3. Przez
"Wielką Szybę"
PC: W 1915 roku był Pan w Nowym Jorku. Miał Pan 28 lat, był sławnym
autorem nie mniej sławnego obrazu, "Aktu schodzącego po schodach". Zaraz po
przyjeździe poznał pan swego głównego amerykańskiego mecenasa, który później
zebrał cały pański dorobek w Philadelphia Museum, Waltera C. Arensberga. Jak
doszło do Waszego spotkania?
MD: Kiedy przypłynąłem, Walter Pach czekał w porcie, skąd zabrał mnie
prosto do Arensberga. Arensberg wiedział o moim przyjeździe i chciał mnie
poznać. Zatrzymałem się u niego przez miesiąc (potem wynająłem własną pracownię)
i tak narodziła się nasza przyjaźń, która przetrwała całe życie. Poeta, harwardczyk,
wolny od trosk finansowych, był bardzo miłym człowiekiem. Pisał imażystyczne
wiersze. W tym czasie w Nowym Jorku działała grupa imażystów, której przedstawicieli
znałem. Arensberg nie miał łatwego charakteru, biedaczysko. Był ode mnie trochę
starszy, niewiele. Nie zdobył rozgłosu jako poeta. Zniechęcony zarzucił pisanie
około 1918-1919 roku. Miał fantastyczne hobby - kryptografię - polegające
na odnajdywaniu tajemnych zapisów w Boskiej Komedii Dantego i sztukach Szekspira.
Wie Pan, stara historia, kto był Szekspirem, kto nie. Poświęcił temu całe
życie. Jeśli idzie o Dantego, napisał o nim książkę, którą opublikował własnym
sumptem, ponieważ żaden wydawca nie chciał jej przyjąć. Założył stowarzyszenie,
Fundację Francisa Bacona, która miała dowieść, że to w rzeczywistości Bacon
napisał sztuki Szekspira. Jego system polegał na wyszukiwaniu, w co trzecim
wersie najróżniejszego rodzaju aluzji, traktował to jak grę, jak szachy, sprawiało
mu to nieopisaną przyjemność, Miał dwie czy trzy sekretarki, które pracowały
dla niego. Umierając zostawił im dość pieniędzy, by wynajęły mały dom w Kalifornii
i prowadziły nadal badania nad Szekspirem. Taki był Arensberg.
PC: Czy jego badania miały rzeczywiście jakąś wartość naukową?
MD: Nie przypuszczam. Była to raczej wiara człowieka, który zaangażował
się w zabawę: Arensberg przekręcał słowa, by znaczyły to, czego szukał, jak
każdy, kto zajmuje się podobnymi sprawami.
[...]
PC: Pański pierwszy amerykański readymade nazywał
"Na poczet złamanej ręki". Dlaczego?
MD: To była szufla do śniegu. W rzeczywistości chodziło o napis, który
na niej umieściłem. Miałem nadzieję, że będzie pozbawiony sensu, ale w końcu,
gdzieś w głębi wszystko okazuje się sensowne.
PC: Napis nabiera sensu, kiedy ma się przed oczami sam przedmiot.
MD: Dokładnie tak. Sądziłem jednak, że, szczególnie po angielsku, nie
będzie miał znaczenia, żadnych odniesień. Skojarzenie jest proste: można złamać
rękę odgarniając śnieg, ale to banalne i myślałem, że przejdzie nie zauważone.
PC: Robiąc "Z tajemniczym hałasem", kłębek sznurka ściśnięty między
dwoma mosiężnymi płytkami połączonymi czterema długimi śrubami, miał Pan takie
same intencje?
MD: Nazwa pojawiła się potem. Zrobiłem trzy takie readymades - była
Wielkanoc 1926 roku - i wszystkie straciłem. Ten jeden trafił do Arensberga,
który odkręcił śruby i włożył coś do środka. Kiedy płytki znalazły się znowu
na swoim miejscu, to coś w środku grzechotało. Nigdy się nie dowiedziałem
co to było. Hałas pozostał dla mnie tajemnicą.
PC: Pierwsze zespołowe readymades pojawiły się razem z rytymi inskrypcjami,
które były celowo niezrozumiałe.
