Andrzej Wilowski                           

 

Nurt jazzu  2005

 

W mijającym roku na rynku polskim ukazało się nad podziw wiele płyt zaliczanych do jazzowych, około 60. Pod względem wydawniczym wspólną cechą jest to, że ukazywały się w małych wytwórniach, często powołanych przez samych muzyków. Łączy je też ogromna rozmaitość. Wśród krytyków wzbudzają te płyty skrajne emocje, a część wręcz jest odrzucana.

 

Zdaniem recenzentów w gatunku nie mieszczą się albumy Leszka Możdżera z jednej strony i Anny Marii Jopek z drugiej. Zadziwiające jest to, że w obu przypadkach podstawowym zarzutem był "charakter rozrywkowy" obu "projektów". To signum temporis, dziś nie nagrywa się płyt, nie wydaje albumów, lecz "realizuje projekty". "Projekt" brzmi osobliwie, żeby nie rzec unikalnie, a jednocześnie dziwnie brzmi znajomo, jakby zapożyczony z innej sfery życia, to w bankach i urzędach rozdzielających dotacje składa się nie podania, nie wnioski, tylko projekty. Artyści nauczyli się zabiegać o fundusze na swoje przedsięwzięcia i też mają świadomość tego, że to co "produkują", musi się sprzedać. Może walka na rynku zmusza do otwierania wytwórni garażowych, a może inne powody. Zupełnie inaczej zachowują się krytycy, niezmiennie jak przed laty, budzi ich podejrzenia, jeśli coś "dobrze się sprzedaje", czy przypadkiem artysta nie idzie na łatwiznę?

 

Nie będę rozciągał wątku biznesowo-produkcyjnego, powiem tylko, że mnie to ogromnie cieszy. Na łamach gazet publicyści zauważają ze zdumieniem, że "zjawiska niszowe, takie jak jazz cieszą się nie zrozumiałym powodzeniem." Moim zdaniem dowodzi to tylko jednego, że publiczności o większej wrażliwości, która woli zanurzyć się w nurcie jazzowym jest znacznie więcej, niż wydaje się to specom od marketingu i kultury masowej. Sale koncertowe wypełniały się szczelnie na koncertach Diany Crall, Chrisa Boty i Leszka Możdżera z Adamem Makowiczem. Nie przypadkiem zwracam uwagę na koncert Możdżera z Makowiczem z repertuarem przeniesionym z słynnego "projektu" w Carnegie Hall. Muzycy łączyli wirtuozowskie popisy, o romantycznej proweniencji, z jazzowym feelingiem, perfekcyjną instrumentacje, z interpretacyjną swobodą.

 

Spotkanie muzyków z różnych pokoleń wyrosłych z różnych tradycji pianistycznych, dało efekt zdumiewający. Sceptyczny krytyk powie; eklektyczny. Najczęstszym zarzutem stawianym Możdżerowi jest jego wszechstronność, poruszanie się w obrębie różnych gatunków muzycznych; music hall, pop, jazz, rock, muzyka ilustracyjna. Artysta wziął udział w nagraniu ścieżki muzycznej do filmu "Marzyciel", co kompozytorowi Janowi A.P.  Kaczmarkowi przyniosło Oskara. To nie przejęzyczenie, udział pianisty w nagraniu nie wątpliwie przyczynił się do sukcesu.

 

Termin "nurt" jest obecny w krytyce jazzowej od początku jej istnienia. Od lat pięćdziesiątych (w Polsce nieco później) na łamach pism branżowych krytycy starali się uporządkować jazzowy żywioł. Z natury rzeczy muzyce improwizowanej trudno przypisać jakieś wyznaczniki stylistyczne, aby móc identyfikować poszczególne style. Znacznie łatwiej odróżnić poszczególnych muzyków, niż proponowane przez nich koncepcje formalne. Mniej problemów mamy z konkretnymi formacjami, zwłaszcza bigbandowymi. Każda orkiestra miała określony styl, co w dużym stopniu wynikało z instrumentacji i aranżacji. Bandleaderzy często sami tworzyli aranżacje dla swoich zespołów, pozostawiając "puste miejsca" na solówki, ale brzmienie całości zawsze było firmowe.

