O Wojciechu Kowalczyku i jego poezji
Temu widzialnemu
światu wraz z jego globalną gospodarką o wiele łatwiej przychodzi wyrżnąć
kolejny połeć amazońskiej dżungli, niż zaoszczędzić parę skrawków papieru na
tomik Poety. Dlatego też nie zamierzam traktować pierwszej i jak dotąd jedynej
książki mojego serdecznego druha Wojciecha Kowalczyka (1956-2006) jako debiutu. Wydana w 2004 roku "Ptasia kaligrafia" zawierająca jego wiersze i rysunki jest jedynie pięknie utoczonym
kamieniem, który obfity i silny nurt jego twórczości wyrzucił w nasze ręce.
Ważąc go w dłoni nie sposób zapomnieć, że ten, kto go dla nas uformował, posługiwał się biegle
imponującym zestawem artystycznego instrumentarium - od dłuta do pędzla, od pióra do skrzypiec. Od wrażliwości
estetycznej i etycznej do intelektu, który uczynił z niego zjawisko nieczęsto
spotykane pod niebem gwiaździstym - artystę nie tylko wszechstronnego, ale i
erudytę, kształtującego samoświadomość w nieustannym, szalenie intensywnym kontakcie z książkami, dziełami sztuki,
ale i ludźmi w ich osobności i społecznych uwikłaniach.
Przestając z Wojtkiem
miało się wrażenie, że jest on inkarnacją średniowiecznego artysty-rzemieślnika
wędrującego po świecie dla
praktycznej zawodowej nauki, ale i renesansowego mistrza rozważającego
pojęcia "natura naturata" i "natura naturans". Należał też do
elitarnego współczesnego gatunku,
którego losy ważą się obecnie - był intelektualistą, tzn. próbował zdefiniować
i ocenić ów widzialny świat, od uwagi na temat którego poważyłem się rozpocząć
ten tekst. Usiłował również zajrzeć
dalej... Owa ostatnia cnota - bycie intelektualistą - w wypadku artysty nabiera
specjalnego znaczenia, gdy mamy do czynienia z poetą. Materia, jaką stanowi
słowo w jej skrajnie estetycznym wykorzystaniu - poezji, jest przecież szczególnie chłonna na
pierwiastki myślowe nie tylko dlatego, że
z natury stanowi nośnik i środowisko refleksji, ale że w mowie
poetyckiej stwarza szansę stworzenia syntezy abstraktu i konkretu, piękna i
mądrości. Inna rzecz, że dokonania takie należą do sfery ambicji alchemicznych,
jakkolwiek tę mają przewagę nad kamieniem filozoficznym, że bywają osiągane,
czego przyciągający wzrok otoczak z pracowni Wojtka dowodem.
Twierdzę bowiem, że kolejny zbiór wierszy Wojtka Kowalczyka, jedyny
- jak dotąd - wydany, jest nieczęstym w poezji przykładem harmonii między
obrazem i myślą, oryginalnością i prostotą. Jest też istotną propozycją
intelektualną - rozważaniem nad skomplikowanymi współzależnościami natury i
kultury oraz usytuowaniem wśród nich człowieka. Jeżeli twierdzę tak dlatego, że
Wojtek był - jak to już wyznałem - moim serdecznym druhem, to tylko w tym
sensie, że właśnie dzięki tej uprzywilejowanej pozycji mogłem obserwować
zmianę, jaka się w jego poezji dokonała.
Jako student polonistyki młody Kowalczyk był istnym gejzerem
poetyckim. Jego wiersze pisane w olbrzymich ilościach polegały na ferii
intrygujących obrazów stawiających opór interpretacji, zawsze jednak były
poddane konsekwentnej kompozycji układanej według jakichś tłumaczących się w kategoriach przede wszystkim - takie
miałem wrażenie - estetycznych
decyzji. Większość Wojtka uwagi zajmowały zagadnienia formalne. Tak też
rozumiałem jego zainteresowanie
poezją Juliana Przybosia i decyzję o napisaniu pracy magisterskiej na
temat "poetyki przestrzeni" tego poety. W owym czasie Wojtek
dysponował niesłychanym potencjałem wyobraźni i artystycznego zacięcia.
