13 (piątek) kwietnia 2007
W
kwietniu 1967 roku na ulicach Warszawy młodzi ludzie przekazywali sobie
sensacyjną wiadomość; "Słyszałeś? "Stonsi" przyjeżdżają do
Warszawy." Natychmiast interlokutorzy zadawali dziesiątki pytań, mających
od dobrze poinformowanego, uzyskać precyzyjne informacje, co do miejsca
wydarzenia, czasu, no i oczywiście jak zdobyć bilety. Odpowiedzi padały różne,
jednak wszystkie były wiarygodne, bo nie było żadnej reklamy i informacji w
prasie. Wszyscy byli pewni swych źródeł, chociaż nikt niczego nie wiedział.
Krążyły natomiast sensacyjne plotki, w rodzaju, że wnuczki Władysława Gomułki miały namówić dziadka na tak ekstrawagancką przyjemność. Jeszcze bardziej sensacyjne plotki krążyły o nocnych ekscesach zespołu z udziałem „licznych fanek, uatrakcyjnianych narkotykami i niewiarygodnie dużych ilościach wypijanego alkoholu, ta ostatnia słabość muzyków mogła wywołać podziw u polskiej młodzieży.
Niektóre plotki powtarzane są
do dziś. W Sprzed czterdziestą rocznicą tych wydarzeń w mediach ukazały się
dziesiątki wspomnień kombatantów wspólnie przeżywanych zdarzeń. Nie jest
prawdą, że przez całą noc przed warszawskim "Orbisem" stała kolejka
po bilety na koncert i że nie było reklamy, by nie wywołać rozruchów. Koncert
zorganizowała "Pagart" i właściwie był to przypadek, dlatego nie
mogło być mowy o jakiejkolwiek przedsprzedaży biletów.
Zespół
planując europejską trasie, miał ją zakończyć w Moskwie. Wcześniej o występie w
stolicy sowieckiego imperium smażyli "Beatlesi". W ostatniej chwili
władze moskiewskie wycofały się z tego pomysłu z bliżej nieokreślonych powodów.
Prawdopodobnie do Kremla dotarły wieści o skandalach z trasy szeroko opisywane
w zachodniej prasie. Jednak nikt takiego powodu oficjalnie nie podał, więc
kiedy dyrektor Pagartu Jakubowski dowiedział się o okazji przejęcia tej imprezy
polecił skontaktować się z menadżerem zespołu. Ryzyko nie było tak wielkie, bo
skoro zespół często gości na antenach "Rozgłośni Harcerskiej" i
"Trójki", to znaczy, że Cenzura i czynnik polityczny nie będzie się
mieszać.
Kwestie
biletów postanowiono rozwiązać standardowo, z "rozdzielnika", czyli
zakłady pracy i organizacje składały zamówienia i same rozprowadzały bilety. Nie
są też prawdziwe doniesienia o nieprawdopodobnie wysokich cenach biletów,
kosztowały od 30 do 70 złotych, w zależności od miejsca. Rozprowadzono ich
około dwa tysiące. Ilość ta była związana z pojemnością "Sali
Kongresowej", ta informacja z plotek potwierdziła się.
Niektórzy z satysfakcją podkreślali, że chociaż szkoda,
że w "Kongresowej", bo nieliczni mogli wziąć udział w koncertach, ale
występ w miejscu, w którym towarzysze wygłaszali swoje drętwe mowy, musieli
odczuć boleśnie, jako profanacje świątyni komunizmu. Gomułka się zgodził, a
nieszczęśnik nie wiedział, co robił. Prawda była jednak prozaiczna, wybrano
najbardziej reprezentacyjną sale w stolicy, by pokazać gościom reprezentacyjną
stronę PRL, wcale nie gorszą, a może i lepszą od Zachodniej.
Wedle
niektórych źródeł miano nawet specjalnie na tą okazje zakupić mikrobus marki
Mercedes, żeby artystów przewieźć z lotniska do hotelu i na koncert. Faktycznie
taki mikrobus Pagart zakupił wcześniej i nie miało to żadnego związku z tą
imprezą, zwyczajnie potrzebny był niezawodny środek transportu, żeby artystów
ze stolicy wozić na różne oficjałki w terenie.
Ludzie,
którzy mieli siedzieć obok kierowcy jadącego po muzyków na stare
"Okęcie" mogliby zapełnić kilka autobusów. Przez firmę do tej misji
został oddelegowany Marek Karewicz, wyposażony w specjalne zaświadczenie
upoważniające go do kontaktów z zespołem i zobowiązujące do udzielania mu
wszelkiej pomocy władz w wypełnieniu powierzonej misji.
Marek
Karewicz był szanowanym również poza granicami Polski fotografikiem, który
dokumentował wizyty największych gwiazd, a do tego dobra znajomość
angielskiego, krótko mówiąc światowiec. Dla Polskiego Radia z całości wizyty
miał zdać relacje młody dziennikarz Tadeusz Sznuk.
Nie
obyło się bez kłopotów. Pierwotnie zespół miał przylecieć prosto z Paryża, po
koncercie 11 kwietnia. Jednak francuscy celnicy dali koncert swojej fachowości
i uparli się, że znajdą narkotyki w ich bagażach, o których nadużywaniu pisała
prasa. Spektakl trwał ponad dwie godziny, z wyciskaniem pasty do zębów tubek i
rozpruwaniem pasków od spodni. Skutkiem tego oczywiście nie zdążyli na jedyny
samolot do Warszawy i polecieli przez Wiedeń. Kiedy wylądowali w Warszawie byli
kompletnie zdezorientowani i nie bardzo wiedzieli gdzie są, tym bardziej, że polscy
celnicy podjęli zobowiązanie przed partyjnym plenum i postanowili podjąć
rywalizacje z kolegami z Francji i udowodnić, że oni znajdą, chociaż nie bardzo
wiedzieli co. Żaden z celników na oczy nie widział narkotyków.
W końcu zespół szczęśliwie trafił do hotelu. Wedle relacji ludzi z kręgów zbliżonych do, miał to być hotel "Bristol", a faktycznie był to hotel "Europejski". Nie było w hotelu ekstrawaganckiej nocnej imprezy. Jak wspomina Marek Karewicz, wymknęli się z hotelu, aby poznać "Warsaw by night", z tym, że nie wiele było do pokazania gościom, bo wszystkie lokale warszawskie po zmroku wyglądały podobnie. Nikt też nie pomyślał o zorganizowaniu konferencji prasowej, więc po śniadaniu menadżer zespołu postanowił wynająć sale w hotelu, jak wspominał Piotr Kaczkowski, musiał interweniować i przekonać recepcjonistkę, że stać ich na wynajęcie za 500 złotych za godzinę sali bankietowej. Suma abstrakcyjna dla obywatela PRL. Być może to zdarzenie stało się źródłem kolejnych plotek, odnośnie wynagrodzenia za koncerty. Pagart płacił artystom zagranicznym "złotymi dewizowymi", walutą abstrakcyjną, bo nie wymienialną w większości krajów europejskich. Zorientowani zwykle robili rozpoznanie, co ewentualnie można zakupić za takie pieniądze i ewentualnie wywieść.
W tym czasie naszą specjalnością narodową była wódka, więc opowiadano, że całe honorarium artyści zamienili na alkohol. Gdyby tak było, mieliby poważny problem z zapłaceniem cła w Anglii i musieliby do tego interesu dołożyć. Krótko mówiąc kroniki na ten temat milczą, bo żaden menadżer nie przyzna się do wpadki z wynagrodzeniem dla swoich podopiecznych.
Zwykle
przed koncertami robi się próby akustyczne. Dają one nie wiele, bo sytuacja się
zmienia, kiedy sala się zapełnia i wszystko brzmi inaczej. Zresztą w tym czasie
rockendrollowcy nie przejmowali się techniką i ewentualne próby miały charakter
symboliczny, ograniczano się do rozciągnięcia kabli i sprawdzenia sprzętu.
