1. Osiem
lat lekcji pływania
PC: Marcelu Duchamp, jest rok 1966, za kilka miesięcy skończy pan osiemdziesiąt
lat. W roku 1915, ponad pół wieku temu, przeniósł się Pan do Stanów Zjednoczonych.
Kiedy spogląda Pan wstecz na całe swoje życie, co dało Panu największe zadowolenie?
MD: Przede wszystkim to, że miałem szczęście ponieważ nigdy nie musiałem
zarabiać na życie. Pracować na utrzymanie wydaje mi się dość idiotycznym zajęciem
z ekonomicznego punktu widzenia. Mam nadzieję, że pewnego dnia będziemy mogli
żyć bez konieczności pracy. Moje szczęście polegało na tym, że udało mi się
wywinąć. W jakimś momencie pojąłem, że można żyć bez zbędnych obciążeń, bez
niepotrzebnych obowiązków, tego co nazywa się żoną, dziećmi, domem na wsi,
samochodem. Zrozumiałem to na szczęście dość wcześnie. Mogłem dość długo prowadzić
życie kawalera, łatwiejsze niż gdybym musiałam sprostać normalnym kłopotom
egzystencjalnym. To chyba najważniejsza sprawa, mogę się uważać za bardzo
szczęśliwego człowieka.
[...]
MD: (...) Peszą mnie określenia "twórczy", "kreacja". W zwykłym społecznym
sensie - w porządku, brzmią dobrze, ale zasadniczo nie wierzę w kreatywną
rolę artysty. To człowiek jak każdy inny. Wykonuje swój zawód, tak jak wykonuje
go człowiek interesu, rozumie pan? Z drugiej strony bardzo interesuje mnie
słowo "sztuka". Pochodzi z sanskrytu i, jak słyszałem, oznacza "czynienie".
Nie każdy coś czyni i ci, którzy czynią coś na płótnie naciągniętym na blejtram,
nazywani są artystami. Kiedyś nazywano ich rzemieślnikami, i ten termin podoba
mi się bardziej. Wszyscy jesteśmy rzemieślnikami, w życiu cywilnym, militarnym
czy artystycznym. Kiedy Rubens, czy ktoś mu podobny, potrzebował błękitu,
zwracał się do swojego cechu, który rozważał czy powinien dać mu pięćdziesiąt,
sześćdziesiąt gram a może więcej. Tacy byli prawdziwi rzemieślnicy, ludzie,
o których czyta się w starych kontraktach. Słowo "artysta" pojawiło się po
raz pierwszy, kiedy malarz stał się indywidualnością, najpierw w społeczeństwach
monarchicznych, potem w społeczeństwie nowoczesnym, w którym jest dżentelmenem.
Nie robi rzeczy dla ludzi, to ludzie przychodzą do niego, by wybrać coś z
jego produkcji. Rewanż, jaki bierze na społeczeństwie polega na tym, że podlega
on w o wiele mniejszym stopniu koncesjom(concessions) niż działo się to wcześniej,
w społeczeństwie monarchicznym.
[...]
PC: (...) Zatrzymajmy się na kluczowym wydarzeniu
w Pańskim życiu; po dwudziestu pięciu latach zajmowania się malarstwem porzucił
je Pan zdecydowanie. Chciałbym, żeby wytłumaczył Pan to zerwanie.
MD: Był to splot różnych okoliczności (Złożyło się na to wiele spraw).
Po pierwsze męczyło mnie ciągłe ocieranie się o świat artystyczny, fakt, że
żyje się w bezpośrednim kontakcie z artystami, że rozmawia się z artystami.
