Między nami. (Impresja urodzinowa)
-Dla mnie chłopie szczerość najważniejsza - zapewnia po raz chyba dziesiąty pan Tomasz. - Ja już nie jeden raz musiałem coś komuś powiedzieć i wiesz co?
-Co?
-Jak mam komuś powiedzieć, że jest świnia to mu powiem, taki już jestem - pan Tomasz robi dramatyczną przerwę dając przy tym do zrozumienia, że oczekuje jakiejś reakcji z mojej strony.
-To bardzo pięknie - chwalę pana Tomasza.
-Pewnie że pięknie, bo jedno czego bardzo nienawidzę, to brak szczerości. A ciebie chłopie szanuję, bo ty porządny człowiek jesteś.
-Eeee tam...
-Jesteś porządny człowiek i jest dla mnie zaszczytem pić z tobą wódkę w twoje urodziny. Polejemy?
Polaliśmy raz i drugi.
-To prawdziwy zaszczyt. Mówię ci, chłopie. A jak ja coś mówię, to szczerze, taki już jestem. Zresztą sam wiesz. Jak mam coś powiedzieć, to mówię. Daj grabę.
Wyłączam pana Tomasza po kolejnym toaście.
W Radiu "Czy", które ostatnio skróciło swą nazwę ze zbyt długiej i nierynkowej "Trójki", trwa "Popołudnie z kowerami". Przeróbki piosenek z mojej młodości są mdłe i podobne do siebie, ale podobno przyjemnie się ich słucha porą popołudniową. Spece od McRadia znają się na swojej robocie. Połyka mnie wspomnienie... Jako 12-latek bawiłem się w prezentera. Stolik zasypany kasetami, radiomagnetofon firmy Diora, z którego puszczałem "najlepsiejsze piosenki rockowe, jakie mi się dzisiaj pomyślały", czerwony walkman służący do przewijania kaset - trzeba było zdążyć, zanim skończy się utwór...
"Tutaj Program Trzeci Polskiego Radia. Jest 12 maja, imieniny Dominika i Pankracego. Dzisiejszą audycję zaczniemy od piosenki zespołu Kult z jego ostatniej płyty "Your Eyes". Strona pierwsza, utwór czwarty - Marność" - recytuje wysoki blondynek siedzący przy stoliku.
-Dlaczego akurat ta piosenka? - pytam.
-Wiesz dlaczego - blondynek bystro spogląda w moją stronę. - Prawda?
-Prawda. Masz do mnie żal?
-Nie, nie mam. Starałeś się. Wiem, że nie da się ściągnąć słońca z nieba. (Ależ to banalnie brzmi, prawda?). Parę rzeczy mogłeś jednak zrobić lepiej.
-Wszyscy powtarzają ci, że coś osiągniesz...
-Daj spokój. Piosenka się kończy.
Zmieniam stację. Zawsze po pijaku słucham biskupa Rydzyka. Dzisiaj pogadanka o dialogu metodą kija i marchewki: "Zwabić kawałkiem brukwi i przyjebać drągalem" - tak ją sobie w myślach streszczam.
Poza panem Tomaszem, który właśnie zdradza mi kolejny sekret swojego życiowego credo, nie ma tutaj nikogo. Żona, którą z takim poświęceniem wychodziłem, w którą zainwestowałem mnóstwo biletów do kina i filiżanek białej kawy w średniej klasy knajpkach, od dwóch lat przechodzi swoje klimakterium w innym mieszkaniu. Patrzę na naszą ślubną fotografię, której nie zdążyłem jeszcze wyrzucić, i klnę w myślach. Zasrane kompromisy! Wesele dla sześćdziesięciu osób przy piosenkach Krawczyka z "nie takiej znów złej płyty" i trzy skrzynki wódki. Bigos, gołąbki, sałatka, rzucanie bukietu, tańce z panną młodą i chlanie z panem młodym. A teraz idziemy na jednego! Jezus Maria, ile ja bym miał płyt za tę imprezę... A te wyjazdy do Grecji i Turcji? Mam je wszystkie na kasetach wideo i w kilku albumach ze zdjęciami. Kupa szajsu. A teraz idziemy na jednego! Przez chwilę z zazdrością wspominam Waldka. Waldek zwiał do Amazonii na drugim roku studiów. Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Nie dawał nigdy znaku życia, a ja też zbytnio o nim nie myślałem.
