ALICJA KĘPIŃSKA / JERZY LUDWIŃSKI

odczyt / lecture
 
16,12.1984
 
 
  << GALERIA RR >>
 
 

Alicja Kępińska

OGRODY


1. Kolisty ogród, czyli o bliskości oświadczenia
Pewien filozof wszedł przypadkowo do nieznanego mu przedtem ogrodu. Szedł z zaciekawieniem ścieżką, która otwierała się przed nim w miarę jak posuwał się naprzód. Zauważył przy tym, że nic w tym ogrodzie - którego nigdy przecież nie widział - nie jest mu obce. Tak doskonałe, od razu dane rozumienie rzeczy sprawiło, że zapomniał o obowiązku podjęcia krytyki, która jest przecież drugą naturą uczonego. Ponieważ zaś krytyka, jak wiadomo, jest wstępem do działalności teoretycznej (wprowadza problem języka i wiedzy oraz przywołuje paradygmat punktu widzenia), filozof pojął, że znalazł się w świecie, w którym teoria może nie zaistnieć w ogóle, tzn. w obszarze, który wyjaśnia się poprzez sam fakt swego istnienia. Rozumienie stało się bliższe byciu niż świadomości. Filozof był tu jak ów Chińczyk Chuang-tzu, którego poeta obdarzył pradawną mądrością kosmiczną, dzięki czemu, gdy śnił on, że jest ptakiem, pszczołą i motylem nie rozumiał dlaczego miałby się czuć czymkolwiek innym (E. Pound).
Oczywiście - każdy może podjąć krytykę ogrodu, ale wtedy nie będzie mu dane rozumienie. Ogród ten bowiem zbudowany jest wedle zasady hermeneutycznego koła, które mówi, iż należy rozumieć, żeby uwierzyć, lecz trzeba wierzyć, żeby rozumieć.
Nasz filozof zawierzył ścieżce, na którą był wkroczył i którą szedł bez premedytacji — to znaczy jakby bez celu. Toteż mógł swobodnie, nie mierząc czasu zatrzymywać się przy byle kamieniu; ale też dzięki temu mógł mieć pewność, iż to co ujrzy, będzie tym co ujrzy. W kolistym ogrodzie nie ma miejsca dla takich kłopotliwych sytuacji jak ta, którą przytacza T.S. Kuhn (Reflections on my Critics), pisząc o dwóch badaczach planet: Herschel widział na niebie kometę, tam gdzie Lexell zobaczył planetę. Obaj widzieli to samo, mianowicie świecący punkt, mieli wszakże różną wiedze na temat tego co widzieli. W rezultacie fenomen świecącego punktu, czyli tego co widzieli naprawdę, nie został im dany, ponieważ skupili się nie na doznaniu, lecz - jako wytrawni uczeni - na interpretacji. Podobny przykład podaje H. Hesse - z teoria swobodnego spadku w wydaniu dwóch mędrców starożytności, Arystotelesa i Anaxymenesa: tam gdzie Arystoteles powie kamień spada, dla Anaxymenesa kamień się unosi, ponieważ słowo spadek jest u nich obciążone różnymi teoriami.
Otóż i obaj, podobnie jak para Herschel - Lexell wleźli w kałużę, z której - jak powiada Feyerabend - nie sposób wyleźć nieubłoconym. W ogrodzie kolistym - obszarze bez teorii, tam gdzie dystans zamienia się w bliskość i przyswojenie - nie ma takiej kałuży. W tym ogrodzie bracia kamienie, przy których zatrzymywał się filozof nie stają się obiektem badań; dowiadujesz się czegoś o nich zatrzymując się tylko przy nich - nic więcej.

2. Dziki ogród, czyli o przeświadczeniu
Pewien filozof wszedł przypadkiem do ogrodu, który nie nosił śladu porządkujących działań myśli i ręki ludzkiej: stanął po prostu wobec egzystencji poprzedzającej mowę. Zapragnął wiec przeciwstawić temu co zastał trud rozumienia; przy czym w miarę pozostawiania w ogrodzie czuł, jak rodzi się pokrewieństwo jego myśli z tym o czym myślał. W ten sposób formowała się wiedza, która polegała nie na procedurze nauki, lecz na przeświadczeniu, które jest bliskie wierze.
Dzięki temu filozof nasz uniknął dramatu tych, którzy uwikłani w daną sytuację nie potrafią ani jej stawić czoła, ani jej porzucić, i w rezultacie muszą ją zniszczyć. Muszą rozbijać świat, który zagrodził im drogę (Merleau Ponty). Tylko niszcząc go (tzn. podporządkowując go sobie) mogą go bowiem zrozumieć tak, jak oni pojmują rozumienie. Ludzie ci szukają satysfakcji w symbolach: muszą ten świat wypowiedzieć, dokonawszy wprzód na nim gwałtownej operacji. Nigdy nie będzie im jednak dane przeświadczenie, że wypowiedzieli go właściwie, tj. zgodnie z jego istotą.
Dlatego często przytrafia im się to, co przydarzyło się Melanchtonowi, teologowi niemieckiemu, który będąc w raju, wychwalał wiarę (czyli istotę), lecz krytykował pobożność (czyli procedurę). Został wówczas poddany różnym naciskom ze strony aniołów tej biurokracji niebiańskiej, aż wreszcie pod ich presją zaczął pisać pochwałę pobożności. Ale otóż co się stało: stronice dziś zapisane okazywały się zatarte nazajutrz. Działo się tak, ponieważ układał je bez przekonania (Borghes).
Teolog obstawał przy wierze przeciwko pobożności tak, jak ów niezwykły uczony, który twierdził, że odwiedzić mieszkańców jakiejś wioski znaczy więcej, niż sporządzić jej opis, a modlić się w świętym gaju - więcej niż sporządzić jego mapę. Przestrzegał też przed tymi, którzy mapę gaju każą nam odczytywać jako gaj właśnie.
Pomny tych doświadczeń filozof w dzikim ogrodzie pozostawał w milczeniu, w którym mieści się cała interpretacja świata. Nie ryzykował wypowiedzi, gdyż rozumiał, że zamiana dzikiego ogrodu w fakt słowny byłaby tak dalekim odejściem od niego, iż równałaby się utopieniu go w niepamięci.