Na mojej decyzji zaważyło pewne wydarzenie z 1912 roku; kiedy przyniosłem
"Akt schodzący po schodach" na Salon Niezależnych poproszono mnie żebym wycofał
obraz przed otwarciem. Wśród członków najbardziej zaawansowanej grupy tamtego
czasu obraz wzbudził jakieś obawy(skrupuły), swego rodzaju strach! Ludzie
tacy, jak Gleizes, który był poza wszystkim człowiekiem wielkiej inteligencji,
uznali, że "Akt" nie zgadza się z linią, jaką sobie wytyczyli. Kubizm istniał
dwa czy trzy lata, a oni mieli absolutnie jasne, dogmatyczne wyobrażenia,
przewidywali wszystko co miało się zdarzyć. Dla mnie była to naiwna głupota,
jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł zimnej wody. W reakcji na podobne zachowanie
artystów, którzy wydawali mi się ludźmi wolnymi, znalazłem pracę, zostałem
bibliotekarzem w paryskiej Bibliotece St.Genevieve. Był to gest, który pomógł
mi uwolnić się od określonego środowiska artystycznego, określonych postaw.
Chciałem mieć czyste sumienie, a jednocześnie zapewnić sobie środki do życia.
Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. Mówiono mi, że każdy powinien na siebie
pracować, a ja w to wierzyłem. Potem przyszła wojna, która wszystko odmieniła,
wyjechałem wtedy do Stanów Zjednoczonych. Pracowałem nad Wielką Szybą przez
osiem lat, robiąc w międzyczasie i inne rzeczy. Porzuciłem już wtedy płótno
i blejtram. Już wtedy czułem wobec nich jakiś rodzaj niechęci, nie dlatego,
że było za wiele obrazów czy płócien na blejtramach, ale dlatego, że dla mnie
był to niekoniecznie właściwy środek wyrażania siebie. "Szyba" wybawiła mnie
mocą swojej przezroczystości. Kiedy robi się obraz, nawet abstrakcyjny, konieczne
jest swego rodzaju wczuwanie się. Zastanawiałem się dlaczego. Zawsze zadawałem
sobie mnóstwo takich pytań - dlaczego? Rodziły się z nich wątpliwości. Było
ich tak wiele, że w 1925 roku powiedziałem sobie "wszystko idzie świetnie".
Nie rzuciłem wszystkiego w jednej chwili, przeciwnie. Wróciłem do Francji
pozostawiając w Stanach nieukończoną Wielką Szybę. Po powrocie wiele się zmieniło.
Ożeniłem się, chyba w 1927 roku; moja żona was looking up. Przez osiem lat
pracowałem nad tą jedną rzeczą, był to dobrowolny wybór, działałem według
precyzyjnego planu, a pomimo to nie chciałem aby była ona - może dlatego właśnie
pracowałem na nią tak długo - wyrazem jakiegoś życia wewnętrznego. Z biegiem
czasu niestety wypalił się we mnie ogień potrzebny do jej ukończenia, przestała
mnie interesować, nie zajmowała mnie. Miałem jej w końcu dość, zarzuciłem
dalszą pracę, ale bez podejmowania gwałtownych decyzji. Nie myślałem nawet
o tym.
PC: Było to stopniowe odrzucanie tradycyjnych środków.
MD: Właśnie
PC: Zauważyłem coś, przede wszystkim, co jest nowością, Pańską pasję
do szachów...
MD: To nic poważnego, ale rzeczywiście tak jest.
PC: Zauważyłem też, że pasja ta była szczególnie silna, kiedy Pan nie
malował.
MD: To prawda.
PC: Zastanawiałem się, czy w tych okresach gesty kierujące ruchami
figur nie prowadziły do narodzin imaginacyjnych dzieł(imaginary creations)
- tak, wiem, że nie lubi Pan tego określenia - dzieł, które w Pana oczach
miały taką samą wartość jak rzeczywiście tworzone przez Pana obrazy, i które,
co więcej ustanawiały nową funkcję plastyczną w przestrzeni.
MD: W pewnym sensie tak. Gra w szachy jest kwestią plastyczną i wizualną
i jeśli nie jest geometryczna w statycznym znaczeniu słowa, jest mechaniczna
ponieważ jest w niej ruch; to rysowanie, rzeczywistość mechaniczna. Figury
same w sobie nie są ładne, tak jak sama forma gry. Co jest ładne - o ile można
tu użyć słowa ładne - to ruch. Oczywiście jest on mechaniczny, w taki sposób
jak mechaniczne są rzeźby Caldera. W szachach jest niezwykłe piękno jeśli
idzie o ruch, poza sferą wizualną. W tym przypadku wyobrażanie sobie ruchu
czy gestu sprawia, że są piękne. To zawiera się całkowicie w szarych komórkach.
