strona główna

spis treści

działy

 

 

Andrzej Wilowski

 

Włodek

 

23 listopada 2005

 

Rozmawiam z Januszem przez telefon, miałem dla niego materiały o unijnych programach strukturalnych, wymyślił jakiś program na ten temat, ale rozmowa potoczyła się inaczej: "Rozmawiałem rano z Jackiem - mówi Janusz - i dowiedziałem się, że w nocy zmarł Włodek Filipek." Pytam o okoliczności: "Siedział przy komputerze i nagle nastąpił zawał. Kiedy ostatnio z nim rozmawiałem, mówił że zaczyna dbać o zdrowie, jak tylko może to jeździ rowerem. Wszędzie gdzie się da jeździ rowerem." W wakacje zawsze jeździł na spływy kajakowe. Nigdy nie miał samochodu, uważał, że to ogranicza swobodę poruszania a nie ułatwia.

 

Pod koniec lipca 1977 roku z Januszem Zemerem wróciliśmy z wakacji w Wernejówce, a po drodze wpadliśmy na kilka dni do Warszawy, bo właśnie wypuścili z więzienia KORowców. W Poznaniu na dworcu czekała na nas bezpieka, ale się nie doczekała, bo jak się zorientowaliśmy, że jesteśmy inwigilowani, postanowiliśmy ostatni odcinek z Konina do Poznania pokonać autostopem. Przywieźliśmy sporo bibuły. Zaraz po przyjeździe zadzwoniliśmy do Jacka Kubiaka, ale nie było go w domu, więc w drugiej kolejności do Włodka Filipka. "Włodek, właśnie wróciliśmy z wakacji i spodziewamy się nie proszonych gości - telefony były na podsłuchu. Mamy namiot do oddania." Włodek chyba nie od razu się zorientował: "Przecież nie pożyczałem wam żadnego namiotu! Acha, chodzi o tych gości?" Nie minęła godzina i Włodek przyjechał do mnie na Ogrody, zabrał cześć bibuły, resztą już się miał kto zaopiekować. Schowałem, co się dało w schowku zaimprowizowanym naprędce.

 

W pokoju była wnęka na szafę i dwie deski podłogowe w tej wnęce nie były przybite. Włodek stwierdził, że na wszelki wypadek na jakiś czas da to do przechowania znajomej i wyszedł, opuszczając kamienice przez podwórze. Wkrótce po jego wizycie pojawiła się bezpieka.

Do rozpoczęcia roku akademickiego był względny spokój. SB prawdopodobnie jeszcze nie miała pomysłu jak będzie działać, bo i za bardzo nie wiedziała, co mamy zamiar robić. My też jeszcze do końca nie wiedzieliśmy. Może jedna rzecz była jasna, nie możemy działać w pełnym ukryciu, bo jak dowiódł przykład KORu jawność zapewnia względne bezpieczeństwo. Włodek marzył o karierze naukowej, ale też bardzo chciał się zaangażować w działalność opozycyjną. Kiedy wreszcie zapadła decyzja o proklamowaniu SKSu (Studenckiego Komitetu Solidarności) Włodek bez wahania podpisał proklamacje. Było nas już pięciu; Włodek Fenrych, Janusz Zemer, Jacek Kubiak i Włodek Filipek, oraz piszący te słowa.

 

Po kilku dniach Włodek zaczął się zastanawiać, bo Sergiusz Sterna Wachowiak rezygnował z prezesury Koła Naukowego Polonistów, a Włodek miał ochotę wystartować w wyborach. Ustaliliśmy, że zrobi jak zechce, ostatecznie nie musi podpisywać wszystkich manifestów, jeśli miałby być to jakiś problem. Włodek został prezesem, bezpieka nie uwierzyła, że się zmienił, a profesor Maciejewski cała sprawę skomentował tak; W końcu Koło Polonistów działa legalnie i jawnie, to policja polityczna jest tajna, więc jawnie niczego kwestionować nie może."