Uważałem go za malującego słowami. W okresie, gdy jako absolwent polonistyki
studiował rzeźbę na ówczesnej PWSSP, może i nawet dziwiłem się trochę
jego obstawaniu przy poezji uważając, że w sztukach plastycznych znalazł
właściwe dla siebie medium. I nagle, po latach - ale dokładnie nie potrafię
powiedzieć, kiedy, bo życiowe wybory i nieżyciowe losy rozrzuciły nas po
różnych rzeczywistościach - poetyckie obrazy Wojtka Kowalczyka przemówiły. Cały
etap przebyty przez Wojtka w młodości okazał się przygotowaniem do skoku w
Znaczenie. Dowiedziałem się o tym późno, Wojtek był już bardzo chory. W liście
do niego tak pisałem o tym, co czuję czytając jego wiersze:
"Tak jak Ci mówiłem przez telefon, cieszy mnie, że oprócz tak
charakterystycznych dla Ciebie dawniej obrazów znajduję w nich refleksje i to w
relacji podporządkowania im bardzo bogatej przecież, zachwycającej sferze
wizualnej. W naszych studenckich czasach bardzo mi tego brakowało nie tylko w
Twojej poezji, ale również w wymaganych na nas interpretacjach utworów uznanych
poetów, cały techniczny strukturalizm mnie drażnił z tym ograniczeniem do
pytania - jak jest zrobiony ten i tamten wiersz, dramat czy powieść. Zawsze
interesowało mnie przede wszystkim, co kto myśli o świecie, jak w oczach poety
świat się kształtuje (we wszystkich, szczególnie niewidzialnych jego
wymiarach), nie zaś tylko i wyłącznie, jak zbudowany jest tekst. Innymi słowy
ceniłem poezję (i sztukę w ogóle) zaangażowaną, oczywiście nie tylko w sensie
politycznym. I byłbym niesprawiedliwy, gdybym nie wspomniał, że Tobie zdarzały
się takie teksty . Pamiętam Twój pacyfistyczny wiersz, który kończył się bardzo
sugestywną pointą, że żołnierzowi tylko śmierć pozwala nosić długie włosy. Z
tych wszystkich względów czytając
"Ptasią kaligrafię" mam satysfakcję i bardzo cenne poczucie, że ze
sobą rozmawiamy."
Dziś po ponad roku od tamtego listu i czterech miesiącach od śmierci Wojtka mogę tylko innych
zachęcić do tej rozmowy przekazując, co sam z niej wyniosłem, za jedyną
przewagę i przywilej mając, że w
Wojtkowych wersach słyszę chwilami
Jego głos wyraźniej niż ci, którzy Go nie znali. Charakterystyczną tonację
czułości i zatroskanej drwiny.
Na karcie tytułowej "Ptasiej
kaligrafii", tuż pod podziękowaniami Wojtka dla tych,
dzięki którym tomik mógł się ukazać, jego Autor zamieścił wiersz spełniający
rolę przewrotnej i niekompletnej
uwertury. Wiersz ten nie zawiera bowiem wszystkich wątków przewijających się na następnych stronach
książki, ale paroma mocnymi wersami wprowadza w czytelniczą świadomość głównych bohaterów - ptaki i zasadniczy
problem tomiku - naturę i kulturę w klatce współczesnej cywilizacji.
Przewrotność tego pozbawionego tytułu wiersza polega na tym, że Wojtek pisze o
ptakach wypchanych, sprzedawanych na "starociach". Mowa więc o
ptakach-bibelotach, podczas gdy tradycja literacka każe w nich widzieć
posłańców, czyli biologiczne anioły łączące ziemię i niebo, naturę z kulturą,
więcej - z transcendencją.