 

Małe comba z natury rzeczy bardziej elastyczne i mobilne, często się zmieniały, niemal z kompozycji na kompozycje. Ciągłe eksperymenty i poszukiwania utrudniały krytyce opis. Termin "nurt" był pojemny i niezobowiązujący, proponował raczej drogowskaz artystycznych poszukiwań, niż konkretne tabliczki. Mówiono o "nurcie tradycyjnym"- w którym mieściły się zespoły nawiązujące do tradycji nowoorleańskich, do formacji realizujących konwencje klasyczne. Dawne awangardy, z czasem stawały się klasyką. "Nurt środka" (mainstream), bodaj najbardziej szeroki, reprezentowany przez duże i małe zespoły, w różnych okresach, ale realizujące pewien jazzowy kanon; pulsujący rytm, wyraźnie zarysowany temat, przechodzący w solowe improwizacje, przestrzeganie określonych schematów harmonicznych. Zakres i ekspresja improwizacji, ograniczone jedynie inwencją muzyków, samo instrumentarium też jest dowolne.

 

Najbardziej skrajnym nurtem był "free"- był, bo część krytyków twierdzi, że bezpowrotnie przeszedł do historii. Założenia nurtu "wolnego", czy jak wolą inni "wyzwolonego" były proste, choć w odbiorze muzyka tego nurtu była trudna, należało zerwać ze wszystkimi schematami i konwencjami, na rzecz totalnej improwizacji. Może jedynie instrumentarium pozwalało odróżnić free-jazz, od eksperymentów awangardy z "Warszawskiej Jesieni". Oczywiście nurtów, a w ich obrębie stylów jazzowych teoretycy gatunku wyróżniliby znacznie więcej i to każdy z nich wykreśliłby inną mapę tych muzycznych rzek, dorzeczy i strumieni. Jedno, co jest charakterystyczne to    wysychanie jednych - najczęściej skrajnych- ciągłe odradzanie się przez lata wyschniętych nurtów i ciągłe zmiany geometrii szlaków, tych najmłodszych.

 

Pozwolę sobie też na pewną dozę improwizacji i zjawisko, a raczej zjawiska, o których chce powiedzieć, nazwę "nurtem jazzu . Album "Time" nagrany przez trio Możdżer, Danielsson, Fresco jest najbardziej "na czasie". Typowy skład; fortepian, kontrabas, perkusja sugeruje, że można się spodziewać czegoś klasycznego dla jazzu. Tymczasem zespół Możdżera brzmi niezwykle nowocześnie, mimo iż nagranie zrealizowano bez jakichkolwiek trików technicznych, niektóre utwory brzmią tak, jakby nagrano je "na żywo" w jakiejś sali klubowej, a nie w studio. Muzycy niczego nie udają, są spontaniczni, a jednocześnie bardzo zdyscyplinowani. Nie jest to wynalazek tego tria, że każdy z muzyków realizując swoje partie, jednocześnie jest solistą, nikt tu nie "robi tła".

 

