powrót do strony głównej

alfabetyczny spis treści

działy

 

Andrzej Wilowski  

 

Megalomania kulturalnego Poznania

 

2 luty 2006 22.30 Program 3 Polskiego Radia

 

W cyklu "Raport bardzo kulturalny" Barbara Marcinik przeprowadziła rozmowę z Rafałem Grupińskim. Rozmówca był przewodnikiem po "kulturalnej mapie Poznania". Można by przypuszczać, że miasto jest centrum kulturalnym kraju i tylko pewien niefortunny zbieg okoliczności sprawia, że reszta świata o tym nie wie. Nie podzielam tego optymizmu i jako Poznaniak, nie Poznańczyk, mam zupełnie odmienne odczucia. Poznaniak, bowiem jestem mieszkańcem tego miasta, a nie Poznańczyk, bo nie zakorzeniony w Wielkopolsce, co ma w życiu artystycznym Poznania zasadnicze znaczenie.

 

Tezy o unikalności regionalnej kultury miało bronić wyliczanie licznych inicjatyw i instytucji działających w mieście. Nim dokonam remanentu w tym zakresie, zwracam uwagę na rzecz dla mnie ważniejszą, mianowicie produktywność inicjatyw i instytucji w zakresie wytwarzania nowych idei. Przekornie łączę te dwa pozornie odległe języki, gospodarki i kultury. W Poznaniu, mieście jedynym na Polskiej mapie politycznej idee pozytywistyczne zyskały wymiar praktyczny. Czy doświadczenia gospodarnej Wielkopolski w prosty sposób przekładają się na twórczą efektywność.

 

Punktem wyjścia było omówienie aktywności teatralnej. Od 16 lat miasto jest znane z festiwali teatralnych "Malta". Obecnie działa bodaj najwięcej w Polsce teatrów offowych; "Biuro Podróży", "Strefa Ciszy", "Porywacze Ciał", oraz "Teatr Ósmego Dnia". Ten ostatni stał się już instytucją i co ciekawe, aktywność teatralną przejawia głównie występując zagranicą. Przez kilka lat "Ósemki" na Malcie się nie pojawiały. Założyciel "Biura Podróży" pełni od lat funkcje dyrektora repertuarowego "Teatru Polskiego", jednego z najstarszych w Polsce, bo działającego od 130 lat.

 

"Teatr Polski" pod nową dyrekcją próbuje stać się offowo awangardowy, choć nadal chce być tradycyjnie repertuarowy. Na jubileusz przygotowano "Zemstę" Fredry w inscenizacji Piotra Cieślaka. Tą sztuką teatr rozpoczynał działalność. W nowej interpretacji starej ramoty, novum sprowadza się do kostiumu; kontusz zastąpił dres, a szabelkę, kij bejsbolowy. Daje to dodatkowy efekt komiczny, chociaż analogia fałszywa. Teatr prowadzi spotkania "czytane", na których prezentowana jest nowa, młoda literatura dramatyczna. Może lepiej byłoby czytać klasyków i opatrywać stosownym komentarzem, co pełniłoby jakiś walor edukacyjny, a współczesne dramaty po prostu grać. Teatr ten długo się opierał nowym ideą, przekonał się o tym Lech Raczak, którego mury pokonały. Podobno za sprawą klątwy Horzycy, którego swego czasu zmuszono do odejścia.

 

Drugi teatr repertuarowy "Teatr Nowy" od lat ściga się z "Polskim", ale awangardowa. Od dwudziestu lat Janusz Wiśniewski gra ten sam spektakl, chociaż jest przekonany, że ciągle robi cos nowego. Gwiazdą "Nowego" stała się Krystyna Feldmanowa, ale za sprawą roli Nikifora w filmie Krzysztofa Krauzego. Osobiście nie jestem entuzjastą tego teatru, ale muszę przyznać, że w latach siedemdziesiątych Izabella Cywińska nadawała jemu niepowtarzalny charakter, dzięki swojej osobowości i jej zespół, chociaż bez gwiazd, wyróżniał się wśród teatrów polskich.

