z powrotem

 

Ingmar Bergman w czasie pracy nad filmem Tam, gdzie rosną poziomki, 1957 (źródło Wikipedia)

 

Andrzej Wilowski

 

"Szepty i krzyki"

 

30 lipca 2007

 

Na początku wszystkich dzienników radiowych i telewizyjnych podawano informacje o śmierci Ingmara Bergmana. Wiadomość przygnębiająca, choć niemająca znamion sensacji. Reżyser zmarł w wieku 89 lat na wyspie Faro. Redaktorzy depesz poszukiwali jakiejś informacji, która mogłaby nadać niezwykłości temu wydarzeniu. Powtarzano komentarz pewnego krytyka, który zauważył, że Bergman "wyreżyserował nawet własną śmierć"; polecił przygotować miejsce pochówku obok swojej ostatniej żony, wydał dokładne dyspozycje, co do samej uroczystości, no i oczywiście chciał być pochowany na wyspie Faro, gdzie napisał większość swoich scenariuszy, a której nie opuszczał przez ostatnie dwadzieścia lat.

 

Bergman od debiutu sprawiał krytykom kłopoty. Powielano w recenzjach banały w rodzaju; "kontynuator Strindberga", "kino magiczne", znawca kobiecej duszy", itp. Tylko nie potrafili wyjaśnić tego fenomenu, jak takie hermetyczne kino ma tak wielką publiczność? Reżyserską karierę starannie wykształcony syn pastora z bagażem purytańskiego wychowania i wieloma pytaniami rozpoczyna w wieku 36 lat w Goeteborgu. Dla Szwedów niemal do końca kariery będzie rozpoznawany przede wszystkim, jako reżyser teatralny i telewizyjny. W 1957 roku w Cannes dwie "Złote Palmy" otrzymują dwaj debiutanci; Andrzej Wajda za dramat wojenny "Kanał" i Ingmar Bergman za dramat historyczny "Siódma pieczęć". Dwa ważne filmy w dziejach kina europejskiego i zarazem odległe. Film Wajdy to tragedia współczesna, choć pokazuje losy wojenne, ale Europa żyje ciągle w cieniu wojny i nadal nie może znaleźć odpowiedzi na wiele pytań związanych z II wojną światową. Bergman będzie poszukiwał diagnozy faszyzmu później w filmie "Jajo węża". "Siódma pieczęć" nie była dramatem kostiumowym, czy historycznym, jak chcieli krytycy, ale dramatem zbudowanym wedle reguł klasycznego moralitetu, jednak z zasadniczą innowacją, nie dawała gotowych odpowiedzi i nie odwoływała się do "opatrzności", a raczej pokazywała, że "niebiosa są puste". Świadectwo kryzysu wartości chrześcijańskich, czy odwieczne pytania o kondycje losu ludzkiego.

 

Kolejny film "Tam gdzie rosną poziomki", to kameralny dramat pokazujący człowieka u kresu życia, który nie ma ochoty na robienie bilansu, tylko przyjmuje postawę aktywnego obserwatora, doświadczenie daje dystans i refleksje. W tym czasie europejska inteligencja przerabiała egzystencjalizm. Filmy Bergmana poznawałem nie zawsze w kolejności ich powstawania. Zaintrygował mnie obraz "Milczenie". Zaintrygował pod względem formalnym, ilustrował, jak można zrealizować film bez dialogu. Użyłem terminu "obraz", bowiem w istocie film jest narracją obrazkową i dowodem największego mistrzostwa jest pokazanie dramatu samymi obrazami. Przy tej okazji odkryłem, że u podstaw sztuki Bergmana leży doświadczenie dramaturgiczne i teatralne. Niezwykle chłodno krytyka przyjęła film "Persona", uznano go za niezrozumiały eksperyment. Do tego przyczyniły się też wypowiedzi samego reżysera, który indagowany o sens poszczególnych scen i przesłanie, odpowiadał, że dla niego też nie wszystko w tym obrazie jest jasne i zrozumiałe. Inaczej rzecz się będzie przedstawiać, jeśli obejrzymy go po lekturze Junga i przyjmiemy, że niektóre sceny mają wymowę symboliczną i nie koniecznie muszą być jednoznaczne, wyposażone w komentarz. Bergman zwyczajnie stawia pytania o integralność i autonomie osoby, "persony". Co nas konstytuuje, role społeczne, odbiór przez innych, kontekst norm zachowań, postrzeganie przez innych?

 

"Sceny z życia małżeńskiego" to niemal reporterski zapis historii pewnego związku. Jednak przedmiotem relacji nie są zdarzenia, lecz uczucia i emocje. Rzecz o potrzebie zrozumienia, o rutynie w związku realizowanej w seksie, zawiedzionych oczekiwaniach, o nieuświadomionych potrzebach, o rywalizacji, zahamowaniach. Po tym filmie Bergmanowi dodano etykietę "znawcy kobiecej duszy", tymczasem on sam nie deklarował się, jako znawca kobiet. Kiedyś lakonicznie skomentował to tak, że różnica między kobietami, a mężczyznami sprowadza się do wychowania; dziewczynki wychowuje się na kobiety, a chłopców na mężczyzn, a cała reszta jest tajemnicą.