A także, co nie mniej istotne, symbol poety (jak np. albatros z wiersza Ch.
Baudelaire'a). Jednym słowem ptaki, inspiracja myślowa i duchowa
człowieka w wierszu Wojtka prawem ostrzeżenia funkcjonują na opak. Są - z
ludzkiej ręki - wynaturzeniem, można je nabywać jako wytwór cywilizacji kupna i
sprzedaży anachronicznie głoszącej ideologię walki z naturą.
Ten wiersz krótki i z pozoru prosty nie prowokowałby mnie do
obciążania go tak nasiloną interpretacją, gdyby nie śmiała - nie tylko poetycko
(oparta na oksymoronie), ale przede wszystkim metafizycznie - przenośnia
"cmentarz nieba", zamieszczona przez Wojtka w przedostatnim wersie
jako przestroga przed martwicą duszy grożącą temu, kto naturę oswojoną przez
śmierć przedłoży nad jej żywą i dającą życie prawdę.
A dalej jest już zgodnie z bronioną tradycją. Natura dostarcza
inspiracji dla emocji i myśli, formy i budulca dla sztuki. Sztuka zaś pomaga ją
zrozumieć, naśladuje, udoskonala, nadaje znaczenie . Człowiek - byt dwoisty, pograniczny - za pomocą
ich obu przekracza sam siebie. Kiedy one się deformują, on karleje. I choć stan
taki jest naszą współczesna kondycją diagnozowaną przez Wojtka, on jako twórca "Ptasiej
kaligrafii" nie na tym się koncentruje. Cel jego
wierszy jest terapeutyczny. To
celebracja starego obrządku w zmieniających się na niekorzyść dekoracjach,
przywracanie ruchu w zwapniałym krwioobiegu między naturą, sztuką i
człowiekiem.
Przy takim założeniu
ta pierwsza z trójcy wyżej wymienionej musi znaleźć się poza wszelkim
podejrzeniem, co oznacza wyidealizowanie. "Natura naturata" - natura
stworzona, a raczej dana, bo
Wojtek nie docieka w swym tomiku jej praprzyczyny, stanowi byt leczący,
uwalniający od cierpień zadawanych przez ludzi i ich cywilizację ("Nie dam
wmówić sobie / Że błękit nie leczy" - "Lustro").
Czytając takie wiersze jak "Bezcenny"
lub "Pejzaż graniczny" można je potraktować jako wyznawcze
listy napisane po imaginacyjnym spacerze z Jean'em Jacques'em Rousseau, ale mądrzej
będzie usłyszeć w nich liryczną skargę. Jak też zastanowić się, dlaczego
filozoficzny anachronizm ma egzystencjalną nośność. Tym bardziej, że
"Pejzaż graniczny" przynosi bardzo radykalne pytania, cofające o
tysiąclecia - gdyby zdecydować się na zastosowanie tu złudnej miary postępu -
refleksję na temat relacji człowieka z naturą za pośrednictwem sztuki. W wierszu tym Wojtek zawiesza
bowiem sięgające antyku dzieje pojęcia "natura naturans" (natura stwarzająca), które
przekształcając się prowadziło nowożytnych artystów od quattrocenta (twórca może wybierając najdoskonalsze elementy natury
poprawiać ją) poprzez renesans (artysta naśladując twórczą siłę natury staje
się za pośrednictwem sztuki jej tłumaczem, a nawet tłumaczem między Bogiem i
człowiekiem) do romantyzmu i epok późniejszych (artysta usiłuje dorównać
Stwórcy, kończąc jako pokutnik lub bezwyznaniowy deformator). Zawiesza, by
zadać retoryczne pytanie o możliwość nowego porządku w sytuacji, gdy wszystko co ludzkie, w tym mowa jako nośnik
świadomości, jest zagrożeniem dla natury:
"Słowa niczym znak anarchii / wobec klangoru żurawi (...) / Zgłoski
są jak drut kolczasty" . Radykalniej już nie można. Jaki ból, jaki gniew
za tym stoi?