 

Skoro mowa o gwiazdach, trudno byłoby wyliczyć aktorów związanych z Poznaniem, a znanych ze scen polskich i filmu. Prawdopodobnie przyczyną tego jest brak szkoły teatralnej w Poznaniu. Chociaż nie do końca to wyjaśnia brak środowiska teatralnego, mimo sporej liczby teatrów. Absolwenci szkół teatralnych, trafiający do poznania, traktują to jak zesłanie i łatwiej im wystartować do kariery nawet z Kalisza.

 

Od lat dyrektorem artystycznym "Malty" jest Lech Raczak. Z jednej strony ma ambicje pokazania najważniejszych zjawisk w teatrze "otwartym", dziś termin nie modny i mówi się o teatrze "offowym", co mi mniej odpowiada, a pole manewru wyznaczają mu organizatorzy. Obserwuje dwie tendencje na "Malcie"; skłonność do gigantomanii, każdy kolejny festiwal musi być większy, a jednocześnie tendencja do "zamykania się festiwalu". Coraz mniej spektakli plenerowych, coraz więcej biletowanych. Koncert Gorana Bregovica był nad jeziorem Maltańskim, a w ubiegłym roku Philipa Glassa na dachu "Starego Browaru" dla wybrańców.

Władze miejskie, które skwapliwie zakazały "parady równości" chętnie by widziały festiwal "opłotowany" i biletowany, więc jak jest impreza w "Starym Browarze", to jest kulturalnie, ale plenery, owszem, nad jeziorem. Pomysł powstał przypadkiem, odremontowano obiekty sportowe nad sztucznym jeziorem i wtedy prezydent miasta Wojciech Szczęsny Kaczmarek, szukał pomysłu na rozpropagowanie tego obiektu. Powiedzmy sobie szczerze, kompletnie nie teatralnego. Raczak nie jest już w stanie zapanować nad tym molochem i festiwal stał się smokiem pożerającym własny ogon, jak w chińskiej bajce. Chociaż klimat nie sprzyja imprezom plenerowym, prawdopodobnie dyrektor. Michał Merczyński doczeka emerytury nad maltańskim jeziorem.

 

Trzy lata temu "Teatr Ósmego Dnia" wystąpił z projektem "Miasto". Cztery poznańskie teatry offowe zagrały spektakle w budynkach dawnej rzeźni. Przedsięwzięcie wstrząsające i ważne artystycznie, ale pomysł rozciągany w nieskończoność stał się kulturalną rzeźnią. Niestety budynki te nie nadają się na "centrum kulturalno-rozrywkowe". Gdzie grać" Na plenery sezon krótki i wakacyjny, a sal widowiskowych nie wiele, a nawet jak są , to nie udostępniane. Przekonał się o tym Marek Szpendowski.

 

Przez kilka lat odbywały się festiwale muzyki filmowej. Impreza rozwijała się świetnie i wpisała się w kalendarz najważniejszych festiwali związanych z filmem w europie, aż do czasu, kiedy zaczęły być problemy z salami, w których można by organizować koncerty i z funduszami. Sponsorów nie przybywało, a miasto nie poczuwało się do pomocy. Marek Szpendowski zwinął imprezę i swoją agencje "Viva Music" przeniósł do Warszawy. Nie jest to może rozpowszechniony fakt, że swego czasu organizował największe i najważniejsze imprezy muzyczne w tej części Europy, ale prowincjonalizm go pokonał. Na szczęście na lokalnej scenie muzycznej sporo się dzieje. Może sformułowanie "lokalnej" nie jest fortunne, bo wszelkie festiwale i przeglądy bazują na artystach "importowanych".

