publicystyka Andrzeja Wilowskiego
Andrzej Wilowski
Za co płacimy w sieci?
Podobno "pirat" brzmi romantycznie, tak twierdził
przedstawiciel organizacji zwalczającej nielegalne rozpowszechnianie
oprogramowania, filmów i muzyki. Oczywiście wcale nie pałał sympatią do tego
gatunku przestępców sieciowych, ale powołując się na statystyki, ilustrujące
powszechność zjawiska, był przekonany, że powszechne pobłażanie dla tego
procederu wiąże się właśnie z "romantycznym" wyobrażeniem pirata.
Wizerunek pirata amatorzy "półdarmowego" oprogramowania i nagrań za
cenę nie większą od ceny nośnika, czerpią z przygodowych filmów.
Jeśli
mówić o kulturowych uwarunkowaniach dla tej "akceptacji" to pewno
bliższy byłby nam "Janosik", który (rzekomo) łupił bogatych, a
rozdawał biednym. Większość tych amatorów jabłek z cudzego sadu taką filozofie
przyjmuje, że walczy z chciwością wielkich korporacji, a że przy okazji
zaspakaja własną, to uważają to jedynie za rekompensatę za poświęcony czas tej
działalności ku pożytkowi ogółu.
Naprawiacze świata zawsze mają gotowe patenty na "walkę z
patologią". Coraz częściej podnosi się kwestie "anarchistycznej
atmosfery" w internecie. Jeden z postulatów dotyczy
"monitorowania" sieci, oraz sankcji administracyjnych. W praktyce
jeśli dostawca usług internetowych stwierdziłby, że klient "ściąga"
nie legalne pliki, mógłby zablokować dostęp do sieci, czy zawiesić usługę.
Pierwsza rzecz budzi wątpliwości, to aby było to "wykonalne" nie tyle
sieć, co indywidualne konta musiałyby być monitorowane, w języku wirtualnym, a
w realnym "inwigilowane".
Nie
rozumiem też tej argumentacji z innego powodu, skoro operatorzy będą w stanie
ustalić źródło i legalność oprogramowania, czy audycji, filmów, muzyki, to
dlaczego nie uderzą w tych, którzy je rozpowszechniają? W końcu jakoś ten
"kradziony towar" trzeba sprzedać, a jeśli nawet się
"rozdaje", to też nie do końca anonimowo. Wyobraźmy sobie, że w
czasach tych realnych piratów, a nie wirtualnych, karano by stryczkiem, nie
rabusi, ale nabywców towarów zamorskich po atrakcyjnych cenach, czy
obdarowywanych przez tą szlachetniejszą odmianę rozbójnika (obawiam się, że
tacy byli tylko w literaturze), to Hiszpania, Anglia i Portugalia szybko by się
wyludniły. Oczywiście nikt rozsądny nie walczył z kupcami handlującymi
"łupami", ale ścigano morskich rozbójników. Co do skuteczności można
dyskutować, bo obława na morzu nie była taką prostą sprawą?
Z kupcami-paserami radzono sobie różnie, niekiedy konfiskatą
nielegalnego towaru, co powiększało monarsze skarbce, albo gnębiono ich
podatkami w imię sprawiedliwości. Dla pirata był przewidziany tylko sznur, ale
najpierw trzeba było go przyłapać na grabieży. Wbrew pozorom istnieje analogia
z "piractwem komputerowym" bowiem podobne jest postępowanie i
myślenie strażników ładu na tym wirtualnym morzu. Jest to wyraźnie pójście na
tak zwaną łatwiznę, czyli zastraszanie potencjalnych nabywców kradzionego
towaru, niż łapanie tych, którzy tym procederem pirackim zajmują się.
Pamiętam czasy, kiedy jak to się mówi "wchodził na polski
rynek" Mocrosoft. Najpierw ruszyła kampania medialna i straszenie, czarne
wizje, że w Polsce wszystko, co wiąże się z komputerami jest "nie
legalne", bo nie ma odpowiednich regulacji prawnych, bo rzekomo po
"komunie" odziedziczyliśmy "wynoszenie z zakładów pracy"
wszystkiego, co się przyda. Wskazywano na uwarunkowania polityczne i
kulturalne. Jednym z problemów było to, że legalne oprogramowanie często
przewyższało wartość samego komputera, bo sprzedawano głównie
"składaki" z tajwańskich i chińskich podzespołów, a dolar był tak
drogi, że nie każdego było stać na takie kosztowne zakupy.