 

Odkrywanie, a raczej odsłanianie tych tajemnic stało się zadaniem Bergmana reżysera i pisarza. W książce autobiograficznej "Laterna Magica" wspomina jak w dzieciństwie ciotka w ramach kary za nieposłuszeństwo, zamykała go w ciemniej spiżarni, gdzie musiał przebywać tak długo, aż nie dojrzał do skruchy za przewiny. Spodziewając się kolejnych represji, przewidująco schował w spiżarni latarkę, która miała kolorowe filtry. W ciemnościach słoje, naczynia i rozmaite tajemnicze przedmioty oświetlane kolorowymi snopami światła w wyobraźni małego chłopca jawiły się, jako demaskowane duchy i demony. W dorosłym życiu film stał się metodą "wyświetlania" demonów i tajemnic, jakie skrywamy, ale też i sposobem ich oswajania, obłaskawiania.

 

Tytuł "Szepty i krzyki" najlepiej definiuje metodę pracy Bergmana dramaturga. Nad tekstem dramatycznym, adaptacją teatralną, scenariuszem filmowym, czy słuchowiskiem radiowym, pracuje podobnie jak muzyk nad partyturą, rozpisuje poszczególne kwestie na głosy, poszukując odpowiednich barw i dynamiki dla poszczególnych wypowiedzi, od lirycznych, do drapieżnych, od szeptów, po krzyk. Właśnie obraz "Szepty i krzyki" jest najbardziej charakterystyczny dla twórczości Bergmana, znakomicie "zinstrumentowany" dramat rozgrywający się między dwiema kobietami. Nie szuka pointy, tylko pokazuje napięcia, jakie wywołują zdarzenia, nie zawsze w swej dramaturgii dla widza oczywiste.

 

Piszę o reżyserze "Szeptów i krzyków”, jako o dramaturgu, a nie filmowcu. Owszem, film był dla niego żywiołem, ale nie jedynym polem aktywności. Zresztą sam nie wyznaczał tak ścisłych granic. Po błyskotliwym debiucie filmowym nie zerwał z teatrem i nadal prowadził teatr w Goeteborgu, a później dyrektorował teatrowi w Malme. Do historii przeszły jego szekspirowskie inscenizacje. Dzięki Bergmanowi Szwedzi poznali "Iwonę księżniczkę Burgunda" Witolda Gombrowicza. Znane są też jego telewizyjne adaptacje Strindberga. Dla telewizji przygotował też inscenizacje "Czarodziejskiego fletu" W. A. Mozarta. O rozległości zainteresowań reżysera świadczą też nakręcone filmy dokumentalne, takie jak "Twarz Karen", czy historia wyspy Faro, na której mieszkał. Wśród reżyserów filmowych, a nawet teatralnych, Bergman był wyjątkiem jeszcze pod innym względem, słuchowisko radiowe traktował równoprawnie z teatrem i filmem. "Teatr radiowy" jest dziś formą niemal zapomnianą.

 

Jest jeszcze jeden powód, dla którego o Bergmanie można mówić jak o dramaturgu. Większość scenariuszy jego filmów ukazało się drukiem. Właściwie nawet więcej, bowiem przygotował do wydań książkowych również niezrealizowane scenariusze filmowe, które pozostaną jedynie w wersji "literackiej". W Polsce ukazywały się stosunkowo szybko, bo większość nie później, jak po dwóch latach od wydań szwedzkich. Reżyser dbał o to, aby trafiły do widzów w takiej postaci. Jest rzeczą oczywistą, że odbiegają one od tych, które były podstawą "filmowania". Chodzi nie tylko o to, że dbał o zgodność tekstu z ostatecznym kształtem dzieła filmowego, ale poza dialogami, cała reszta nie jest filmowa, a raczej literacka. Spisując je z ekranu, przerabiał je na klasyczne dramaty.

 

Bergman od początku swojej kariery filmowej był doceniany nie tylko przez publiczność, otrzymywał wiele nagród, ale na tą rzekomo najważniejszą w branży filmowej, Oskara musiał czekać aż do roku 1983. Obraz "Fanny i Aleksander" otrzymał aż cztery statuetki. Kadru z tego filmu użyłem w projekcie okładki do książki "Poloniści o filmie". Teraz już wiemy, że obraz "Fanny i Aleksander", zrealizowany wedle reguł klasycznej sagi rodzinnej, z zachowaniem jednak bergmanowskiej poetyki, kameralnego dramatu, stał się uwieńczeniem jego dzieła.

index.html

z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści