Wicherroes
"nieczuły"
słyszę szept każdej minuty
głuche wołanie dymu z papierosa
i śmiech, i śpiew czarnej, mocnej kawy
wypalającej wrzodową dziurę a żołądku
karmię się kurzem na ścianie brudnej
i skrawkiem papieru w kącie
słyszę westchnienie Biblii Świętej
co pyta gdzie me serce
"anioł"
spadł nieśmiertelny anioł
i zginął wgnieciony w nieczuły
asfalt mego miasta
***
Pokłon dla wiecznych wędrowców
Mnichów, kapłanów bezsensu
Wśród gruzów prastarej świątyni
Gdzie teraz jest raj dla bezdomnych
Jedyną modlitwą są krzyki pijaków
Dźwięk krzyków i tłuczonego szkła
Gruźliczy kaszel i jęk bolących ropni
Kadzidłem jest żygowin i fekalii smród
***
Groteskowy pająk w sufitu kącie szczerzy kły.
Duszący dym od niedopałka leci.
Małość, wielkość - puste, nikłe słowa
Brzmią jak jęk słabości
Biec na oślep w cień latarni jak szaleniec
Miażdżąc nudy rytm.
Skacząc w wir, czeluści bezdenne;
Jadłem są tylko sny
Godząc w wszystko co plugawe
Zardzewiałym nożem w wątłej dłoni
- Niech poczują ból!
Wielkość, władza, pieniądz
- W oczach Boga pył.
Jakiż ma pożytek z bogactw
Ten co cieniem zmierza w pustkę?
Czyż jest wielkim ten,
Co duszę osikowym przebił kołkiem?
Cisza, ona jest jak milion wrzasków
Majakami podszyta jak mech skałą
Budzi siłę w swym kowadle;
Lecą jasne marzeń skry
Półprzytomna twarz jak odcisk,
Gruby portfel jak talizman.
W asfaltowej wyobraźni
Asfaltowe i z betonu sny
Gardzić? Szydzić? - po co?
Płakać? Śmiać się? - nie!
Mowa blachą, a milczenie
W akceptacji mówią jest.
Lecz w mej duszy licho siedzi,
Oni nie poznają go.
Na wierzch wyjdzie to co zechcę,
By nie znali i nie śmiali się.
***
Kawa jak smok parą zieje
Bordowe zasłony, nagły mrok
Zmierzch jasności dał popalić
Ciemność zapada, zasypia świat
Latarnia jak strażnik dumna
W oknach ogniki telewizorów
Biedota jak co dzień wyrusza na łowy
W otchłani śmietnika ich świat.
***
Gardłowy jęk nocy czarnej
Bezdźwięcznie snuje się we mgle
Być albo jeść oto jest pytanie
Bezsenny umysł na piedestale marzeń
"Śnienie (bezsens - sens)"
Mięsożerna roślina podobnie jak czarna myśl
Zjada wszystko co żywe w imię przetrwania.
Czarny świt zasnuwa zmęczone powieki,
Kot ulicą cicho jak przemytnik krąży.
Na śmietniku suszą się wypłakane oczy,
Co nieraz już odchodziły w siną dal.
I znalazły wśród odpadków ukojenie,
Tam nie spyta nikt o życia znaczenie.
Kto przemyka nocą po kryjomu?
Tylko czas i człowiek, który nie ma dokąd iść.
Czemu jasna pieśń młodości się skończyła?
I dlaczego noc tak długa i cicha jest?
Jak o świcie rosą mokra pajęczyna,
Tak człowieka myśli w oceanie topią się.
Nie ma czasu, nie ma miejsca na cierpienia,
Bajki na ekranie dobrze kończą się.
Pozostaje tylko dziwna ta maszyna,
Co marzenia tworzy, lecz nie spełnią się.
Nikt nie płacze nad rozlanym mlekiem,
Gdyż banalne i niemodne stało się.
"Z rozmyślań"
Martwica mózgu - przejaśnienie,
Szara pościel zbryzgana potem.
Zniszczone powieki zasłon,
Zasnute na wieki wieków,
Gdy czarne pantofle w nieładzie.
Zmora bezszelestna wśród pierza.
W łazience brudna żarówka.
Marnotrawienie dóbr codzienności
Wśród mroku nieprzeniknionego łez.
Po co wciąż śnić o bezsenności,
Dla czyjej kary ocet wciąż pić.
Jedzenie jest dobrem codzienności,
A czeluść otwarta jak sedesu kres.
Mając już pustą od uczuć głowę.
Nie mając nic po co by iść.
Jedząc tylko kiszoną kapustę,
Zapijając łzę tylko łzą.
Lecz nie martwiąc się o jutro
I mając w kieszeni każdy świt.
|