Microsoft szybko zauważył, że ceny polskiego oprogramowania
muszą być urealnione, czyli dostosowane do możliwości naszego rynku. Wcześniej
jednak sukcesy handlowe, dzięki atrakcyjnym cenom odnosiły inne firmy, na
przykład "Lotus". Rynek płytowy praktycznie do końca ubiegłego
stulecia był abstrakcją, bo jakoś producenci muzyczni nie interesowali się tym
rynkiem. Skoro płyty się nie sprzedawały, bo były za drogie, to ich nie
sprzedawano, a używano pokrętnej argumentacji, że piractwo jest przeszkodą.
Nadal nagrania importowane są droższe od rodzimej produkcji, chociaż z
ekonomicznego punktu widzenia powinno być odwrotnie, w końcu w grę wchodzą
większe nakłady.
Nagle zresztą wszyscy czołowi wykonawcy muzyki popularnej zatęsknili
za krajem nad Wisłą, bo jeszcze tu nie byli. Prawda jednak jest i taka, że
często tych "dinozaurów" na przykład rocka nikt już w świecie nie
chce słuchać, więc przybywają gwiazdy wygasłe sprzed trzydziestu lat. Skoro
współczesne technologie to umożliwiają, to nie widzę powodu, dla którego nie
mógłbym "przegrać" zakupionej płyty do odtwarzacza, jakiego używam w
podróży, czy zarchiwizować to nagranie w komputerze. Skoro padła propozycja
kontrolowania indywidualnych komputerów, to konsekwentnie można pójść dalej i
kontrolować też domowe odtwarzacze i nagrywarki.
Wyobrażam
sobie wizytę w domu przedstawiciela ZAIKSU w asyście policji, celem pobrania
tantiem od odtworzenia nagrania w gronie znajomych, w końcu zaczniemy się zastanawiać,
jakie są granice , co jest publiczne, a co jeszcze prywatne. Dzielna policja
aresztowała twórców pirackiej witryny. Pomysł był prosty, założyli witrynę
"piracką", która podawała "linki" czyli odsyłacze do stron
z których można ściągać gry, filmy i nagrania, rzecz jasna pirackie, czyli nie
legalnie skopiowane. Podobno przeciętny internauta w ciągu ostatnich 10 lat
ściągnął nielegalnie oprogramowanie, filmy i inne pliki zawierające treści
chronione prawem autorskim, za kwotę co najmniej 50 tysięcy zł.
Nie współczuje "piratom". Nie ganię też ich postępowania.
Nie przekonują mnie te szacunki, ale na nich się skupmy. W moim przekonaniu te
kalkulacje wartości "pirackich łupów" są mocno nie wiarygodne.
Producenci, autorzy, dystrybutorzy, szacują swoje straty na podstawie
domniemanych zysków, to znaczy, ile by zarobili, gdyby nie działalność piratów,
tylko każdy nabyłby kopie oferowanych produktów za cenę, jaką właściciele praw
do nich sobie zażyczyli. W tym miejscu pozwolę sobie zauważyć, że na każdą piracką
kopie filmu, czy płyty z muzyką, przypada jeden potencjalny jej nabywca. Jest
inna prawidłowość o której się głośno nie mówi, mianowicie im większa liczba
pirackich kopii, tym większa też ilość nabytych legalnie, a wynika to z prostej
prawdy, że pośrednio piractwo przyczynia się do popularyzacji pewnych utworów.
Zastanawiam się, jak na przykład zareagowałby Krzysztof Penderecki
na wiadomość, że jego dzieła są masowo rozpowszechniane w internecie przez
piratów? Wiadomo, że takiego zjawiska nie ma, ale też kompozytor nie ma
kłopotów finansowych z powodu nie wypłacanych tantiem, płyty z nagraniami jego
utworów jednak się sprzedają. Krótko mówiąc mam wrażenie, że tego
"pop-chłamu" legalnie i tak by nikt nie kupował w takich ilościach
jak przewidują to analitycy, a ilość sprzedanych oficjalnie płyt też nie daje
powodów do narzekań autorom popularnych dzieł.
