|
|

Michał Wrona
Gwałt
Gwałt, gwałt, gwałt – krzyczycie
Grzech, grzech, grzech – sączycie
A mord swych gniewnych gniew
Trza, trza, trza – ukarać
Mus, mus, mus – się kłaniać
Przed prawdami praw
Jak krzyk, to krzycz
Bierz drąg, zabij
Bo ten nijako krzyczy
On rytm ma swój
Krzyczenia znój
Niech jeszcze raz przećwiczy
Nie może być
Że krzyczy źle
Gdy mieszka między nami
Krzyczenia ma konkretny cel
A on… krzyczy jajami.
(wrzesień 2000)
Pornostar
Jakoś mi się udało, a co się udać nie miało?, na pierwszą
namówić ją randkę. Poprzez kolegę kolegi, a może koleżanki (kto wiedzieć
to może, prócz wulgarnego-penisa rzecz jasna?), i kogo obchodzą
szczegóły tak mało ważne (nie mnie, nie jego... - jakiego jego?, no tego,
tego, o którym w poprzednim nawiasie jeszcze mowa była, aha).
Mniejsza z tym zresztą, ona najważniejsza, i tylko o niej
myślę, bo czy nie naj... bo czy nie ekstra... bo czy nie zajebiście, czy
nie taką jest ona właśnie?
Ja, ja, że tak myślę, i że ja rycerz,
i że ona księżniczka, niech komu życie miłe inną myśl o niej
przed moim chowa wzrokiem, rzekłem. Nie to jednak rzec chciałem,
w jakże nieodpowiedni słowny surdut ubrałem myśli swoje, bo czy ten co
kocha, nie ma obowiązku uczuciem tym... och Uczuciem z innymi się
troskliwie dzielić, wśród innych twórczą myśl miłości zapamiętale
rozprzestrzeniać? Zapewne, niewątpliwie, no pewnie, no jasne, jeszcze kilka
słów poprawnych na tę okoliczność wymyślić mógłbym, po cóż jednakże, jeśli
one przemówić do mnie w żaden nie mogą sposób... ja do świadomości
swojej ją dopuszczam jedynie. Warta jest ona bowiem poświęcenia największego,
warta jest bym, noce całe nie śpiąc, na każde jej był skinienie
i wielbił, i kochał, i całował, takiego właśnie jestem...
...a raczej byłem zdania. No jak to, no przecież
mówiłeś...? - a ja z radością taką słuchałem. Czy słowa twoje
żadnego, w rzeczywistości uczuć, odbicia nie mają? Och, nie
rozumiesz... z początku, rzecz jasna, że ona ..., że ja... myślałem (z
dupy nie wytrzasłem tego przecie?), a teraz... teraz w ogóle, no
bo wkurwiony jestem, nie myślę.
Na pierwszą właśnie idę randkę, gdybym nie
wiedział, to uśmiech twarzy by nie opuszczał mojej, uśmiech twarzy,
a duszy zmieszanie. Inaczej jest jednak, inaczej bo wiem, bo wiem...
inaczej. Jakże za niepewnością tą zwykłą tęsknie, chciałbym, być może
szansa jakaś ostatnia na to pozostała, by głupio się na pierwszym
z nią uśmiechać spotkaniu i niezdarne jakieś wykonywać ruchy.
Możliwość taka jednakże, coraz bledsza się staje, oskarżenie bowiem
w siłę rośnie i wszystkie inne zabija myśli: i te,
i tamte...
Otworzyła to wszedłem. Ona tak, tak ładnie
wystrojona, skromniutko. Pewnie, że nic nie wiem myśli, a ja wiem,
wiem, i powiem jej zaraz, że wiem niech się dowie. Inaczej być nie
może przecież, muszę, muszę to z siebie wyrzucić, bo... (bo co?)...
aha, bo sprawiedliwe to i te no... rozsądne).
- Co tak skromniutko - niby nic, ale już
zawadiacko... niby nic zacząłem.
- Nie rozumiem Rafał nie rozumiem, czy już pierwszą
chcesz nam zepsuć randkę, przy pierwszym... inny...