Oczywiście istnieje pewien wzorzec takiego grania; trio Garett, Peacock,

De Jonette. Podobieństwo w samej koncepcji jest uderzające, ale efekty odmienne. Album zawiera tematy o charakterze balladowym, tanecznym i śpiewnym i pod tym względem przypomina słynny "My song" Garbarka i Garetta. W pianistyce Możdżera łączą się romantyczna wirtuozeria, impresjonistyczna wrażliwość na barwę i brzmienie z jazzową motoryką. Jego improwizacje są oszczędne  i zaskakujące, chociaż bardzo konsekwentne. Prawdopodobnie z powodu tej "dyscypliny" przez część krytyków nie jest uważany za pianistę jazzowego. Do tego dochodzi jeszcze jeden aspekt. Prawdopodobnie z powodu owej "śpiewności" jednego z tematów znalazł się w audycji popowego prezentera radiowego Marka Niedźwieckiego. W tym miejscu dla "ortodoksyjnych" krytyków nie jest do pomyślenia, żeby ambitny jazz popularnością zbliżał się do muzyki rozrywkowej. Termin "rozrywkowa" jest też umowny. Jakie by nie przytaczać opinie, o albumie "Time" mogę powiedzieć tylko jedno, że jest zjawiskowy i przez wiele lat będzie wyznaczał nurt nowoczesnego jazzu i to nie tylko na polskiej mapie muzycznej.

 

Punktem odniesienia dla pianistyki Możdżera może być niemal kanoniczne podejście do jazzowego fortepianu Marcina Wasilewskiego. Wraz ze Sławomirem Kurkiewiczem i Michałem Miśkiewiczem tworzą "Simple Acustic Trio", które właśnie w ECM wydało płytę "Trio". Debiut w tej wytwórni wprowadza muzyków na "rynek międzynarodowy".

 

Marcin Wasilewski trzyma się głównego nurtu, ale ciągle poszukuje nowych inspiracji.

Kiedy ukazał się album Jacka Niedzieli "Bass Deal", krytycy natychmiast nakleili mu etykietkę "eksperymentalnego". Takie eksperymentowanie zarówno w polskiej, jak i światowej literaturze muzycznej ma bogate tradycje. Wydawanie płyt solowych, zwłaszcza w pełnym rozumieniu tego terminu, czyli przez jednego instrumentalistę, z punktu widzenia wydawniczego zawsze jest ryzykowne, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z instrumentem "niemelodycznym", występującym w sekcji rytmicznej. Pianista, albo saksofonista jako solo, owszem, ale basista?

Wzorcowym nagraniem dla basistów solistów już w latach siedemdziesiątych stał się album "Philips Holland" zarejestrowany przez dwóch muzyków; Barry Philipsa i Dave Hollanda. W Polsce w roli solisty występował Zbigniew Wegehaupt, a Krzysztof Ścierański nagrał płytę solową na basie elektrycznym. Płyta Jacka Niedzieli nie jest eksperymentatorska, a raczej wirtuozerska. Pojedyncze utworki jako popisy są frapujące, ale całość jest nużąca.

 

Nagrany przez Henryka Miśkiewicza album "Uniesienie" w samym tytule odsłania przesłanie autora zawartych na nim kompozycji. Mają one dostarczać nie tylko estetycznych przeżyć, w formie kojących brzmień, ale i wzruszeń. Kategoria estetyczna rzadko pojawiająca się w terminologii jazzowej. W odniesieniu do mainstreamowych projektów częściej pisano o klimacie, większe skupienie na nastroju, niż ekspresji, skłaniało zawsze krytyków do klasyfikowania takich płyt jako "ambitnej muzyki rozrywkowej", niż klasycznego jazzu. Dodatkową komplikacją jest przewaga partii aranżowanych nad improwizowanymi. Nikt jednak nie skodyfikował jaka proporcja jest dla jazzu właściwa.

 

Na płycie Miśkiewicza precyzyjnie zaaranżowane są partie orkiestrowe, przeważają smyczki. Rzecz to znana od dawna w jazzie, wykorzystywanie brzmień orkiestr smyczkowych tworzących odpowiedni klimat, często w kontraście z brzmieniem na przykład saksofonu tenorowego. To nagranie jest niemal wzorcowe dla studentów wydziałów "rozrywkowych" akademii muzycznych, a jednak brzmi świeżo i nowatorsko. Istotą jest tu poruszanie się przez artystę na obrzeżach różnych gatunków muzycznych. Pod tym względem bardzo przypomina mi słynny już album "Alchemik". 

