Czasopismo muzyczne pod redakcją Krzysztofa
Wodniczaka
link do POWSTANIE SZTUKI – Mazowiecki Festiwal Artystów
Radom 2008
Akcja – Powstanie Sztuki (Andrzej Wilowski)
sztuka - glerie -
wystawy - wydarzenia
link do
"IMPRESJee" Gazeta Autorska
W tym roku podobno
przypada 50 lecie polskiego rocka. Właściwie rock’n’rolla. Różne fety,
jubileusze – sentymentalne wspomnienia. Jako przeciwnik imprez
okolicznościowych a szczególnie rocznic, i obchodów Dnia Kobiet (dlaczego nie
ma Dnia Mężczyzn , Dnia Dzieci, etc. jakby we wszystkie inne dni kobiet nie
należałoby uwielbiać?) nie obchodziłbym tego typu hucp, bo są one subiektywnie
umowne. Ale - jak trzeba - tak trzeba. Taka oto świecka nowa tradycja.

Pytanie
pierwsze czy rock i rock and roll nadal jeszcze istnieją? A jeżeli faktycznie
istniały to kiedy i do kiedy? Do jakiej muzyki je zaliczyć? Czy rock i
rock’n’roll to ta sama muzyka? A może wcale nie stanowią „osobnej” muzyki a
tylko są iluzją kolejnych pokoleń? Czy to style czy gatunki? Mam na myśli
oczywiście nie „wartości” a kontekst. Może rock and roll i nieco późniejszy
rock to tylko kategorie obyczajowe. Domena socjologii – nie muzykologii. A może
– zarówno rock and roll i twory późniejsze to pojęcia precyzyjnie dające się
określić i dokładnie przez znawców poszczególnych nurtów, stylów i nawet
osobnych artystów (artystycznych wysp i archipelagów)? Nie wiem. Może i tak a
może nie – paradoksalnie – bo w historii całego rocka tych paradoksów jest bez
liku. A wszystkie te pytania – jak u surrealistów mają odpowiedź twierdzącą.

Bo kiedy on się
właściwie zaczął? Czy w USA, czy w Anglii, a jak już na to odpowiemy to kiedy
właściwie w Polsce? Pytań mnóstwo i masę dyskusji przy wódce i na trzeźwo. Cokolwiek
napisze i zaznaczę twierdząco, ktoś inny może to zanegować. Potwierdza to
zresztą wypowiedź Franciszka Walickiego – tego który animował polskie imprezy
jazzowe i wczesne rock and rollowe: „Nigdy nie traktowałem muzyki rockowej
wyłącznie jako muzyki. Lubiłem rock’n’roll, podziwiałem jego dynamikę i
energię, ale był on dla mnie przede wszystkim zjawiskiem kulturowym,
społecznym, nawet politycznym: był jednym z najbardziej zagadkowych fenomenów
kulturowych XX wieku - zapisem nastrojów i oczekiwań kilku niegłupich pokoleń.
Kiedy z kilkuletnim opóźnieniem dotarł wreszcie do Polski, nie wiedzieliśmy, że
bierzemy udział w czymś, co przewracało polską scenę muzyczną do góry nogami.
Pierwszym polskim zespołem, który świadomie popularyzował rock’n’roll, była
powstała w roku 1959 na Wybrzeżu formacja RHYTHM AND BLUES, którą założyłem i
byłem jej artystycznym kierownikiem”.

Co powiedzieć tymczasem na rock’n’rollowe wyczyny Ptaszyna i
Komedy sprzed 1959 roku? A jakie jest moje rockandrollowe wspomnienie? Oto i
one. Jak T-Boone Walker nagrał na elektrycznej gitarze swoje „T-Boone Schuffle”
w 1949 roku – co dzisiaj uważam za faktyczne narodziny rock and rolla – nie
było mnie na świecie. Jak Presley, Little Richard i Bill Halley szokowali z
estrad poszedłem dopiero do podstawówki.
