roktakt
zagapiłem się
na gapy jedzące czereśnie
gdzieś nad drzewami motyl
opadnie na kwiaty
stalowymi skrzydłami
zaszczeka pies w drewnianej kolebce
zsiądzie się mleko na schodach od strychu
wtrzeszczyłem w polana
gasnące na tle złotego pola
wiatr zwiał resztki łez
nad ziemią opar gęsty
sen wstrząsnięty omamem wstaje
przykładem zmarznięte dłonie
do resztek ognistego westchnienia
zszedłem buty z zamszu brązowe
rozklepałem sznurówki nadmiarem drogi
szalone godziny w trawie zmokniętej
wysychają z tęsknoty za szeptem śnieżnym
krągłe kształty cieni
nieustających w dążeniu za cieniem
spacerują licznie po ścianach
zamykają życie drzwiami od windy
***
nie dobrze tak
z objęć twych nad ranem
wyrywać się
i krokiem mantrycznym
omijać kałuże w półmroku
nie dobrze tak
nadrabiać drogi
z dala od kłócących się ludzi
dlaczego
po co
trzeba iść szybciej
nie dobrze tak
na fotelach w wagonie
próbowac zasnąć
powrócić
odnaleźć strzępki snu
zapomnianego
nie dobrze tak
życ na przekór sobie
głusząc pragnienia
by inni z zadowoleniem
klepali się po brzuszkach
to nie ich trwanie
nie dobrze tak
widzieć orła cień
i nie stać się orłem
wolności mocą
natchnieniem
nie dobrze tak
tułacz
wtułałem się gdzieś
w przestworzach gwiazdy
uciekają przed dotykiem
Królowa Jasności spadła
pozostała niepewność
ale gardzę tym kaprysem
w chwili gdy natchnienie
poznało smak natchnienia
jeszcze przez jakiś czas
zanim ludzie zdepczą
potem odtułam się niewinnie
jak gdyby nigdy nic
stanę butami na
perskiej kosztowności
***
na deszcz rzucaj śmiech otwarty
ta chwila jest inna
deszcz lubi łzy - są braćmi w naturze
a śmiech gasi wodę...
to proste kolego
uśmiechnij się zaraz
nie czas na żale - wystarczy nam deszcz...
myśli szare nieskończenie
wyszedłem poza siebie
stoję obok
a to tylko sen...
utopiłem szczeniaki
chyba źle zrobiłem
choć może...
dla nich lepsza śmierć br>
idę przez ulice ciemne
i myślę że las mnie otacza
-klakson auta
i znów idę ulicą
czasem znajoma twarz
czasem pani z pieskiem
czasem łza w oku...
wracam do domu
choć może...
ale tu czy gdzie indziej...
zatopiłem zęby w czekoladzie
chwila przyjemności
już koniec
jutro do pracy
ale jestem szczęśliwy
bo duszę mam czystą
ktoś wlazł mi w drogę
jakiś pijaczyna -
złamałem mu rękę
on albo ja...
dalszy ciąg wahań
gdzie WEEKEND spędzić?
chyba pojadę na ryby
i tak myslę sobie
że te myśli to
nigdy się nie skończš
jeden wieczór
22:43 - czekam
w radio wyśpiewany
hymn o spokojnym czasie
- czekam
nie spieszę - gładzę szepty
znajomych zakamarków
22:49 - włączyłem magnetofon
miarowe rytmy
zamknięte w brązowej taśmie
koją bolący żołądek
następny papieros palony w znajomym rytmie
22:55 - wykąpałem sweter
ciężkoniebieski -
wydala czarne spaliny
przydługi rękaw
wygląda jakby oddał
- ostatnie tchnienie
23:01 - czekam
.......................
na sen.....
/Koszalin 15.03.2003/
-------------------------------------------------------------------------------------------------- W hołdzie Mironowi Białoszewskiemu - kilka drobnych przemyśleń
(do "Liryki śpiącego")
sen - znajomy z dzieciństwa
sen - odpoczynek bezdenny
sen - natchnienie sztuki
sen - dialog z ptakami
sen - miarowy oddech pośpiesznej miłości
sen - drastyczna przemiana
sen - ..........
(do "Nieproszoność minęła")
odeszłaś
poranna mgła
nie wstanę aż
do czerni gwiazd
("W pokoju")
                  mój pokój
na tapczanie w okno
ten sam segment
                                     wyskoczę
- wpadłem w inny
                                     trochę większy
("Możliwości chodzą w kółko")
muchy w nosie
wyleciały
obijając się
między
szybą a firanką
(do "Studium klucza")
                   klucz
od serca w
andrzejkowy wieczór
                   staje się osobistością
mylony z wróżki kulą
ma inne zmartwienie
(temat: czas)
obejrzysz się
a on ci ucieknie
tak tak
tik tak
tik tik
                   nie dogonisz
                                      historii słownik
(temat: los)
odziera z szat
brzozy srebrne
łamie niewdzięczne
bez liści siłą
z chwilą nadchodzi
- los
a może to ja?