 

Miasto miało szczęście do licznych festiwali jazzowych, począwszy od festiwalu orkiestr jazzowych, organizowanym przez Henryka Frąckowiaka w latach siedemdziesiątych, a skończywszy na "Erze jazzu" inicjatywie Dionizego Piątkowskiego. Ten ostatni festiwal stał się "ogólnopolski objazdowy". Wymienić jeszcze wypada na przykład "Jazz Fair". Teoretycznie nie brakuje w mieście klubów jazzowych, ale trudno w nich spotkać poznańskie zespoły.

 

Skoro mowa o klubach, są repertuarowe w chwilach wolnych od robienia pieniędzy na imprezach "klubowych", czyli techno, disco i rapowych. Nie jest to tajemnicą, że działalność licznych klubów kontroluje mafia, a wysokie dzierżawy zmuszają do robienia wszystkiego, co gwarantuje wysokie wpływy. Wątpię, aby umundurowani w dresy i uzbrojeni w kije bejsbolowe osobnicy odwiedzali kluby jazzowe, czy literackie, a takie w Polsce działają i jakoś utrzymują się, chociaż nie zdzierają z gości. W Poznaniu ambitniejszy repertuar pojawia się latem, na dziedzińcu zamkowym, ale z roku na rok bilety drożeją, w związku z tym słuchacze potencjalni stają przed alternatywą, kupna płyty i butelki dobrego wina, czy pójścia na koncert, to pierwsze rozwiązanie jest tańsze.

 

Mówię o pieniądzach, a jak tu nie mówić o nich w gospodarnej Wielkopolsce?  Z okazji 750 lecia lokacji miasta powstała fundacja, która właśnie zakończyła swoją działalność. Fundacja zgromadziła prawie 10 milionów złotych, co było pokaźnym zastrzykiem w działalność kulturalną miasta, ale jedynym trwałym śladem jej działalności, który kojarzy się mieszkańcom, jest stała ekspozycja rzeźb Magdaleny Abakanowicz, kiedyś związanej z poznańską Akademią Sztuk Pięknych.

 

Dawniej PWSSP, a obecnie ASP nie chciała się przyznać do Wojciecha Wołyńskiego, kiedy po latach miał wystawę. Okolicznością była 25 rocznica powstania "Solidarności", a nie zagraniczne sukcesy artysty.

 

Prowadząca audycje Barbara Marcinik stwierdziła, że muzyczny Poznań kojarzy się jej z Janem A. P. Kaczmarkiem. Pewnie, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, kim jest ten artysta, tyle, że jego związki z Poznaniem, to już archeologia. Pochodzi z Konina, a w Poznaniu tylko studiował prawo i kilka lat współpracował z "Teatrem Ósmego Dnia".

 

To, co się nazywało szumnie "Orkiestrą Teatru Ósmego Dnia", to było dwóch muzyków; Jan Kaczmarek i Piotr Banaszak. Poznaniakom trudno rozgraniczyć, co jest żartem, a co rzeczywistością, co przenosi się na widzenie rzeczy w niewłaściwych proporcjach, bowiem sukcesy w Hollywood muzyka nic nie mają wspólnego z tym miastem.

 

Profesorowie Akademii Muzycznej do dziś mówią z przekąsem, że to amator i nie zna się na orkiestracji. Na własne uszy słyszałem takie wypowiedzi i przez miłosierdzie nie podaje nazwisk. W mieście słynącym z najstarszego na świecie konkursu skrzypcowego i lutniczego imienia Henryka Wieniawskiego, żaden z profesorów nie słyszał o Romanie Maciejewskim, bodaj najbardziej swego czasu cenionym kompozytorze modernistycznym, ale to już inna historia.

 

Poznaniacy nie cenią swoich artystów, chyba, że staną się znani w świecie, to się do nich przyznają, tyle, że najczęściej opuszczenie miasta pomaga im w karierze, a pozostanie skazywałoby na pauperyzacje i biedę.