Pamiętam angielski
film o rock’n’rollu bodajże z Brendą Lee na który przemyciła mnie ciotka –
miłośniczka nowości ku komuny utrapieniu... Ale szczerze mówiąc załapałem się
bardziej świadomie już na kolorowe zespoły. Niebiesko i Czerwono Czarnych,
Czerwone Gitary i Polan. Czesław Niemen wtedy jeszcze lawirował pomiędzy
Latynosami a rhythm and bluesem, inne grupy miały dopiero powstać. Co
zabrzmiało dla mnie naprawdę ekspresyjnie i świeżo? Pamiętam: „Satisfaction” na
pocztówce dźwiękowej kupionej przez ojca na moje imieniny (był z tego
niewymownie dumny) i „Niedziela będzie dla nas” Niebiesko Czarnych. A także
uroda Adrianny Rusowicz. Pamiętam też singel nagrany przez N-C z piosenkami
amerykańskimi. Był tam „Respect” Arethy Franklin, „Georgia on my mind” Charlesa
i „Purple Hazy” Hendrixa śpiewana przez Kordę i grana przez Janusza
Popławskiego.

Andrzej Zaucha, Marian Pawlik, Jerzy Horwath - 1969
Do
oryginałów nie miałem dostępu, a te namiastki – to wtedy było to. Razem z
bratem i kolegami z okolicy założyliśmy kapelę i troche schizofrenicznie –
próbowaliśmy improwizować jak w jazzie tradycyjnym (miałem dostęp poprzez
konsulat amerykański do płyt Davisa i Basiego) ale zarazem w nuta w nutę
kopiowaliśmy solówki Janusza P. Oto dramat pokolenia 50! Na Presleya, Halleya,
Berry’ego się nie załapaliśmy, a do jazzu doszliśmy poprzez Niebiesko-Czarnych,
Polan, wczesnego Niemena, i wreszcie Ray Charlesa, Beatlesów, Stonesów,
Animalsów i Cream. Ale po kolei. Potem już było poważniej. Ostatnie klasy
liceum to prawie kalka z powieści Libery „Madame”. Oficjalny zespół rhytm
‘n’bluesowy w liceum nr 3 w Poznaniu razem z braćmi Wincenciakami, moim bratem
Pawłem, Maciejem Szydłowskim, potem Szymonem Rogalskim i Marcinem Januszkiewiczem.
I repertuar przedziwny. Standardy; „Dziwny jest ten świat”, „Lady Madonna”, „My
Sweet Jenny” oraz „Marsha Mood” Mayalla, nieśmiertelna „Georgia” Charlesa, ,
„Siedząc w doku nad zatoką” Reddinga, kawałki Procol Harum i „Uciekaj”
Zielińskiego, nawet – kompozycje własne. O – zapomniałbym – Próbowaliśmy nawet
„Can You See me”, „Purple Hazy” i „Hey Joe” Hendrixa – te dwie ostatnie – ku
własnemu utrudnieniu grając w F dur zamiast w E-dur. Paweł mój brat dawał sobie
dzielnie radę z solówkami a ja przeskakując z basu na gitarę rytmiczną
(dwunastostrunową – szkolną – bo własnej nie miałem) musiałem solidnie opanować
chwyty barowe aby ręka mi nie zdrętwiała.

Koncert „Dżambli” na poznańskiej Cytadeli – rok 1969
Dyrekcja szkółki
aby wykazać swą tolerancję namawiała nas aby grać nie na potańcówkach ale na
akademiach. Włosów zbyt długich nie tolerowano – ale zezwalano na peruki
(sic!). Pamiętam taki incydent – pewna dziewczyna podeszła do mnie na jakiejś
studniówce i powiedziała że publika nie życzy sobie Mayalla ani „Nie wiem sam”
Polan ani The Yarbirds – chcą Czerwonych Gitar, ewentualnie mogą być też
Skaldowie. Nie daliśmy się zniewolić, ale rozległy się gwizdy podczas
borysowsko-blekautowskiej „Studni bez wody” – jak wiemy z mayallowskim
gitarowo-basowym-czteronutowym bluesowym riffem... Estetycznie już w wieku lat
17 ewoluowałem ku trudnemu jazzowi, tak więc poprzednia – Presleyowska epoka
była dla nas „chałowata” i „prostacka”. A „Brytowie” – TO BYŁO TO.