--------------------------------------------------------------------------------------------------
pełnia
w księżyca kręgu
jest pełnia
deszcz namiętnie
opływa wstążką kropel
do ziemi
stąd unosi się wiatrem
w księżyca krąg
moc Dusz tej nocy
silnym tchnieniem
w moje ciało wątłe
głoszą swoją noc
tańcząc
w księżyca kręgu
w kręgu życia
                   my tańczymy
przy deszczu i bez słońca
bez końca i początku
przez jedno mgnienie kręgu
od pełni do pełni
tak właśnie chwalę
ciebie Biały Mistrzu
i twój świat w twym kręgu
w kręgu nocy
i wszechmocy
tak Cię kocham
chcę Ci powiedzieć
kocham cię bardzo
i myślę o tobie
gdy zamknę powieki
widzę cię nagą
w objęciach piany
ciepłej wody pachnącej
czuję cię całą
liżę cię mokrą
tak kocham cię dniem
nocą inaczej
przy tobie tak rzadko
wysyłam serce
leci płynie biegnie
przy twoim gasi pragnienie
otula twe serce delikatne
delikatnie puchem z mgiełki
szepcze miłe słówka
do snu kołysząc
w marzeniach kąpieli
nocą właśnie tak cię kocham
krótko o krótkiej jesieni
jesień tego roku
wyłoniła się nagle
z dni deszczowych
straszących milczącym potopem
złoto lśni na chodnikach
diamenty szafiry rubiny
mienią się w deszczu
który wypełniając barwy krajobrazu
zmywa kurz ostatniego lata
jesień tego roku
wyłoniła się nagle
zbyt późno by nacieszyć
moje serce stęsknione
lustrzane odbicie
w życiu jak w Biblii - w Biblii jak w życiu
nie kradnij - prawie wszyscy kradną
świat z chaosu powstał - świat do chaosu zmierza
kochaj bliźniego - nienawiść wśród bliźnich
lecz dnia pewnego ktoś rzucił Kamień
i stłukło się lustro z Ram wypadło
stało się wtedy jedno jednym
Kain zabił Abla - brat zabił brata
bez dogmatu
resztki nasze
w rozkładzie
prawie ostatecznym
wciąż ścieżki przecierają
wśród chmur głowy zielone
stopami dotykają
dna pustej ziemi
gdzie szczury i niemoc
dnia każdego
bardziej i bardziej
stają się świadomością
w głowach czerwonych
z braku czasu
co raz słabiej walczymy
niszczymy własne prawdy
na rzecz życia w chwale
osiem godzin dziennie...
w drodze
szumi bór mgłą gęstą jak mleko
spijaną przez koty zielone
wędrowiec drzemie pod dębem młodym
na kocu z kory historii
ptaki skąpane w czerwonym zwierciadle
prostują ramiona
śpiewają niepewnie mgłę odstraszają
budząc wędrowca uciekają zwiewnie
i nie ma winnych porannego zgiełku
droga przez las świeci złotem
i złote myśli są wędrowca
przed siebie kroczy spocony mgłą białą
do zmierzchu pod dębem młodym
z pobytu w namiocie
kilka kropel na płótnie
jeszcze parę
         - deszcz -
deszcz bębniąc o płótno
otoczył mnie otulił
zamkną się nade mną
i wprowadził dawkę spokoju
mogłem wtedy zdradzić życie
odejść choć na chwilkę
nie słysząc oddechu ulicy ruchliwej
wyrzuciłem z siebie marzenia
         -wizje-
deszcz w bęben i rytmu płacz
w oczach żar
wśród marzeń modlitwa
prośby i dziękowania
płynąc w kropli deszczu
nad sobą górowałem
lecz nie szydziłem nie wyśmiewałem
po prostu oddałem się
tej chwili jedynej
zrodzony z kropel deszczu wiosennego
ujrzałem zielone drzewo
słońce osuszyło płótno
i wróciłem do domu
niemożność
mógłbym krzyczeć   w noc
    łzy w oczach
i lęk
       idę w myślach
otacza mnie muzyka ptaków
tęsknię
choć walczę jestem pokonany
    sił ubywa
orzeł
   znak dziwny oczywisty
     bo kocham
tak to tylko życie...
Matka
Zbudziła mnie Matka,
Ptaki śpiewały, słońce ziewało,
Czułem w powietrzu leniwe dotknięcia,
Zapowiedź dobrego dnia.
Stąpałem boso po rosie,
Lepsze to niż kawa,
Uśmiechnąłem się do motyla,
Pewnie ma dużo "pracy",
Pozdrowiłem ptaki i te,
Które zbudziły mnie łagodnie...
Położyłem się na ziemi,
Ucałowałem Matkę w dłoń,
Pozdrowiła mnie podmuchem wiatru,
Maleńkim pajączkiem spacerującym po dłoniach.
Było tak cudownie, że milczałem,
Mój głos byłby, choć cichy - wrzaskiem...
Wrzaskiem innego świata,
    Tam czasem żyję...
Lecz Ziemia - Matka moja, czasami
Gdy mam na to ochotę,
Śpiewa ze mną.
I wtedy w radości zabiera mnie
tam, gdzie jeszcze nigdy nikogo
Nie spotkałem,
Zabiera mnie na drugą stronę
Swojej duszy...
|