|
GABRIELE
D'ANNUNZIO
ELEGIE
RZYMSKIE – WYBÓR
|
Z
księgi pierwszej:
Villa
d’Este
Jakież
to drżenie szczęśliwe drzew spokój porusza, o Muzy, i
urn zamkniętych pierś głęboką otwiera?
Kto, w głębi
wiernych łożysk rzeki, duchy śpiewu budząc wznosi dostojny tak
płacz organów i lutni?
Któż w głębi marmurów
głuchych, wody biegu niepomnych, na powrót dreszcz
wspomnień umieszcza?
Kto, o Muzy, z wód mnogich tak
wiele pieśni łowi? Ona jest tą, co się wam spodobała, o Muzy,
to Vittoria Doni,
idzie ścieżką cienistą, kobieta
wspaniała, a wokół boskie miejsce drży pod jej
panowaniem.
Wielbią wszystkie ogrody słodkie jej władztwo i
fontanny na drodze, mówią o czasach umarłych.
Mówią
wśród zieleni nietkniętej, sto fontann mówi, mówią
słodko i cicho, jak usta kobiece,
gdy na zwieńczeniach,
przez słońce w purpurę odzianych lśnią w glorii (o chwało
d’Este!) lilie i orły.
Z
księgi drugiej:
Nad
jeziorem Nemi Villa Cesarini
<>Był
czas powrotu. Słońce poprzez lasy książęce spadając, mętny
rozciągało płomień. Lecz nad wodami
zamknionymi przez
wielki okrąg pni stojących w ogniu, bladość mroczna królowała.
Żaden nie raził ich promień.
Któż w boskim jeziora
łonie gniew tak wielki zgromadził? Sine, nieme wody miotały
groźby,
niczym długie nieprzyjaciela spojrzenie, krok nasz
śledząc
chłodnym urokiem serca nasze brały w posiadanie.
<>Pochwycił
nas strach nieznany. Myśl o śmierci
błyskiem
oświetliła duszę przerażoną.
Zdawało mi się, ze wzdłuż
letejskiego brzegu kroczę, wzdłuż Styksu, cień kobiety
kochanej z sobą wiodąc.
Wszystkie obrazy powabne naszego
życia odległego ulatywały – więc wszystko w nas śmiercią
było,
wszystko: i miłość nasza i ból nasz i
nasza szczęśliwość, czym innym nie było, jak rzeczą
martwą.
O wizjo, na zawsze dla duszy mojej
otwarta! Gwałtownie wody ciemniały.
Bez drżenia,
nieruchome, nieprzejrzyste, otchłań skrywające, groźniejsze to
coraz, wody zdawały się skłaniać
ku klątwie nieba. Obłoki
ciążyły ku dołowi; baczne tkwiły lasy w przerażeniu
ogromnym.
Zgasł już niemal w powietrzu ogień, lecz jeszcze
ostatnia płonęła żagwi podobna, w Nemi, czerwona wieża
Orsinich.
Villa
Chigi I
Zawsze
przed oczyma, zawsze, mieć będę ten widok. O, milcząca blada,
naga, leśna gęstwino, nie zapomniana nigdy!
Zeszliśmy
wolno, za odźwiernym podążając po schodach wilgotnych,
wąskich, tam, gdzie cień zdawał się z lodu być uczyniony.
Ona
z przodu była. Przystając rok za krokiem. Niepewna na
stopniach stromych, wsparcia o ścianę szukała słabą
ręką.
Spojrzałem na nią. Dłoń bielejąca zdawała mi się
być krwi pozbawioną, zdawała mi się rzeczą martwą. Martwą
dłoń droga,
która snów tyle o chwale wokół
głowy mi plotła, co tyle dreszczy słodyczy w żyłach mych
rozsypała!
Pozostaliśmy sami. Źródło szlochało
ochryple u stóp loggi; w górę wstępowało antyczne
lenno Chigich, do nieba.
Rozprzestrzeniały się dymy na
błękicie, niczym najbielsze runa. Wewnątrz biegł uśmiech
znikomy, złoty, i nagie
gęstwin szczyty zdawały się
parować tym złotem ; na czubkach paproci lśniły delikatne
płomienie ze złota.
Ona milczała, patrząc. Lecz – cała
mieszcząca się oczach – dusza smutna zbolała, te mówiła
mi słowa:
–Tak więc w gęstwinie wysokiej, w której
nad głową mą usłyszałeś śpiewanie, pogrzebiesz, bez
płaczu, wielką miłość twoją?
Zrozumiem więc w ukochanej
przez nas słodkiej ciszy prawdę okrutną? Tak więc dla tego
też, o przyjacielu
mój jedyny, dla tego też ponownieś
mnie przywiódł w miejsca drogie gdzie dnia pewnego
zdawałam ci się wiosnę otwierać?