3. Bliski ogród, czyli o zadziwieniu
Pewien filozof, wyczerpawszy wszelkie znane metody dochodzenia do prawdy i nie doszedłszy w rezultacie do niczego — ani do prawdy, ani do majątku, ani do uznania, zniechęcił się do swego zawodu tak gruntownie, że postanowił porzucić wszelkie zawiłe procedury myślenia i ruszył przed siebie w świat, bacząc po drodze, aby nie zaczepiał on jego umysłu pytaniami, które, raz zrodzone, jak wiadomo, nigdy się nie kończą. I otóż filozof nasz napotkał na swej drodze ogród jakby wymarzony dla jego stanu ducha. W tym ogrodzie wszystko opierało się racjonalizującym pytaniom, i przez to wydawało się bliskie i jasne.
I tak np. przedmioty upragnione nie różniły się tam od rzeczywistych (nie było po temu żadnego powodu), wszystkie sprawy były naznaczone nadzieją, przez co były, jak w wierszu Crashawa niebyłym Teraz i dzisiejszym Jutrem, przestrzeń jawiła się jako jedność tak, iż nie trzeba było wydzielać w niej miejsc lepszych i gorszych i problem środka nie pojawiał się wcale, gdyż środkiem było wszystko. Do tego czas nie był tu jakością ciągłą: pojawiał się tylko w miarę potrzeby i w takiej postaci, jakiej sytuacja tego wymagała. (Podobne doświadczenie staje się naszym udziałem, gdy oglądamy sugestywny film, albo gdy czytamy np. powieść o czasach Katarzyny Medycejskiej - kiedy to inny czas pojawia się z wielką intensywnością, opanowuje nas całkowicie znosząc teraźniejszość i porzuca w chwili kiedy my porzucamy film lub odkładamy książkę). Ot i cała sprawa z czasem - tak jak ona się miała w tym ogrodzie bez gramatyki i uprzedzeń.
W pewnym jednak momencie filozof przypomniał sobie o swoim własnym istnieniu, czy też może głód mu to uświadomił. Dojrzał zatem w ogrodzie siebie i od tej chwili nic mu się już tutaj nie wydawało naturalne; podwójny charakter przedmiotów jawił się jako idiotyczny, przestrzeń niemożliwa, brak porządku w czasie nad wyraz irytujący. Pytania i wątpliwości opadły filozofa z cała siłą, tak jak potwory osaczają śmiałka, który odważył się wkroczyć do bajki.
Nasz bohater zrozumiał, że znalazł się w tym niebezpiecznym momencie, kiedy między człowiekiem a światem staje zdziwienie, co jest, jak wiadomo, początkiem filozofowania i wciąga nas na drogę, na której spodziewamy się wszystko uporządkować, aby dotrzeć do tajemnicy wszechrzeczy.
Nadzieja taka jest, oczywiście, wielką złudą, wiedzieli o tym metafizycy Tlönu - planety nie istniejącej, ale koniecznej, wymyślonej przez argentyńskiego maga; mądrzejsi od nas nie przekraczali nigdy progu jaki rysuje zadziwienie właśnie. Było ono dla nich początkiem i zarazem uwieńczeniem filozofii, wiedzieli, że dalej posuwać się nie należy, jeżeli nie chce się utracić bliskości ogrodu.

4. Ogród o zatartych konturach, czyli niewyraźnym życiu wartości
Pewien filozof znalazł się w ogrodzie, w którym nic nie było zgodne z żadną obowiązującą teorią, a jednocześnie nic nie tłumaczyło się samo przez się. Ogród ten wyglądał jak wielka anomalia, był jak gramatyka, która składa się z samych wyjątków nie potwierdzających żadnej reguły. Darmo opisywać co się tam działo; dość powiedzieć, że nie udawało się nawet wymierzyć obszaru tego ogrodu, gdyż granice jego przesuwały się w miarę zbliżania się do nich; gdy zaś raz udało się naszemu filozofowi przypadkiem, z zaskoczenia taką granicę przeskoczyć, to, obejrzawszy się za siebie stwierdził on jej brak za plecami; i nie można było ustalić gdzie się podziała. Każdy zresztą z łatwością wyobrazi sobie rzeczy podobnie irytujące.
Wszystko to skłoniło filozofa do zbadania przeżywanych zjawisk, aby wprowadzić w nie jakiś porządek. W tym celu zwrócił się on do swoich uczonych kolegów, wyznających różne metody ujmowania i wyjaśniania świata. I cóż się okazało: uczeni, podejmując podczas swej praktyki badawczej decyzje kierowali się nie wyraźnymi wzorcami postępowania, lecz głoszonymi przez siebie wartościami. Wartości te znane są już z tradycyjnej filozofii nauki; dokładność, należyty zakres przewidywań, kwantytatywność, prostota, wewnętrzna spójność, zgodność z innymi aktualnie rozwijanymi teoriami, itd.
Ale otóż - wartości te mogą być podzielone przez stanowiska antagonistyczne, a to świadczy, że użycie wartości staje się niewyraźne. Po prostu uczeni w różny sposób je wcielają, w różny też sposób są do poszczególnych wartości przywiązani: np. jedna teoria jest prostsza, druga - dokładniejsza. O wyborze teorii decydują te właśnie cechy, a nie jej tzw. skuteczność. Reguły postępowania naukowego nie są więc precyzyjne i jednoznaczne. Kuhn nazywa to zjawiskiem mętności w nauce i - o paradoksie! przypisuje mu rolę pozytywną. Owa niejednoznaczność reguł postępowania ujawnia swą pozytywną cechę zwłaszcza przy ocenie anomalii, tj. zjawisk niezgodnych z żadną przyjętą teorią.
I tu jesteśmy w ogrodzie naszego filozofa. Anomalia przestaje być traktowana jako źródło kryzysu dla nauki, która przy stosowaniu precyzyjnych kryteriów nie zdołałaby jej wytłumaczyć. Niewyraźność stosowania wartości, owa cudowna mętność, niedokładność nauki sprawia, że nie jest ona przedsięwzięciem precyzyjnym i do końca wyartykułowanym; ale to właśnie umożliwia jej życie. Tylko w ten sposób możemy dowiedzieć się czegokolwiek o świecie; rzeczy przybliżają się naszemu pojmowaniu tylko wtedy, gdy zacierają się ich kontury.
Nie znaczy to, abyśmy mieli podzielać stanowisko tego nieufnego mędrca, który mienił się być realistą, ponieważ przekonał się - jak twierdził - i rzeczy istnieją tylko w przeczuciu lub w przepowiedni; nie ma też potrzeby przychylać się do stanowiska tych, którzy uważają, że wszystko co istnieje jest tylko pamięcią o czymś o czym nie wiadomo czy w ogóle kiedykolwiek istniało. Bez przesady. Mamy dostęp do realnych rzeczy, tylko kontury ich są niewyraźne. Rzeczy, jak powiada Epikur — są wciąż przez nas oczekiwane. Gdybyśmy wszakże upierali się, aby uchwycić je w sposób jednoznaczny i pewny, ogród o zatartych brzegach znikłby natychmiast i gdzie odnaleźlibyśmy wtedy swoją ojczyznę?