MD: Wcale nie były niezrozumiałe, to były angielskie i francuskie słowa,
w których brakowało niektórych liter. Inskrypcje przypominały napisy, z których
wypadły litery. PC: W każdym razie są niezrozumiałe, gdy je czytać: P.G.ECIDES
DEBARRASSE LE. D.SERT.F.URNIS ENTS AS HOW. V.R COR.ESPONDS
MD: Odtwarzanie ich może być zabawne. To bardzo łatwe.
PC: W kwietniu 1916 roku wziął Pan udział w
nowojorskiej wystawie zatytułowanej "Czterech Muszkieterów", trzej pozostali
to Crotti, Metzinger i Gleizes. Byliście także założycielami Societe des Independents,
na którego pierwszą wystawę zgłosił Pan porcelanowy urynał zatytułowany "Fontanna",
sygnowany przez R. Mutta i odrzucony.
MD: Nie, nie został odrzucony. Independents nie mogli odrzucać zgłoszonych
prac.
PC: Powiedzmy więc, że nie został przyjęty.
MD: Po prostu został przemilczany. Tak zadecydowało jury. Nie pytano
mnie o zdanie, ponieważ nikt nie wiedział, że to ja nadesłałem tę pracę. Podpisałem
ją nazwiskiem Mutt, by uniknąć jakichkolwiek personalnych odniesień. "Fontanna"
została po prostu wstawiona do pakamery i przez czas trwania wystawy nie wiedziałem
gdzie jest. Nie mogłem powiedzieć, że ja ją przysłałem, ale wydaje mi się,
że organizatorzy dowiedzieli się o tym z plotek. Nikt nie śmiał o niej wspomnieć.
Doszło do nieporozumień i wycofałem się z organizacji. Po wystawie odnaleźliśmy
"Fontannę" gdzieś za ekranem i wróciła do mnie!
[...]
PC: W 1918 roku pojechał Pan
do Buenos Aires.
MD: Tak, wybrałem neutralny kraj. Ameryka od 1917 roku zaangażowała
się w wojnę, a ja wyjechałem z Francji uciekając przed militaryzmem, z braku
patriotyzmu, jeśli Pan woli. (...)
PC: Zabierając ze sobą to, co nazwał Pan "rzeźbami podróżnymi".
MD: Tak, rzeźby podróżne to były w rzeczywistości dwie rzeczy. Jedna,
uszkodzona, to mała Szyba, która jest teraz w Museum of Modern Art w Nowym
Jorku. Nazywa się "Oglądać jednym okiem, z bliska, przez niemal 1 godzinę"
- zdanie dodane dla skomplikowania jej znaczeń literackich - poza tym były
jakieś gumowe obiekty.
PC: Kawałki gumy różnych rozmiarów i kolorów, do zawieszania pod sufitem.
MD: Tak, zajmowały cały pokój. Były to głównie kawałki gumowych czepków
kąpielowych, które pociąłem i skleiłem na powrót: bez określonego kształtu.
Na końcu każdego elementu były sznurki mocowane w czterech rogach pokoju.
Kiedy ktoś wchodził do pokoju, sznurki uniemożliwiały ruch! Ich długość mogła
być dowolna, dopuszczając formę ad libitum. Oto, co mnie zajmowała. Ta zabawa
trwała trzy czy cztery lata, aż guma sparciała i cała rzecz zniknęła.
[...]
PC: Czy sprzedał Pan Arensbergowi Wielką Szybę przed jej ukończeniem,
żeby mieć pieniądze na życie?
MD: Ściśle mówiąc, nie sprzedałem jej, ponieważ nigdy nie tknąłem pieniędzy
Arensberga. Po prostu opłacał przez dwa lata czynsz za moje mieszkanie. Potem
odsprzedał Szybę Katherine Dreier.
PC: Ale czy nie należała do niego?
MD: Tak. Ustaliliśmy, że jest jego własnością, a on rozlicza się ze
mną płacąc mój czynsz. Sprzedał ją chyba za dwa tysiące dolarów. W tamtym
czasie nie była to wielka suma, ale Szyba była nieukończona, ciągle wiele
nad nią pracowałem, do 1923 roku.
PC: Za każdym razem, kiedy mówi Pan o sprzedaży którejś z prac, odnoszę
wrażenie, że nie miał z tego ani dolara!