PC: Krótko mówiąc jest w szachach bezinteresowna gra form, odmienna
od gry form funkcjonalnych na płaszczyźnie płótna.
MD: Tak. Całkowicie. Chociaż rozgrywka szachowa nie jest tak zupełnie
bezinteresowna, jest tam wybór.
PC: Ale nie ma intencjonalnego celu?
MD: Nie, nie ma celu społecznego. To jest najważniejsze.
[...]
PC: Podsumujmy Pana początki: mieszczańska, bardzo stateczna rodzina
(prudent) i konwencjonalne wykształcenie artystyczne. Czy antyartystyczna
postawa, jaką Pan później przyjął nie była reakcją, wręcz rewanżem wobec wcześniejszych
doświadczeń?
MD: Tak, ale nie byłem pewien swego, szczególnie na początku. Kiedy
jest się młodym człowiek nie filozofuje; nie mówi sobie "mam rację?", "nie
mam racji"? Idzie się po prostu za tym, co bawi bardziej niż inne rzeczy,
nie myśląc wiele o randze wyborów. Dopiero później człowiek zaczyna się zastanawiać
czy ma rację i czy powinien coś zmienić. Między 1906 a 1910 czy 1911 dryfowałem
pomiędzy fowizmem, kubizmem, powrotami do ujęć bardziej klasycznych. Ważnym
dla mnie wydarzeniem było odkrycie Matisse'a, gdzieś w 1906 czy 1907 roku.
PC: Nie Cezanne'a?
MD: Nie, nie Cezanne'a.
[...]
PC: Zwracał się Pan w stronę malarstwa. Czego Pan oczekiwał?
MD: Nie mam pojęcia. Nie miałem żadnego programu, żadnego konkretnego
planu. Nie zadawałem sobie nawet pytania czy powinienem sprzedawać swoje obrazy
czy nie. Nie było żadnego podłoża teoretycznego. Rozumie Pan co mam na myśli?
Na Montmartre panował klimat bohemy - żyło się, malowało, było malarzem. Tak
naprawdę nic to nie znaczyło. W pewnym sensie dzisiaj wygląda to tak samo.
Jest się malarzem ponieważ chce się tak zwanej wolności, bo nie chce się co
rano chodzić do biura.
PC: Forma odrzucenia więzów społecznych.
MD: Tak, zdecydowanie. Ale nie było żadnych dalekowzrocznych planów,
co robić.
[...]
PC: W Pana "Graczach" widać wyraźny wpływ "Grających w karty" Cezanne'a
MD: Tak, ale właściwie chodziło o to by się od niego uwolnić. A potem,
widzi Pan, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Kubizm frapował mnie tylko
przez kilka miesięcy. Już w końcu 1912 roku myślałem o czymś innym. Był to
raczej eksperyment niż przekonanie. Od 1902 do 1910 roku nie dawałem się po
prostu unosić prądowi! To było osiem lat lekcji pływania.
[...]
PC: W tamtych latach, kiedy malarze żyli w grupach, nawet w klikach,
wymieniając doświadczenia, odkrycia, lęki, kiedy przyjaźń odgrywała niepoślednią
rolę, co mnie uderza to Pańska potrzeba wolności, Pana rozsmakowanie w dystansie,
oddaleniu. Pomimo wpływów, zresztą przelotnych, dystansował się Pan nie tylko
wobec kierunków, stylów i idei, ale i wobec samych artystów. Pomimo to był
Pan świetnie obeznany z tymi kierunkami i nie wahał czerpać z nich tego, co
mogło pomóc wypracować Panu swój własny język. Jakie uczucie kierowało Panem
w tamtych czasach?
MD: Niezwykła ciekawość.