Wtedy jeszcze zespół nie miał własnej ekipy technicznej. Poszukiwanie gniazdka
w jednym wypadku skończyło się awarią wzmacniacza, z bliżej nieznanych przyczyn
zaczął się palić kabel.
Prawdopodobnie
nie przewidziano aparatury większej mocy na scenie. Kongresowa miała własny system
nagłośnieniowy, przeznaczony do obsługi partyjnych imprez. Trzeba przyznać, że
sami artyści byli zaskoczeni rozmiarami i charakterem sali. Dotychczas
występowali w klubach i dopiero trasa europejska pozwoliła im zmierzyć się z
dużymi salami. Dysponowali 100 watowymi wzmacniaczami, które w warunkach
polskich były szczytem "mocnego brzmienia", a w Anglii sprzętem
klubowym. Sprzęt większej mocy zwyczajnie wypożyczało się w wyspecjalizowanych
firmach. Po interwencji w Pagarcie, zorganizowano jakieś wzmacniacze, jednak
mniejszej mocy. To wszystko były problemy w skali mikro, prawdziwe gigantyczne
imprezy poznają dopiero za oceanem. Kiedy w Stanach rockmani wyszli z klubów i
zaczęli robić duże imprezy, pożyczali aparaturę od artystów country, bo ci byli
już od dawna logistycznie przygotowani na wielkie koncerty plenerowe, wozili
trackami aparaturę i własne agregaty prądowe.
Kolejnym
zaskoczeniem, choć rozruchów się nie spodziewano, dla organizatorów była
bezradność sił porządkowych, nienawykłych do pilnowania porządku przy okazji
takich zdarzeń. Kiedy tłum młodych ludzi szturmował salę Kongresową, milicja
interweniowała. W tym miejscu powstała kolejna legenda o agresji sił
porządkowych, które pacyfikowały kolorową młodzież. Młodzież nie była tak do
końca kolorowa, większość przybyła odświętnie ubrana i miała marynarki, jeansy
i kolorowe koszule, oraz długie włosy, nie były jeszcze w Polsce w kanonie
mody. Milicja zaś owszem "pałowała", ale to było wynikiem nie
kompetencji, a nie złej woli. Z tego, co można wywnioskować z raportów, wynika,
że wszystko zaczęło się od tego, jak pewien młody człowiek stracił z trudem
zdobyty bilet.
Inny
bezwzględny młodzieniec, postanowił zabrać mu go siłą. Padły razy i rozpoczęła
się szamotanina. Widzący to milicjanci ruszyli na odsiecz z pałkami, z tym, że
nie wiedzieli, kto jest agresorem, a kto odpiera atak. Szybko wywiązała się
ogólna bijatyka. Na szturm nie byli też przygotowani bileterzy z Pałacu
Kultury. Były szpalery milicjantów, prawda. W ramach interwencji potraktowano z
armatek wodnych sporą grupę, która próbowała sforsować boczne wejście, z
którego korzystali artyści i techniczni. Przed drugim koncertem ściągnięto wozy
bojowe, co było demonstracją siły, wynikającą z bezradności sił porządkowych.
Odbyły
się dwa koncerty o 198-tej i 20-tej. Oba krótkie i niemal identyczne. Trzeba
pamiętać o tym, że muzycy jeszcze byli mało doświadczeni i sporo nadrabiali
spontanicznością, ale nie ryzykowali nieuzgodnionych numerów. Koncerty musiały
być krótkie, bo menadżerowie i szefowie wytwórni stawiali ograniczenia. Kontakt
z żywym artystą miał być zachętą do nabycia płyt, więc nie wolno było grać
całego repertuaru. Nie wszystko, co nagrano w studio dawało się powtórzyć na
estradzie. Młode zespoły nie miały jeszcze tak bogatego repertuaru i w klubach,
kiedy występy trwały godzinami, nadrabiano braki repertuarowe piosenkami innych
wykonawców, zespół upodobał sobie repertuar bluesowy.