Syn totalnie mnie olał. Właściwie to wcale mu się nie dziwię. Mieliśmy dobry kontakt przez kilka pierwszych lat. Później było coraz gorzej. Nie potrafiłem z nim rozmawiać obłudnym tonem: "Nie bierz narkotyków... nie pij... nie pal... szkoła jest ważna... zawsze kasuj bilety w tramwaju...". Pociesza mnie fakt, że matkę też olał.
Bierze mnie na mdłości. Znów trzeba będzie pochylić się nad życia tronem. Klękam uroczyście, spoglądam w zionącą zimnem czeluść i... cały doniosły nastrój pryska. Zdecydowanie wolałbym w tym momencie, żeby pan Tomasz bardziej niż szczerość cenił sobie szczotkę do kibli! Niestety, już nie zdążę nic z tym faktem zrobić. Porywa mnie fala... Moja własna fala... I jeszcze jedna... I jeszcze splunę kilka razy... A jednak udało się coś zrobić z dysharmonizującym elementem pozostawionym w mojej muszli przez pana Tomasza. Co jak co, wymiotować to ja umiem. Każdy powinien znać się na przynajmniej jednej rzeczy.
Pamiętam, kiedyś nad jeziorem wymiotowałem z przyjacielem do specjalnie w tym celu wykopanego dołka w piasku. Tak sobie obiecaliśmy - nie będziemy zaśmiecać plaży, nie pozostawimy żadnych kompromitujących śladów naszej obecności, tak będzie zawsze. Teraz już wiem, że na swój sposób ciągle dotrzymuję tej obietnicy: z całą pewnością nie zostawię na ziemi żadnych śladów swojej obecności.
Czas podnieść się z kolan, by zaraz pokłonić się przed następnym kieliszkiem. Wyjałowione ciało czeka. Uświadamiam sobie, że pan Tomasz ciągle tu jest i ciągle referuje swoje życiowe credo. Taki już jest. Jak ma coś powiedzieć, to powie.
Patrzę za okno. Kiedyś mówili, że będzie tu autostrada. Dalej tak mówią. To budujące, że nic nie budują. Oni też nic po sobie nie zostawią.
Kiedyś szedłem trzy godziny kawałkiem jakiejś istniejącej autostrady. Upał jak cholera, plecak żłobił rowki w ciele, czerwony barwnik z koszulki ciekł po rękach, włosy (tak, miałem wtedy włosy: długie, gęste kudły będące przedmiotem zazdrości niejednej koleżanki) kłębiły się na łbie piszcząc i łaskocząc. Samochody śmigały jak szalone a ja krzyczałem do kierowców. Wiązanki okolicznościowe sypały się z ust wściekłymi potokami. Potem zatrzymał się jakiś pstrokaty pierdzioch - żuk adaptowany przez swojego hipisowatego kierowcę na potrzeby długich wojaży. Co on tam w ogóle robił?!? Nie jestem pewien, czy sam wiedział, skąd i dokąd jedzie, w każdym razie tak zaczęły się dwa najciekawsze tygodnie mojego życia. Pamiętam tylko migawki, kilka miejsc, siatkę zdarzeń, ale wiem, że wtedy po raz pierwszy od wielu lat czułem, jakbym znalazł sposób na przeżycie reszty dni. Po powrocie tak się dziwnie ułożyło, że najpierw musiałem coś pozałatwiać, potem trafiła się szansa zarobienia paru groszy, potem z jakiegoś powodu musiałem być w domu (nie jestem pewien, co było tym powodem...). W końcu jakoś tak wyszło, że nie zostałem globtroterem. Zamiast jeździć po świecie, idę. Idę z panem Tomaszem na jednego.