5. Ogród milczący, czyli o niewypowiadalnym

Pewien filozof wszedł do ogrodu, który ofiarowywał jego doświadczeniu o wiele więcej niż można było wypowiedzieć. Filozof czuł wyraźnie nadwyżkę doznań nie poddających się wysłowieniu. Zirytowało to go oczywiście, ponieważ nie podzielał on zdania owego antropologa, który twierdził, że słowa nie tylko nie są mu potrzebne do myślenia, ale wręcz mu w tym przeszkadzają, a język nieraz go już zawiódł, wpychając go w matnię stereotypów (F. Galton). Nasz filozof sam wprawdzie uważał, że słowo jest tylko aluzja do świata, ale jednak aluzja — a więc istnieje możliwość mówienia. Przypomniał sobie tych filozofów, którzy dzielnie walczyli o to, aby parler l'inclicible (wypowiedzieć niewypowiedzialne - Bergson). No a w każdym razie – powiadał - można się odwołać do mowy wewnętrznej - tej tajemniczej postaci myślenia, w której uczeni upatrują ojczyznę zdania.
Z drugiej strony z czystego obowiązku przywoływał w pamięci poglądy tych myślicieli, którzy optowali za istnieniem obszarów całkowicie niewypowiadalnych; nie cofnął się nawet przed skrajnym przykładem filozofii matematyki, która przyjmuje pozajęzykowe rozumienie intuicji, co ją doprowadziło do szukania podstaw matematyki w praintuicji liczby (Brouwer). Przypomniał także sobie tego filozofa, który uznawał, że język rodzi się między chęcią mówienia a koniecznością milczenia, i bez zmilczenia wielu rzeczy nie byłoby go wcale: gdyby człowiek (powiadał ten uczony) chciał powiedzieć, jaki jest odcień białości papieru, który mamy przed oczyma, w odróżnieniu od wszystkich innych białych papierów, to język nigdy nie zostałby skonstruowany, bo rozpłynąłby się w nieskończoności (O.y Gasset); przyznano tu, że milczenie, niemożność wysłowienia jest pozytywnym składnikiem języka.
Pozostając w tym rozdarciu między mową i milczeniem, filozof nasz czuł niemożliwość rozstrzygnięcia sprawy na korzyść jednego tylko z biegunów. Czuł natomiast narastającą potrzebę trwania w ogrodzie milczącym, podejrzewał bowiem, że gdy go opuści, ziemia, kamienie, drzewa przestaną istnieć zamieniwszy się w słowa; on zaś wolał, aby coś w nim samym stawało się ziemią, kamieniem i drzewem. Toteż zachował się jak ów największy z mędrców chińskich, który będąc na książęcym dworze rozprawiał swobodnie i wyczerpująco, podczas gdy przybywał do swojej wioski rodzinnej, był cichy i skromny, jakby zgoła mówić nie potrafił.

6. Ogród jałowy, czyli o braku możliwości
Pewien filozof znalazł się w ogrodzie, w którym zauważył ze zdumieniem mnóstwo porzuconych w nieładzie przedmiotów, większość zaś krzewów i kwiatów była powyrywana. Wyglądało to jakby stoczono tu bitwę lub próbowano porozumiewać się za pomocą rzucenia w siebie wszystkim co wpadło w rękę. Filozof pojął, że znalazł się na terenie należącym do ogrodów Wielkiej Akademii, która znamy wszyscy z lektur młodzieńczych, a w której żarliwi i fanatyczni reformatorzy próbowali osiągnąć absolutną pewność języka. Ponieważ słowa są jedynie nazwami — twierdzili (a więc istnieje stosunek nieadekwatności miedzy słowem a rzeczą), umyślili sobie, że byłoby trafniej (i wygodniej), gdyby wszyscy nosili przy sobie przedmioty konieczne dla wyrażenia sprawy, o której chcieliby rozmawiać. Kłopoty pojawiały się wówczas, gdy ktoś miał do załatwienia wiele zróżnicowanych spraw, a nie mógł sobie pozwolić na służących, którzy dźwigaliby za nim toboły z rzeczami, które miały zastąpić słowa. Stąd często spotykano tam mędrców, uginających się pod uciskiem owych brzemion; gdy tacy spotkali się na ulicy, rozkładali swe toboły, wyciągali multum przedmiotów i potrząsając co chwila którymś z nich, rozmawiali tak przez godzinę, by później spakować narzędzia swej mowy i pomógłszy sobie nawzajem w dźwignięciu brzemienia rozejść się, z przykrym jednak przeświadczeniem, że niewiele sobie powiedzieli.
Widząc takie dziwo filozof nasz przypomniał sobie, że swego czasu pewien podróżnik zwiedzający tę szaloną akademię opowiadał jej uczonym o innym zabiegu na języku, a to mianowicie praktykowanym w owym królestwie, w którym cały niemal naród składa się z tropicieli, świadków, donosicieli, oskarżycieli prowadzących śledztwo, zbieraczy okoliczności i krzywoprzysiężców; całe to towarzystwo pozostaje na służbie ministrów i ich zastępców, wszyscy razem zaś zaangażowani są w organizowanie prowokacyjnych spisków, podczas których zbiera się skrzętnie listy i inne papiery osób, które chce się pognębić. Papiery takie, odpowiednio odczytane, stanowią podstawę aktu oskarżenia; toteż urzędnicy którzy odczytują te listy są prawdziwymi specjalistami od podejrzeń, co pozwala im widzieć w każdym słowie i zwrocie ukryte znaczenie.
I tak np. uważają, że słowa kulawy pies oznaczają najeźdźcę, plaga - to garnizon wojskowy, myszołów oznacza Prezesa Rady Ministrów, nocnik - komitet najwyżej postawiony, zwrot pusta baryła znaczy tyle co generał, zaś otwarta rana oznacza rząd (jesteśmy tu oczywiście u Swifta). W miarę upływu czasu metodę udoskonalano coraz bardziej; aż do podejrzewania już nie tylko każdego słowa, ale nawet jego pierwszej litery (A, O, R, itd.). W ten sposób powstawał język jeszcze bardziej fałszywy i ograniczony niż ów szyfr przedmiotów, choć twórcy jego byli przekonani, że uczynili wiele dla postępu ludzkości.
Filozof nasz próbował kilkakrotnie dokonać interpretacji tego zjawiska, aby pokonać mysią ów ogród osobliwości. Myśl jednak nie imała się tej jałowej ziemi, w której dogmatyczny wysiłek purystów i pasja cenzorów zabiła możliwość pojawienia się sensu; nic co prawdopodobne nie mogło wzrosnąć w tym ogrodzie. Filozof pojął, że należy go po prostu porzucić, co też pospiesznie uczynił. Potem dowiedział się zresztą, że ogród rozwija się w najlepsze, a jego uczeni wcale dobrze się mają.

