Nuove Pagine 2

Vol. XI  •  2005




GABRIELE D'ANNUNZIO
ELEGIE RZYMSKIE – WYBÓR

Z księgi pierwszej:

Villa d’Este

Jakież to drżenie szczęśliwe drzew spokój porusza, o Muzy,
i urn zamkniętych pierś głęboką otwiera?

Kto, w głębi wiernych łożysk rzeki, duchy śpiewu budząc
wznosi dostojny tak płacz organów i lutni?

Któż w głębi marmurów głuchych, wody biegu niepomnych,
na powrót dreszcz wspomnień umieszcza?

Kto, o Muzy, z wód mnogich tak wiele pieśni łowi?
Ona jest tą, co się wam spodobała, o Muzy, to Vittoria Doni,

idzie ścieżką cienistą, kobieta wspaniała, a wokół
boskie miejsce drży pod jej panowaniem.

Wielbią wszystkie ogrody słodkie jej władztwo
i fontanny na drodze, mówią o czasach umarłych.

Mówią wśród zieleni nietkniętej, sto fontann mówi,
mówią słodko i cicho, jak usta kobiece,

gdy na zwieńczeniach, przez słońce w purpurę odzianych
lśnią w glorii (o chwało d’Este!) lilie i orły.


Z księgi drugiej:

Nad jeziorem Nemi
Villa Cesarini

<>Był czas powrotu. Słońce poprzez lasy książęce
spadając, mętny rozciągało płomień. Lecz nad wodami

zamknionymi przez wielki okrąg pni stojących w ogniu, bladość
mroczna królowała. Żaden nie raził ich promień.

Któż w boskim jeziora łonie gniew tak wielki zgromadził?
Sine, nieme wody miotały groźby,

niczym długie nieprzyjaciela spojrzenie, krok nasz
śledząc chłodnym urokiem serca nasze brały w posiadanie.

<>Pochwycił nas strach nieznany. Myśl o śmierci
błyskiem oświetliła duszę przerażoną.

Zdawało mi się, ze wzdłuż letejskiego brzegu kroczę, wzdłuż Styksu,
cień kobiety kochanej z sobą wiodąc.

Wszystkie obrazy powabne naszego życia odległego
ulatywały – więc wszystko w nas śmiercią było,

wszystko: i miłość nasza i ból nasz i nasza
szczęśliwość, czym innym nie było, jak rzeczą martwą.

O wizjo, na zawsze dla duszy mojej otwarta!
Gwałtownie wody ciemniały.

Bez drżenia, nieruchome, nieprzejrzyste, otchłań skrywające,
groźniejsze to coraz, wody zdawały się skłaniać

ku klątwie nieba. Obłoki ciążyły ku dołowi;
baczne tkwiły lasy w przerażeniu ogromnym.

Zgasł już niemal w powietrzu ogień, lecz jeszcze ostatnia płonęła
żagwi podobna, w Nemi, czerwona wieża Orsinich.

Villa Chigi
I

Zawsze przed oczyma, zawsze, mieć będę ten widok. O, milcząca
blada, naga, leśna gęstwino, nie zapomniana nigdy!

Zeszliśmy wolno, za odźwiernym podążając po schodach
wilgotnych, wąskich, tam, gdzie cień zdawał się z lodu być uczyniony.

Ona z przodu była. Przystając rok za krokiem. Niepewna na stopniach
stromych, wsparcia o ścianę szukała słabą ręką.

Spojrzałem na nią. Dłoń bielejąca zdawała mi się być krwi pozbawioną,
zdawała mi się rzeczą martwą. Martwą dłoń droga,

która snów tyle o chwale wokół głowy mi plotła, co tyle
dreszczy słodyczy w żyłach mych rozsypała!

Pozostaliśmy sami. Źródło szlochało ochryple u stóp loggi;
w górę wstępowało antyczne lenno Chigich, do nieba.

Rozprzestrzeniały się dymy na błękicie, niczym najbielsze runa.
Wewnątrz biegł uśmiech znikomy, złoty, i nagie

gęstwin szczyty zdawały się parować tym złotem ;
na czubkach paproci lśniły delikatne płomienie ze złota.

Ona milczała, patrząc. Lecz – cała mieszcząca się oczach – dusza smutna
zbolała, te mówiła mi słowa:

–Tak więc w gęstwinie wysokiej, w której nad głową mą usłyszałeś śpiewanie,
pogrzebiesz, bez płaczu, wielką miłość twoją?

Zrozumiem więc w ukochanej przez nas słodkiej ciszy
prawdę okrutną? Tak więc dla tego też, o przyjacielu

mój jedyny, dla tego też ponownieś mnie przywiódł w miejsca
drogie gdzie dnia pewnego zdawałam ci się wiosnę otwierać?