Ale "Pejzaż graniczny" jako jednorazowa
manifestacja tęsknoty za utopią - a może tylko prowokacja - wyznacza najdalszy
horyzont poszukiwań i pragnień Wojtka. Może właśnie w tym sensie należy
rozumieć tytuł tego wiersza - "pejzaż graniczny", a więc taki, w
którym ocieramy się o jakąś ostateczność. Bo - co podkreślając jeszcze raz
warto powtórzyć - "Ptasia kaligrafia" nie rewolucję ma na
celu, ale przywracanie miary według dawnych recept.
Pewnie dlatego w wierszach poświęconych uznanej sztuce bądź w
odwołaniach do niej z reguły nie
znajdziemy nowoczesności, nie tylko rozumianej jako afiguratywność czy
deformacja, ale nowoczesność w ogóle. Raz w wierszu "Astrologia" przywołane
jest co prawda nazwisko Kazimierza
Malewicza, ale na zasadzie zaprzeczenia, krótkiej, przekornej
polemiki z suprematystą manifestującym swoim malarstwem prymat człowieka nad
naturą, nazywaną w dodatku chaosem: "Sroka
(...) oświeca czarny kwadrat okna / A i tak nie od Malewicza / Tylko wprost z lodowej nicości /
Wycięta". W utworze
"Podróż" dzieła Pabla Picassa określone są jako
"odpychające". Wyjątek Wojtek robi tylko dla grafiki swojego nieomal
rówieśnika Piotra Szurka ("Autoportret
z marszu") składając mu hołd za to - jak się zdaje - że tworząc swoje
autoportrety potrafił wynaleźć dynamiczną metodę artystyczną angażującą
otaczający portretującego się świat i przedstawić swoją twarz jako
uczestnika spektaklu natury, a więc osiągnąć autoportret nieegotyczny.
Całościową krytykę specyfiki współczesnej sztuki przynosi kolejny wiersz Wojtka mający w
tytule słowo "pejzaż"
(odległy zresztą jedynie o stronę od "Pejzażu granicznego"),
mianowicie "Współczesny pejzaż malarski". Utwór ten składający
się niemal zupełnie z równoważników zdań
i gry słownej ("Tak na przemian / Tak na przemiał") prezentuje
szereg złośliwych obrazów charakteryzujących sztukę naszych czasów jako uzależnioną od technologii
estetyczną tandetę. Tę serię emocjonalnych dowodów zamyka zaś brzmiąca po norwidowsku pointa, będąca w wierszu jedynym
zdaniem: "Wieczność? / Póki starczy maszyn".
Na tym tle mocnych i jasnych
barw nabiera dzieło i jego opis, które według Wojtkowych hierarchii
zrównało się z naturą w jej najbardziej pożądanym - leczącym działaniu.
"Pół grama farby, a jakie lekarstwo!"- ten okrzyk daje się słyszeć w
wierszu "Akwarela z drzewkiem brzoskwini", a jego przyczynę
stanowi obrazek ujrzany na szkolnym korytarzu pośród blokowiska na poznańskim
Piątkowie. Jego autorka-dziewczynka dotknęła w ocenie dojrzałego artysty ideału - przedstawiając fragment
natury, kwitnące drzewko dokonała syntezy "ciężaru tradycji"
malarstwa japońskiego z własnym, z konieczności naiwnym jeszcze odbiorem
świata. Efektem wyzwolenie malarki i patrzącego - "lot na papierze",
kierujący naszą uwagę ku ptakom, głównym bohaterom tomiku, którym Wojtek
powierza najrozmaitsze funkcje.