 

Miśkiewicz może też liczyć na szerszą publiczność dzięki nastrojowości albumu i tylko czekać, aż któryś z prezenterów "smooth-jazzu" po niego sięgnie.

Dopełnieniem tej konwencji jest album Sławomira Jaskółkę. Pianista sięga po klasyczne brzmienia smyczkowe w wymiarze niemal filharmonicznym. Z każdym utworem materia dźwiękowa się komplikuje. Orkiestra smyczkowa nie jest tylko tłem i co zaskakuje motoryczna sekcja rytmiczna i śmiałe improwizacje lidera nie kolidują z partiami orkiestrowymi. Płyta dowodzi, że nowoczesne brzmienie wcale nie musi wiązać się z elektronicznym instrumentarium.

 

Kontynuatorem klasycznego "elektrycznego" jazzu jest Marek Napiórkowski. Podstawowy skład z jakim nagrał album "NAP" jest zelektryfikowany; gitara elektryczna lidera, Robert Luty - perkusja, Robert Kubiszyn - gitara basowa, Piotr Wyleżał- fortepian elektryczny, Tomasz Kałbak - instrumenty klawiszowe. Jeden z utworów ma prowokacyjny tytuł "Twist, or blues", rozrywkowe brzmienie, czy jazzowe granie? Takie składy są charakterystyczne dla współczesnego bluesa o ostrym niemal rockowym brzmieniu.

 

Jednak wszystko jest tu jazzowe, chociaż pojawia się schemat harmoniczny bluesa, wyraźnie podany temat, przechodzący w solówki gitary i klawiszy, oraz innych instrumentów. Gdyby szukać wzorca dla takiego grania, to byłby nim nie wątpliwie Mike Stern.

 

Ciągle zaskakuje nas wartkość głównego nurtu jazzu. Płyta kwartety Dariusza Oleszkiewicza ilustruje możliwości poszukiwań w ramach tego nurtu, w którym liczy się osobowość artysty, to ona decyduje o oryginalności a nie wynalazczość formalna. Zaskoczył też swoim projektem Zbigniew Wegehaupt proponując nowe brzmienie, ale jednocześnie nawiązuje do konwencji znanych nam z lat siedemdziesiątych.

 

Jeśli ktoś chciałby usłyszeć jak brzmi dziś klasyczny kwartet jazzowy, powinien sięgnąć po album Jana "Ptaszyna" Wróblewskiego "Real jazz". Tytuł tłumaczy wszystko; atrakcyjnie podany temat, sprawne solówki , z przemyślanym rozwinięciem frazy. Saksofoniście towarzyszą Jacek i Wojciech Niedziela i Marcin Jar. W tym nagraniu spotkały się dwa pokolenia muzyków. W tej konwencji mógłby powstać album trzydzieści lat temu, ale wtedy i dziś jest "na czasie", bo to rzeczywiście "prawdziwy jazz".

Współczesne nagrania muzyków jazzowych są perfekcyjne, wyrafinowane brzmieniowo, pozbawione wszelkich "brudów", rzeczywiście są bardziej "projektami", niż rejestracjami. W tych wyrafinowanych produkcjach widać koncepcje artystyczne i przemyślane poszukiwania, natomiast coraz trudniej wyłowić partie spontanicznych improwizacji.

 

Kontynuatorami jazzowej awangardy spod znaku "free" od lat są Tymon Tymański i Mikołaj Trzaska, chociaż sami kontestują tradycje i swoje poszukiwania nazywają "yassem". Formacja Trzaski "Łoskot" wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Z jednej strony nawiązuje do koncepcji "muzyki wyzwolonej", a jednocześnie eksponuje formalny kierunek poszukiwań, w tej muzyce nie ma zdarzeń przypadkowych. Część krytyków uważa, że to raczej kompozycje do prezentacji na festiwalach muzyki awangardowej, niż na estradach jazzowych. Twórczy ferment jest cechą immanentną jazzu, ale też spontaniczność jego tworzenia, która ostatnio zanika. Może publiczność oczekiwałaby czegoś bardziej żywiołowego, niż wysublimowanego?