II
Och
wiosno, całą twą gęstwinę przebiegały duchy twoje; całą od
korzeni zajmowały bezwładną gęstwinę,
skrycie; rzadkie,
pożądliwe westchnienia umykały; czasem słychać było
dyszenie – ciężki oddech miłosny – o wiosno!
Ona,
patrząc, milczała. Słyszałem wewnętrzny jej głos; lecz
odpowiedzi nie dałem. Milczałem. Nie dałem jej nigdy.
Próżny
wszelki wysiłek. Pieczęć zimna zamykała mi usta; mętna,
niezwyciężona, ku niej, z głębi trzewi
wznosiła się nie
wiem jaka nienawiść; konała litość wszelka wobec niej, w
sercu już nasyconym.
Milczący tak kroczyliśmy: jeden przy
boku drugiej. Podobni cieniom błądzącym pod kaźnią
fatalną.
Zmęczonym było ciało; powieki ciążyły; w
oczach niemalże opary mgły stały.
Noc całą, ach, długą!
(Zdawało się, że nigdy świt się nie stanie), z płomieniem, z
gniewem szalonym próbowałem
w ciałach splątanych, w
pocałunkach, ożywić ogień. Ona duszy mej więcej w pocałunkach
nie piła.
Łzy tylko swoje piła w moich pocałunkach. Łzy
z tych oczu – wszak was czułem na sercu
palące mnie
wśród odrazy co falami z głębin napływała – łzy z
oczu tamtych słodkich gdzie niegdyś niebo ujrzałem!
III
<>W
chwili tej dostrzec nieba w jej oczach nie mogłem lecz ból. Milczała
wszak czas cały, bledsza bardziej niż niebo.
Wszelkie obrazy
w nieszczęsnych oczach moich zdawały się wątpliwe, nieistniejące,
niczym snów kształty, dziwne.
Drzewa dziwne, dookoła,
wznosiły się z ziemi by pochwycić
za
pomocą ramion potwornych w szpony delikatny obłok.
Wiotki
umykał obłok strasznemu uściskowi, zostawiając drapieżcy
dzikiemu muśliny ulotne ze złota.
W każdym miejscu gęste
mchy wzrastały w wilgoci ciężkiej. Dęby uczynione były z
weluru.
Pnie wszystkie świeży, przebogaty aksamit
okrywał; aksamitne były skały wszelkie dookoła.
O
wspaniałości! Kiedyś zdało mi się to cudowną szatą, dziełem
pieśni poetyckich, a ona misterium tym szafującą.
Wątpliwość
z perłowego nieba spoglądała na słońce spomiędzy gałęzi, ona
oczami jasnymi śmiała się do Uwielbionego.
Wahało się
serce moje: – Czy światło to tajemne co las oświetla, z
oczu jej czy ze słońca pada? –
Jak gdy o świcie
wczesnym, blady księżyc sierpnia – niknąc – uśmiech daje
delikatniejszy niż dał kiedykolwiek;
na niebie drżą dwa
piękne cuda; sen ostatni wydaje ziemia niepewna świetle brzasku
w duchów pełnym;
taką mi ona się zdała. Powykręcane
korzenie u jej stóp wężów stadem posłusznym jej
były.
IV
Teraz
któż przewodził w naszej wędrówce? Może
wspomnienie? I czemuż przemierzaliśmy to wzniesienie
strapione?
Był na tym wzniesieniu (w górę krocząc
słyszałem oddech zmęczony milczącej) las. Wszystkie
nagie,
szare, delikatne, pnie prężyły się w szyku, niczym
oddziały lanc rozstawione w polu;
lub może raczej, duszo
moja, niczym długi, dostojny rząd zniczy zgasłych w powietrzu
niemym?
Z pewnością takimi to jej się zdały, gdy
przechodziła. O śmierci pomyślała. W bladości jej
wyczytałem:
–Ty ujrzysz jak umieram. Chcesz więc,
chcesz więc bym umarła? – Wyczytałem w oczach. – A
wszak nie uczyniłam ci nic złego.
Wszak nie uczyniłam ci
nic nad kochanie, nad kochanie; nic więcej nad to, że zawsze
cię kochałam! Nie uczyniłam ci nic złego. –
Próżny
wszelki wysiłek. Pieczęć zimna zamykała mi usta. Urok tajemny
zmroził wnętrze moje.
Lecz zadrżeliśmy, przystając;
wstrzymał drogę naszą pień obalony. Milczący przysiedliśmy
na nim.
V
Na
zawsze w mych oczach, na zawsze mieć będę tamten widok.
