile Diltheyowska diagnoza, że „za znaczącym utworem stoi
doznane niegdyś znaczące przeżycie” [Tomaszewski 2000: 55],
odsyła nas do intentio auctoris, o tyle słowa Mieczysława
Tomaszewskiego, by „wznieść się na poziom problematyki dzieła”
[Tomaszewski 2000: 49], zalecają skupienie uwagi na intentio
operis, za którym kryje się jednak jego sprawca –
kompozytor. W perspektywie, którą otwiera nowa
muzykologia, zwraca jednak uwagę sfera znaczeń płynących z
doświadczenia. Pisze Paul Ricoeur: „coś [jednak] zostaje
przeniesione ode mnie do ciebie. Coś przechodzi z jednej sfery życia
do innej. Tym czymś nie jest doświadczenie jako takie, lecz jego
znaczenie. (...) Doświadczenie jako doznane przeze mnie, jako
przeżyte, pozostaje czymś prywatnym, jednakże jego sens, jego
znaczenie staje się publiczne”. Przesunięcie punktu ciężkości
na intentio lectoris rodzi trzeci, ostatni dylemat – jak
traktować i jak pisać o tej przebogatej sferze znaczeń muzycznych,
które tkwią nie w dziele jako przekazie, lecz w odbiorcy,
odnoszą się do jego wizji świata i tylko jemu są z grubsza znane.
Ich niezliczoność jest nie tylko nieprzewidywalna dla nadawcy,
kompozytora (stąd bardzo różne reakcje twórców
na temat znaczeń, jakie przypisuje się ich dziełom), ale również
dla badacza, choć ten – jak wiemy – ma wiedzę na temat
możliwych interpretacji dzieła sztuki, przez to dzieło
wyznaczonych [Szumska 2000; Jabłoński 2002: 88-89]. Ten problem
wydaje mi się szczególnie fascynujący również
dlatego, że dotyka zarówno momentu politycznego ( w
rozumieniu Bohlmana), gdyż mamy tu do czynienia z wzajemnym
konfliktem interpretacji, jak i momentu etycznego. Chodzi o to, że
praktyka naukowa umiejscawia intentio operis i auctoris
wyżej w hierarchii niż intentio lectoris, a nawet, że
sens autorski dzieła bywa wprost nazywany jego sensem etycznym.
Bohlman ma na myśli tę właśnie sytuację, gdy pisze: „wiele
krytycznych opinii o pracy Susan McClary [chodzi o Feminina
Endings – przyp. M.J.] bierze się z obaw, że przeprowadzone
przez nią analizy [...] służą narzuceniu dziełom sensów
różnych od tych, które mieli na myśli ich twórcy,
czyli takich, których nie można ‘odnaleźć’ w samej
muzyce [In the music itself; podkr. M.J.]”. Oczywiście!
– powie np. „tradycyjny” muzykolog, dodając, że istnieje
przecież domena złych interpretacji czy interpretacyjnych nadużyć.
Jak jednak ustalić satysfakcjonująco granicę interpretacji, czyli
– mówiąc językiem Bohlmana i piszącego te słowa – aktu
politycznego, dzieła muzycznego, i jaki niepodważalny zysk miałby
z takiej operacji powstać? Pytania można by mnożyć, tym bardziej
że – o czym jestem głęboko przekonany – to problematyka
interpretacji wyrasta w ostatnich latach (i nie widać, szczęśliwie,
końca tego procesu) na centralne pole refleksji o muzyce w dobie
postdyscyplinarnej. Waga tekstu Bohlmana, który stał się
pretekstem mojej wypowiedzi, polega nie tylko na tym, że przepełnia
go – nieważne czy sformułowana, czy ukryta – problematyka
interpretacji, bliższa, przyznajmy, sztuce niż analiza. W znaczącej
mierze jest ona również rezultatem namysłu nad
odpowiedzialnością muzykologii radykalnie nieautonomicznej, która
nie jest już wolna od zdecydowanego zaangażowania w obliczu
wielości i zróżnicowania muzycznych manifestacji
współczesnego człowieka i uwikłań muzyki w ludzkie losy,
także te najbardziej dramatyczne.
Przypisy
* W. Gombrowicz,
Przeciw poetom. W: Dziennik 1953-1956. Wydawnictwo
Literackie, Kraków 1997, s. 339.
1. Por. dyskusję
antropologów w ostatnich numerach „op.cit.”-ów.
