Czasopismo muzyczne pod redakcją Krzysztofa
Wodniczaka
link do POWSTANIE SZTUKI – Mazowiecki Festiwal Artystów
Radom 2008
Akcja – Powstanie Sztuki (Andrzej Wilowski)
sztuka - glerie -
wystawy - wydarzenia
link do
"IMPRESJee" Gazeta Autorska
Wolę „etno”, niż
„techno”
"Ethno
Port" jest jak na razie imprezą kameralną jak na plenerową - ale
rozwojową. Sądzę, że najbliższe lata pokażą jak się rozwinie. Jeśli było 1000
osób - to jak na plener mało - jak się porówna imprezy takie sprzed lat. Może
już czas wielkich imprez minął. W Ameryce z kolei wielkie imprezy bardziej się
sprawdzają niż sprzedaż płyt. W każdym razie i artyści i organizatorzy na tym
zarabiają i często są to promocje, ale płyty sprzedają się coraz gorzej. Oferta
jest ogromna i ciągle są tam wyprzedaże. Trzymają się jakoś rynki niszowe,
słabo rozchodzą się, ale na stałym poziomie.
Generalnie jestem
za. Uważam, że to ożywia muzykę popularną. W końcu „ethno” nie jest tak nudne
jak „techno”. Kłopot z detalami. Nie jestem ekspertem w dziedzinie folkloru
kaukaskiego, ani rumuńskiego, ale tak się składa, że wiem, co nieco o Norwegii
i trochę mnie denerwuje, jak powtarzane są przez z dziennikarzy te same bzdury.
Mari Boine Persen wcale nie jest Laponką. Urodziła się i wychowała na północy w
plemieniu Sami. Lapończyków w Norwegii nie ma, mieszkają na północy Finlandii.
Prowincja, z której Mari pochodzi nazywa się Finnmark, niby brzmi podobnie. To
tak jakby pomylić Fina z Węgrem, bo obie nacje wywodzą się z grupy
Ugrofińskiej, gdzieś w okresie praindoeuropejskim. Co do techniki śpiewu
"jojki" to też, ogromne uproszczenie, co przy sposobności mogę
wyjaśnić. Nie mniej poznała i w pewnym sensie kultywuje szamański śpiew Sami.
Pytanie, czy to "w porządku" z tej magicznej formy przekazu robić
"rozrywkę"? Sami nie pytałem, co o tym sądzą, ale śpiew rzeczywiście
jest "transowy". Pewno potrafiłbym go opisać, ale czy poznać i
zrozumieć to wystarczy? Prawdopodobnie jest jedyną artystką z plemienia czy jak
współcześnie wolimy mówić "narodu" liczącego sobie niespełna 3000. Prawdopodobnie
jest jedyną i pozostanie, chyba, że gdzieś tam na dalekiej północy wyrasta
kolejny talent poznający archaiczną kulturę i tradycje. Takim osobnym
zjawiskiem jest też Terie Rypdal, ale o nim przy innej okazji o muzyce z
północy.
To, co recenzenci
podkreślają to; "szczerość wypowiedzi". W tym przypadku tak, ale nie
w przypadku Joanny Słowińskiej, podobno artystki szczerej i spontanicznej. Z
łatwością wykonuje repertuar typowo estradowy, co wcale nie znaczy nie ciekawy,
jak i folkowy z modnym obecnie bałkańskim. I tu mam wątpliwość, co do tej
"szczerości", chyba, że ma jakieś bałkańskie korzenie i tam spędziła
młodość. Trochę mam wątpliwości, co do artystów, którzy z łatwością przerzucają
się z repertuaru krakowskiego na żydowski, a za chwilę wędrują w Karpaty, albo
Bałkany. Sukces Bregovica narobił sporo zamieszania, a on sam mieszał
niemiłosiernie, ale jego rodzinne strony słynęły z tego, że tam mieszały się
kultury i języki, więc w pewnym sensie było to naturalne a w dodatku pozwalał
na pozostawanie we własnej stylistyce artystom z odległych kultur, z którymi
współpracował.
Konkluzja, podobnie
jak w rocku: nie lubię imitatorów, a Joanna Słowińska taką zręczną imitatorką
jest. Znam to z nagrań i nie czułem potrzeby słuchania na koncercie.