Połykam zawartość kolejnego kieliszka, szczęśliwie nie posiadającą już smaku, przyglądam się całemu temu groteskowemu wieczorowi i naprawdę chcę już go skończyć. Nie chcę nikogo więcej spotykać ani wspominać. Teraz przyszła pewnie kolej na kobiety, ale ja już nie chcę. Nie chcę widzieć się z tą odtrąconą przeze mnie okularnicą z równoległej klasy, która 7 lat później oblała maturę i która pewnie nawet o mnie przez te wszystkie lata nie pomyślała, nie chcę przypominać sobie pierwszej dziewczyny - cudownie uśmiechającej się blondyneczki, z którą dwa miesiące się spotykałem, zanim odważyłem się ją pocałować (oj, warto było tyle czekać!). I nie chcę rozmawiać z Patrycją - która uparła się, że uczyni ze mnie mężczyznę, która zwiodła mnie swym biustem, dziś zredukowanym do jednej piersi przez bezlitosną chorobę za nic mającą niegdysiejszą cudowność symetrii ciała chorej. A najmniej chcę rozmawiać z panem Tomaszem.
Zastanawiam się, w którym momencie skręciłem w nieodpowiednią stronę. Kiedy przestałem rokować na przyszłość, kiedy był ten moment? Może gdy pierwszy raz wymknął mi się z ust brzydki wyraz? A może wtedy, gdy podglądaliśmy z chłopakami dziewczyny w szatni? A może nigdy nie rokowałem, tylko się paru osobom tak wydawało? Kto mi to powie?
-Ja ci powiem chłopie... - zaczyna litanię pan Tomasz.
Zabiję, jeśli on natychmiast nie przestanie, to go zabiję, daję słowo!
Pan Tomasz nie przestaje. Wychwalający szczerość bełkot wciąż pokonuje drogę od ust przyszłej ofiary do uszu przyszłego oprawcy. Zaczynam rozglądać się za jakimś sympatycznym przedmiotem, coby przygrzmocić nim w ten szczery i szanujący mnie łeb. Butelka zdaje się być odpowiednim narzędziem. Oprócz niewątpliwych walorów bojowych posiada też wartość symboliczną: pan Tomasz - żył z butelką i od butelki zginął... czyż to nie brzmi pięknie? Niech taki napis wygrawerują mu na nagrobku. Ja zapłacę!
Unoszę się z fotela by wreszcie czegoś dokonać... i siadam z powrotem. Już wiem, że dzisiaj nie wstanę z tego miejsca, niewiele już dziś zrobię, a szkoda. Szykował się taki przełom w życiu...
Impresja Wielkanocna
Wysiadając z tramwaju poczułem łaskotanie w łydkę - niechybny znak, że ktoś dzwoni. Niektórzy czują w kościach, że będzie padać - ja czuję na łydce, że ktoś do mnie dzwoni. Tak to już jest, jak się ma telefon z mechanizmem wibracyjnym.
- Cześć, jedziesz już?
- Nie, właśnie wracam z wylotówki. Decyduję się na pociąg.
- Nie wiem, czy będzie w ogóle sens iść do tego lasu. W Koszalinie strasznie zimno się dziś zrobiło. W nocy mają być 3 stopnie...
- W takim razie przełóżmy to. - Moja odpowiedź była szybka i zdecydowana. Musiała taka być. Mieliśmy przecież umowę, że pójdziemy jeśli będzie pogoda, a ta dzisiaj zepsuła się w całej Polsce, nie tylko w Koszalinie.
- Może po świętach?
- Jasne, zobaczy się.
No i rozsypały się plany na dzisiaj. Miałem wyjechać rano z Wrocławia, spędzić noc w lesie pod Koszalinem, a po powrocie z lasu pojechać do domu - na święta. Jest Wielki Piątek.
Jak już nie mogę wytrzymać w swoim mizernym światku, opuszczam go: wychodzę z domu w nieznanym kierunku, jadę w góry, do lasu, idę nad Odrę popatrzeć na barki albo na tory pogapić się na pociągi, zwyczajnie urywam się rzeczywistości. Zazwyczaj nic się nie dzieje, nikt nie próbuje się do mnie dodzwonić, Ziemia krąży dookoła Słońca. Wracam potem nieco świeższy. Ten niedoszły wypad do lasu miał być czymś takim, z tym, że ważniejszym. Jest przecież Wielki Piątek.