7. Ogród bez wyjścia, czyli o możliwościach
Pewien filozof znalazł się w ogrodzie, z którego nie mógł znaleźć żadnego wyjścia. Poszukując jakiejkolwiek furtki natrafiał to na gąszcz roślinności, to na mur tak omszały, zarośnięty i zasklepiony w swoim trwaniu, iż widać było, że nikt od dawna nie naruszał jego spokoju, kiedy indziej odkrył wejście do jakiejś piwnicy, która wszakże kończyła się ślepo. Nie było wyjścia - ani jawnego ani ukrytego, które prowadziłoby poza obręb ogrodu. Wówczas uczony zrozumiał, że bezużyteczne jest trwonić siły na szukanie czegoś, czego albo nie ma, albo co podobne jest do labiryntu, w którym szukając wyjścia pogrążamy się jedynie coraz głębiej, albo też przypomina to ciąg okien, które zamykają się jedno za drugim, gdy chcemy w nie zajrzeć. Postanowił więc cała swą siłą skoncentrować na intensywnym marzeniu o furtce: oto pojawia się o zmierzchu, jest lekko uchylona. Wystarczy leciutko pchnąć. Zawiasy są dobrze naoliwione (G. Bachelard). Za chwilę uwięziony będzie już na zewnątrz! Pójdzie sobie! Porzuci chętnie bezpieczeństwo zamknięcia na rzecz ryzyka wolności! Nic z tego. Oto zawiązuje się sytuacja, jak w wierszu francuskiego poety:
La porte me flaire, elle hesite (Jean Pellerin). (Drzwi mnie zwietrzyły, wahają się).
Wyjście się nie zjawia.
Filozof zrozumiał, że trzeba budować je samemu. Cały więc wysiłek myślowy (już nie marzenie) skierował ku pojęciu furtka i spróbował pójść tropem tej metody, która w dziedzinie wynalazczości technicznej wprowadził Ruryk Powilejko, nazywając ją macierzą eksploracji. Metoda owa, odniesiona do dowolnego problemu poszukuje rozwiązań przez takie chwyty wynalazcze, jak asymilacja, adaptacja, multiplikacja, dyferencjacja, integracja, inwersja, impulsacja, dynamizacja, analogia, idealizacja wreszcie.
I otóż przy ich zastosowaniu furtki zaczęły się pojawiać jedną za drugą. Filozof ujrzał takie możliwości, jak:
1. furtka pojawiająca się gdy się nań spojrzy;
2. furtka, która się już kiedyś przeszło i która można przywołać wspomnieniem;
3. furtka uruchomiona pytaniem: przepraszam, gdzie tu jest wyjście?
4. furtka, która pozostała nietknięta podczas gdy zniszczało już ogrodzenie i wszystko co ono obejmowało; przez to jest ona zawsze omijana, ponieważ można doskonale przejść przez teren bez jej pośrednictwa;
5. furtka, której obraz rzucony na ekran pozwala przechodzić przez nią wszystkim postaciom filmu;
6. furtka, która staje się bytem oczywistym gdy znamy jej pojecie; obszarem pojęciowym bowiem wg niektórych filozofów (Epikur) przysługuje oczywistość właśnie: mówią oni, że nigdy nie moglibyśmy znaleźć rzeczy szukanej, gdybyśmy jej wcześniej nie znali, tzn. gdybyśmy wcześniej nie dysponowali jej pojęciem;
7. furtka znikająca gdy już przez nią przeszliśmy (tak się zazwyczaj dzieje, bo ktoś ogląda się za siebie gdy ma przed sobą cel, do którego zdąża).
Gdy filozof nasz ujrzał tyle możliwości (a jako uczony nie brał oczywiście pod uwagę furtek z bajki, które można otwierać zaklęciem), wtedy uspokoił się tak, iż opuściła go wcześniejsza chęć opuszczenia ogrodu. Pojął, że ogród ma tyle furtek, ile on sam zdoła ich dostrzec. Skupił się zatem na idei poszukiwania wartościowych rozwiązań i zamkniecie jakiemu był poddany przestało istnieć.