 

Od lat trwają próby odświeżenia gatunku poprzez szukanie inspiracji poza jazzem. Już w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia Michał Urbaniak i Zbigniew Namysłowski włączali do swojej twórczości folklor. To nie jest wynalazkiem tego stulecia, tak modny nurt "etno" inspirowany muzyką etniczną. Etniczną, a nie folklorem, co bardziej jest charakterystyczne dla muzyki polskiej. Namysłowski występuje z kapelami góralskimi, a Joe Zavinul zaprasza muzyków z różnych kontynentów. Muzycy jazzowi też odkryli niezwykłą ekspresje rockmanów i coraz częściej sięgają po tą konwencje nie tylko w instrumentarium, ale w podejściu do materii dźwiękowej.

 

Po obszarach rocka i etno od lat nawigują Włodzimierz Kiniorski, Tymon Tymański, Grzegorz Piotrowski i Wojciech Waglewski. Ten ostatni przez środowisko jazzowe jest w ogóle uznawany za rockmana, a przez środowisko muzyków pop za eksperymentującego jazzmana. Jedno jest pewne, że Waglewski improwizacje uważa za najważniejszy atrybut uprawianej przez siebie muzyki i w tym sensie bardziej zbliża go to do jazzu.

 

Trudno jest znaleźć właściwe określenie dla przedsięwzięcia pod tytułem "Miastomania". Chociaż zostało zarejestrowane w formie płyty, jest to w istocie spektakl muzyczny. Właściwie to recital aktorki Marii Peszek zilustrowany muzyką Waglewskiego, który współpracuje ze swoimi synami proponującymi inne podejście do muzyki z pogranicza dab, rapu i popu. Takie wymieszanie konwencji powinno sprawić, że projekt ten nie powinien być rozważany w kontekście jazzu. Przypomnę jednak, że jednym z kierunków poszukiwań w jazzie jest mieszanie i łączenie różnych gatunków i konwencji. Być może, że rozmycie się kryteriów i przenikanie odległych nurtów jest cechą współczesnego jazzu.

 

Skrajnym przykładem mieszania w jazzie jest konceptualny projekt grupy "Skalpel". Dwóch zręcznych realizatorów z Wrocławia (trudno ich nazwać muzykami) postanowiło wzorem DJ techno połączyć na nowo "wypreparowane" dźwięki z klasycznych nagrań polskiego jazzu. Nazwa "Skalpel" jest tu adekwatna, ujawnia procedury powstania nagrania; stare taśmy pocięto na kawałki i sklejono na nowo dodatkowo preparując je w komputerze w formy strawne dla młodej estetyki. Materia jazzowa jest tu tylko przedmiotem manipulacji, czy twórczej, rzecz dyskusyjna. Wszak jedno jest pewne, jak mawia Jan "Ptaszyn" Wróblewski brak tu podmiotów wykonawczych, czyli samych muzyków.

 

Sam projekt "Skalpel" jest cenny z dwóch powodów: Po pierwsze przywrócił pamięci

i spopularyzował wydawałoby się dziś archaiczne dźwięki. Po drugie laboratoryjnie, na drodze eksperymentu dowiódł gdzie granica jazzu się kończy, mimo, że same dźwięki mają jazzowy charakter.

 

Nurt współczesnego polskiego jazzu toczy się wartko. Przekracza granice gatunków i konwencji, ale i te geograficzne. Nadal będąc polską muzyką staje się muzyką europejską i światową. Przełamane już zostały wszelkie bariery. W nie odległej przyszłości będzie się mówić o "polskim nurcie jazzu", jako o zjawisku twórczych poszukiwań we współczesnej muzyce improwizowanej.

 

 


Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis tresci

Ó CyjSoftware