Z Divanem Asparyanem,
wirtuozem gry na duduku mam też kłopot. Z nim jest tak, jak z George Zamfirem,
wirtuozem "fletni Pana", instrumentu znanego już wśród starożytnych
Greków. Ze swej sztuki zrobił "szkołę muzyki popularnej", pozostała
wirtuozeria, ale korzenie gdzieś zostały odcięte. Folklor Kaukazu jest
fascynujący, ale ciągle czeka na odkrycie, jednak Gaspar jest reprezentantem
"szkolnej sztuki" ormiańskiej, powiedzielibyśmy klasycznej. My już
zespoły w rodzaju "Mazowsze" i "Śląsk" mamy na szczęście za
sobą, bo zarżnęły one sztukę ludową. Tu mała dygresja, Grzegorz Ciechowski
potrafił twórczo przetworzyć polski folklor w rocku, choć to już mocno od rocka
odstawało, co robił w ostatnim okresie. Wracam do uproszczeń, to, że ktoś gra
na gitarze elektrycznej, to nie znaczy, że jest rockmanem. Na tej samej
zasadzie nie przekonują mnie Ślązacy, którzy usiłują udawać Irlandczyków, tylko
dlatego, że używają wyspiarskiego instrumentarium.
Na fali niechęci do
cepeliowskiego rodzimego folkloru wyrósł swego czasu poznański „Kwartet Jorgi”
proponując rzekomo „folk celtycki”, a tak naprawdę Etno z nikąd, z nie
istniejącej tradycji, wydumanej. Sukces odniosła „Kapela ze wsi Warszawa”,
która operuje współczesnym językiem muzycznym, ale głęboko zakorzenionym w
polskiej tradycji muzyki ludowej. Tą naturalność i szczerość ekspresji potrafi
dostrzec i docenić nie tylko rodzima publiczność .
Nie cenią krytycy
"Żywiołaka", a ja wręcz przeciwnie. Połączenie jest o tyle udane, że
kojarzy "zgrzebny i szorstki" folk słowiański z drapieżnością późnych
nurtów rocka, od "metalu" po "punk". Zamiast tandetnej
mistyki gitarowej w wydaniu tak zwanej awangardy rockowej, w sposób naturalny
sięgają do tradycji pogańskich. Może się to nie podobać, ale do rocka wprowadza
element właśnie tak ważny, jak "szczerość" i nowa ekspresja. Trzecia
polska kapela stylistycznie całkowicie inna, ale też poszukująca i
prawdopodobnie wkrótce podbiją scenę folkową.
Karpaccy górale z „Taraf
de Haidouks” , którzy od Romów wiele zapożyczyli, dali ognisty popis. Podziwiam
senioraherszta tej "zbójeckiej gromadki", osiemdziesięciolatka, który
ponoć w antraktach gorzałke szklaneczkami przyjmował. Zwykły śmiertelnik by
tego nie przeżył. Nawiasem mówiąc nasi Górale też mają karpackie korzenie, bo
wymieszali się z Wołochami, których sprowadził jeszcze Kazimierz Wielki, żeby
miejscowych nauczyli wypasu owiec i zasiedlali niedostępne góry.
Malijczycy (Habib
Koité z zespołem) mają też organiczne poczucie rytmu i ekspresji, ale w
odróżnieniu od Górali grają "równo na, dwa”, czyli parzyste rytmy. Mam
taką prywatną teorie, że im bliżej równika tym bicie w bębny równiejsze,
harmonia prostsza i fraza krótka, a śpiewna. Może taki artysta przez kwadrans
śpiewać o paleniu papierosa, a i tak publiczność pląsa i się nie nudzi.
Oczywiście w tym wydaniu była już to propozycja całkiem zawodowa i estradowa,
dla Europejczyka gotowa.
Mnie najbardziej
zafascynowali inni Afrykańczycy, tym razem Berberysi (Houria Aeichi mówiąca
dialektem Shawiya z zespołem). Mieszkają we Francji, ale pielęgnują swoją
sztukę. To, co zaproponowali to prawdziwy muzyczny spektakl. Nie wiele
zrozumiałem, bo ich języka nie znam, a komentarze pieśniarka wygłaszała w
języku francuskim. Z tego, co zrozumiałem, to w ich tradycji ważne są konie i kobiety,
wiadomo jak na lud koczowniczy, rządzą nimi te same namiętności, co wszystkie
ludy, czyli miłość i przywiązanie do wolności. Podobnie, jak Sami z dalekiej
północy, Berberysi żyją w pewnej izolacji, jest ich już niewielu, koczują na
pustyni, wolna przestrzeń, jak kręgu polarnego, tam śnieg, tu piasek, ale gdzie
niegdzie przebijają się skały. Berberysi tym razem bazowali na swoim
tradycyjnym instrumentarium. Z tego, co zdołałem się zorientować, to nie tylko
przedstawili tradycyjne pieśni, ale też własne kompozycje utrzymane w tej
tradycji. Brzmienia instrumentów niezwykłe i rytmy złożone. Pieśniarka też nie
zwykła. Technika śpiewu w tradycji berberyjskiej też wymagałaby odrębnego
omówienia, bo sporo tu ciekawych zjawisk. Domyślam się tylko, że niektóre
sposoby artykulacji związane są ściśle z językiem, a nie techniką wokalną, ale
musiałbym problem zgłębić. W każdym razie przeżycie równie
"transowe".