8. Ogród utracony, czyli o dystansie
Pewien filozof, sprzykrzywszy sobie własny ogród (przebywał w nim tak długo, że przestał go w końcu dostrzegać i nie spodziewał się już uczynić w nim nie pożytecznego) ruszył na poszukiwanie innych ogrodów, aby włączyć swa egzystencje w byt innych możliwości. Ogrody te uzna za niezwykle ciekawe, niektóre wręcz zachwycające; doznawał pragnień takich jakie niejednokrotnie nas opadają gdy podróżujemy po obcych krajach; urzeczeni ich egzotyka i wspaniałością powiadamy sobie: „tu chciałbym zostać na zawsze, czuje że tu byłoby mi lepiej". Jesteśmy tak oczarowani, że utrata własnego terytorium nie pojawia się w ogóle jako problem.
Ale otóż przydarzyło się filozofowi to co przydarza się i nam w podobnej sytuacji. Ani razu nie zdołał on się włączyć w nowy obszar do końca, nie zaznał ani pełnego otwarcia się obcego terenu wobec siebie, ani nie znalazł takiego otwarcia w sobie. Dystans, początkowo niedostrzegalny bo zagłuszony szczęściem odkrycia tego co inne, zaczął objawiać się z siłą prawa zupełnie obojętnego wobec naszych życzeń.
Powstało zjawisko, które Vladimir Bibler nazywa włączeniem się nie - do końca, a które posiada niezwykłe właściwości a raczej skutki. Są one niepokojące i pociągające zarazem. Otóż oderwanie się od własnego terenu i rzucenie się ku innym, ów proces zapoczątkowany przez Odrodzenie - przygoda wielkich odkryć kulturalnych i niemożliwość włączenia się w nie do końca rzutuje w trybie zwrotnym na stosunek do własnego obszaru. Powstaje nowy fenomen - mianowicie nie - do - końca włączenie się we własną kulturę. Swój własny ogród do którego się wraca po długiej podroży nie jest już tym samym, który kiedyś tak chętnie opuściliśmy. Staje się on dla powracającego czymś dziwnym, niezwykłym, do czego można się odnieść z dystansem, co może stać się przedmiotem twórczości. Nigdy Grekom Grecja klasyczna nie wydawała się tak piękna jak hellenistom: nie tkwiąc już w niej korzeniami, zaznawszy innych obszarów, odwracali się co chwila aby dojrzeć jej niknące kontury i opiewać ją w swych aleksandrynach.
Długa podroż musiał zatem odbyć nasz filozof, aby zobaczyć ogród, z którego wyrósł i uznać go za dostatecznie obcy, (czyli równy innym), aby zacząć się nim zajmować.
Gotowość do prawie włączenia się w inne kultury idąca w parze z poczuciem udziwnienia własnej powoduje jednak dalsze perypetie. Człowiek doznający tego doświadczenia nie daje się już sprowadzić do jakiejkolwiek struktury bytu i nie zazna spokoju w żadnym ogrodzie. Sprowokował bowiem przeciw sobie sprzeczne jakości i próbuje je przezwyciężyć wszystkie. To znaczy próbuje przezwyciężyć swoja kulturę jako przeznaczenie. A to oznacza, że próbuje osiągnąć wolność.
Wynika z tego, że wolność nie leży w żadnym z poszczególnych ogrodów, ani tym własnym ani w obcych. Rodzi się między ogrodami, po ich utracie, na terenie który nazywamy dystansem. Dlatego wielu uważa dystans za rzecz nader pożądaną: E. Boullough widzi w nim znak jakości każdej artystycznej projekcji doświadczenia. Jeżeli chcemy coś powiedzieć o przedmiocie musimy uwolnić się od jego siły przyciągania. Nie wolno nam być jak ów filozof z ogrodu kolistego, który śladem Chińczyka z wiersza czuł się ptakiem, pszczołą i motylem i nie rozumiał dlaczego miałby się czuć czymkolwiek innym.
Doszedłszy do takiego stanu świadomości filozof z ogrodu utraconego oczywiście musiał umieścić swój byt na skrzyżowaniu dystansów. Dokonawszy tak znacznego wysiłku zaczął napawać się zasłużonym poczuciem wyższości nad swoim kolega z tamtego ogrodu. Przez cały czas dręczyło go jednak pewne dojmujące uczucie; otóż nie był szczęśliwy jak tamten i nie wiedział, dlaczego tak się dzieje - wbrew wszelkiej zasłudze i rozumowi.

9. Pewien ogród, czyli o rozmowie
W pewnym ogrodzie zebrało się ośmiu filozofów, aby wymienić między sobą doświadczenia, wybadać się wzajemnie co do stanu własnych przemyśleń, a, być może, przyciągnąć któregoś z kolegów do własnego stanowiska; w każdym razie spodziewano się spotkania pożytecznego dla wiedzy.
Uwagę wszystkich przyciągnęło od razu wspaniałe drzewo o rozłożystej koronie - prawdziwa ozdoba ogrodu. Jeden z filozofów od razu powiedział, że w drzewie tym widzi uosobienie pionu strzelającego ku górze i tam unoszącego nasze oczy i myśli. I wszyscy przyznali mu rację.
Drugi wreszcie stwierdził po chwili, że owszem - drzewo jest pionem, ale całą swoją siłą skierowanym w dół, ku ziemi, w którą korzenie pogrążają się coraz głębiej aby zapewnić drzewu życie; dlatego myśl powinna kierować się ku niewidocznemu. I wszyscy przyznali, że nie sposób temu zaprzeczyć.
Dla trzeciego filozofa istota drzewa jednak po namyśle jawiła się jako poziom, ponieważ rozłożysta korona - powiadał - była tym, co przyciągało myśl najbardziej jako sklepienie dające cień i ochronę przed deszczem. Oczywiście, tak jest właśnie! - zakrzyknęli wszyscy.
Czwarty z mędrców zaproponował wszakże, aby brać pod uwagę wszystkie wymiary korony, a objawi się ona jako kula a nie sklepienie. I wszyscy się na to zgodzili, ponieważ racja była trudna do odparcia.
Dla piątego jednak drzewo, miotane wiatrem okazało się być nie pionem, poziomem lub kula, lecz falą. Wdziawszy pod uwagę jak mało jest dni bezwietrznych, nikt nie zaprzeczył tej idei.
Szósty oświadczył, że właściwie pojedyncze drzewo nie nadaje się do rozważania jako fenomen - nie daje się zredukować do siebie samego, ponieważ zawsze jest częścią bądź ogrodu, bądź lasu, a w każdym razie zawsze tkwi w jakimś pejzażu i bez niego jest niepojęte. Kto będąc np. w lesie przypatruje się pojedynczemu drzewu? Kto napotkawszy drzewo nawet na pustkowiu nie rozejrzy się dokoła? Argumentował w ten sposób i wszyscy tę rację uznali.
Siódmy filozof jednak wysunął myśl, iż drzewo mimo że zawsze uwikłane w coś innego, gdy rozważane jest osobno ujawnia szczególne jakości, nad którymi nauka nie powinna przechodzić do porządku. I wszyscy uznali jego mądrość.
Wiele jeszcze nasi uczeni wygłaszali tez o równej mocy przekonywania, tak iż mimo że sprzeczne między sobą, wszystkie uzyskały aprobatę.
Jedynie ósmy filozof nie wystąpił z żadną koncepcja, a tylko uprzejmymi skinieniami głowy przytakiwał mowie kolegów. Rozgniewało to ich w końcu, gdyż spodziewali się, że postąpi on tak jak wszyscy. Po co więc przyszedł na to spotkanie? ! Czy może gardzi forum na jakim się znalazł? Czy też, mając w pamięci te tysiąclecia, które obdarzały drzewo mocą, woli zachowywać się tak oględnie? - kpili. Czy może coś wie, czego oni nie wiedza? Niech powie! Niech się wytłumaczy!
Takie i inne jeszcze pytania zadawało siedmiu filozofów ósmemu. Ten jednak nie odpowiedział wcale. Czyżby uznał, że pytania były źle postawione? Być może, należało pytać nie o to, co wie, lecz jak wie. Być może, gdyby wiedzieli tak, jak on wiedział, także mogliby zmilczeć.