 

W Poznańskim środowisku literackim do dziś wymienia się Stanisława Barańczaka i Ryszarda Krynickiego. Pierwszy od 26 lat mieszka i pracuje w USA, był profesorem na Harvardzie, drugi zaś wybrał bliższą emigracje, bo do Krakowa. W tak zwanym środowisku literackim pozostało kilku akademików i grafomanów na państwowych posadach. Wymień drogi czytelniku, chociaż jednego literata, który kojarzy ci się z Poznaniem jak Paweł Huelle z Gdańskiem, Olga Tokarczuk z Wrocławiem, czy Jerzy Pilch z Krakowem? Zgadza się; - Małgorzata Musierowicz.

Od lat pisze swoją "jeżycjadę" tworząc swoistą legendę dzielnicy i miasta, stała się niemal klasykiem literatury młodzieżowej.

 

Rozmówca, przewodnik po Poznaniu - Rafał Grupiński, wspomniał, że w tym mieście jest najwięcej wydawnictw - a pod względem ilości wydawanych książek i nakładów, miejscowi wydawcy ustępują tylko Warszawie. Zapomniał tylko dodać, że na ten sukces składają się takie przedsięwzięcia jak polskie wydania "Harry Pottera" (wydawany przez "Media Rodzina").

 

Jednak z Małgorzatą Musierowicz jest kłopot, bo jej wydawca jest w Krakowie. Niby to drobiazg, ale przewodnik Rafał, Grupiński, były redaktor "Czasu Kultury", też szukał posady w warszawskich wydawnictwach. Gdzież ten etos "Poznańczyka"?

 

Pora wyjaśnić o co chodzi z tym nazewnictwem mieszkańców regionu. Dawna polszczyzna rozróżniała te dwa stany, "poznaniakiem" (pisanym z małej litery) nazywano mieszkańca Poznania, w odróżnieniu od "Poznańczyka" (pisanego z dużej litery) na określenie członka miejscowej społeczności, obywatela regionu. Od 1815 roku istniało Wielkie Księstwo Poznańskie, a jego obywatele byli po prostu Poznańczykami, tak jak obywatele Polski są Polakami. Tradycja w Wielkopolsce, a zwłaszcza w Poznaniu, to rzecz święta. Rafał Grupiński animator teatru studenckiego, literat, wydawca podziemnego pisma literackiego, swego czasu lansował teorie salonu. Uważał, ze miejscem w którym wykuwa się "nowe" jest salon, swoiście pojmowana elita kulturalna, ale z definicji działająca w odosobnieniu. Rafał Grupiński zamienił salon literacki na polityczny. Trochę się ten świat oddalił.

 

Drogi Rafale, chcę powiedzieć, że nie ma już takich salonów o jakich myślisz, jakie tworzyły się wokół Jarosława Maciejewskiego, Egona Naganowskiego, Gerarda Labudy. Współczesny poznański salon mieszczański wygląda zupełnie inaczej. Centralne miejsce zajmuje w nim telewizor, jest medialny, trendy i na czasie. Czasem wpada do niego współczesny Cześnik w dresie i z kijem bejsbolowym, a wtedy wszyscy zachwyceni mówią, że popierają awangardę. Miejscem najbardziej kulturalnych rozrywek jest Stary Browar, bo można się tam natknąć na jakąś wystawę i kilka "obiektów" jest w stałej ekspozycji.

 

Dawniej życie artystyczne i kulturalne ogniskowały czasopisma. Dziś opinie kształtują media elektroniczne. Na szczęście jest cos takiego jak internet, dzięki temu mam gdzie rozpowszechniać swoje poglądy. Napisałem o wystawie Wojtka Wołyńskiego do "Gazety Malarzy i Poetów", a redakcja odpisała, że kolejny numer będzie poświęcony fińskiej fotografii i nie mają miejsca na taki tekst.

 

Sekretarzowi redakcji "Głosu Wielkopolskiego" zaniosłem kilka felietonów politycznych i kulturalnych. Zadzwoniłem po kilku dniach i w odpowiedzi usłyszałem, że nawet ich nie czytał, bo mają już etatowych redaktorów na te kolumny. Gdybym był wydawcą, zwolniłbym takiego redaktora, bowiem każde pismo, nawet dziennik powinno być zainteresowane wymianą poglądów i opinii.