Wyjście poza
dwunastotaktowe schematy, ballada, nieco rozbudowane harmonie. Późni Beatles, Who, Cream i Animals. Ale zarazem nieosiągalny i mityczny Mayall, Korner, oraz Clapton
i jego „I Feel Free”. A potem prenumerata JAZZU w zaprzyjaźnionym kiosku „Ruchu”
i w sklepie muzycznym cudem zdobyta płyta ORYGINAŁU bluesowego. Wydane przez
AMIGĘ – „Alabama Blues” lewicującego i przez to uznanego w Enerdowie za
postępowca J.B. Lenoira. Ten artysta zresztą za rok miał umrzeć po
powypadkowych powikłaniach i jemu to miał potem poświęcić słynną kompozycję
John Mayall "I'm Gonna Fight for You, JB". Wtedy już poznając – tak
paradoksalnie z oryginału – poprzez NRD – właściwe korzenie - stałem się
miłośnikiem bluesa i następnie czystego i progresywnego jazzu. Przeszedłem obok
Pink Floydów i punku. Nawet obok posthippisowskiego – a nie jak się sądzi
mylnie bluesowego Dżemu i Riedla. Może jeszcze zafascynowała mnie nowa fala
europejska z lat 76-80 (grupa „Popol Vuh” nagrywająca muzykę do filmów Wernera
Herzoga). Pokolenie nasze było szczególne . Z równą atencją słuchało się Ewy
Demarczyk, Ałły Pugaczowej, Anawy, Okudżawy i Bacha.
Czy to wszystko –
biorąc pod uwagę socrealistyczne uwarunkowania było autentyczne? Aby
odpowiedzieć na to posłużę się cytatem z National Geographic, który wydaje mi
się niezbyt przemyślany. To tekst Roberta Leszczyńskiego „Hip-hop po polsku”.
Cyt.: ”Wbrew obiegowym opiniom Polacy nie są bezmyślnymi naśladowcami
zachodnich stylów muzycznych. Chociaż rozmaite kalki pojawiają się niemal
natychmiast, muszą wystąpić określone uwarunkowania społeczne i ekonomiczne, by
polska publiczność je zaakceptowała. Weźmy choćby lata 70. - erę największej
świetności rocka na świecie. W gierkowskiej Polsce panował wtedy opolski i
sopocki soc-pop. Posthipisowski rock - w postaci Maanamu, Perfectu, Lady Pank,
Republiki, TSA - zaistniał tak naprawdę dopiero po Sierpniu '80, gdy pojawiły
się społeczne warunki jego masowego zrozumienia.”
Z
pozoru to brzmi prawdziwie – efektownie ale tylko z pozoru właśnie. Leszczyński
zapomniał tu o autentycznym wypadku Dżemu który był naprawdę kultowy (i jest)
na polską miarę Morrisona - Doors i Curtisa - Joy Division. Być może w
mitycznym roku 1981 coś się zmieniło – ale może nie zmieniło się nic. Śmiem
twierdzić że Lady Pank jest bardziej passe od takich Niebiesko Czarnych, Polan,
Blackoutów, Klanu, wreszcie Dżambli. Krzesimir Dębski powiedział mi i
Andrzejowi Wilowskiemu, że gdyby nie nagrania Dżambli nie zainteresowałby się
Zappą, fussion i być może nie pojawiłby się String Connection. Piotr Kałużny
nie zacząłby się interesować Coltranem, boogie-woogie, i bluesem gdyby nie
Stonesi i Beatlesi oraz ich polskie klony: Skaldowie i Czerwone Gitary. Od tych
ostatnich szybko odszedłem pomiędzy podstawówką i liceum ale ich śpiewne
kompozycje (przed Krajewskim) wraz z The Shadows i The Ventures były dla nas
nauką rockowej aranżacji. Częstokroć taką jak polskie szariki w stosunku do
dżinsów Levis. Piosenka „Nie wierzę” grupy Polanie to pierwszy szczerze
odebrany polski blues jaki usłyszałem. Ale – weźmy polskich hippie. Amerykańscy
nie pili protestacyjnie Coli a nasi puszki po niej – z trudem zdobyte –
stawiali na honorowych miejscach.