Cóż mi pozostało? Grzecznie pojechać do domu. Dom - zabawne - a gdzie ja go mam? Tu, we Wrocławiu, to nie jest mój dom, bo wynajmowany i bez rodziny. Tam - w zapadłej wiosce na Pomorzu Zachodnim - chyba tam jest mój dom; jestem w domu średnio miesiąc w roku. "Piętnastką" dotarłem na dworzec. Tam posłuchałem, jak spikerka zapowiada mój pociąg i kupiłem sobie bilet na jutro. Musiałbym mocno się sprężyć, żeby pojechać zapowiadanym właśnie dzisiejszym pociągiem. Było pięć minut do odjazdu i długie kolejki do kas. Nie chciało mi się biegać po dworcu z językiem na wierzchu. Wróciłem "piętnastką" do wyjątkowo chłodnego, pustego i cichego wrocławskiego mieszkania. W domu będę dopiero jutro wieczorem. Prawie na ostatnią chwilę. Jak zawsze, tyle że tym razem jeszcze później.
___
Jakoś mało świątecznie zaczyna się ta Wielkanoc. Wszystkie moje święta zaczynają się mało świątecznie. Nie może być inaczej - nie chodzę przecież do kościoła, nie biorę udziału w wielkim postnym odliczaniu. Piję tyle samo co zawsze, jem też tyle samo, bo i tak jem mało. Orientuję się, że do Wielkanocy, czy Bożego Narodzenia, zostało ledwie parę dni tylko dzięki dekoracji w supermarketach i pobrzmiewających tu i ówdzie tekstach o rychłym Wielkim Żarciu, o zrzucaniu kilogramów przed Wielkim Żarciem, o sposobach na wzdęcia po Wielkim Żarciu. Denerwują mnie te bzdury. Większość moich rodaków ("rodacy" - ha ha! - Patos mi się włącza) to przecież nie żadni Srebrni i Złoci. Dla większości moich rodaków święta to olbrzymi finansowy stres wzmagany jeszcze przez wyszczerzoną blondynę z tiwi majaczącą coś o gorączce przedświątecznych zakupów.
Jakoś mało świątecznie zaczyna się ta Wielkanoc. Mało kartek pocztowych w skrzynce, mało maili z życzeniami, mało smsów... Widzę dwie możliwości: albo to mi się kontakt ze znajomymi urywa, albo inni też mają problemy z wyczuciem specyficznej ponoć przed świętami atmosfery. Ja sam w swoich życzeniach posuwam się co najwyżej do kretyńskiej formułki "Wesołych Swiąt", a i to przychodzi mi z trudem i zdziwieniem.
___
"Chrystus zmartwychwstał dla nas. Zrobił to, by dać nam szansę na zbawienie. Swięta Wielkanocne przynoszą Nadzieję" - to treść najładniejszego smsa, który dotarł do mnie w tym tygodniu. Dobrze wiedzieć, że ktoś ma w sobie nadzieję. Ja też bym chciał. Tak po prostu:
-Poproszę pół kilo nadziei.
-Karton, butelka? Proszek, tabletki?
-Niech będzie w saszetkach. Do rozrobienia w ciepłej wodzie.
Właściwie już świadomość, że ktoś ma w sobie jakieś pierwociny nadziei, rodzi i we mnie coś-na-podobieństwo-matki-głupich. To chyba dobrze.
___
Gdy rano wychodziłem na stopa pewny, że inaczej ułoży się ten dzień, pod drzwiami znalazłem czerwone serduszko.
___
Powrót z dworca... Usiadłem obok brodacza ubranego na biało.
-Jestem Jezus Chrystus.
-Wiesz, ja nie jestem pewien, czy potrafię jeszcze w Ciebie wierzyć.
-To dlaczego piszesz "ciebie" wielką literą?
-Jeszcze nie wiem, czy to opiszę.
-Ja wiem.
-Słuchaj, ta pisownia jest kwestią przyzwyczajenia, tak samo jak to, że robię na piersi znak krzyża przechodząc obok kościoła, czy że klepię "Ojcze nasz" kładąc się spać. To wszystko ikony. Ja nie jestem pewien, czy mam w sobie taką prawdziwą i mocną wiarę.