Publiczność czasem
usiłowała się włączać w rytm z oklaskami, ale tylko usiłowała. Kłopot tylko w
tym, że te rytmy, choć porywające, wcale nie są takie "równikowe", a
do tego rodacy nie mają kompletnie poczucia rytmu. Przypuszczam, że to nie tyle
bariera kulturowa, co brak umuzykalnienia, w końcu rytm jest najbardziej
organicznym, niemal biologicznym składnikiem muzyki, wszelka organizacja
dźwięków w jakieś estetyczne struktury od rytmu się zaczyna. Wypadałoby dodać
jeszcze słów kilka o sonorystyce, w każdym razie grali takie dźwięki, których
na "klawiaturze" nie znajdziesz. Wyobraź spobie taki dziwny bębenek,
który nie ma stałego stroju, to znaczy z każdym uderzeniem można zmienić
wysokość dźwięku i barwe. Europejskie patenty tu się nie sprawdzają, choć
artyści prawdopodobnie są już bardziej Europejczykami niż Afrykańczykami.
Jaki jest, więc
patent na "ethno"? Zjawiska "nurtu środka" wymieszają się w
ramach globalizacji w jednym tyglu tworząc nową muzyke rozrywkową;
bałkańsko-góralsko-cygańską. Zjawisko nie nowe, dwieście lat temu tak
powstawała żydowska muzyka klezmerska, poprzez dodawanie do żydowskiej nuty
wszelkich zapożyczeń, ale nurt sefardyjski i aszkenazyjski pozostały
"surowe". Pozostaną też twórcze przetworzenia, polegające na
poszukiwaniu własnego języka i ekspresji. W takich poszukiwaniach łatwo zgubić
drogę i pobłądzić gdzieś na manowce. Kompletnie nie przekonał mnie polski ”Alamut”
i brytyjski „Transglobal Underground”. W pierwszym przypadku były to tylko
wirtuozowskie popisy na orientalnych instrumentach. W drugim elektroniczna
muzyka klubowa z orientalną przyprawą i nic więcej. Pierwsi „The Beatles”
wprowadzili do swojego instrumentarium sitar, który uatrakcyjniał brzmieniowo
muzykę pop. Pamiętam ten instrument brzmiący w piosence „Norweski las”.
Wróćmy do Norwegii.
Mari Boine dopuszcza w akompaniamencie gitarę elektryczną, ale jako instrument
dziś już niemal klasyczny, mogący brzmieniowo dostosować się do jej śpiewu,
podnieść dynamikę i ekspresje, ale jestem pewien, że sitar nie mieściłby się w
konwencji tej muzyki. W poszukiwaniach i mieszaniu rozmaitych tradycji trzeba
unikać rzeczy, które w żaden sposób nie dadzą się połączyć. Publiczność odkryje
fałszywą nutę.
To paradoks
"etno-globalizacji", miliony fascynują się śpiewem szamańskim w
języku, którym włada mniej niż trzy tysiące ludzi.

Felieton osobisty „Muzyka nie łagodzi obyczajów”
Młodzi pamiętają i Kaczmarskiego też
śpiewają
MITAM, amerykańska „muza” i wiecznie żywy Presley
KONCERTY – 14, 15, 16,
17 SIERPNIA 2008
KONCERT PRESLEYOWSKI W KOŁOBRZEGU -
PLAKAT
DZIEŃ DLA ELVISA W
POZNANIU - PLAKAT
ERIC BELL W POLSCE - KONCERTY -
PLAKAT
ROCK JEST JEDEN - OSTRÓW
WIELKOPOLSKI - PLAKAT
Presley na nowo
inspirujący – wywiad z Krzysztofem Wodniczakiem
MITAM - nowa inicjatywa Krzysztofa Wodniczaka i Andrzeja Mitana
Stefania Golenia
rozmawia z Krzysztofem Wodniczakiem
Standaryzacja po polsku
– Andrzej Wilowski
Andrzej Mitan
rozmawia z Andrzejem Mitanem
Rozmowa o biznesie
muzycznym i o projekcie MITAM
Ambasador Delty i
Chicago w Poznaniu
Bluesman absolutnie
(o
Tadeuszu Nalepie)
Doc Hook – rzecz o Johnym Lee Hookerze
Dziwny jest ten świat
nadal aktualne
Informacja o koncercie
Scorpions
O słowie w rocku i nie
tylko...
Piotr Kałużny –
Impresje Wielkopostne
Piotr Kałużny, Tomasz
Jaśkiewicz i Jan „Izba” Izbiński w „Pod Pretekstem” W Poznaniu
Po prostu poeta (rzecz o Marku
Grechucie)
Polish Jazz - Kanon lektur muzycznych
Procedury twórcze, a odtwórcze
Scorpions zapraszają na
koncert