Strona Grupy Twórczej Bez Dogmatu - Twórczość nadesłana  

Bez Dogmatu Ciemność kładzie balsam na oczy
O wściekła krowo daj więcej mleka
Strona Główna
Manifest
Co u nas?
Twórczość
Ranking
Wasze wiersze
Linki
Księga gości
Nakarm głodne dziecko - polska strona głodu

bezdogmatu@gazeta.pl


Twórczość nadesłana

CENA ŻYCIA

   Pewnego razu pilnie potrzebowałem większej gotówki. Rozejrzałem się wokół. Najcenniejsze przedmioty, jakie posiadałem, złożone do kupy wciąż nie wystarczały moim nagłym potrzebom. Postanowiłem sprzedać mieszkanie. Złożyłem w prasie odpowiednią ofertę. Natychmiastowy odzew ucieszył mnie, zgłosiło się parę osób zdecydowanych na kupno po cenie przeze mnie zaproponowanej. Ciągle jednak nie przestawałem kombinować, próbować, szukać innych rozwiązań, ponieważ nie miałem drugiej kwatery w mieście.
   W końcu zaprosiłem wszystkich chętnych do siebie. Stanąłem przed nimi i z szerokim uśmiechem oświadczyłem, że sprzedam lokal- owszem- ale razem ze sobą. Będę tam dalej mieszkał.
   -Po prostu dorzucam siebie do mebli- wyjaśniłem i zaraz dodałem: -Jest was sporo, zatem proszę, otwieram licytację!
   Cena mieszkania nie tylko nie wzrosła, ale spadła do zera. Wszyscy wyszli, a telefon milczał.

MORDERSTWO DOSKONAŁE

   Mężczyzna próbuje wszystkiego, żeby zagoić rany po utraconej miłości. Kręci się po mieście bez żadnego celu, umawia się z dziwkami i pije wódkę z największymi menelami osiedla. Rzeczywiście- poczucie ostatecznej klęski traci na ostrości. Wciąż jednak musi suszyć poduszki.
   Któregoś ranka wstaje i wyjeżdża do Budapesztu. Jednak i ta próba nie powiodła się. To co miało być wyzwoleniem i radykalnym zerwaniem z bolesną przeszłością utwierdza go w przekonaniu, że nic z tego. Ona jest wszędzie, w profilach kobiet mówiących po węgiersku i nie mających z nią nic wspólnego, we włosach dziewczyny, która widziana z okna autobusu znika w sklepie spożywczym. W przelotnym spojrzeniu, w bramie przy placu Kerepesi. Wraca do Warszawy.
   W końcu postanawia ją zabić. Pomysł wydaje mu się genialny. Na czarnym rynku nabywa pistolet z amunicją. Przymierzając go w dłoni dziwi się, że nie pomyślał o tym wcześniej. Tym raźniej odbezpiecza i strzela sobie w głowę.

JAKI OJCIEC TAKI SYN

   Mój ojciec jechał pociągiem i kiedy otworzył oczy po krótkiej drzemce, zachwycił się dziewczyną, którą zobaczył przed sobą. Chwilę trwało zanim ochłonął z wrażenia, że zdecydowała się usiąść właśnie tu, naprzeciwko niego. Widział ją po raz pierwszy. Dzieliła ich zarówno przeszłość, jak i plany na jutro. Wybór miejsca potraktował jako pierwszy krok poczyniony z jej strony. Przedstawił się. Podróż mijała w atmosferze miłej pogawędki. Mój stary, wtedy jeszcze młody, zakochał się. Okazało się jednak, że dziewczyna wysiada wcześniej i najprawdopodobniej przepadnie na zawsze. Pożegnali się grzecznie, po czym wyszła z pociągu, ale szalony ojciec doścignął ją na peronie. Chciał adres. Były to czasy, kiedy ludzie bardziej sobie ufali, a dane osobowe nie były przedmiotem handlu. Dziewczyna podyktowała, co trzeba.
   Trzy dni później zjawił się pod jej drzwiami. Z dłoni wyrastało mu dwadzieścia siedem czerwonych róż. Na pytanie, dlaczego akurat tyle, odpowiedział szczerze: na więcej nie miałem. Dziewczyną była moja matka.
   Zawsze podziwiałem go za ten romantyczny, filmowy manewr. Ze wszystkich moich braci to ja najbardziej wdałem się w niego. Mam dwa żylaki na prawej łydce.

IM GORZEJ, TYM LEPIEJ

   Zawsze sądziłem, a parę razy głośno to powiedziałem, że mijam się w swoim życiu z prawdziwym szczęściem. Wyrobiłem sobie taki pogląd na postawie najbliższych w y m i n i ę ć, kiedy widziałem z bliska, wyraźnie, co mogłoby być i co mógłbym mieć. A przecież nie sposób ogarnąć tego wszystkiego, co uszło mojej uwadze, co ominąłem szerszym łukiem, czego w ogóle nie zauważyłem! Tam były z pewnością rzeczy jeszcze wspanialsze, tylko że los- bacząc na czułe moje serce- wyznaczył mi taką, a nie inną trasę, bym nie zwariował z żalu i nie zadusił się własnym łkaniem.
   Starałem się. Jak mogłem się starałem, na ile to możliwe, łagodzić objawy życia, zacząłem więc pisać poezję i pić wódkę. Za sprawą słów i rymów smutek zamieniał się w piękno, z piękna czerpałem przyjemność, a niezwykłość tej przemiany wywoływała we mnie radość. Biegłem po wódkę. W końcu doszło do tego, że- świadomego "przetwórczych" możliwości- cieszyło mnie każde najmniejsze nawet niepowodzenie, a wszelka strata, w szczególności niepowetowana, była dla mnie największym wyróżnieniem. Im gorzej, tym lepiej- oto prawda i mądrość; płakałem z zachwytu. Dzisiaj swoich klęsk i nieszczęść nie oddałbym za żadne sukcesy świata! Są moje, i tylko moje.
   Dlatego przedkładam ciche i ciemne uliczki nad gwarne arterie miasta. Nie przepadam za ludźmi. Do niedawna jeszcze trzymałem z Frankiem, smętnym cyganem z torowiska, ale któregoś dnia ubzdurał sobie nowe życie i przeniósł się na posadzki Dworca Głównego, gdzie czyści ludziom buty za jakieś pieniądze. Nie nadąża z robotą i nie boi się konkurencji, więc zaproponował mi przyłączenie do interesu.
   Odmówiłem zdecydowanie. Podobno paru już pucybutów na tym pierdolniętym świecie skończyło na grubych milionach. Wolę nie ryzykować.

Powrót


do góry
Copyright © Góra Sławomir, 2002 r.