 

W ubiegłym roku "czas Kultury" obchodził dwudziestolecie. Pozwoliłem sobie napisać coś o krytyce literackiej, zachęcony dyskusją jaką redakcja zorganizowała. Odpisał Ryszard Czapara, że tekst nie może się ukazać, bo redakcja nie podziela zawartych w nim poglądów. Wszystkiego mógłbym się spodziewać, tylko nie takiej reakcji "Czasu Kultury", który powstał po to, żeby głosić inne poglądy od aprobowanych oficjalnie. Nie ma cenzury, ale też nie ma wymiany. W Poznaniu coś takiego jak "wolny rynek idei" nie istnieje. Całe życie kulturalne i artystyczne opiera się na tym, kogo się zna i gdzie ma się etat.

 

Najstarsze festiwale, najdłużej ukazujące się czasopisma, mnogość placówek kulturalnych, to siła, a zarazem przekleństwo Poznania. Może już czas minął "Czasu Kultury", pokolenie, które to pismo tworzyło już się z nim nie identyfikuje, a nowych idei w nim brak. "Malta" się rozrasta, a poznańskie zespoły już nie mogą się w tej formule odnaleźć i stąd próba reanimacji przeglądu "Maski", na którym prezentowały się zespoły studenckie z poznańskiego środowiska.

 

W latach siedemdziesiątych teatr studencki był terenem auto ekspresji, miejscem wypowiedzi artystycznej, ale i politycznej, doświadczeniem na drodze rozwoju. Zespoły upadały i powstawały. Dziś się etatyzują. Mówi się o "projekcie", jak coś się sprawdzi, to ciągnie się to w nieskończoność. Poeta po debiucie, już się rozgląda za etatem w wydawnictwie, albo redakcji. Trwałość i mocna baza ekonomiczna dla instytucji kulturalnych jest przekleństwem.

 

Paradoksem Poznania jest akademizm sztuki i kultury. Rozbudowane wydziały teatrologii, dziennikarstwa oraz innych pokrewnych, przy mizernym rynku medialnym, sprawia, że "sprzedaje się złudzenia". Nie potrzebujemy krytyków teatralnych. Jak pojawi się prawdziwy rynek sztuki, w tym teatralny, krytycy sami się znajdą, pod warunkiem, że będą mieli gdzie zaistnieć.

 

W Poznaniu nie tylko nie ma szkoły aktorsko - filmowej. O ile pamiętam w tym mieście powstał jeden film fabularny poświęcony poznańskiemu czerwcowi 1956. Czy oznacza to, że w tym mieście nie ma środowiska filmowego? Bynajmniej, istniała na przykład znacząca wytwórnia filmów animowanych, a ludzie tworzący "kreskówki" działają do dziś, tyle, że to już nic nie ma wspólnego z instytucjami miasta.

 

Lista twórców wielu "branż" żyjących w Poznaniu byłaby długa, ale miasto nie stworzyło platformy na której mogliby być postrzegani jako środowisko poznańskie. "Salon" w namiocie nad Jeziorem Maltańskim, a może w kącie knajpy, zwanej klubem w łoskocie techno, albo rapu? Klub literacki na trotuarze Placu Wolności? W trakcie jednego z festiwali poetyckich wypisywano liryki na chodnikach. A może stanąć pod kaponierą z czapkami i zagrać jakiegoś bluesa i zebrać kasę na prawdziwą gazetę literacką w internecie, albo na produkcje filmu "offowego", który nie koniecznie będzie słuszny?

 

Są jeszcze w tym mieście ludzie skłonni do mniejszych i większych szaleństw i coś tworzą, niezależnie od tego, czy to się Poznańczykom podoba, czy nie, bo jak śpiewał Jacek Kleyff; "Nie fetysz granic mnie tu trzyma, ale miejsca, a w tych miejscach przyjaźń..."

 

Z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści

Ë CyjSoftware