Z wierszy opatrzonych tytułami wskazującymi na zawartą w nich próbą poetyckiego zdefiniowania
ptasiego fenomenu ("Ptaki " i "Ptaki II")
oraz z tekstu pod rysunkiem przedstawiającym wzbijające się do lotu żurawie,
dowiadujemy się, że ptaki są dla ludzi dawcami radości, choć nie potrafią się
uśmiechać. Przekraczając pojęcia szczerości i fałszu kierunkują człowieka ponad
ograniczające go wartości. Dalej - że uczestniczą też w tajemniczy sposób w
porządkującym przekazywaniu elementów świata jawy do świata podświadomości
"są jak alfabet wiatru / Przesiewającego pył wędrowny / Na druga stronę
snu" ). Są wreszcie jakimś pierwotnym językiem pozbawionym znaczeń -
Wojtek porównuje je do "wydmuszek słów". Ale tomik nazywa się
przecież "Ptasia kaligrafia", co sugeruje ptasią
pomoc w odczytywaniu kodów świata ludzi. Stąd też wiersze poświęcone
reprezentantom przeróżnych krajowych gatunków ornitologicznych, opowiadające -
nieraz prawem bajki w sensie Ezopowym - (np. "Sójka", "Werbelek")
o naszych przywarach, ale częściej jeszcze ptaki stają się w nich bodźcem do refleksji lub wywołują
stany tajemnicze i skomplikowane. W tej kategorii trudno pominąć "Jastrzębia"
i "Kosa", dwa wiersze o mistyce
czasoprzestrzeni i kontemplacji, dla której impulsem są właśnie tytułowe ptaki.
W przypadku jastrzębia jego ruch,
w przypadku kosa bezruch.
Kos znieruchomiał na
choince jak wycinanka, czas stanął. Popchnęło to człowieka do rozpoczęcia
pojedynku z ptakiem na obserwacyjny bezruch przerwany przez tego ostatniego.
Potem następują ostatnie intrygujące wersy pozwalające się interpretować w
pięknych paradoksach charakterystycznych dla pojęć mistyki - ruch i cielesność
są banałem, ale bezruch i bezcielesność ciężarem ("bezcielesny zrzucić
wymiar"). Odkrycie miłości zaś jest możliwe tylko "pomiędzy",
dokonuje się w ruchu, ciele, ale jej przedmiotem jest jakieś "tamto",
bezruch mistyczny, kos-wycinanka, czyli jeszcze sprzed uruchomienia czasu.
Zresztą i dzikie gęsi z wiersza pod takim właśnie tytułem w sposób nie mniej
tajemniczy potrafią uleczyć z pomięci i teraźniejszości, wzbudzając stan
spointowany maksymą: "Niekiedy się spóźnić / To dogonić zegar".
W ślad za ptakami inne twory przyrody włączone zostały przez Wojtka
w dyskurs o świecie ludzi: magnolie, dereń, topole, krokusy, ślimak winniczek,
trawy. Także pory roku potrafią dostarczyć doznań równie dojmujących jak
obserwacja kosa czy jastrzębia ("Przedwiośnie II"). Z tego dyskursu
Wojtek nie wyłączył rzeczywistości najtrudniejszej, w okresie przygotowywania
tomiku do publikacji stanowiącej dla niego problem w dosłownym tego słowa
znaczeniu palący - jak ból,
z którym się zmagał. Śmierć.
Znamienne, że w niewielu wierszach "Ptasiej
kaligrafii" znalazła ona swoje - nigdzie jej nienależne -
miejsce. Wydawać by się
mogło, że podglądana, obserwowana i kontemplowana w tym tomie natura, jako
wylęgarnia cierpienia i umierania, powinna prowokować do buntu lub teodycei.
Wojtek tymczasem - w każdym razie w domenach swego jedynego (jak dotąd!)
wydanego tomiku - prawdziwie
przygnębiający konterfekt śmierci umieścił w sztucznym świetle kultury, więcej
jeszcze - dojrzał ją w obrządku religijnym, posypywaniu głów popiołem ("Fotogram
popielcowy"). Jedynie też
w "Kuźni talentu" błękit nazwany (w wierszu "Lustro")
leczniczym, tu widziany z depresyjnej perspektywy pejzażu wewnętrznego artysty w dobie elektronicznej
(wygnanie "z krainy potu / w raj z komputera"), staje się
"ulotny" i - zawieszony na ptakach porównanych do haczyków! -
wykonuje "dance macabre". Nawet wstydliwy - choć
przecież usankcjonowany we wzorach natury - problem zjadania przez ludzi ich "braci mniejszych"
przywołuje Wojtek nie bez ironii w bardzo kulturalnym kontekście malarstwa
Rubensa (wiersz "Rubens"). Natomiast śmierć ulokowana w swoim środowisku naturalnym zdaje się
udostępniać mu inne niż groza i szpetota wymiary.