Nie da się jednak
ukryć że i ci nasi i ci z USA mieli w swym otoczeniu „przechlapane”. Cóż zrobić
– tak było. Nie mieszkaliśmy w Wielkiej Brytanii i USA. Chłonęliśmy taką muzykę
jak była pod ręką. Paradoksalnie na ten prawdziwy rock, płyty oryginalne czy te
z Elvisem, czy nieco później z Cream mogły pozwolić sobie dzieci prominentów i
esbeków. My mieliśmy do dyspozycji z trudem zdobyte – Bambino, płyty
pocztówkowe i koncerty Blackoutów, Polan, Niebiesko-Czarnych, Niemena i
Dżambli. Muzyka ta była dla nas wtedy porywająca, inspirująca i jak się to mówi
cool. Nie trwało to długo.
Śmierć boskiej
Janis, Morrisona, Hendrixa, zafascynowanie free jazzem i jazz rockiem, występy
w Polsce Gary Burtona i autentyków bluesowych z nowego Orleanu i Chicago
zmieniły moje preferencje. Ale Leszczyński nie ma racji. Zanim nastąpił ten
„gierkowski cepeliowski pop-soc” był moment szczególny. To lata 1966 – 1972.
Wtedy powstały najlepsze hity Akwareli, Niemena, Polan, Niebiesko-Czarnych,
Blackoutów, Breakoutów, Skowrońskiego, SBB i innych grup. W setkach mieszkań,
szkół, domów kultury a nawet w zwykłych stodołach wiejskich dziewczyny i
chłopaki naśladowali Arethę Franklin i Beatlesów grając muzykę Kordy,
Popławskiego, Stana Borysa i Ady Rusowicz. A potem Nalepy i „Klanu”. I dla nas
było to autentyczne, jak dla późniejszych pokoleń – tych o lat 10 – ruch
jarociński, a dla współczesnych; Peja, Liroy i Nagły Atak Spawacza...
Wracając do początku czy w ogóle o rocku można powiedzieć – a
szczególnie o polskim że był niezależny – NIE WIEM. Nie wiem zresztą czy
rock’n’roll był niezależny w samej Ameryce i czy polski punk był naprawdę czymś
alternatywnym. To temat na osobne rozważania. Można tylko skonstatować iż
obecne gwiazdy rapu reklamują Mercedesa i koniak Hennesy. A ich muzyka i teksty
to maszynka do zarabiania pieniędzy – nie „krzyk pokolenia”. Tymczasem polski
rock był od 1959 roku aż do 1989 czymś co można nazwać po latach: „nieskrywanym
marzeniem”.
Jacek Kasprzycki
Felieton osobisty „Muzyka nie łagodzi obyczajów”
Młodzi pamiętają i Kaczmarskiego też
śpiewają
MITAM, amerykańska „muza” i wiecznie żywy Presley
KONCERTY – 14, 15, 16,
17 SIERPNIA 2008
KONCERT PRESLEYOWSKI W KOŁOBRZEGU -
PLAKAT
DZIEŃ DLA ELVISA W
POZNANIU - PLAKAT
ERIC BELL W POLSCE - KONCERTY -
PLAKAT
ROCK JEST JEDEN -
OSTRÓW WIELKOPOLSKI - PLAKAT
Presley na nowo
inspirujący – wywiad z Krzysztofem Wodniczakiem
MITAM - nowa inicjatywa Krzysztofa Wodniczaka i Andrzeja Mitana
Stefania Golenia
rozmawia z Krzysztofem Wodniczakiem
Standaryzacja po polsku
– Andrzej Wilowski
Andrzej Mitan
rozmawia z Andrzejem Mitanem
Rozmowa o biznesie
muzycznym i o projekcie MITAM
Ambasador Delty i
Chicago w Poznaniu
Bluesman absolutnie
(o
Tadeuszu Nalepie)
Doc Hook – rzecz o Johnym Lee
Hookerze
Dziwny jest ten świat
nadal aktualne
Informacja o koncercie
Scorpions
O słowie w rocku i nie
tylko...
Piotr Kałużny –
Impresje Wielkopostne
Piotr Kałużny, Tomasz
Jaśkiewicz i Jan „Izba” Izbiński w „Pod Pretekstem” W Poznaniu
Po prostu poeta (rzecz o Marku
Grechucie)
Polish Jazz - Kanon lektur muzycznych
Procedury twórcze, a odtwórcze
Scorpions zapraszają na
koncert
http://impresjeee.blox.pl/html