 


 
 

Jerzy Ludwiński

LUKI W PROCESACH


Z ogrodami kojarzyło mi się zawsze wszystko to co najpiękniejsze, najciekawsze rzeczy, które wpływały na losy świata działy się w ogrodach. Ala od pewnego czasu z ogrodami zaczęło mi się kojarzyć źle. Mianowicie pożyczyłem kiedyś książkę z biblioteki "Ogrody świata". I gdy na dworcu kupowałem bilet ktoś gwizdnął mi tą książkę. Dlaczego o tym mówię? Stała się rzecz zupełnie niezwykła. Była to bardzo piękna książka, miała bardzo dużą wartości, postanowiłem pilnować jej jak oka w głowie. Cała moja uwaga była skoncentrowana na tym jednym przedmiocie. Wystarczyła luka trwająca nie dłużej niż dwie sekundy, tak sądzę, i przedmiot całego mojego intensywnego zainteresowania, podczas mojej podróży, zniknął. Była to, jak powiedziałem, luka, jakaś taka wyrwa w świadomości i na tym chciałem się skupić na początku. Gdy później zastanowiłem się nad tym głębiej i przez długi czas nie mogłem zrozumieć jak to się stało, zacząłem przypuszczać, że właściwie ta luka, dwu-sekundowa, była najciekawszym momentem w moich działaniach przynajmniej tego dnia, być może że w ogóle. Dlatego, że stało się wtedy zupełnie coś niezwykłego, został przełamany jakiś mur. Taki mur najeżony uwagą. I takie rzeczy zdarzają się częściej, warto je obserwować. Bardzo często jest tak, że ludzie zwracają uwagę na rzeczy, na które powinni zwracać uwagę w tym właśnie momencie, a tymczasem ktoś tam gdzieś z tłumu np. strzela. I jeden człowiek całkowicie zagapiony zwrócił uwagę na tego strzelającego. Jeden na sto tysięcy ludzi. I o takich lukach w pewnych procesach chciałbym dzisiaj mówić.
Otóż od pewnego czasu fascynują mnie różne mury np. mur chiński. Mur, który był budowany przez ładnych kilka wieków, istniejący na gigantycznej przestrzeni, który nie sposób przejść. Był to mur, który oddzielał jakby dwie zupełnie różne kultury. Jedną kulturę, którą nazwali byśmy z dzisiejszego punktu widzenie okropnie wysoką. Po jednej stronie muru prawie każdy umiał czytać, a po drugiej stronie muru były plemiona koczownicze. Powstała wyrwa w murze i te plemiona koczownicze zalały jedną z najwspanialszych wówczas cywilizacji świata. No i założyły dynastie mongolską w Chinach. Przez tą wyrwę w murze. Później sytuacja odwróciła się i było na odwrót. Wtedy już nie było wiadomo co jest co. To znaczy, po której stronie jaka cywilizacja istnieje. Można by się zastanawiać, że wszelkie oceny związane ze słowem "postęp" mogły by się wydać conajmniej złudne. Obserwując tą jedną albo kilka dziur w murze. Drugi taki mur, który przykuł moją uwagę, choć być może nie był to mur, ale zwykłe ogrodzenie - myślę tu o ogrodzeniu Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. Chciałbym odbiec tutaj od jakichkolwiek politycznych uwarunkowań tego ogrodzenia i zaznaczyć, że w pewnym momencie coś narosło, to znaczy, pojawiła się odwrotność wyrwy. Ten mur tylko w jednym miejscu zaczął narastać. Otóż na bramie stoczni pojawiły się różne rzeczy dodane przez ludzi z jednej i z drugiej strony. I w pewnym momencie to właśnie miejsce stało się tak okropnie mocne jak przypuszczam taka złamana kość, która się zrasta, która jest mocniejsza niż każde inne miejsce. To miejsce zaczęło oddziałowywać jak soczewka, która skupiała w sobie różne rzeczy. Na tej bramie stoczni pojawiła się cała masa różnych przedmiotów - religijnych, politycznych, różnych haseł, napisów itd. W tym jednym miejscu skupiła się uwaga milionów ludzi, być może jeszcze więcej, skupiła się uwaga świata. A zatem to miejsce odegrało taką rolę jak taka srebrna pałeczka hipnotyzera. W tym jednym miejscu i w tym jednym czasie zostały skupione wszelkie treści kulturowe jakie narosty przez wieki i jakie być może miały trwać dalej.
A teraz wrócę do sztuki i to do takiej sztuki, którą obserwowałem ostatnio. Otóż bytem na obronie pracy dyplomowej w Poznaniu w Wyższej Szkole Plastycznej studenta, który nazywa się Andrzej Leśnik. Była to praca, ze wszystkich prac dyplomowych, w których brałem udział, najmniej efektowna. I początkowo przeszedł bym nad tym faktem do porządku dziennego, nie zatrzymał bym na niej wzroku, gdyby nie jeden moment. Zwróciłem na taką rzecz uwagę, otóż Andrzej Leśnik rysował sobie ołówkiem takie zygzaki, nawarstwiał je na papierach, następnie je zdzierał, jakby chciał odejmować kolejne warstwy. Zafrapowało mnie szczególnie to, że te nieregularne znaki, zygzaki, malowane także pędzlem, nakładają się jedne na drugie. Zwróciłem uwagę na to, że on nakłada jedną warstwę na drugą i one gdzieś tam wystawały, skapywały z tego obrazu po bokach. O cóż tu chodziło. Wydawało mi się, że ten młody artysta jakby włączał wsteczny bieg. Starał się dojść do jakiegoś momentu, gdzie właściwie cała jego, jak się później okazało, wielka wiedza o sztuce współczesnej, gdzieś tam roztapia się w tych zygzakach. Jakby zmierzał do momentu kiedy właściwie był początek sztuki i to początek sztuki we wszystkich cywilizacjach taki sam, kiedy ludzie w jaskiniach malowali sobie takie zygzaki. Być może tak zaczęła się sztuka. Później obserwowałem inne prace młodych ludzi z Poznania, zresztą zrobiło to na mnie bodajże największe wrażenie ze wszystkiego co widziałem w sztuce ostatnio. Inny artysta, zresztą obecny na tej sali, Mariusz Gill, nazwoził mnóstwo najróżniejszych kamieni do takiego parku w Zbąszyniu. Z tych gigantycznych bloków kamiennych