- I ty mi się inna wydawałaś, i nadal byś
pewnie podobne sprawiała wrażenie, jak razem poprzednim, ale wiem...
- Och Rafał, co wiesz, nużyć mnie zaczynasz, prawdę
mówiłam, nie mam nikogo, a ty mi się interesujący wy-da... - jak ów
wyraz... co dalej powiedzieć nie wiedziała.
- Wiem co wieczorami robisz... - triuuuum... -
puszczasz... dupy w pornolach dajesz... - fooo - a nie jak
porządny, porządny pracujesz człowiek - wałem.
- Tak? No i co z tego? - niemożliwe,
czerwienią ni jeden cień na jej nie nabiegł policzku - Czy możemy już iść,
nie wyobrażasz sobie, jak głodna Rafałku jestem, czy już możemy (och, takim
słodkim przemówiła głosem i Rafałkiem, Rafałeczkiem mnie prawie
nazwała... nie, nie dam się tej jędzy okropnej omamić)
- Nic z tego - oskaa... - najpierw na kilka
musisz odpowiedzieć mi pytań - rżaaa... jąco zapodałem.
- Jeśli chcesz... proszę - na zadowoloną nie
wyglądała, ale co mnie to, ale co mnie to... ale nic mnie to - tak to
prawda - kontynuowała - niebywałym się param zajęciem, ale...
- Ale?, jakie ale?, przy podobnej profesyj, żadnego
ale być nie może. Dlaczego? - pierwsze pytanie... a już drugie na usta
mi się cisnęło, dlaczego ona właśnie zapytać chciałem.
- A czy ty, ty nigdy żadnych nie miałeś marzeń,
a może masz?, nie było nic nigdy, nie wierzę, za co w uwielbienia
chwilach duszy byś swojej cholernej na diabelskim nie złożył ołtarzu
(kurwa, ale całkiem jak nie kurwa gado...eeee być nie może). By dobrze ci
powód dla którego to właśnie, a nic innego, robię
prze-prze-prze-prze-tłu-tłu-tłu-tłu-ma-ma-czyć, to-o-bie to-o-bie ki-il-ka
wcze-wcze-wcze-śś-niej za-za-za-dać-za-a-dać mu-u-szę py-py-tań (i to
jeszcze?, nie ważne, zapominam, och zapomniałem na szczęście).
- Miałem, tak miałem (słowo te ostatnie
i przed-przed zresztą również zabolało mnie cholernie, jakbym przeszłości
okropne rozdrapywał rany). Niegdyś pisarzem zostać zamierzałem, ale co ty -
ty (prawie, że kurwo, powiedziałem) wiedzieć o tym możesz... no cóż
(słowa podobne łez ocieraniu...) zrezygnować musiałem. W życiu moim,
dorosłym życiu - niby opanowanie, niby spokojnie mówić począłem -
ważniejsze od tegoż okazały się rzeczy... nie zawsze to co się chce, robić
można, tak jest świat zbudowany... po-po pro-pro-stu, pro-pro-prostu
(czyżby i mnie ten t-symptom okrutny dopadł.)
- Ty twierdzisz, że od marzeń są rzeczy ważniejsze,
ty który pisarzem, artystą, twórcą zostać chciałeś, albo raczej, że
chciałeś - wydawało ci się. Ty jeszcze, co młodzieńcze pasje lwom na
pożarcie rzuciłeś mnie kurwą nazywasz?
I tak słuchałem, i tak słuchałem - czy ty
wreszcie na moje odpowiesz pytanie?
- Czy nie widzisz, że zmierzam do tego właśnie?
(czyżby?, och nie, to moja wybujała wyobraźnia, ona
wymyślić tego nie może)
- Tak, to odpowiadania tegoż początek - zbierała
w sobie siłę i treść tego, czym wydawało mi się wy... - a,
a jeśli ja miałam - och, już wybuchła - miałam, pragnęłam i co
najważniejsze (ona kpi ze mnie, po co ja, po co w ogóle do ohydy,
w miejsce te ohydne przyszedłem, strata to czasu, okropieństwo, idę
zaraz) z tego nie zrezygnowałam, czy mimo wszystko lepsza od ciebie
nie jestem?
