Spacer
Księżyc zmaga się z własnym ogromem. Tak - ze sobą. To pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy, gdy wyszedłem na spacer. Drugie odczucie związane było z ulicami. Spokój. Prócz chmary dziwnych ludzi - spokój. Jeszcze jest zimno. Tego roku wiosna nie spieszy się z nadejściem. Myślę,
że zrobi wszystkim niespodziankę i wybuchnie śpiewem setek ptaków, kolorowymi kwiatami i ciepłem,
o którym wszyscy marzą. Dziwne... Ludziom zawsze coś nie pasuje. Zimno, ciepło - zawsze nie tak. Nie cieszą się tym, co jest. Pragną wciąż czegoś innego.
Spojrzałem kolejny raz w niebo. Księżyc otoczył się tęczowym kręgiem jakby bał się ziemi, chciał odciąć się od wszechświata, ludzkich oczu, sputników szwędających się w przestworzach. Jest piękny: biały, zmęczony...
Zacząłem zbierać myśli. Właściwie po to wyszedłem, aby pomyśleć, pobyć w chaosie, jakim jest miasto. Moje miasto jest smutne. Owszem, zawsze można znaleźć coś dla siebie, ale ja nie mogę odnaleźć s i e b i e. Chodząc szukam swojego imienia, które znajduję tylko w spisie ludności... może tam musi zostać?
Mam problemy. Pomyślałem o nich, by zmienić temat. Od razu zrobiło się cieplej na sercu. Istnieją jak dni i noce, cisza i hałas, są elementem mojej skażonej głowy. Sami napędzamy życie czymś, co otrzymuje nazwę - problem, a wcale nim nie jest. Nieliczni potrafią żyć ze świadomością, iż wbijanie sobie do głowy problemów nie przyczynia się do szczęścia. Jest to czynność niepotrzebna! Ale taka jest ludzka natura. Problemy muszą istnieć tak jak ludzie, którzy się nimi karmią. Społeczeństwo hodowane
w odpowiednich warunkach, staje się robotem reagującym tylko na określone impulsy. Wszystko, co nie spełnia wymagań zaprogramowanych głów, musi zostać zniszczone. Tylko, że i to nie jest takie proste. Przecież nie można zabijać...?
Nie... Ten temat jest zbyt ciężki i nie ma rozwiązania. Może pomyślę o czymś innym... Okazało się, że nie myślałem o niczym innym, jak o zimnie, które nagle wtargnęło pod mój sweter. Rozgrzany ciepłem domu, wyszedłem ubrany zbyt beztrosko. Ostudził się zapał do konwersacji ze światem. Jednocześnie wzmogła się niechęć powrotu. Wystarczy trochę się opatulić w dodatki przy odzieży
i jeszcze przez chwilę taplać się wewnątrz pierwszej części nocy.
Uświadomiłem sobie, że kolejny raz przemierzam ten sam odcinek drogi. Nie ma dokąd iść. Tu jest możliwie bezpiecznie. Ale wciąż trzeba zerkać na drepczących. W lesie jest inaczej. Otaczany przez drzewa, nie muszę troszczyć się o plecy. Idę, myślę, oddaję się chwili, a bezpieczeństwo pojawia się
w sercu. Są ludzie, którzy wolą miasto nocą. Czują się dobrze i myślą, że nic im nie grozi. Tym, którzy wolą las, dodają różnych epitetów... Nie wierzą w duchy, magię, moc myśli i naturę. A ja lubię b a j k i, szczególnie te namacalne...
Zacząłem wracać. Zimno stało się męczące i złowrogie. Przepojony radością i szczęściem zapragnąłem spokojnego snu. Księżyc gdzieś się schował, zostawił gwiazdy i niebo. Ja zostawiłem wiele niedokończonych myśli. Może kiedyś je spotkam - teraz, w poczuciu oczyszczenia, wróciłem do miejsca, od którego wszystko się zaczęło.
Koszalin 15.03.2003
DROGA
Telefon zerwał kabel, przez który przepływał sen. Impulsy stanęły w miejscu i otworzyły się oczami. Zerwałem się, potknąłem i z grymasem na twarzy podniosłem słuchawkę.
- Cześć - zabrzmiał cholernie wyspany głos.
- Cześć - odpowiedziałem lub tylko mi się zdawało. Nie zauważyłem, żeby moje usta rozchyliły się, tworząc szparę na tyle dużą, aby przecisnąć poranne słowo. Głos jednak usłyszał, bo po chwili zaczął nadawać niczym kogut w sobotni poranek.
- To co ? Idziemy ? Miałem zadzwonić, więc zadzwoniłem. Jest całkiem zajebista pogoda...
Coś jeszcze mówił, ale na chwilę umysł mój odnalazł rozgrzane łóżko, niespokojnie stygnące, opuszczone i takie samotne.
- Jesteś ? - nie dawał za wygraną.
- Jestem, jestem... Stary, kurwa, czy ty nie masz, co robić ? Zrywasz mnie skoro świt i pędzisz gdzieś do lasu... Jeszcze śpię i nie myślę, by sen poszedł sobie na dobre. Idę go odnaleźć. Zadzwonię później.
- Skoro tak, to dobrej nocy, a właściwie dnia. Narazka...