zaczął układać pewne struktury kamienne. Wyglądało to trochę tak jak mury, które są np. w Sudetach, gdzie zdaje się, że mury te musiał zrobić człowiek. Ale te geometryczne formy kamienne były wynikiem najrozmaitszych procesów istniejących w przyrodzie. W pewnym momencie u Gilla zaczęło się tak dziać jakby to był proces wzięty żywcem z przyrody. Te kamienie narastały jeden na drugi i przypominały trochę przyrodę, a trochę takie budowie megalityczne, z precywilizacji. To ciekawe, ale takich budowli było bardzo wiele na świecie i istniały zupełnie niezależnie od siebie. Chciałem zwrócić uwagę na taką rzecz, mianowicie, że w czasopismach poświęconych sztuce, tych najsłynniejszych, które do niedawna zajmowały się przede wszystkim sztuką awangardową, pojawiają się różne dziwne rzeczy z poprzednich epok, są nawroty aż do kręgów kamiennych, budowli megalitycznych. I tego jest więcej niż połowa zawartości tychże czasopism. A wiec awangardy mało, a takich nawrotów do dawnych epok dużo. Jest jakaś wyrwa w czymś takim co określaliśmy do tej pory jako sztukę nowoczesną. Do niedawna wszystko dotyczyło właściwie sztuki nowoczesnej. Były muzea sztuki nowoczesnej, galerie sztuki nowoczesnej, książki o sztuce nowej i najnowszej itd.
Wyobrażam sobie taki model sztuki, a raczej model rozwoju sztuki. Model ten przypominał by słoje drzewa, narastał by tak jak narastają słoje drzewa. Te poszczególne słoje to byłyby style minionych epok tj. gotyk, renesans, barok itd. aż do sztuki nowoczesnej. Tak było przez dwadzieścia tysięcy lat i pewnie było by tak dalej, to znaczy słoje narastałyby równomiernie. Tak się jednak nie stało. Ale wyobraźmy sobie taki proces, że ktoś chciałby się dobrać do tych słoi, rozbić je i zacząłby te słoje zdzierać. Albo jeszcze inaczej. Postarałby się rozbić te słoje, że powstała by wyrwa w słojach. A wiec wyrwa w modelu rozwoju sztuki, który trwał od dwudziestu tysięcy lat. I doszlibyśmy do kręgów kamiennych i dalej, do rysunków, które by przypominały zwykłe zygzaki. Ale te słoje trwały tylko do pewnego momentu, później nastąpiło jakby rozdęcie tej całej struktury modelowej. Przepraszam, ale zależy mi na tym aby ten model byt jak najbardziej prymitywny. I wyobraźmy sobie takie rozdęcie tej struktury np. z jednej strony, a zaraz z drugiej i to byłby widomy znak, ze pojawiła się awangarda. Otóż to rozdęcie miało miejsce, jeżeli nie w czasach Giuseppe Arcimbolda tzn. w XVI wieku i w czasach angielskiej poezji metafizycznej to conajmniej w połowie XVIII wieku. W tym że wieku jeden taki skromny Anglik jeździł sobie po kraju i malował pastelami pejzaże, nazywał się William Gilpin, zresztą świetny malarz choć zupełnie nieznany. On zwrócił uwagę na rzecz o znaczeniu nieprawdopodobnym zupełnie. Zanotował mianowicie w swoim notatniku taką uwagę, że ruiny zamków podobają mu się bardziej niż zamki, które są całe i zamieszkałe. I, że kręta droga, którą się niewygodnie zazwyczaj jedzie podoba mu się bardziej niż prosta droga, że kręta droga wciąga ponieważ nie wiadomo co się dzieje za zakrętem, a na prostej wszystko jest oczywiste, aż do przekroczenia horyzontu za którym dopiero zacznie dziać się coś ciekawego. Otóż te uwagi były nieprawdopodobnie interesujące i były na miarę osiemdziesiątych lat XX wieku. Gilpin jest jednym z prekursorów tzw. malowniczości w sztuce i preromantyzmu. Ale to nie ważne. On zwrócił uwagę na to, ze relikty, resztki są ważniejsze często niż cała wspaniałość rzeczy, które istnieją do naszych czasów. Bo to była taka właśnie dziura w procesie, która wywierca całą tą rzeczywistość w sposób, który może nas zainteresować, nas, którzy staramy się rozumieć jaka jest sztuka w tej chwili.
W momencie, kiedy ten prymitywny model, rozumiany jako struktura, która rośnie w czasie w sposób nieregularny - struktura, która jest dostatecznie elastyczna; ta struktura nagle rozdyma się w jednym miejscu, potem w drugim i jak powiedziałem jest to znak, że powstaje awangarda. W pewnej chwili ona rozdyma się tak niebezpiecznie, że pęka i odrywa się od niej bańka. Przepraszam za zupełną dosłowność, ale ta bańka, która poleciała gdzieś tam i prześladuje nas do tej pory - to mogą być np. rzeczy gotowe Marcela Duchampa albo teatr totalny Kurta Schwittersa. Pomimo, że cała struktura się rozbiła i praktycznie jej już nie ma, to ta bańka z nową sztuką jest ciągle poza całym układem i trwa. I przyszło mi do głowy, że takie struktury szalenie elastyczne i mało... twarde, być może wyrażam się teraz nieprecyzyjnie, są znacznie bardziej stabilne. Tu nawiążę do jednego profesora brytyjskiego, który udowadniał kiedyś w telewizji, mówiąc o organizmach i co przekonało mnie, że każda rzeźba i obraz już w chwile po swoim powstaniu nie jest tym samym. A fontanna wody, która leci jest tym samym, fontanna jest czymś znacznie bardziej stabilnym niż marmur. I ta bańka Marcela Duchampa i Kurta Schwittersa była bardziej stabilna niż cały trzon z tymi słojami sztuki.