2. Ervin Panofsky
tak charakteryzuje specyfikę nauk humanistycznych: „w języku
łacińskim istnieje subtelna różnica między scientia
i eruditio, a w angielskim między nauką
(knowledge) i wiedzą (learning). Scientia
– nauka – oznacza raczej zasób zdobytych przez umysł
wiadomości niż proces ich nabywania. Umysłowy stan posiadania
można utożsamić z naukami przyrodniczymi (natural
sciences), a eruditio – wiedzę – pojmowaną jako
proces nabywania wiadomości, z naukami humanistycznymi
(humanities). Idealnym celem tych pierwszych wydaje się
osiągnięcie czegoś w rodzaju mistrzowskiej biegłości
(mastery); tych drugich – zdobycie mądrości” (The
History of Art as a Humanistic Discipline, w: Meaning in
the Visual Arts, New York 1955, s. 25). Cyt. za E. Wolicka,
Humanitas – zapomniana cnota humanistyki
(http://free.ngo.pl).
3. D. Czaja, Krew
i łzy. Interpretacja jako namiętność. „Teksty Drugie” 3,
2006, s. 191. Czaja przytacza słowa S. Kierkegaarda ze Stadiów
erotyki bezpośredniej, czyli erotyki muzycznej: „To, co mam o
tym [erotyce muzycznej – przyp. M.J.] do powiedzenia, zawdzięczam
jedynie i wyłącznie Mozartowi. Gdyby więc ten i ów
czytelnik mój był na tyle uprzejmy, żeby mój zamiar
zaaprobować, nie mogąc się jednak pozbyć wątpliwości, czy
rzeczywiście wszystko to znajdzie u Mozarta, czy też raczej, że to
ja układam do muzyki Mozarta treść własną, mogę go zapewnić,
że nie tylko ta odrobina, którą ja ukazać potrafię, ale
nieskończenie więcej zawarte jest w muzyce Mozarta…” (tamże,
s. 191).
4. Dlatego uważam,
że temat, jakim była rozmowa Claude’a Lanzmanna z dr. Mauricem
Rossetem o jego udziale w inspekcji obozów koncentracyjnych w
czasie drugiej wojny, zaproponowany przez prof. Michała Bristigera
na seminarium De Musica (4 marca 2006 r.), mieści się w projekcie
„nowej muzykologii”, w projekcie musicology as a political act
według Philipa V. Bohlmana, do którego odwołuję się w
dalszej części tekstu.
5. Nieostre
wyrażenie „tradycyjna muzykologia” traktuję jako równoważne
z ujęciem muzykologii pozytywistycznej, jakie zaproponował J.
Kerman w swej Musicology (London 1985).
6. M. Jabłoński, O
czym nie można mówić, o tym trzeba mówić z wnętrza…
Niepewna myśl muzykologa z powodu „Obrony żarliwości” Adama
Zagajewskiego. Tekst wygłoszony 20.10.2005 r. na seminarium De
Musica, na zaproszenie prof. Michała Bristigera [w druku w Res Facta
Nova 9, 2007].
7.
Bohlman odcina się w swych rozważaniach od tych rozstrzygnięć,
które dotyczą takich kwestii, jak „muzyka i polityka” (R.
Stephan, Über Musik und Politik. Mainz 1971), „muzyka
polityczna” (Tibor Kneif, Politische Musik?, Wien 1977), czy
nawet „polityczność muzyki” (M. Meyer, The Politics of Music
in the Third Reich. New York 1991). W ramach tych poglądów,
uwzględniając wszelkie dzielące je różnice, utrzymuje się,
że muzyka posiada zdolność głoszenia przesłania politycznego, że
jest „potencjalnie nosicielem przekazu politycznego, na tej samej
zasadzie, jak przekazu estetycznego” (music has the potential to
voice a political message, s. 418).
8. Wg G. Marcela
„Tajemnica” jest to nieogarniona rozumem i nieprzenikniona
prawda, w której człowiek jest pogrążony.
Literatura
G.
Agamben, Infancy and History: Essays on the Destruction of
Experience. London 1993.
Ch.
Balme, Wprowadzenie do nauki o teatrze. Tłum. W. Dudzik, M.
Leyko. PWN, Warszawa 2002.
Ph.
Bohlman, Musicology as a Political Act. “Journal of
Musicology” XI, nr 4, 1993.
J.
Brach-Czaina, Fazy
współczesnej myśli feministycznej w Polsce. W:
Przekraczanie estetyki. Red. Z. Rosińska i in. Warszawa, UW
2003.
M.
Buchowski, Zrozumieć Innego. Antropologia racjonalności.
Wyd. Anthropos, Kraków 2004.
Z.
Cackowski, Myślenie i język. W: Język współczesnej
humanistyki. (Biblioteka Myśli Semiotycznej) Red. J. Pelc.
Warszawa 2000.
F.
Crick, Zdumiewająca hipoteza. Prószyński i S-ka,
Warszawa 1997.
D.
Czaja, Krew i łzy. Interpretacja jako namiętność. „Teksty
Drugie” 3, 2006.
J.
