Włodek
23 listopada 2005
Rozmawiam z Januszem przez telefon, miałem dla niego materiały o
unijnych programach strukturalnych, wymyślił jakiś program na ten temat, ale
rozmowa potoczyła się inaczej: "Rozmawiałem rano z Jackiem - mówi Janusz -
i dowiedziałem się, że w nocy zmarł Włodek Filipek." Pytam o okoliczności:
"Siedział przy komputerze i nagle nastąpił zawał. Kiedy ostatnio z nim
rozmawiałem, mówił że zaczyna dbać o zdrowie, jak tylko może to jeździ rowerem.
Wszędzie gdzie się da jeździ rowerem." W wakacje zawsze jeździł na spływy
kajakowe. Nigdy nie miał samochodu, uważał, że to ogranicza swobodę poruszania
a nie ułatwia.
Pod koniec lipca 1977 roku z Januszem Zemerem wróciliśmy z wakacji
w Wernejówce, a po drodze wpadliśmy na kilka dni do Warszawy, bo właśnie
wypuścili z więzienia KORowców. W Poznaniu na dworcu czekała na nas bezpieka,
ale się nie doczekała, bo jak się zorientowaliśmy, że jesteśmy inwigilowani,
postanowiliśmy ostatni odcinek z Konina do Poznania pokonać autostopem.
Przywieźliśmy sporo bibuły. Zaraz po przyjeździe zadzwoniliśmy do Jacka
Kubiaka, ale nie było go w domu, więc w drugiej kolejności do Włodka Filipka.
"Włodek, właśnie wróciliśmy z wakacji i spodziewamy się nie proszonych
gości - telefony były na podsłuchu. Mamy namiot do oddania." Włodek chyba
nie od razu się zorientował: "Przecież nie pożyczałem wam żadnego namiotu!
Acha, chodzi o tych gości?" Nie minęła godzina i Włodek przyjechał do mnie
na Ogrody, zabrał cześć bibuły, resztą już się miał kto zaopiekować. Schowałem,
co się dało w schowku zaimprowizowanym naprędce.
W pokoju była wnęka na szafę i dwie deski podłogowe w tej wnęce nie
były przybite. Włodek stwierdził, że na wszelki wypadek na jakiś czas da to do
przechowania znajomej i wyszedł, opuszczając kamienice przez podwórze. Wkrótce
po jego wizycie pojawiła się bezpieka.
Do rozpoczęcia roku akademickiego był względny spokój. SB
prawdopodobnie jeszcze nie miała pomysłu jak będzie działać, bo i za bardzo nie
wiedziała, co mamy zamiar robić. My też jeszcze do końca nie wiedzieliśmy. Może
jedna rzecz była jasna, nie możemy działać w pełnym ukryciu, bo jak dowiódł
przykład KORu jawność zapewnia względne bezpieczeństwo. Włodek marzył o
karierze naukowej, ale też bardzo chciał się zaangażować w działalność
opozycyjną. Kiedy wreszcie zapadła decyzja o proklamowaniu SKSu (Studenckiego
Komitetu Solidarności) Włodek bez wahania podpisał proklamacje. Było nas już
pięciu; Włodek Fenrych, Janusz Zemer, Jacek Kubiak i Włodek Filipek, oraz
piszący te słowa.
Po kilku dniach Włodek zaczął się zastanawiać, bo Sergiusz Sterna
Wachowiak rezygnował z prezesury Koła Naukowego Polonistów, a Włodek miał
ochotę wystartować w wyborach. Ustaliliśmy, że zrobi jak zechce, ostatecznie
nie musi podpisywać wszystkich manifestów, jeśli miałby być to jakiś problem.
Włodek został prezesem, bezpieka nie uwierzyła, że się zmienił, a profesor
Maciejewski cała sprawę skomentował tak; W końcu Koło Polonistów działa
legalnie i jawnie, to policja polityczna jest tajna, więc jawnie niczego
kwestionować nie może."