-Ikony mówisz...
Chrystus na chwilę zamilkł wpatrując się w reklamę tygodnika "Wprost" na przystanku po drugiej stronie ulicy: "Czy człowiek może zmartwychwstać?", na zdjęciu jakieś kiepskie sobowtóry Chrystusa, Monroe, Piłsudskiego, chyba Mercury'ego i kogoś jeszcze.
-Ale mnie bladego zrobili... Mercury też paskudny. A ten piąty to kto? Jan Suzin? Przecież on chyba żyje... Ikony mówisz...
-Wiem, że żyłeś i wiem, że zawisłeś na tym krzyżu. Wiem to, bo są na to źródła. Ale przecież jesteś tylko jedną z form objawiania się Boga. Najważniejszą dla chrześcijan, ale są miliony ludzi, którzy nie wiedzą nawet o Twoim istnieniu. - Poczułem, że muszę skorzystać z okazji i obgadać z nim wreszcie tę podstawową kwestię. - I co? Mają nie zostać zbawieni? To nie fair! Jesteś alegorią, nie można przecież dosłownie traktować każdego słowa z Biblii...
-Miło się gawędziło, ale muszę już wysiadać.
-Dokąd idziesz?
-Na Golgotę, przecież dzisiaj Wielki Piątek.
-Nie boisz się?
-Nie. Codziennie wbijacie mi gwoździe. Wielki Piątek to tylko takie uroczyste, rocznicowe ukrzyżowanko.
Głupio mi się zrobiło.
-Przykro mi, że tak Cię potraktowaliśmy. Przepraszam za tego Barabasza i za koronę cierniową, i za żółć, i...
-Przestań przepraszać i idź wreszcie do spowiedzi. Myślisz, że tak miło patrzeć, jak się moje cierpienie marnuje?
Jezus wyjął z kieszeni skasowany bilet, zostawił go na parapecie tramwaju i wysiadł na Placu Staszica. Przez okno widziałem, jak pokazuje język swojej podobiźnie na okładce "Wprost".
___
"Z Tobą odeszły anioły
Jest noc w ogromnym domu
(...)
Płynie miasto a ja w nim tonę
Białe mury upadły i koniec
Brud dookoła i sam na ulicy
Kiedy krzyczę"
(Robert Gawliński)
___
"Więc jeśli ktoś mi powie że
zna lepszą historyjkę, to
Na Rany Boga - krzyknę mu.
Szajbusie, kłamiesz! " - (Tom Waits, tłum. Leszek Kołakowski)
Brak
Dziadek bardzo tęsknił za babcią - całe 25 lat. Opowiadał, że już w Raju weźmie ją za rękę i pójdą pod jabłonie nadgryzać owoce. Z każdego wezmą tylko kęs, a i tak będą mądrzejsi od taty. Tata zawsze się śmiał, że dziadek jest głupi i ma sklerozę. Tata sam jest głupi - ta choroba dziadka to nie skleroza, tylko Alzheimer. Dziadek dużo zapominał. Zapomniał też, że babcia nie ma dłoni - do łokci urwała jej bomba przed śmiercią. Pewnie teraz dziadek się dziwi, że nie może babci wziąć za rękę... Może jednak mimo wszystko cieszy się, że wreszcie ją spotkał. Wiele zależy od spojrzenia. Mówi się, że szklanka może być do połowy pusta lub do połowy pełna.
Spoglądam na szklankę dziadka i stwierdzam, że ona jest jednak pusta do połowy. Dziadek umarł w nocy. Zapomniał zabrać zęby na tamten świat. Nie będzie gryzienia jabłek.
Król życia
(Opowiadanie poniższe jest częścią cyklu )
Bawi się dobrze. Jego głośny piskliwy śmiech wędruje po salach dyskotekowych, pubach, kawiarniach. Od razu wiadomo, że jest w pobliżu. Zaraz całe towarzystwo będzie wesołe - on nigdy się nie smuci, więc przy nim też nikomu nie wolno. Jest amatorem taniego humoru i drogiego piwa. Stać go na to - wszak rodzice całkiem nieźle zarabiają. Przysłowie mówi, że młodość musi się wyszaleć, a porzekadła są przecież mądrością narodu.