Ale gdyby jednak przyjrzeć się uważniej okazało by się, że nie ma jednego modelu sztuki, a jest wiele tych modeli dlatego, że istnieją one w zależności od tego jak my patrzymy na nie. Jakikolwiek obiektywizm patrzenia na sztukę jest rzeczą niemożliwą. Niemożliwe jest jakiekolwiek wyciąganie wniosków z tego co obserwujemy. Możliwa jest sytuacja odwrotna -wnioski są najpierw i tworzą coś w rodzaj takiej sieci z dużymi okami, a później do tej sieci wrzucamy co sobie chcemy. Każdy z artystów tak robi i najprawdopodobniej, nie wiem czy się bardzo pomylę, ale my robimy to również. A wiec jest cała masa tych modeli, które ma każdy artysta. I teraz już jakikolwiek model sztuki przyjąć, to okazało by się, że i tak tych modeli jest dostatecznie dużo, a być może, że nieograniczona ilość. Wyobraźmy sobie całą masę takich modeli składających się ze słoi drzewa, z tymi bańkami dookoła, nieskończenie wieloma, to awangarda była zawsze czymś takim co sytuowało ją w tej zewnętrznej powłoce modelu, ponieważ, jak sama nazwa wskazuje, awangarda musiała być zawsze gdzieś na granicach, tzn. te modele miały jedną wspólną cechę, a mianowicie ograniczał je mur, granica poza, którą nie można było wyjść. A awangarda sytuowała się poza tym układem. Możemy zadać pytanie - gdzie jest awangarda. Jeżeli powiemy, że jest na zewnętrznych ściankach każdego z tych modeli to nieprawda, bo przecież poza każdym z tych modeli są jeszcze inne; całe światy sztuki istniejące poza awangardą, a może jest nieskończona ilość awangard...
Teraz chciałbym wrócić do tego co już powiedziałem, mianowicie, że najważniejszą rzeczą są być może te pęknięcia, coś co się dzieje w tych lukach, wyrwach, dziurach. Gdy np. Michael Heizer zrobił na pustyni Mohave prace, która nazywała się "Podwójny Negatyw", pomijając wszystkie inne efekty jakie ta praca wniosła do sztuki, realizacja ta była pięknym przekrojem poprzez warstwy ziemi istniejące na tej pustyni. I analogicznie, że te luki, dziury są pięknym przekrojem poprzez warstwy albo w przestrzeni sztuki, albo w czasie sztuki. I coś tu się całkowicie odwróciło. Sztuka jest ustawicznym, choć ja sam tego nie wiem, drążeniem, taką podróżą do źródeł, chyba to jest jej sens i wtedy stają się bezsensowne rozmaite pojęcia. Mowie o awangardzie, która odegrała gigantyczną rolę, która nagle zniknęła i w moim przekonaniu już nie może jej być więcej. Kiedyś Jan Świdziński powiedział, że są ataki na awangardę, i tu mam zupełnie inne zdanie, gdyż uważam, że nie ma żadnych ataków na awangardę, jeżeli są, to są to ataki zupełnie prymitywne, których nie należy brać poważnie pod uwagę. Sprawa wyrosła w samym środku awangardy. To, że nie ma awangardy, to sytuacja taka powstała w niej samej, a nie na zewnątrz.
Zwróćmy uwagę na drugie interesujące pojecie, które jest określane jako - rewolucja w sztuce. Otóż wszyscy prawdopodobnie musielibyśmy zgodzić się co do tego, że rewolucja w sztuce, wielka rewolucja, miała miejsce w latach 60-tych, i że prawie bez przerwy coś się wtedy w sztuce działo, i że gdzieś tam około roku 70-tego została zakończona. Została zakończona w sposób zupełnie przedziwny, bo ostatnią fazą tej rewolucji było unieważnienie jej samej. Była to rewolucja, która sama siebie unieważniła. Każda rewolucja wykorzystuje pewne pęknięcia pomiędzy różnymi strukturami. My mówimy o strukturach artystycznych, ale mogą to być struktury społeczne, technologiczne, naukowe itd. Ona wykorzystuje te struktury by je gwałtownie pogłębić. A tym razem stało się inaczej. Nawiążę tu do innych przełomów i jak wiadomo Saint Denis to był przełom, gdy powstał gotyk, kopuła katedry we Florencji to był przełom w renesansie, że gdy powstał kubizm analityczny Braque i Picassa to był także przełom, a tu nie było żadnego przełomu, coś wręcz przeciwnego do przełomu. Przecież przełom to coś jak ciecie brzytwą między dwoma różnymi strukturami, a tu nie, jak zaprzeczenie brzytwy, coś w formie soczewki co właściwie przyciągało wszystkie wartości, które istniały przez wiele epok i prawdopodobnie poprzez epoki, które nastąpią. A wiec była to w jakimś sensie rewolucja rewolucji, która w ostatniej fazie unieważniła się. Powstała taka sytuacja, że najbardziej odległe w przestrzeni i w czasie kultury stały się równie bliskie jak te w zasięgu ręki, a nawet bliższe. Że coś co jest dalej jest jakby bliżej. Dziwny paradoks. Była to taka rewolucja, która nie chciała wcale dzielić tylko chciała łączyć. To jest niezwykle ważne co teraz mówię. Taką rewolucją mogła by być każda rewolucja, nie tylko artystyczna, ale wydaje mi się, że po raz pierwszy takie zjawisko mogliśmy obserwować w sztuce. Dlatego musiała unieważnić samą siebie. I w tym momencie przestaliśmy w ogóle wiedzieć np. co to znaczy postęp, tzn. czy coś jest do przodu, czy coś jest do tyłu. Myślę, że tą sprawę należałoby analizować przede wszystkim od strony nauki. I mogłoby powstać takie pojęcie jak WIECZNOŚĆ SZTUKI. I to jest równoważne z wiecznością świata. Prawdopodobnie powstała taka sytuacja, że poszczególne fazy sztuki nie będą się nawzajem zjadać, kiedy silniejsza nie będzie zjadać słabszej tak jak to było do tej pory i tak jak się to działo w biologii od wieków. I być może była by to taka sytuacja, że coś co wydaje nam się słabsze np. te ruiny Gilpina są co najmniej równorzędne do całej wspaniałości obiektów istniejących do naszych czasów; i to co jest małe byłoby wielkie jak to, co wypełnia obszary naszej skumulowanej kultury. Być może taka była by cała różnica pomiędzy ostatnią sztuką, ostatnim dziesięcioleciem sztuki, a sztuką dwudziestu tysięcy lat, która była przedtem. Dziękuje bardzo.

Pełna wersja odczytu wygłoszonego przez prof. Jerzego Ludwińskiego w Galerii RR w Warszawie w dniu 16 grudnia 1984 r.

 
     
 
  << GALERIA RR >>