O
milcząca wyblakła, naga, leśna gęstwino, nie zapomniana
nigdy.
Zamkniętym było niebo. Powiew lekki z rzadka niemalże
dreszcz nietrwałych drzew szczytów wzbudzał.
Kopce
węgla, tu i tam, na polanach, niczym wysokie stosy gdzie już w
popioły przemieniły się ciała zmarłych,
dymiły
nieśpiesznie. Wznosiły się w górę spirale powolne
falując; powolne pierzchały,
i tutaj, na ziemi powstałej ze
zmarłych liści, na tym grobie jesieni wielu, wędrowały
cienie.
Prochy, dym i cień, zdawały się tutaj prawo
wszelkie stanowić. – Muszą, jak i ciała, jak i liście,
jak i
wszystko, czyste rzeczy ducha zwiędnąć, zbutwieć w
zgniliźnie muszą się sny wszelkie roztopić.
Musisz ty,
człowieku, zawsze w tym wszystkim co niosło ci
oszołomienie odrętwiały, zakosztować mdłości.
Nic
wolnym od fatum nie jest. W ciele i w duszy, wszystko, wszystko,
umierając, rozkładowi ulec musi. –
W chwili tej, z
dwojga nas, kto cierpiał więcej? Ona, ona mnie kochała; czuła
przynamniej – żyjący życiem okrutnym –
w sercu swym
płomień – płomień i czysty i pełen blasku. Ja nie kochałem.
Serce zdawało się opuchnięte od posępnego
fetoru; prócz
znużenia nieskończonego innych odczuć nie miała otępiała
dusza moja. Och, jakże ci kobieto zazdrościłem!
VI
Lecz
zadrżeliśmy oboje, dźwięk topora słysząc. Powtarzające się
uderzenia rozbrzmiewały.
Okrutny w wielkiej ciszy ranił
niewidoczny topór; to nie pień draśnięty słychać było
jęczący.
Ona, ona, nagle, jak raniona, w szloch
zapadła, zapadła w łzy rozpaczliwe; i ujrzałem ją
w
mej myśli - niczym w błysku światłości – ujrzałem
ją krwawiącą pokornie, duszącą się pokornie,
rozciągniętą
we krwi i wznoszącą błagalne z czerwonego jeziora ręce ; i
wzrokiem mówiła: – Nie uczyniłam ci nic złego.–
O
duszo konająca! Blisko niej trwałem, skamieniały. Czy też raz
jeden łez jej pić
nie mogłem? Chociażby włosów
musnąć raz jeden nie mogłem? Chociażby nadgarstków
chwycić; twarzy
białej jej odkryć, lilii boskiej uperlonej
szlochem; chociażby spytać głosem czułym: – Pani, czemu
płaczesz? –
Łkała. Z daleka niósł się
dźwięk topora; dookoła wysokie stosy dymiły powolne.
Z
księgi trzeciej:
HERMY
VILLA
MEDICI
Hermy,
stróżowie, o bogowie milczący na ziemi odludnej, medytujące
dusze w kamieniu, co straż pełnicie,
wy jeszcze tylko
bronicie starodawnej pamięci, wy jeszcze pamięcią w samotności
jesteście!
Innych obejmuje już zapomnienie. Komu z was
oplotło radośnie szyję pośród akantów
kwitnących?
Z
księgi czwartej:
Zamknięcie
Księgo,
Rzym nasz ujrzysz. Do wielkiej wysyła Cię matki ten, który
wielce ją kocha, co kocha ją wiecznie.
Przynieś żałosną
miłość i pragnienie, co niszczy wygnańca i opłakiwanie próżne
– ach – dobra utraconego.
Ja nie usiłowałem wierszem
wzniosłej piękności wyrażać. Nazbyt jest ona wielką i nazbyt
mój wiersz jest małym.
Tylko w Tobie, o Księgo, część
mej duszy zamknąłem. Bez radości podążaj. Niesiesz prochy
zimne już prawie.
Idź więc. Rzym nasz ujrzysz. Ujrzysz go
od wzgórz jego, od Kwirynału aż po Gianicolo
jaśniejący,
od Awentynu aż po Pincio jarzejący mocniej
jeszcze w najpóźniejszym zmierzchu, cud najwyższy,
oświetlający nieba.
Takim go ujrzysz, jakim go ujrzały oczy
moje, jakim zawsze w noc pełną lęku dusza moja go widzi.
Nic
większym i świętym bardziej nie jest. Światło gwiazdy w sobie
zawiera. Nie same nieba swe Rzym rozjaśnia, lecz świat cały.
Przełożyła: Agnieszka Jaźwińska-Pudlis
|