 

Swoista podwójność ról była nie odłączną cechą charakteru Włodka. Z jednej strony chciał organizować studenckie sesje naukowe, a z drugiej wykłady "latającego uniwersytetu". Właściwie wszyscy zachowywaliśmy się podobnie, jak się dało, to organizowaliśmy pokazy filmowe pod szyldem Dyskusyjnego Klubu Filmowego i wieczorki poetyckie bez cenzury. Niestety wychodziło to do czasu, bo koledzy z ZSP zachowywali się coraz bardziej nieufnie. Z Januszem musieliśmy też zawiesić swoje kontakty z Teatrem Ósmego Dnia, bo ich ówczesny status był nie pewny. Włodek też przez chwile próbował swoich sił w teatrze, było to jeszcze w czasach licealnych. Wiele pomysłów; sztuka, polityka, nauka...

 

Skończyliśmy studia. Włodek przemyśliwał o doktoracie u profesor Zofi, Trojanowiczowej, ale historia pokrzyżowała mu plany. Powstała "Solidarność", a on z pasją zaangażował się w działalność związkową. Przekonał poznański Zarząd Regionu "Solidarności", że konieczna jest działalność oświatowa w ramach związku i tak powstała Wszechnica Związkowa. Przez rok organizował wykłady, spotkania, szkolenia, wystawy, pokazy filmowe. Jednak nie do końca go ta działalność satysfakcjonowała, marzył o stworzeniu związkowego radia, wszak imprezy miały ograniczony zasięg. Na polonistyce istniała grupa radiowa prowadzona przez Krystynę Laskowicz, wielu z nas marzyło o dziennikarstwie radiowym, ale szans na realizacje tych planów nie było. Internowanie po 13 grudnia zakończyło działalność Włodka we wszechnicy, związek szedł do podziemia. Włodek był przetrzymywany w Gnieźnie w szpitalu psychiatrycznym. Powiało grozą, wszak to sowiecka praktyka przetrzymywania dysydentów w szpitalach psychiatrycznych. Odwiedziłem go w Gnieźnie i rzecz dziwna, o ile trudno było dostać się do "ośrodków Internowania", w tym przypadku nie było żadnych trudności, pacjentów można było odwiedzać. Personel szpitalny miał sam problem jak traktować takiego gościa, który w istocie pacjentem nie był.

Po zwolnieniu, przecież obserwacja nie mogła ciągnąć się w nieskończoność, Włodek nie bardzo mógł się odnaleźć, nie wiedział, czy ukrywać się, czy szukać pracy? Jak łatwo było przewidzieć zaangażował się w podziemną robotę. Pisał i wydawał pisma. Działalność wydawnicza była kolejna pasją Włodka. Pod koniec studiów rozpoczął starania o powołanie pisma literackiego poznańskiego środowiska. Pismo miało mieć tytuł "Errata". Zabrakło dobrej woli władz, przydziału papieru i jakiejś tam decyzji na szczeblu, a podziemna poligrafia nie była rozwinięta w takim stopniu, żeby to się powiodło. Pierwsze numery "Zapisu" ukazywały się w Paryskiej Kulturze, a krajowe wydania, to były przepisywane maszynopisy. W końcu powstała "Nowa". "Zapis" był "zarezerwowany" dla pisarzy objętych właśnie zapisem cenzury, a my nie mięliśmy szans zaistnieć w oficjalnym obiegu, a "drugi" miał inne priorytety.

Dopiero po latach uda mu się zrealizować, chociaż w części te plany. W telewizji realizuje cykl programów "Ogród sztuk". W ostatnich latach był też wykładowcą na poznańskiej ASP.

Ostatnio spotykałem Włodka w centrum, prawdopodobnie w drodze do szkoły, chodziliśmy na kawę do "Cafe Głos". Niezmiennie z ożywieniem opowiadał o swoich kolejnych pomysłach medialnych i naukowych.

Włodek Filipek ciągle coś zaczynał, nie tak jakby miał jeszcze sporo czasu na zrealizowanie swoich planów. Należał, do licznego w naszym pokoleniu, zastępu "bezużytecznych geniuszy", ludzi z pasjami i pomysłami bez szans na ich realizacje. Tak jak wielu spośród nas, za politykę zabrał się za wcześnie, karierę zaczął robić za późno.

Januszu! Żegnając Włodka żałuje tych niedokończonych jego tematów i naszych dysput, czasem sporów, o rzeczy zasadnicze i o lektury, zawsze jednak ważnych.

 

 

strona główna

spis treści

działy