Uczy się. Stać go na to - wszak rodzice całkiem nieźle zarabiają. Okrywa się kołdrą nad ranem, więc nie ma siły wstać na zajęcia. Ale komu to potrzebne? Przecież i tak wykładowcy trują i nudzą. Nawet bez chodzenia na zajęcia studia i tak są bardzo męczące. Czyż nie lepiej i rozsądniej przez sen odzyskiwać siły witalne?
Wstaje akurat, gdy kończą się zajęcia - tak czy inaczej rytm studiów nadaje ramy jego dniu. Jeść nie chce - jeszcze nie teraz - w tej chwili pragnie nawilżyć wnętrze stęsknionych za płynem ust. Dzień jego leniwy nabiera tempa dopiero wieczorem.
Widzę go często stroboskopowo: Król życia w powietrzu - Król życia wygięty do przodu - Król życia z ręką ku górze - Król życia w dymu purpurze, spoconych włosów koronie - Król życia nachylony w zadumie na klęczkach przed życia tronem wsparty o życia poręcze w królewskim rytuale treść życia nie przetrawioną wydala. Nie zawsze łatwo być Królem życia.
Z całą powagą obmyśla protokół wizyt i celebracji na nadchodzący tydzień. Dziś zaszczyci swą obecnością to miejsce, jutro tamto... jak czasu starczy, odwiedzi mamusię, tatusia, opowie o całych tych męczących studiach, weźmie pieniążki - tak, musi czasu wystarczyć. Król życia kocha swoich rodziców, którzy tak hojnie wspierają jego królestwo.
Rozstaje
-Choć, pokażę ci drogę- powiedziałem, a ona z ufnością złapała mnie swoją rączką za kciuka i poszła za mną.
Prowadziłem ją przez zielone łąki. Ktoś z dala patrzący w naszą stronę dziwił się zapewne, bo mógł ujrzeć jedynie mężczyznę z wiankiem na głowie, który stawia powolne, krótkie kroki i wymachuje swobodnie prawą ręką, podczas gdy lewą trzyma sztywno wyciągniętą do tyłu. Jej- przedłużenia lewej nieruchomej ręki- nie można było dostrzec wśród wysokich traw. No ale cóż mogły obchodzić mnie odczucia kogoś z dala oglądającego łąkę? Ktoś taki skazany jest na widzenie (w dodatku widzenie niewyraźne) jedynie cząstki świata, powinien więc pogodzić się z tym, że niektóre- całkiem przecież normalne- obrazy muszą pozostać dlań niezrozumiałe.
Łąka nagle się skończyła. Weszliśmy do lasu. Tutaj prawie wszystko było większe nie tylko od niej, ale i ode mnie. Jedynie niektórym młodym świerkom dorównywała wzrostem, jedynie niektóre młode świerki były mniejsze ode mnie. Dla kogoś z dala oglądającego las nie istnieliśmy. Dla nas ktoś z dala oglądający las też nie istniał - zostawmy go więc w spokoju i nie wspominajmy już o nim.
Przez cały czas trzymała mnie swą coraz większą dłonią i starała się dotrzymać mi kroku. Widziałem, że las ją urzekł. Co jakiś czas przystawałem i pozwalałem jej policzyć kropki na biedronce, przyjrzeć się z bliska muchomorowi, zerwać poziomkę, sprawdzić, czy igły sosny naprawdę kłują, zobaczyć, jak wystraszony jeż zmienia się w kolczastą kulkę. Byłem dumny, że to dzięki mnie tutaj dotarła, musiałem jednak cały czas czuwać, bo w zachwycie zdarzało jej się bezwiednie puszczać moją dłoń. Na to pozwolić nie mogłem, było to zbyt niebezpieczne.
Szliśmy wciąż dalej, las stawał się coraz gęstszy, a drzewa grubsze i wyższe- wiedziałem to ja, ze swoim stałym metr osiemdziesiąt. Ona nie miała o tym pojęcia- sama też przecież rosła, więc w jej oczach las był wciąż taki sam, a czasem - gdy zdarzało jej się o głowę przewyższyć jakiś młody świerk - nawet mniejszy, niż dotychczas. Wyrywała się do przodu (a może to ja zachowawczo starałem się opóźniać tempo naszej wędrówki?):
-Choć, pójdziemy tędy!- krzyczała zafascynowana.