Wtoczyły
się na scenę "Chłopaki Otoczaki" i zagrali swoje sztandarowe numery:,
„Paint it black", "19-thy nervous brake down", "Lady
Jane", “Rubby thusday”, "Litle mother's helper”, „Satisfaction”. Mick
Jagger swoją ekspresją elektryzował publiczność, podobnie Keith Richards. Brian
Jones robił wrażenie nie obecnego. Bill Wyman od początku nie lubił
oślepiających świateł. Charlie Watts zupełnie nie pasował do wizerunku
rockowego perkusisty, siedział bez ruchu, tylko ręce operowały pałeczkami.
Ze
wszystkich relacji najtrudniej odtworzyć wrażenia estetyczne: "Nic nie
widziałem, bo ktoś przede mną machał marynarką.", "Pamiętam rozdartą
marynarkę. Nikt nie siedział spokojnie na miejscu.", "Niewiele
słyszałem, bo panienka obok wyła mi prosto do ucha z zachwytu."
Po
pierwszym występie, „The Rolling Stones" w Warszawie pozostały wspomnienia
i legenda. Czy odmieniło to polską młodzież? Krajowe zespoły bigbitowe grały
swoje. Polityka kulturalna nie zmieniła się, czasem uchylono okna na Zachód i
wpadał jakiś znany artysta. Z czasem jednak przestawali się pokazywać artyści
mający w repertuarze aktualne światowe przeboje, raczej, ci, którzy kończyli
kariery. Powodował to czynnik ekonomiczny, a nie polityczny.
Jakiś
ślad w świadomości młodych ludzi w Polsce po koncercie 13 kwietnia 1967
pozostał, również tych, którym nie udało się dostać do Kongresowej. Namiastką
były pocztówki dźwiękowe i radio. Ten ślad, to była namiastka wolności ukryta
„w rockandrollowej estetyce. Spontaniczność i szczerość wypowiedzi, swobodny
sposób bycia i nie uznawanie autorytetów, były tym, za czym tęsknili młodzi
ludzie w PRL.
Druga
wizyta "Rolling Stones" w 1998 roku, tym razem w Chorzowie była
zupełnie inna wielu powodów. To już była czwarta dekada w działalności zespołu.
Każda kolejna była inna. Na tym koncercie pojawiły się trzy pokolenia fanów
Jaggera i kolegów. Chociaż tradycyjnie przypomnieli kilka największych numerów,
to dla tych trzech pokoleń, to były trzy różne zespoły "The Rolling
Stones". W pierwszej dekadzie odkryli bluesa, białej młodzieży, sami
czerpiąc z tej szorstkiej muzyki spontaniczność i ekspresje. Rozwinęli się
dzięki własnym pomysłom. W latach siedemdziesiątych zatęsknili za wyrafinowanym
popem, nie mogli być jednak kontynuatorami "Beatlesów". Bogate
brzmienia i rozbudowane aranżacje, podkreślali "rhytm'n'blues'ową"
motoryką. Dorastali i uczyli się, ale spontaniczność zastępowali
wyrafinowaniem. W latach osiemdziesiątych postanowili być innowacyjni i, miała
się ona dokonać poprzez zaskoczenie. Tym razem koncerty przekształciły się w
gigantyczne spektakle.
W
kolejnej dekadzie stali się niemal klasykami, wiedzieli jednak, że ich siłą
jest energia. To nie było odkrycie, wiedzieli o tym od początku, że sporą dawkę
energii wyzwala jazz, dzięki technikom improwizacyjnym, postanowili, więc
sięgnąć po takie brzmienia, zachowując rockowy charakter muzyki. Niepowtarzalny
śpiew Jaggera po latach stracił swą ekspresje, a stał się manieryczny. Nie da
się być dwudziestolatkiem po sześćdziesiątce. Po latach "Rolling
Stonsi" przestali być rockowym ansamblem, pozostali wielką firmą, mogącą
jeszcze produkować przeboje.