Zrytmizowany, napisano sześcio-siedmiozgłoskowym wierszem białym
utwór poświęcony umierającej na raka "Amazonce znad Wisły"
Wojtek opatrzył (wszelkie skojarzenia z zakładaniem opatrunku są tu jak
najbardziej właściwe) zaskakującym tytułem - "Drzewko cytrusowe"
i otworzył niezwykłą metaforą listka więdnącego "w gęstwinie
zieleni". Ale to więdnięcie zanim zostanie nazwane umieraniem, określone
jest orzeczeniem - "złoci się", a potem "lśni żywy jak
słońce". W wierszu tym natura znowu dostarcza obrazu terapeutycznego,
obrazu, który może udźwignąć
ciężar umierania, czego kultura nie potrafi - "To nie jest temat na
wiersze / czyjś alarm, wołanie / W
krótkich listach bez końca / życie rwie się na strzępy". Zamykająca utwór
czterowersowa strofa poprzedzająca ostatnią nieparzystą linijkę ma charakter
czysto konsolacyjny. Zawiera pocieszenie wyrażone językiem komunikującym
wprost, jednak w nawiązaniu do
otwierającej wiersz metafory. Ostatnia linijka jest natomiast skierowanym do
chorej wyznaniem: "Dajesz mi nadzieję" .
Pozostajemy z pytaniem - Jaką nadzieję? Wiersz przynosi odpowiedź -
trudną. Nie na wyzdrowienie, ale na ostatnią, choć długotrwałą mobilizację sił,
na rozwój, na indywidualizację: stymulowane przez śmierć, bez niej niemożliwe. Nadzieję opartą na
przykładzie danym przez przyrodę - złocącego się, wśród zielonego mrowia,
listka cytryny. Wiersz o tytule "Firmament" nasuwającym na
myśl harmonię kosmosu jest już o śmierci jako całkowitym oddaniu się siłom
natury. A są to siły oddolne - piach. Są to jednocześnie siły porządkowe -
oczyszczają "ze zbrodni istnienia". Wojtek pisze to tak, jakby tym
samym przywracały kosmiczną harmonię zburzoną przez obecność człowieka,
niezależnie od jego kwalifikacji moralnych ("Oczyści społem / Świętych i
skażonych"). Kondycja ludzka
w tym wierszu, szczególnie w sąsiedztwie tekstu pod towarzyszącym mu rysunkiem
(mowa tam o ptakach zrywających się do lotu i zostawiających "tropy"
w przeciwieństwie do człowieka człapiącego w miękkim piachu), zdaje się czynić
nas metafizycznie, a nawet estetycznie nie na miejscu, stawiać w sytuacji
wydziedziczenia. Zaświaty istnieją, ale przeznaczone dla tajemniczego
"aniołka przyziemnego", który idąc tam opuszcza "ja"
udające się do piachu. I nie czuje się w tym wszystkim tragizmu, żadnej grozy
rozkładu, bo przecież chodzi o przywrócenie harmonii. Natura w swoim kosmicznym
wymiarze to nie "locus horridus", jak Wojtek nazwał
barokowe świątynie w wierszu "Idealna topografia" . Z
ludzkiego punktu widzenia mógłby to być
jednak "horror vacui" osiągnięty drogą
konsekwentnego buntu świadomości przeciw
dehumanizującej, wprowadzającej chaos kulturze współczesnego człowieka.