MD: Nigdy nie dostałem pieniędzy do ręki.
PC: Z czego zatem Pan żył?
MD: Nie mam pojęcia. Dawałem trochę lekcji francuskiego, sprzedałem
jeden po drugim kilka obrazów, na przykład "Sonatę".
PC: Stare obrazy?
MD: Stare obrazy. Miałem też drugą "Szybę", półkolistą, którą
przysłano mi z Paryża, ją również sprzedałem Arensbergowi.
PC: Utrzymywał się Pan zatem z własnej przeszłości.
MD: Tak się szczęśliwie składało. W tamtym czasie niewiele robiłem.
Kiedy jest się młodym, człowiek nie wie, z czego żyje. Nie miałem żony, dzieci,
żadnego "bagażu". Ludzie ciągle mnie pytają jak żyłem, ale tego się nie wie,
żyje się. Życie toczy się pomimo wszystko. Byli ludzie, którzy mi pomagali.
Nigdy nie pożyczałem znacznych sum, od czasu do czasu jakieś drobne pieniądze.
PC: Proszę zwrócić uwagę, że w tamtych czasach artyści nie wstydzili
się, że ktoś ich wspiera.
MD: Ludzie zamożni rozumieli, że są też inni, nazywani artystami, albo
rzemieślnikami, którzy nie mogą się sami utrzymać. Pomagali więc. Pomaganie
artystom było cnotą bogatych. To monarchiczna idea, w każdej epoce przed demokracją
tak postępowano - chronić artystów, chronić sztukę, itd.
[...]
PC: Mona Lisa była u Picabii. Reprodukował ją w "391", w marcu 1920
roku.
MD: To niedokładnie tak. Przyniosłem Monę Lisę do Picabii, gdzie miałem
się pakować, a on skorzystał z okazji, żeby umieścić ją w "391", sam zrobił
reprodukcję, domalował wąsy, ale zapomniał o koziej bródce. Na tym polegała
różnica. Jego Mona Lisa często jest reprodukowana jako moja. Nazwał ją Dadaistycznym
obrazem Marcela Duchampa. Innym razem Picabia robił okładkę "391" z portretem
Georgesa Carpentiera, boksera. Zabawa polegała na tym, że byliśmy do siebie
podobni jak dwie krople wody. Był to łączony portret Georgesa Carpentiera
i mój.
PC: Czy litery "L.H.O.O.Q" mają jakieś znaczenie poza czysto humorystycznym?
MD: Nie, jedyne znaczenie pojawia się, kiedy czytać je fonetycznie.
PC: Była to tylko zabawa fonetyczna?
MD: Dokładnie tak. Lubię ten rodzaj gry, ponieważ mam poczucie, że
można ją świetnie wykorzystać. Wystarczy odczytać litery na głos po francusku,
czy w innym języku, żeby zaczęły się dziać zaskakujące rzeczy. Odczytywanie
liter jest bardzo zabawne. To samo jest z czekiem Tzanka. Zapytałem go, ile
mu jestem winien i wykonałem następnie cały czek odręcznie. Zabrało to sporo
czasu, drobne litery, które powinny wyglądać jak drukowane, nie był to mały
czek.5 Odkupiłem go dwadzieścia pięć lat później, za dużo większą sumę
niż ta, na którą opiewał! Podarowałem go później albo sprzedałem Matcie. Nie
pamiętam już. Nigdy nie miałem głowy do pieniędzy! (Pieniądze nigdy się mnie
nie trzymały)
[...]
PC: Wtedy też skończył Pan, jak Pan to mówi "rzecz",
kompletnie dla Pana nową, maszynę, tym razem prawdziwą, nazwaną "Optyka precyzyjna".