- Czy ty...?
- Tak, a czemu nie, czemu miałabym się, jeśli
to prawda... jeśli to prawda czemu miałabym myśl powstrzymywać swoją? Ty
pisarzem, może Ci się to głupie wyda, ale ja tak po prostu marzyłam by
w filmie porno występować. Wyobrazić spróbuj sobie: ja-pornogwiazda,
ty-pisarz, oboje-twórcy, czy do Ciebie nic, a nic nie dociera?
- Nie porównujesz chyba, czy ty chciałaś...?
- Ach, jak te twoje pytania się mnożą, a nawet
ich zadać nie potrafisz misiu. (Misiu, zadać - tyle słów, tyle słów,
a myśli tak mało... choć prawidłowe, oskarżające: ona - zła, ja -
dobry.)
- W pokoju siedzieliśmy ona siedziała, ja
w furii, nie to, że ona uczuć pozbawiona, nieee, skąąądże, tak nie
było, spokojna tylko, spokojniejsza, jakoś mi się wydawała. Ona na kanapie,
co robiła wspomnieć już zdążyłem, przed chwilą zresztą, przed chwilą...
zaraz, zaraz czemu ja tak nerwowo biegam, przecież... ja? Ja denerwować się
nie mam powodu. Coś tu nie w porządku, cały świat w jej obecności,
wszystkie dlazasady-zasady w jej domu... w obecności jej
cholernej, bo ona kurwą, bledsze są jakoś (czy istnieją w ogóle?)...ja
wokół niej nerwowo, to chodziłem, to z ohydą (jakaż ona piękna),
zasłużenie przecież, poniżałem.
Dlaczego tak się właśnie stało, i dlaczego mi.
Dlaczego tak się stać musiało, tantarati... co ja pierdolę, toż porażka
z możliwych najokropniejsza, pierwszy raz w życiu silniejsze
serca poczułem bicie, a tu kurwa, chcąc wszystko wyjaśnić do tejże
poszedłem a tu...
- Ta-ak po-po-po-rów-nu-ję i da-da-lej
da-dalej ciągnąć mam to zamiar. Pytałeś? to teraz wyjścia nie masz
słu-słu-chaj-chaj (Poprzednim jak wiadomo zignorowałem to razem, teraz nie
mogę, w jej głosie techno ohydne słyszę (syntezator jakowyś), nie
dość, że porno, to techno jeszcze, czy cały świat przeciwko mnie być musi?)
Słuchaj odpowiedzi i pod jej drżyj ciężarem, na twoje nieszczęście
bowiem, na tyle głupi by mnie nie zrozumieć nie jesteś - powoli, ciszą
przed - przed czym aż się boję myśleć - mówiła.
- Wyobraź sobie teraz, że ja, ja i typ się we
mnie pakuje jakiś obleśny (Ohydne, to ohydne, chociaż, z jej
porównując urodą... nie zwabi mnie, nie zaczaruje, czy ona chce podłość
ową, artystycznym nazwać kontrastem?), nieraz model - taaki chłopaczek,
taaki niewinny się trafia, jakby ledwo włos pierwszy na jajach się jego
pokazał. Poprzedniemu niepodobny, nie taki chamski, bezpardonowy,
i boże, boże co to nie on, nieee, innego jest ten chłopczyk malutki
rodzaju, młody, z początku delikatny, do przesady, aż do przesady. Później,
ach model pierwsza klasa, tylko pomóc z początku trzeba.
- Och moja głowa, zwariowałem do reszty, po co ja
słucham, po co ja w ogóle uszu nadstawiam, toż nonsens, toż strata
czasu...
- Gdybyś nie cierpiał to byś nie krzyczał... (jaką
ona kurewską ma racje, no w końcu kurwą jest przecież, no nie?...
bredzę, ja bredzę. Czy ona litości nie ma, ale to ja, ja ją przecież
o to, o tamto zapytywałem).