Nie
wierzcie w to, że "wyeliminowanie" piratów z Internetu gwałtownie
podniesie liczbę sprzedanych "legalnych kopii". Jedynie pewna grupa
artystów stanie się mniej znana, z powodu braku piratów właśnie. Od lat też
obserwuje pewien absurd, polegający na tym, że teoretycznie nowe technologie
powinny sprzyjać produkcji na wysokim poziomie i nie drogiej, dziś każdy może
zamienić swój komputer w studio nagraniowe, czy montażownie filmową, a koszty
produkcji rosną. Dawniej artysta popularny, tworzący zwyczajnie piosenki,
nagrywał w studio całą płytę w ciągu kilku dni, bo rzekomo studio nagraniowe
było drogie, dziś to luksus, bo sprzęt jest jeszcze droższy, ale płytę nagrywa
się przeciętnie dwa lata, a nie w dwa tygodnie.
Nieudacznicy
i kiepscy rzemieślnicy usiłują tymi kosztami obciążyć odbiorców. Drugą pozycją
pod względem wielkości w kosztach jest promocja. Skoro coraz więcej powstaje
nagrań i filmów, coraz trudniej w tej masie zorientować się odbiorcom. Patent
jest prosty, stawia się na lansowanie i reklamowanie tak długo jakiejś
produkcji, aż zacznie się sprzedawać. Nawet trasy koncertowe są jedynie
elementem promocji płyty. Zapomniano kompletnie o krytykach, dziś są jedynie
prezenterzy, zarówno w muzyce, filmie, jak i literaturze, że nie wspomnę o
sztukach wizualnych. Bez zatrudnienia znawcy, zapełniającego doniesieniami
tematyczne rubryki, artysta malarz nie sprzeda żadnego obrazu, mało tego, nikt
na wystawę nie przyjdzie. Liczy się lansowanie i promocja, jeszcze raz
lansowanie i promocja. Przypuszczam, że artysta plastyk cieszyłby się, gdyby
jakiś "pirat" rozpowszechniał w internecie reprodukcje jego dzieł.
Działalność określana jako "piracka" może być naganna i
uznawana za przestępczą, jeśli towarzyszą temu zyski z procederu, czyli ktoś
ściąga nie za darmo, tylko za to płaci, a sprzedawca nie ma do tego utworu
żadnych praw. Przy produkcji nagrań audio i wideo, najtańszym jest nośnik,
dlaczego więc upierają się producenci przy tak wysokich cenach za kopie? Władze
też nie chcą przyznać, że wysoki podatek VAT sprzyja piractwu, bo ceny
detaliczne zawyża w istotny sposób.
Przypomnę słynną batalie szwedzkich producentów
"audiobooków" z "euro-fiskusem". Podatek VAT na książki
drukowane jest niski, na poziomie 4%, lub zerowy, ale książka wydana w formie
audycji na dysku CD jest już objęta podatkiem takim samym jak płyta z muzyką
popularną, którą zresztą nie wiedzieć czemu traktuje się tak samo jak każdy towar
konsumpcyjny. Może wypadałoby obniżyć też podatek VAT na filmy i nagrania
muzyczne, w końcu ministrowie finansów nie są znawcami sztuki i nie wiedzieć
czemu uważają, że pewne utwory powinny być objęte wyższym podatkiem, niż inne.
Wydaje mi się, że dzieła "klasyków" powinny zostać też fiskalnie
docenione, dowartościowane.
Jestem naiwny? Bynajmniej, "łupi" się ten towar, który
najlepiej się sprzedaje, wiedzą o tym poborcy podatkowi i piraci. Jednak
"piraci", choć nie jest to ich zamierzeniem, lansują i popularyzują,
a poborcy podatkowi zniechęcają i ograniczają. Podkreślam, że mam tu na uwadze
ten rodzaj piractwa "non profit", czyli wynikający z chęci dzielenia
się z innymi dobrami posiadanymi. Pewnie, że nie elegancko rozdawać cudze
dobra, mimo wszystko uszczuplenie czyichś hipotetycznych zysków, to nie to
samo, co kradzież w sensie jak to ujmuje kodeks karny "zaboru
mienia".
Firmy komputerowe radzą sobie z piractwem programów komputerowych
całkiem nie źle. Walka wcale nie polega na najęciu armii "rewolwerowców",
tylko na odnalezieniu kompromisu, między rosnącymi kosztami tworzenia coraz
bardziej wyrafinowanego oprogramowania, a minimalizacją kosztów dystrybucji. W
tej chwili każdy laptop, czy notebook ma już "przeinstalowany" system
operacyjny. Klient otrzymuje gotowy do pracy komputer i nawet nie musi
instalować systemu, nie potrzebuje nawet nośnika z tym oprogramowaniem.
