De Musica Vol. III  2002

 

Andrzej Bieńkowski

W poszukiwaniu niechcianej muzyki. Ostatni wiejscy muzykanci

 

 

Najczęściej zadawanym mi pytaniem po ukazaniu się mojej książki Ostatni wiejscy muzykanci było: dlaczego się tym zająłeś?, po co ci to było? No bo faktycznie: malarz poświęca ponad 20 lat życia na zajmowanie się rzeczami o których nie miał pojęcia. Tak to z boku wygląda. Teraz myślę, że w dużej mierze zawdzięczam to rodzimym etnografom i działaczom kultury, którzy tak skutecznie zamazali obraz naszej muzyki wiejskiej, że aby dotrzeć do jej sedna trzeba było samemu zacząć jeździć po wsiach. Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, że w radiu i telewizji istniał aż do około 1975 roku zakaz puszczania muzyki wiejskiej in crudo. Owszem, bez kłopotu można było posłuchać stylizacji w wykonaniu Mazowsza, czy kapeli Dzierżanowskiego lub Kołaczkowskiego, ale prawdziwy wiejski skrzypek – mowy nie ma, przecież on tak okropnie gra, co innego jak ten surowiec weźmie na warsztat prawdziwy artysta, Chopin czy Szymanowski, wtedy ta muzyka nabiera blasku. Ileż razy słyszałem takie opinie właśnie przez etnografów głoszone.

Zacząłem więc jeździć, nagrywać i filmować na własną rękę. Przebić się do tego hermetycznego świata wiejskich muzykantów nie było łatwo. Niechętnie powierzają innym tajniki zawodowe dotyczące gry, ogrywania mazurka, czy wreszcie sił nieczystych, które można zaprzeć do pomocy przy grze. Im głębiej docierałem, tym bardziej byłem zaskoczony funkcjonowaniem tego muzycznego świata i dwuznacznej roli, jaką spełniają (czy raczej spełniali) muzykanci. Dwuznacznej, bo z jednej strony prowokującej grzech, rozpustę i siły nieczyste, a z drugiej ich obecność jest konieczna przy obrzędach (głównie weselach). Wobec tego trzeba się przed skrzypkami bronić! Obłożyć ich zakazami i nakazami. I tak muzykantowi nie wolno było wejść do kościoła z weselem – owszem były wyjątki, wtedy muzykanci zostawiali swoje instrumenty przed kościołem – (to w nich była zawarta siła nieczysta) i mogli doń wejść. Nie wolno było im grać w adwencie i poście, w chorobie i żałobie, można by jeszcze wiele takich zakazów wyliczyć.

Z drugiej strony klimat grzechu i emocji związany z muzyką powodował, że młodzież wiejska (a ona głównie tańczyła i grała) traktowała skrzypków tak, jak obecnie traktuje się gwiazdy muzyki pop. Zaskoczeniem dla mnie była konstatacja, że tak naprawdę muzykę wsi grali młodzi ludzie – kawalerowie, którzy przestawali czynnie uprawiać grę po ożenku. I tych była zdecydowana większość. Owszem, byli też starzy mistrzowie grający do późnego wieku (choćby dla zarobku), ale generalnie, tradycyjna muzyka wiejska była to muzyka grana przez młodych muzyków dla młodych tancerzy. (Widać tu analogie do współczesnej estrady „popowej”).

Poruszała mnie potrzeba uporczywego udowadniania swojej wartości muzycznej ze strony ostatniej generacji skrzypków, całkowicie przez wieś odrzuconych i zapomnianych. Uświadommy sobie: nasza wiejska muzyka – to przede wszystkim skrzypce. Ostatnie pokolenie skrzypków, to pokolenie urodzone około 1930 roku, młodszych skrzypków dziś już na wsi nie ma! Zacząłem się spieszyć, żeby jeszcze zdążyć dać świadectwo tej wspaniałej muzyce. Tak powstała moja książka.

Kiedy w 1979 roku zacząłem nagrywać po wsiach, robiłem to dla przyjemności, aby posłuchać tej muzyki, bo nigdzie nie mogłem na nią trafić. Stopniowo powiększałem obszar badań. Wreszcie postanowiłem, że nagram wszystkich skrzypków i harmonistów, jakich odkryję w Polsce centralnej. Właściwie po to, żeby zaspokoić swój głód tej muzyki i ludzi, którzy ją grają. Mogę powiedzieć po latach samotnej pracy, że udało mi się stworzyć największe w kraju prywatne zbiory dokumentujące muzykę wiejską. Za kilka lat nie będzie już skrzypków na wsi. Wieś i miasto odwróciło się od ich muzyki. W mieście króluje komercyjny folk, a na wsi muzyka pop.

Zawsze jednak jest tak, że kiedy myślimy, że już nie ma nadziei – coś się zaczyna ważnego dziać. Pojawił się u nas cichy, ukryty nurt – ruch młodych ludzi z miasta. Charakterystyczne, że to nie etnografowie czy etnomuzykolodzy, przejęci znaczeniem tej odchodzącej muzyki, jeżdżą do tych ostatnich wielkich artystów i, tak jak dawniej, w zamian za pomoc w gospodarstwie, uczą się u nich grać. Grać tak jak oni – autentycznie, niekomercyjnie, dla siebie. Myślę tu o młodzieży skupionej wokół Domu Tańca. To właściwie dla niej napisałem tę książkę, żeby dać świadectwo wielkości i upadku muzyki wiejskiej.

_______________

 

Andrzej Bieńkowski, Ostatni wiejscy muzykanci. Ludzie – obyczaje – muzyka, Warszawa 2001, Prószyński i Ska, s. 304, 267 zdjęć, mapa, indeks nazwisk, płyta CD.

 

 

 

Powrót do spisu treści <<<