Swoista podwójność ról była nie odłączną cechą charakteru Włodka. Z
jednej strony chciał organizować studenckie sesje naukowe, a z drugiej wykłady
"latającego uniwersytetu". Właściwie wszyscy zachowywaliśmy się
podobnie, jak się dało, to organizowaliśmy pokazy filmowe pod szyldem
Dyskusyjnego Klubu Filmowego i wieczorki poetyckie bez cenzury. Niestety
wychodziło to do czasu, bo koledzy z ZSP zachowywali się coraz bardziej
nieufnie. Z Januszem musieliśmy też zawiesić swoje kontakty z Teatrem Ósmego
Dnia, bo ich ówczesny status był nie pewny. Włodek też przez chwile próbował
swoich sił w teatrze, było to jeszcze w czasach licealnych. Wiele pomysłów;
sztuka, polityka, nauka...
Skończyliśmy studia. Włodek przemyśliwał o doktoracie u profesor
Zofi, Trojanowiczowej, ale historia pokrzyżowała mu plany. Powstała
"Solidarność", a on z pasją zaangażował się w działalność związkową.
Przekonał poznański Zarząd Regionu "Solidarności", że konieczna jest
działalność oświatowa w ramach związku i tak powstała Wszechnica Związkowa.
Przez rok organizował wykłady, spotkania, szkolenia, wystawy, pokazy filmowe.
Jednak nie do końca go ta działalność satysfakcjonowała, marzył o stworzeniu
związkowego radia, wszak imprezy miały ograniczony zasięg. Na polonistyce
istniała grupa radiowa prowadzona przez Krystynę Laskowicz, wielu z nas marzyło
o dziennikarstwie radiowym, ale szans na realizacje tych planów nie było.
Internowanie po 13 grudnia zakończyło działalność Włodka we wszechnicy, związek
szedł do podziemia. Włodek był przetrzymywany w Gnieźnie w szpitalu
psychiatrycznym. Powiało grozą, wszak to sowiecka praktyka przetrzymywania
dysydentów w szpitalach psychiatrycznych. Odwiedziłem go w Gnieźnie i rzecz
dziwna, o ile trudno było dostać się do "ośrodków Internowania", w
tym przypadku nie było żadnych trudności, pacjentów można było odwiedzać.
Personel szpitalny miał sam problem jak traktować takiego gościa, który w
istocie pacjentem nie był.
Po zwolnieniu, przecież obserwacja nie mogła ciągnąć się w
nieskończoność, Włodek nie bardzo mógł się odnaleźć, nie wiedział, czy ukrywać
się, czy szukać pracy? Jak łatwo było przewidzieć zaangażował się w podziemną
robotę. Pisał i wydawał pisma. Działalność wydawnicza była kolejna pasją
Włodka. Pod koniec studiów rozpoczął starania o powołanie pisma literackiego
poznańskiego środowiska. Pismo miało mieć tytuł "Errata". Zabrakło
dobrej woli władz, przydziału papieru i jakiejś tam decyzji na szczeblu, a
podziemna poligrafia nie była rozwinięta w takim stopniu, żeby to się powiodło.
Pierwsze numery "Zapisu" ukazywały się w Paryskiej Kulturze, a
krajowe wydania, to były przepisywane maszynopisy. W końcu powstała
"Nowa". "Zapis" był "zarezerwowany" dla pisarzy
objętych właśnie zapisem cenzury, a my nie mięliśmy szans zaistnieć w
oficjalnym obiegu, a "drugi" miał inne priorytety.
Dopiero po latach uda mu się zrealizować, chociaż w części te
plany. W telewizji realizuje cykl programów "Ogród sztuk". W
ostatnich latach był też wykładowcą na poznańskiej ASP.
Ostatnio spotykałem Włodka w centrum, prawdopodobnie w drodze do
szkoły, chodziliśmy na kawę do "Cafe Głos". Niezmiennie z ożywieniem
opowiadał o swoich kolejnych pomysłach medialnych i naukowych.
Włodek Filipek ciągle coś zaczynał, nie tak jakby miał jeszcze sporo
czasu na zrealizowanie swoich planów. Należał, do licznego w naszym pokoleniu,
zastępu "bezużytecznych geniuszy", ludzi z pasjami i pomysłami bez
szans na ich realizacje. Tak jak wielu spośród nas, za politykę zabrał się za
wcześnie, karierę zaczął robić za późno.
Januszu! Żegnając Włodka żałuje tych niedokończonych jego tematów i
naszych dysput, czasem sporów, o rzeczy zasadnicze i o lektury, zawsze jednak
ważnych.