Ponieważ każdy laptop ma zainstalowany system, to piratowanie go nie ma
najmniejszego sensu. Koszty oprogramowania są już wliczone w cenę sprzętu.
Czasem można kupić jakiegoś wyjątkowo taniego "klona" bez systemu,
ale ta taniość jest pozorna, bo nie opłaca się kupować osobno systemu na
nośniku, płycie CD ROM, czy DVD ROM. W "ambitniejszych" modelach
instaluje się też programy biurowe i usługowe. Polityka firmy MS wobec
posiadaczy zarejestrowanych kopii systemu jest bardzo prosta i przyjazna;
aktualizacje automatyczne i przez intern et, część oprogramowania jest darmowa,
oferuje się też serwis techniczny, czyli pomoc w przypadku usterek, wad
programów. "Pirat" nie ma takich uprawnień. Użytkownik nawet się nad
tym nie zastanawia, jak to się odbywa i czy się opłaca.
Obrońcy zysków powołują się na prawa autorskie, nie tylko te
majątkowe, ale do nienaruszalności treści i ochrony dóbr autorskich. Dlaczego
prawa autorskie są tak ważne wybiórczo? Jakoś nie spotkałem się z głosami
oburzenia, że ktoś przeczytał jakiś artykuł w internecie za darmo. W końcu
dziennikarze i pisarze, to też twórcy i tak jak każdy mają swoje potrzeby,
które też kosztują, a nie mają prawa do tantiem. Na hipokryzje zakrawa postawa
wydawców gazet, którzy powołując się na malejącą sprzedaż "papierowych
gazet", zwalniają dziennikarzy, a w pierwszej kolejności publicystów,
którym oferuje się wierszówkę, zamiast pensji.
Być może, że pytanie zadane na wstępie jest
źle sformułowane i powinno brzmieć; komu płacimy w sieci i za co? Ponad wszelką
wątpliwość płacimy dostawcom usług, operatorowi i o ile korzystanie z zasobów
sieciowych w większości przypadków jest bezpłatne, to za usługi
telekomunikacyjne się płaci. Jednak wątpię, czy jakikolwiek operator dzielił
się z kimkolwiek wpływami z tych opłat. W przypadku telewizji kablowych, nawet
jeśli są na łączach cyfrowych, to operator płaci za rozpowszechnianie programów
telewizyjnych, czy radiowych. Znowu jest tonie precyzyjne, bo za nie wszystkie
programy radiowe płaci operator, podobnie jak za sygnał telewizji publicznej.
Część stacji komercyjnych utrzymuje się z reklam, na przykład „POLSAT”, czy
„TVN”. Powstają tak zwane kanały tematyczne, niektóre z tych serwisów są
abonamenckie. W sieci można z wielu gazet otrzymać materiały archiwalne, ale za
opłatą, tak na przykład postępuje „Gazeta Wyborcza”. Trudno się w tym wszystkim
zorientować, rozwiązań jest wiele, ale regulacji brak. Z punktu widzenia
odbiorcy, użytkownika Internetu najwygodniej byłoby, gdyby była stosowana
jednolita konwencja. Dlaczego jej jeszcze nie wypracowano? Rynek medialny
rozwija się żywiołowo i życie podpowiada konkretne rozwiązania.
Wcale nie jestem przekonany, że należy za
wszelką cenę dążyć do unifikacji, ale do uporządkowania i uproszczenia, tak.
Właściciele witryn i portali płacą za miejsce na serwerach i muszą mocno
kombinować, jak zarobić na swoich usługach. Wiele firm traktuje Internet jako
platformę komunikacji z klientami, zresztą znacznie efektywniejszą i tańszą,
niż jakiekolwiek tradycyjne formy reklamy, marketingu, czy serwisu. Od lat
rośnie sprzedaż za pośrednictwem Internetu. Krótko mówiąc dla handlu Internet
choć obniża koszty, to nie jest źródłem zysku. Autorzy są w znacznie gorszej
sytuacji, bo opublikowane w sieci treści nie są w jakikolwiek sposób opłacane.
Czy chciałbym, żeby internauci płacili tantiemy twórcom? Oczywiście, że
powinni, ale rzecz jest w rozsądku, to znaczy w znalezieniu rozwiązania, czy
rozwiązań, które byłyby atrakcyjne dla twórców, a jednocześnie nie dolegliwe
dla odbiorców.
publicystyka Andrzeja Wilowskiego