- Co o mnie, gdy mnie raz pierwszy zobaczyłeś
pomyślałeś? - zapytała wreszcie.
- Nic... (bzdura)
- Jak to nic? Z dziesięć minut się przecież na mnie
gapiłeś w tym metrze cholernym (skąd wie, skąd wie ona, toż niemożliwe
przecie).Wolno coś mmmyyy... to może lepiej że pisarzem nie zostałeś, może
i lepiej.
- Że bażant od kurwy lepszy pomyślałem, eee...
- Słucham?
- A nic, nic, tak sobie żartuję.
- Żartuj, a żartuj, ale odpowiedz mi pierwej.
- Niech ci będzie... naówczas zamroczony,
zaślepiony całkowicie (podkreślenie, podkreślenie), że księżniczką jesteś
najcudowniejszą pomyślałem (teraz, co najwyżej, że KK myślę).
- Uważaj więc, że ja księżniczką, na świecie
najpiękniejszą (no bez przesady, no bez przesady) - pomyślałeś, naga -
i tak marzyłeś o mnie zapewne, a tu dwóch napalonych się do
mnie zbliża facetów. Jeden - bluergh, typ obleśny (wreszcie jakieś
pozytywne, metalowe u niej widzę akcenty - może coś z tego będzie
jeszcze), druuugi miluuuteńki.
- Tego... dobrze... tego... niech tak będzie
(sprawiała wrażenie, że myśli, że o tym, co mówi, to ona planuje,
zastanawia się i zamierzone jakieś podejmuje kroki, by lepiej, lepiej
owo wyglądało).
- Jako pierwszy ten młodszy, milutki podchodzi.
Szczere pomiędzy sobą wymieniamy uśmiechy - czegoś-tam, czegoś-tam
zwiastuny, naraz tyłem się do niego odwracam, a on pałę swoją pomiędzy
moje ładuje pośladki. Co o takim właśnie zwrocie akcji myślisz, do
czego innego w sztuce o innej nazwie podobną byś porównał
sytuację?
- Eeee? (Nie wiem, sztuce o innej nazwie?,
a więc odważyła się, grzech możliwy popełnić największy.)
- Ja natomiast coś-tam owe (zwiastun czegoś-tam
owego) z miłością utożsamić mogłabym jedynie, zdarzenie całą
natomiast... z miłosnym, ro-man-tycz-nym uniesieniem (Czy ona
z byka spadła, krzyknę, że nie zgadzam się krzyknę... zaraz, zaraz, ona
chce, chce bym krzyknął, podpuszcza mnie suka cholerna.)
- W pewnym, jak gdyby nigdy nic momencie wzrok
swój, z jakichś tam odwracam przyczyn, spoglądam a przede mną typ
ten obleśny, chamski i ten przez mnie niechciany, ze sterczącym
chujem, przede mną stoi.
- Zaniepokojona do tyłu wzrok swój odwracam,
kochanek mój i misiu oczka ma zamknięte i tak ładnie, spokojnie
się uśmiecha (rzecz jasna wali mnie, wali - przypominam dla formalności
dopełnienia), tamten (zły) się do mnie tymczasem zbliża i co grymasem
twarzy odpowiednim staram się pokazać z maksymalnym obrzydzeniem
chcąc, nie chcąc do swojego przyjmuję go łona. Zaraz po tym twarz,
w stronę mojego kieruję misia. Uśmiech, nie do końca spokojny -
niemożliwe by inny był przecież - heroldem swojej mianuję miłości i że
kul, że niby nic przez niego przesyłam wiadomość.
- Czy i tym razem to samo Eeee? masz do
powiedzenia?
Tym razem nic się nie odezwałem, co powiedzieć nie
wiedziałem bowiem.
- Ja w taki bym to... zinterpretowała? Tak?
Dobrze? Czy w odpowiedni słowo owe wymówiłam sposób?
Najwidoczniej szydziła ze mnie.