Ostatni wers "Firmamentu" przynosi jednak możliwość metafizycznej
wypełnienia naszej egzystencji. Zostaje
w nim wypowiedziane słowo w Wojtkowej poezji ważne, zawsze nacechowane
dodatnio, przywołujące między innym symbolikę nieskończoności, kontemplacji i
sensy samopoznania - to lustro (wiersze: "Lustro", *** "Zapatrzony...",
"Afirmacje", *** "Po roztopach...", "Czarna
Olsza"). Kontekst jego pojawienia się jest tu uderzający, a zarazem
niezwykle nośny. Piach oczyszczający ze zbrodni istnienia zostaje porównany do
najlepszego proszku "do poleru luster". Tym samym - prawem tego
porównania - do ontologicznych, a raczej metafizycznych sfer jakiegoś rodzaju
luster mistycznych wznoszą się oczyszczeni zmarli. Jeśli uświadomimy sobie
symbolikę zwierciadła jako znaku nieskończoności i źródła samopoznania
patrzącego weń bytu (czyż w tym przypadku nie byłaby to natura?), zakończymy
lekturę tego zdumiewającego utworu bez uścisku lodowatej orbity krążącej wokół
serca.
Pozostaniemy wszakże ze zwierciadłem jako narzędziem samopoznania.
W "Autoportrecie z marszu" poświęconym
twórczości Piotra Szurka Wojtek ze swoistej żonglerki
lustrem uczynił definicję metody artystycznej wybitnego grafika. We własnym
"Autoportrecie" nie wspomina o lustrze, ale kto opisując siebie może
się bez niego obejść?
Poetycki autoportret
Wojtka Kowalczyka jest dynamiczny. Zmienia tła i perspektywę. Jest też
autobiografią. Rejestruje przemijanie. W jego pierwszej części Wojtek patrzy na
siebie z bliskiego dystansu, wyrażonego gramatycznie pierwszą osobą liczby
pojedynczej. Z tej krótkiej perspektywy konstatuje swą zależność od świata
pomimo pozorów odrębności, a
jednocześnie własną w nim samotność, pojętą jako wyizolowany trud kształtowania
i przeżywania swojej osobowości i człowieczego losu.
Środek wiersza to
"rozstanie z samym sobą", przełamanie perspektywy. Pierwsza osoba
liczby pojedynczej zamienia się w trzecią, która w drugiej części wiersza
uświadamia sobie klęskę wieku męskiego i dogłębną, bo sięgającą już poziomu snu
utratę wizji "urojonej wielkości".
W ostatniej strofie
Wojtek zostawia nas z obrazem siebie w trzeciej osobie powtarzającego -jak sam
to określa - nachalnie "Pierwszą część alfabetu / Jakby drugiej nie zdążył
/ Odgrzebać spod ziemi", co sugeruje wszechstronny kryzys - tożsamości i
rozwoju.
"Autoportret" został zamieszczony pod
koniec tomiku. Następują po nim tylko trzy wiersze, których tonację najlepiej
oddaje tytuł otwierający tę trójczłonową sekwencję - "Afirmacje".
Jest wśród nich wspominane już "Lustro" z leczącym błękitem,
zamykające się wersami: "choć słów coraz mniej / nie żyję na niby".
Ci, którzy
towarzyszyli Wojtkowi Kowalczykowi w jego dniach
przedostatnich, wiedzą, że aktualność tych wersów do końca potężniała. To, co
powstało wcześniej oraz w tamtym czasie, wymaga publikacji i głębokiego
przeżycia. Stanowi wyjątkowe artystyczne świadectwo życia i umierania
uwiecznione w materii poezji i rysunku.
"Poetą się
bywa". Owszem - za życia. Potem się wyłącznie jest. Stąd choć słowom głos
został odjęty, będzie trwała rozmowa. Przyłączcie się.
Eugeniusz Biały
2.06.2006 r.
Z powrotem
| ARTWAKAT pierwsza
strona | spis
treści