MD: W istocie była to jedna z pierwszych "rzeczy", jakie zrobiłem po
powrocie do Nowego Jorku. Pięć obracających się na metalowej osi szklanych
płytek, na których wykreśliłem białe i czarne linie. Każda płytka była większa
od poprzedniej, i gdy patrzyło się na nie pod pewnym kątem, wszystko się łączyło,
tworząc jeden wzór. Kiedy silnik pracował, linie zmieniały się w białe i czarne
okręgi, bardzo płynne (rozmyte, mgliste), jak może Pan sobie wyobrazić. Pracowaliśmy
razem z Man Rayem nad silnikiem w parterowym mieszkaniu, które wtedy wynajmowałem
przy Zachodniej Siedemdziesiątej Trzeciej ulicy. Cudem uniknęliśmy poważnego
zranienia. Mieliśmy zwariowany silnik, który startował od razu na pełnych
obrotach, nie panowaliśmy nad nim, rozbił jedną z płyt szklanych, która rozprysła
się na drobiny. Musieliśmy zaczynać wszystko od początku. Cztery lata później
robiłem podobną rzecz dla Jacquesa Douceta, półkulę ze spiralnymi liniami.
Pomysł był ten sam. Prowadziłem nawet jakieś badania optyczne, których efekty
przepadły, na temat białych i czarnych linii, nie wiem nawet dokładnie jaka
miała być ich funkcja. Nie potrafiłbym teraz tego wytłumaczyć. Nie pamiętam
już. Zrobiłem tylko rysunki, które potem zginęły.
PC: Z antyartysty stawał się Pan proinżynierem.
MD: Tak i to dość lichym inżynierem!
PC: Powiedzmy "technikiem".
MD: Wszystko, co robiłem jako inżynier, wiązało się z kupowanymi przeze
mnie silnikami. Interesowały mnie problemy ruchu. Równocześnie kończyłem pracę
nad Wielką Szybą. Zawiozłem ją do fabryki, by posrebrzyć prawy róg, w miejscu
gdzie znajdują się "Okulistyczni świadkowie". Ci świadkowie to tablice optyczne
dla okulistów, trzy rodzaje okrągłych, nakładających się na siebie kształtów,
które skopiowałem. Żeby je skopiować, musiałem posrebrzyć Szybę, przenieść
rysunek i zdrapać resztę srebra. Zabrało to co najmniej pół roku, ponieważ
rysunek był mały i wymagał wielkiej precyzji. Krótko mówiąc, optyka precyzyjna.
PC: Za każdym razem, kiedy dokonywał Pan nowego eksperymentu, wprowadzał
go Pan do Wielkiej Szyby. Reprezentuje ona sumę eksperymentów dokonywanych
w okresie ośmiu lat.
MD: Tak, to ściśle odpowiada prawdzie.
[...]
PC: Rrose Selavy narodziła się bodaj w 1920 roku.
MD: Chciałem zmienić tożsamość i pierwszy pomysł, jaki przyszedł mi
do głowy, to przyjęcie żydowskiego nazwiska. Byłem katolikiem, przejście od
jednej do drugiej religii oznaczało nie lada zmianę! Nie znalazłem żadnego
żydowskiego nazwiska, które by mi się podobało i wtedy raptem pomyślałem,
dlaczego nie zmienić by płci? To znacznie prostsze. Tak powstała Rrose Selavy.
Dziś może w tym nie być nic dziwnego - nazwiska zmieniają się wraz z czasem,
ale w 1920 roku Rrose to było okropne imię. Podwójne rr wzięło się z obrazu
Picabii, wie Pan, z Oeil cacodylate, który jest w kabarecie Boeuf sur le Toit,
nie wiem czy go nie sprzedali, to ten na którym na prośbę Picabii podpisywali
się wszyscy jego przyjaciele. Nie pamiętam jak ja go podpisałem, był fotografowany,
więc ktoś powinien wiedzieć. Wydaje mi się, że napisałem "Pi Quhabilla Rrose
Selavy", słowo "arrose" wymaga dwóch r, tak więc pociągało mnie to drugie
r - "Pi Quhabilla Rrose Selavy".6 Chodziło o grę słów.
PC: Posunął się Pan w zmianie płci na tyle daleko, że sfotografował
przebrany za kobietę.
MD: Zdjęcie zrobił Man Ray. Na wystawie surrealistów w paryskiej galerii
Wildensteina w 1938 roku każdy z nas miał swój własny manekin; ja kobiecy,
ubrany w moje rzeczy; Rrose Selavy we własnej osobie.
[...]
MD: Nigdy jej nie powziąłem [decyzji o porzuceniu malowania- przyp.],
to przyszło samo, jako że Szyba nie była obrazem, było tam mnóstwo ołowiu,
wiele innych rzeczy. To bardzo odległe od tradycyjnego wyobrażenia malarza,
z pędzlem, paletą, terpentyną, wyobrażenia, które zniknęło z mojego życia.