II

Och wiosno, całą twą gęstwinę przebiegały duchy twoje;
całą od korzeni zajmowały bezwładną gęstwinę,

skrycie; rzadkie, pożądliwe westchnienia umykały;
czasem słychać było dyszenie – ciężki oddech miłosny – o wiosno!

Ona, patrząc, milczała. Słyszałem wewnętrzny jej głos;
lecz odpowiedzi nie dałem. Milczałem. Nie dałem jej nigdy.

Próżny wszelki wysiłek. Pieczęć zimna zamykała mi usta;
mętna, niezwyciężona, ku niej, z głębi trzewi

wznosiła się nie wiem jaka nienawiść; konała
litość wszelka wobec niej, w sercu już nasyconym.

Milczący tak kroczyliśmy: jeden przy boku drugiej.
Podobni cieniom błądzącym pod kaźnią fatalną.

Zmęczonym było ciało; powieki ciążyły;
w oczach niemalże opary mgły stały.

Noc całą, ach, długą! (Zdawało się, że nigdy świt się nie stanie),
z płomieniem, z gniewem szalonym próbowałem

w ciałach splątanych, w pocałunkach, ożywić ogień.
Ona duszy mej więcej w pocałunkach nie piła.

Łzy tylko swoje piła w moich pocałunkach.
Łzy z tych oczu – wszak was czułem na sercu

palące mnie wśród odrazy co falami z głębin napływała –
łzy z oczu tamtych słodkich gdzie niegdyś niebo ujrzałem!

III

<>W chwili tej dostrzec nieba w jej oczach nie mogłem lecz ból.
Milczała wszak czas cały, bledsza bardziej niż niebo.

Wszelkie obrazy w nieszczęsnych oczach moich zdawały się wątpliwe,
nieistniejące, niczym snów kształty, dziwne.

Drzewa dziwne, dookoła, wznosiły się z ziemi by pochwycić
za pomocą ramion potwornych w szpony delikatny obłok.

Wiotki umykał obłok strasznemu uściskowi, zostawiając
drapieżcy dzikiemu muśliny ulotne ze złota.

W każdym miejscu gęste mchy wzrastały w wilgoci
ciężkiej. Dęby uczynione były z weluru.

Pnie wszystkie świeży, przebogaty aksamit okrywał;
aksamitne były skały wszelkie dookoła.

O wspaniałości! Kiedyś zdało mi się to cudowną szatą,
dziełem pieśni poetyckich, a ona misterium tym szafującą.

Wątpliwość z perłowego nieba spoglądała na słońce spomiędzy gałęzi,
ona oczami jasnymi śmiała się do Uwielbionego.

Wahało się serce moje: – Czy światło to tajemne
co las oświetla, z oczu jej czy ze słońca pada? –

Jak gdy o świcie wczesnym, blady księżyc sierpnia – niknąc
– uśmiech daje delikatniejszy niż dał kiedykolwiek;

na niebie drżą dwa piękne cuda; sen ostatni wydaje ziemia
niepewna świetle brzasku w duchów pełnym;

taką mi ona się zdała. Powykręcane korzenie u jej stóp
wężów stadem posłusznym jej były.


IV

Teraz któż przewodził w naszej wędrówce? Może wspomnienie?
I czemuż przemierzaliśmy to wzniesienie strapione?

Był na tym wzniesieniu (w górę krocząc słyszałem oddech
zmęczony milczącej) las. Wszystkie nagie,

szare, delikatne, pnie prężyły się w szyku,
niczym oddziały lanc rozstawione w polu;

lub może raczej, duszo moja, niczym długi, dostojny
rząd zniczy zgasłych w powietrzu niemym?

Z pewnością takimi to jej się zdały, gdy przechodziła.
O śmierci pomyślała. W bladości jej wyczytałem:

–Ty ujrzysz jak umieram. Chcesz więc, chcesz więc bym umarła? –
Wyczytałem w oczach. – A wszak nie uczyniłam ci nic złego.

Wszak nie uczyniłam ci nic nad kochanie, nad kochanie; nic więcej
nad to, że zawsze cię kochałam! Nie uczyniłam ci nic złego. –


Próżny wszelki wysiłek. Pieczęć zimna zamykała mi usta.
Urok tajemny zmroził wnętrze moje.

Lecz zadrżeliśmy, przystając; wstrzymał drogę naszą
pień obalony. Milczący przysiedliśmy na nim.