Odłożona słuchawka po tamtej stronie wytrąciła mnie z otępienia. Sen odszedł, pozostało lenistwo, rozwalone na posłaniu wołało smętnie - jeszcze kilka minut... Pozwoliłem sobie na więcej.
Słońca już nie było. Ukryte za chmurami patrzyło z góry na zalewany deszczem świat. Uśmiechnąłem się bezwiednie łaskoczony myślą - kolejny raz "ktoś" lub "coś" ułożyło mi dzień. Podejrzewam, że on właśnie ucieka z przekleństwami na ustach. Na przykład w stylu "przechodnia": cholerna pogoda, a może w stylu "światowca": cholerny świat lub w stylu "sportowca" ? - trzeba szybko spierdalać, by wreszcie zniechęcony własnymi myślami, dotrzeć do domu. Wygrałem dzisiejszy dzień. Dla mnie zaczął się dość dobrze.
Zaczynam podkręcać klimat kawą i papierosem. Zawsze, gdy to robię myślę o tym, że stopniowo się zabijam. Cóż jednak za różnica, jak umrę. Kiedyś to poprostu nastąpi. Wywinę orła, kopnę w kalendarz, przekręcę się, zdechnę, pierdolnę, odlecę, umrę... Przestanę istnieć namacalnie, stanę się nawozem, ścierwem, zgnilizną, trupem, szkieletem, zwłokami, sztywniakiem...
Trzeba się ogolić. Daje mi to jakąś dziwną radość. Nie myślę o sobie w kategoriach piękna, ale świeżości. Raz na jakiś czas warto oddać się szaleństwu, które odpręża i zmywa stare brudy.
Ubrany w to, co zwykle, bez większego entuzjazmu, wyszedłem z domu. Mimo że ciągle padało, postanowiłem, że przejdę się i kupię papierosy. Dwadzieścia przyjaciół do trumny, w kolorowym pudełku, z folią jak czekolada.
- Poproszę papierosy i dzisiejszą gazetę - powiedziałem bardziej z niechęcią niż z trudem. Pierwsze krople wody spłynęły po mojej twarzy - przemokłem, czas do domu. Zatoczyłem koło - z legowiska do kiosku i z powrotem. To już staje się rytuałem, sobotnim witaniem dnia.
Dzisiaj będę myslał, słuchał muzyki, patrzył w okno, palił papierosy i pił kawę. Oczywiście po trzeciej filiżance czarnego, rozwodnionego gówna, ciśnienie wyskoczy z mojego ciała i tak, jak powiedział mój znajomy - "zawieszę się jak windows". To nic. Przerzucę się na herbatę, na przykład zieloną. # # # #
Przypomniałem sobie, że dzwonił. Właściwie zachowałem się idiotycznie. Przecież sam zachęcałem do wspólnego wypadu. Teraz mam moralniaka, przeprosić, czy dać sobie święty spokój... Wybrałem święty spokój i przeniosłem się na tapczan. Wygodne, dębowe łoże, pamiętające jeszcze młodzieńcze figle dziadka i babci. Kiedyś moi rodzice wtaszczyli je do domu i tak stało się nieprzesuwalnym elementem bezsegmentowego pokoju. Czasami na tym łożu powielam zachowanie dziadków, ale ostatnio straciłem ochotę na "papugowanie" starszych. Nie chodzę po mieście, więc nikogo nie poznaję. mam za to spokój, którego obecnie bardzo potrzebuję.
Włączyłem magnetofon by na kilka minut znaleźć się w innym świecie. Łagodne kolory mieszały się pod powiekami, nęciły muzyką i sennością. Wtapiałem się powoli w łóżko, ściany, okno i deszcz za oknem... Wibrujący sygnał telefonu przypomniał mi poranne przebudzenie. Cholera, kto o tej porze i po co ?
INDIAŃSKI LOT
Przebudziłem się. Wszyscy jeszcze spali po męczącej pracy. Słyszałem ptaki należące do Switu. Wstałem, wziąłem Fajkę, szałwię, pióro i oddaliłem się cicho do miejsca, w którym mogłem porozmawiać z Duchami. Dym szałwi oczyścił moje ciało, zawirował w nozdrzach, rozszedł się po okolicy. Ogarnął mnie spokój falujących traw. Usłyszałem jak gdzieś z drzewa spadł liść. Pomyślałem, że mógłby to być znak o czyimś odejściu. Fajkowy tytoń zaniósł moje myśli tam, gdzie nikt jeszcze nie był. Piórem znaczyłem kierunki Swiata - cztery modlitwy.
Zamknąłem oczy i poczułem, że wzbijam się w niebo. Leciałem. Płynąłem wzdłuż rzeki, do jej źródła. Otaczały mnie zalesione góry, uśmiechałem się do mijających mnie ptaków. Jak nigdy czułem własne życie, radość i nieskończoność... W pewnym momencie rzeka zaczęła się zwężać i otulił mnie orzeźwiający chłód źródła - symbolu początku wszelkiego życia. Spocząłem lekko, delikatnie, bezgłośnie. Nie chciałem być intruzem w tym pięknym i świętym miejscu.
Otworzyłem oczy. Słońce było już wysoko...
Koszalin 14.04.03
|