PC: Czy to zerwanie trapiło Pana kiedykolwiek?
MD: Nie, ponieważ kiedy w muzeum staję przed obrazem, nie mam uczucia
oszołomienia, zaskoczenia, ciekawości. Nigdy. Mówię o starych mistrzach, starych
rzeczach. Naprawdę zrzuciłem habit. Nie uczyniłem tego rozmyślnie. Byłem zdegustowany.
PC: Nigdy więcej nie tknął Pan pędzla ani ołówka?
MD: Nie. Nie interesowało mnie to. To był brak pociągu, brak zainteresowania.
Widzi Pan, myślę, że malarstwo umiera. Po czterdziestu czy pięćdziesięciu
latach obraz umiera ponieważ znika jego świeżość. Rzeźba także umiera. To
taki mój konik, którego nikt nie akceptuje, ale nie dbam o to. Myślę, że obraz
umiera po kilku latach, podobnie jak człowiek, który go namalował. Potem nazywa
się to historią sztuki. Jest wielka różnica między Monetem dzisiaj, całkiem
poczerniałym, a Monetem sprzed sześćdziesięciu czy osiemdziesięciu lat, kiedy
jeszcze jaśniał (kiedy powstał). Teraz przeszedł do historii i jako taka jest
przyjmowany; to nawet w porządku, ponieważ nie ma nic wspólnego z tym, czym
jest naprawdę. Ludzie są śmiertelni, obrazy także. Historia sztuki jest czymś
zupełnie innym niż estetyka. Dla mnie historia sztuki jest tym, co pozostaje
po jakiejś epoce w muzeach, co niekoniecznie oznacza, że z niej najlepsze,
na ogół jest to pewnie obraz przeciętności epoki, bo piękne rzeczy przepadły,
społeczeństwo nie chciało ich zatrzymać. Ale to już filozofia.
PC: W tamtym czasie zagrał Pan w Entracte Rene Clairea, razem z Man
Rayem, Picabią i Ericiem Satie. Potem wziął Pan udział w balecie wystawionym
przez Rolfa de Mare. To eklektyzm.
MD: Skoro tak Pan uważa. Entracte, jak sam tytuł wskazuje, pokazywany
był w przerwie występów Baletu Szwedzkiego. Ja występowałem w Relache Picabii
i Satiego. Odbyło się tylko jedno przedstawienie. Grałem Adama, nago, z przyprawioną
brodą i listkiem figowym. Ewą była młoda Rosjanka, Bronia, także kompletnie
naga. Rene Claire był na górze, na moście, skąd operował światłami. Wtedy
też zakochał się w mojej partnerce. Ożenił się z nią kilka miesięcy później.
Widzi Pan, jestem swatem! W Entracte była scena na dachach nad Polami Elizejskimi,
gdzie gram w szachy z Man Rayem. Picabia wyciąga z nogawki gazrurkę (nozzle)
i wszystko rozbija. To było bardzo Dada.
PC: Czego poszukiwał Pan w kinie i teatrze?
MD: Film bawił mnie szczególnie od strony optycznej. Zamiast robić
maszyny obrotowe, jak w Nowym Jorku, powiedziałem sobie "Dlaczego nie poobracać
się w filmie?" To o wiele łatwiejsze. Nie interesowało mnie samo robienie
filmów, traktowałem to po prostu jako prostszy sposób osiągnięcia efektów
optycznych. Kiedy ludzie mówią, że robiłem filmy, odpowiadam, nie robiłem,
był to wygodny sposób - teraz jestem o tym szczególnie przekonany - osiągania
tego, co chciałem. Poza tym film był zabawą. Przy prymitywnej wtedy aparaturze
praca posuwała się milimetr po milimetrze. Było małe kółko z podziałką milimetrową,
filmowało się obraz po obrazie. Trwało to dwa tygodnie. Kamera nie miała określonej
szybkości - jeden bałagan - a że filmowała raczej szybciej niż wolniej, dawało
to zaskakujące efekty optyczne. Musieliśmy zrezygnować z mechanizacji i robić
wszystko samemu. Powrót do ręki, by tak rzec.