V

Na zawsze w mych oczach, na zawsze mieć będę tamten widok.
O milcząca wyblakła, naga, leśna gęstwino, nie zapomniana nigdy.

Zamkniętym było niebo. Powiew lekki z rzadka
niemalże dreszcz nietrwałych drzew szczytów wzbudzał.

Kopce węgla, tu i tam, na polanach, niczym wysokie
stosy gdzie już w popioły przemieniły się ciała zmarłych,

dymiły nieśpiesznie. Wznosiły się w górę spirale
powolne falując; powolne pierzchały,

i tutaj, na ziemi powstałej ze zmarłych liści, na tym
grobie jesieni wielu, wędrowały cienie.

Prochy, dym i cień, zdawały się tutaj prawo wszelkie stanowić.
– Muszą, jak i ciała, jak i liście, jak i

wszystko, czyste rzeczy ducha zwiędnąć, zbutwieć
w zgniliźnie muszą się sny wszelkie roztopić.

Musisz ty, człowieku, zawsze w tym wszystkim co niosło ci oszołomienie
odrętwiały, zakosztować mdłości.

Nic wolnym od fatum nie jest. W ciele i w duszy, wszystko,
wszystko, umierając, rozkładowi ulec musi. –

W chwili tej, z dwojga nas, kto cierpiał więcej? Ona, ona mnie kochała;
czuła przynamniej – żyjący życiem okrutnym –

w sercu swym płomień – płomień i czysty i pełen blasku.
Ja nie kochałem. Serce zdawało się opuchnięte od posępnego

fetoru; prócz znużenia nieskończonego innych odczuć nie miała
otępiała dusza moja. Och, jakże ci kobieto zazdrościłem!

VI

Lecz zadrżeliśmy oboje, dźwięk topora słysząc.
Powtarzające się uderzenia rozbrzmiewały.

Okrutny w wielkiej ciszy ranił niewidoczny topór;
to nie pień draśnięty słychać było jęczący.

Ona, ona, nagle, jak raniona, w szloch zapadła,
zapadła w łzy rozpaczliwe; i ujrzałem ją

w mej myśli - niczym w błysku światłości – ujrzałem ją
krwawiącą pokornie, duszącą się pokornie,

rozciągniętą we krwi i wznoszącą błagalne z czerwonego jeziora
ręce ; i wzrokiem mówiła: – Nie uczyniłam ci nic złego.–

O duszo konająca! Blisko niej trwałem, skamieniały.
Czy też raz jeden łez jej pić

nie mogłem? Chociażby włosów musnąć raz jeden
nie mogłem? Chociażby nadgarstków chwycić; twarzy

białej jej odkryć, lilii boskiej uperlonej szlochem;
chociażby spytać głosem czułym: – Pani, czemu płaczesz? –

Łkała. Z daleka niósł się dźwięk topora; dookoła
wysokie stosy dymiły powolne.


Z księgi trzeciej:

HERMY
VILLA MEDICI

Hermy, stróżowie, o bogowie milczący na ziemi odludnej,
medytujące dusze w kamieniu, co straż pełnicie,

wy jeszcze tylko bronicie starodawnej pamięci, wy jeszcze
pamięcią w samotności jesteście!

Innych obejmuje już zapomnienie. Komu z was oplotło
radośnie szyję pośród akantów kwitnących?


Z księgi czwartej:

Zamknięcie

Księgo, Rzym nasz ujrzysz. Do wielkiej wysyła Cię
matki ten, który wielce ją kocha, co kocha ją wiecznie.

Przynieś żałosną miłość i pragnienie, co niszczy
wygnańca i opłakiwanie próżne – ach – dobra utraconego.

Ja nie usiłowałem wierszem wzniosłej piękności wyrażać.
Nazbyt jest ona wielką i nazbyt mój wiersz jest małym.

Tylko w Tobie, o Księgo, część mej duszy zamknąłem.
Bez radości podążaj. Niesiesz prochy zimne już prawie.

Idź więc. Rzym nasz ujrzysz. Ujrzysz go od wzgórz jego,
od Kwirynału aż po Gianicolo jaśniejący,

od Awentynu aż po Pincio jarzejący mocniej jeszcze w najpóźniejszym zmierzchu, cud najwyższy, oświetlający nieba.

Takim go ujrzysz, jakim go ujrzały oczy moje, jakim zawsze
w noc pełną lęku dusza moja go widzi.

Nic większym i świętym bardziej nie jest. Światło gwiazdy w sobie zawiera.
Nie same nieba swe Rzym rozjaśnia, lecz świat cały.

Przełożyła: Agnieszka Jaźwińska-Pudlis



 
spis treści  |  powiadom o tekście znajomego  |  następny artykuł