Derrida, Struktura, znak i gra w dyskursie nauk humanistycznych.
Tłum. M. Adamczyk. „Pamiętnik Literacki” LXXVII, z. 2, 1986.
A.
Falkiewicz, Gombrowicz – filozof i filozofujące dzieło.
„Poznańskie Studia z Filozofii Humanistyki” 3 (16), 1996.
T.
Gadacz, Nie ma szczęścia bez myślenia. „Polityka” 50,
17.12.2005.
K.
Głaz, Gombrowicz w Vence i inne wspomnienia. Wyd. Literackie,
Kraków 1989.
W.
Gombrowicz, Dziennik 1953-1956. WL, Kraków 1997.
W.
Gombrowicz, Dziennik 1961-1969. WL, Kraków 1992.
G.
Grochowski. Tekstowe hybrydy. Literackość i jej pogranicza.
(Monografie FNP) Wrocław 2000.
J.G.
Herder, Dziennik mojej podróży z roku 1769. Tłum. M.
Kurkowska. Borussia, Olsztyn 2002.
E.
Husserl, Kryzys nauk europejskich i fenomenologia
transcendentalna. Tłum. S. Walczewska. Wyd. Rolewski, Toruń
1999.
M.
Jabłoński, Wmyślanie się w muzykologię. „Res Facta
Nova” 5 (14), 2002. Poznań, wyd. PTPN.
M.
Janion, Żyjąc tracimy życie. Niepokojące tematy egzystencji.
Wyd. WAB, Warszawa 2001.
W.
Juszczak, Nic wątlejszego nad kamień i diament… W: Twarzą
w twarz z obrazem. Red. M. Przełęcka. Warszawa 2003.
L.
Kołakowski, [Wstęp do:] B. Skarga, O filozofię bać się nie
musimy. Warszawa 1999.
T.
Komendziński, Znak i jego ciągłość. Semiotyka Ch.S. Peirce’a
między precepcją a recepcją. Toruń 1995.
K.
Korsyn, Decentering Music. A Critique of Contemporary Musical
Research. Oxford U.P. 2003.
Ph.
Lacoue-Labarthe, Poezja jako doświadczenie. Tłum. J.
Margański. Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk 2004.
A.
Leśniak, Topografie doświadczenia. Blanchot i Derrida.
Aureus, Kraków 2003.
P.
Millati, Gombrowicz o sztuce. Słowo/Obraz Terytoria, Gdańsk
2002.
F.
Nietzsche, Pisma pozostałe 1862-1875. Tłum. B. Baran. Inter
Esse, Kraków 1993.
L.
Nowak, Gombrowicz. Człowiek wobec ludzi. Prószyński i
S-ka, Warszawa 2000.
L.
Nowak, (Unitarna) metafizyka Bolesława Leśmiana. „Poznańskie
Studia z Filozofii Humanistyki” 3 (16), 1996.
R.
Nycz, O nowoczesności jako doświadczeniu. „Teksty Drugie”
3, 2006.
M.
Przełęcki, Postulat ścisłości. W: Język współczesnej
humanistyki. (Biblioteka Myśli Semiotycznej) Red. J. Pelc.
Warszawa 2000.
P.
Quignard, Nienawiść do muzyki. Przeł. E. Wieleżyńska.
„Literatura na Świecie” 1-2 (390-391), 2004, s. 183-199.
P.
Sanavio, Gombrowicz: forma i rytuał. W: Gombrowicz
filozof. Red. F. Cataluccio i in. Kraków 1991.
B.
Skarga, O filozofię bać się nie musimy. Warszawa 1999.
M.
Stala, W
poszukiwaniu znaków doskonale czystych. W: www.milosz.pl
(b.d.)
D.
Szumska, Na tropach toposu: rozważania o metaforze poetyckiej.
W: Językowy obraz świata. (Język i kultura, t. 13). Red.
A. Dąbrowska i in. Wrocław 2000.
W.
Tomasik, O ludyczności tekstu literaturoznawczego. „Teksty
Drugie” 5-6, 1990.
M.
Tomaszewski, Interpretacja integralna dzieła muzycznego.
Rekonesans. Kraków,
Akademia Muzyczna 2000.
P.C.
van den Toorn, Politics,
Feminizm, and Contemporary Music Theory. “The Journal of
Musicology” vol. 9, 1991, nr 3.
S.
Valimaki, Some Reflections on the Postmodern Project in Musicology
and Its Semiotic Essence. In: Musical Semiotics Revisited.
Ed. by E. Tarasti. Acta Semiotica Fennica XV. Helsinki 2003.
Tekst „Przeciw
muzykologii” został wygłoszony 20 maja 2006 r. w ramach
seminarium De Musica na zaproszenie prof. Michała Bristigera.
|
|