- Do poprzedniego odwołując się omówienia
przypomnieć jestem rada, że ja i chłopaczek ten, co pomiędzy
pośladkami moimi trwa niezłomnie, kochamy się miłością prawdziwą i w
swoim rodzaju jedyną. W każdej historii jednak jakieś zwroty akcji być
muszą i tu, i tutaj czarna się nad uczuciem naszym zbiera chmura.
Typ ten, co tyle bólu duszy mojej sprawia, może, tak mi powiedział
przynajmniej mojego, misia mojego malutkiego w ohydny, obleśny jakiś
upokorzyć sposób. Za jego czystość mojej chce wierności i mojego
ciała. Cóż robię? Zgadzam się oczywiście, słowo kocham zobowiązuje mnie do
tego przecież. Uśmiech natomiast, w stronę mojego misia zwrócony jest
symbolem mojej o niego troski, nie chcę bowiem, by on
o czymkolwiek się dowiedział i bronić mnie zaczął, jego to
oznaczałoby zgubę.
- Może... - załamany całkowicie byłem, argumentów
naraz deficyt straszny odczułem i pewności ni krzty w sobie
wyłuskać nie umiałem. Po prostu dupa.
- Jeśli przypomnisz sobie, pewnie już
przypomniałeś, a więc kiedy rany się Twoje zabliźnią, wpadnij do mnie
kiedyś, o bezimiennej pogadamy sztuce...
- To ja już pójdę, przepraszam, wtargnąłem,
zacząłem krzyczeć i w nie swoje wtrącać się sprawy...
- Mam nadzieję, że chociaż na herbatce, ciasteczku
zostaniesz (Herbatce?, ciasteczku?, prawie, że Rafałku do mnie
powiedziała.)
- Dobrze, dlaczego nie.
(Grudzień 2000 - Styczeń 2001)
Smród Jezusa
Widziałem Cię Jezu
Gdy wznosiłeś się hardy
Nad otomaną smutku i cierpienia
Widziałem Cię Jezu
Człowiekiem niezdartym
Skorym do największego grzechu popełnienia
By być… no właśnie
Widziałem Cię człowiekiem ?!
Czyżbyśmy zapomnieli zapach twego potu?
Czyżbyśmy ociemniali pisma epitetem
Chcieli zabić twą duszą
Doczekać jej zgonu?
Teraz nam z Twojej głębi pozostało: …
, jedynie jakiś obraz w szacie kolorowej
Niewielu już pamięta ludzkie Twoje ciało
Teraz beznamiętnie każą zwać Cię Bogiem
Bogiem czego?
Bogiem strachu?, Bogiem bezbożników?
Bogiem pustym! Bogiem pustych
Ciemnoty czeladników
A więc…
Samotności drogą boski chadzasz Jezu
Czoło Ci łysieje i w karku coś strzyka
Każdego z wielkich wreszcie to spotyka
I ty powoli w ludzkie odchodzisz zapomnienie
Michał Wrona (maj 2000)
Dla Iwony
Wiersz imieninowy (Ku czci
najpiękniejszej)
Petrarca Laurze, Dante Beatrix
Hołd swoim paniom składali poeci
Tak rozgadani, tak roześmiani
Przy damach serc swoich
Niczym kadeci się zachowywali
Choć jam jest młodszy
Choć jam mniej znany
Niemniej spróbuję rozsłupłać pęki
I ubrać w sonetu płaszcz słomiany
Urodę mej damy i jej, jej tylko wdzięki
Nieraz jam w śnie, w marzeniach odległych
Widział nas dwoje na łące tańczących
Widział nas dwoje po lesie drepczących
W koszmarach nas dwoje od kul poległych
Żal mi jest teraz tychże kwiatów biednych
Co za cieniem urody twej podążają
Co bez słowa ukłony Ci składają
Bo tyś najpiękniejsza jest z
najpiękniejszych
Ja czuję się niczym krzak gorejący
Gdy pragnę spojrzeć na twoje oblicze
Mi także jest trudno kark podnieść drżący
To się rozpłaczę, a to się zachwycę
A gdy już trawi mnie głód ten płonący
Mniemam, żem godzien, że uśmiech twój
schwycę
(maj
1999)
|