-Nie, nasza droga prowadzi w inną stronę- upominałem ją za każdym razem i ciągnąłem w kierunku przeciwnym do tego, który pokazywała.
Nie miałem wyboru. Kiedyś wędrowałem ścieżkami, które ona teraz wskazywała i pamiętam, że były ciemne, trudne do przejścia i z perspektywy czasu niezbyt ciekawe. Zresztą to było tak dawno temu! Od tamtej pory te już wtedy wąskie dróżki na pewno zarosły gąszczem nie do przejścia.
Bałem się, że w którymś momencie tak bardzo zapomni się w pasji poznawczej, że na chwilę odejdzie w bok- wabiona w knieje szeptem elfów- i już nie wróci. Bałem się, dlatego mocniej chwyciłem jej dłoń i przyspieszyłem kroku. Teraz to ona była tą, która opóźnia nasz marsz.
-Dlaczego musimy iść akurat tą drogą?- zapytała obrażonym głosem.
Rozbawiła mnie naiwność tego pytania:
-Dlatego, że to jest właśnie ta droga, którą miałem ci pokazać, pamiętasz?
-A nie możemy jej trochę zmienić?
-Zbyt dużo byśmy stracili. Choć za mną, na pewno nie pożałujesz- powiedziałem z przekonaniem.
Poszliśmy dalej drogą, która była bezpieczna, którą tak dobrze znałem i którą tak bardzo pragnąłem ją prowadzić. Szła za mną już bez protestów. Szła jak wtedy na łące, pół kroku za mną. Ściskałem jej dłoń mocno i tylko od czasu do czasu czułem lekkie szarpnięcie w lewo lub w prawo. Wtedy zatrzymywałem się, obracałem i z uśmiechem na ustach opowiadałem o jeziorze, nad które ją zaprowadzę, o rwącym potoku, o tych polach malowanych zbożem rozmaitym, o ruinach zamku, w których natrafiono ostatnio na interesujące znalezisko, o wielu innych rzeczach, które muszę jej pokazać. O rzeczach, których nie można zlekceważyć. O rzeczach, którymi t r z e b a się zachwycić. Później łapałem ją znowu mocno za rękę i szliśmy dalej.
Po pewnym czasie nawet te ostatnie oznaki protestu, jakimi były szarpnięcia, zanikły i dawała się prowadzić nie stawiając najmniejszego oporu. Trzymałem jej dłoń tak lekką, że czułem się jak dziecko holujące za sobą na sznurku balonik. Takie dziecko musi od czasu do czasu obejrzeć się i sprawdzić, czy balonik wciąż jest na swoim miejscu. Obejrzałem się...
Zobaczyłem swoją dłoń trzymającą w szczelnym uścisku ociekającą krwią, odgryzioną w połowie przedramienia, rękę. To już nie była rączka. To była ręka, którą spokojnie można by uznać za należącą do dorosłej kobiety.
Przypomniałem sobie, jak dawno, dawno temu to ja szedłem ścieżką i to ja byłem tym mniejszym, tym, którego prowadzono, którego on prowadził. Ściskałem z wielką ufnością jego kciuka, a źdźbła trawy łaskotały mnie w nos. Z czasem stawałem się coraz ciekawszy tej fascynującej przestrzeni znajdującej się poza ścieżką, po której mnie prowadził. Czułem, że świat dookoła nie może być aż tak zły, skoro on prowadzi mnie po ścieżce znajdującej się w tak bezpośredniej jego bliskości. Nie chciał mi pozwolić zaznać tej przestrzeni, zmuszał by iść właśnie tam, gdzie on chciał, więc się buntowałem. Szarpałem jego rękę, wyrywałem się i mimo uszu puszczałem jego tłumaczenia. W końcu ugryzłem go mocno w nadgarstek i, gdy tylko poluzował uścisk dłoni, szybko uciekłem w knieje. Ona nie miała tyle odwagi.
|