powrót do spisu treści

 

Jacek Kasprzycki

 

Pejzaż totalny

 

Jestem pod wrażeniem niezwykłej wystawy malarstwa Sylwestra Łachacza. Koncepcja obrazowania, tego - można z cała pewnością powiedzieć - rasowego malarza, nie mieści się w głównym nurcie historycznym malarstwa polskiego, kipiącego metaforami i symbolizmem (nawet kiedy ktoś się temu jawnie się przeciwstawia), ani malarstwa które dominuje w Europie w ostatnich latach. Istotą jego nie jest pomysł a pejzaż. Rozumiany jak u Marka Rothko, Franza Kline, czy innych podobnie myślących o przestrzeni artystów amerykańskich. W Polsce podobnie tworzył pejzaże Edmund Łubowski. W przeciwieństwie do standardowo wyciszonych polskich pejzażystów u Łachacza dominuje rozmach, przestrzeń i poczucie swobody. Pojedynczy obraz funkcjonując samoistnie - jest zarazem fragmentem wielkiej struktury, na którą składa się wystawa, cały dorobek Sylwestra Łachacza i pejzaż w ogóle...To się czuje.

 

Każde płótno to również zatrzymany w ruchu fragment ogromnej panoramy przesuwającej się przed naszymi oczyma. Panoramy świadomie rozmytej(i to jest jak gdyby jej istotą), a zarazem konkretnie ukazującej przedmiot, jego odbicie w wodzie, perspektywę powietrzną i linię horyzontu. To idealne połączenie abstrakcji z realizmem - o czym marzy niejeden artysta. Czuć przy tym wielką tradycję sztuki pejzażowej; zarówno angielskiej (John Constable, Wiliam Turner), amerykańskiej (James Whistler), francuskiej (Alfred Sisley, Eugène Boudin, Claude Monet, Edouard Manet ), rosyjskiej (Iwan Szyszkin), wreszcie polskiej (Józef Pankiewicz, Julian Fałat). W tym wszystkim obrazy Sylwestra Łachacza są „ładne” i „estetyczne” w potocznym i pozytywnym znaczeniu tych słów. Nie jest to estetyka w rozumieniu konfekcji malarskiej - czyli tego co zalega w niezliczonej ilości małych komercyjnych galerii. Nie widać tu mozołu związanego ze zmaganiem się z niewdzięczną materią farb

i przesadnego dbania o cyzelowany szczegół, charakterystycznego dla „zawodowych amatorów” czy też „amatorskich zawodowców” pragnących na silę przypodobać się publiczności. Zadziwia też rozmach charakterystyczny dla malarstwa amerykańskiego, mimo tego że Sylwek Łachacz jest stuprocentowym Europejczykiem.

 

Obrazy nie posiadają tytułów, malowane są w różnych tonacjach i odcieniach barwnych - praktycznie - całego widma, choć przeważają te które kojarzą się z wodą i wielką niezmierzona przestrzenią – z reguły „zimne”. Tak w 2000 roku napisałem o akrylowych obrazach Sylwestra: „Cały czas ma się wrażenie przebywania z ujmującym człowiekiem, dowcipnie, a zarazem mądrze opowiadającym historię swego życia, siedzącym na werandzie harmonijnie zbudowanego domu, skąpanego w promieniach zachodzącego słońca, latem, nad brzegiem wielkiego, spokojnego jeziora”. I te konotacje związane z morzem, niezmierzonym jeziorem, przyjazną człowiekowi pustynią, dominują w omawianym malarstwie. To jezioro, które objawia się w naszych snach. Jest archetypem jeziora, jego znakiem i jego symbolem. Będąc „malarską abstrakcją” (pisze to w cudzysłowie bo abstrakcja w pojęciu matematycznym w sztuce nie istnieje naprawdę; można jedynie mówić o sztuce - umownie ją nazywając - nieprzedstawiającej) jest też konkretem. Pejzaże na płótnach są „kosmiczne”, ale bardzo nam bliskie. Istnieją na Ziemi, ale mogłyby też istnieć na innych planetach, pod warunkiem że te byłyby przyjazne człowiekowi. Pojawiają się w nim również strugi deszczu i zarysy drzew, trochę jak we wczesnych pracach Leona Tarasewicza (ale bez jego nieprzejednanej „żelaznej” konsekwencji). Prace zestawione pozornie przypadkowo obok siebie - bez względu na format i wielkość - a taka jest idea wystawy - stanowią konsekwentną i spójną kompozycję. Absolutnie nie ma się uczucia klaustrofobii towarzyszącej mi w Zachęcie przy percepcji retrospektywnej wystawy Nowosielskiego.

 

Wszystkie obrazy stwarzają wrażenie jednej wielkiej realizacji – struktury składającej się z wielu autonomicznych elementów. Podobne wrażenie miałem na „Przemianach” Picassa w Warszawskim Muzeum Narodowym. Nie ma porządku opartego na chronologii, lecz mimo tego jest ona w ekspozycji czytelna. Czuje się rozwój tego malarstwa w czasie. Bardzo piękne są ogromne formaty. Np.: niebieski obraz z białymi plamami, gdzie we fragmentach zagnieździły się pola fioletu, czy ten - gdzie ostre zestawienia czystych; zieleni i czerwieni nie budzi natychmiastowego oporu swą zdawałoby się - surowością. Nie ma żadnego obrazu niedopracowanego kolorystycznie. Artysta świetnie czuje barwę. Jest kolorystą będąc zarazem abstrakcjonistą i realistą. Jego obrazy nie mają też typowych formatów w proporcjach 1 do 1,33, ale są zbudowane na wielokrotnościach złotego podziału. Nie ma wcale prac pionowych za to przeważają proporcje panoramy. Prace są z reguły nieoprawione. Jednakże nieliczne, na przykład srebrne ramy, nadają niektórym sporo wdzięku. Dominują totalnie podziały płaszczyzn; pionowe i poziome, ale i tu Sylwester Łachacz stosuje wyjątki od reguły.

 

Na kilku płótnach pojawia się motyw trójkąta, symboliczna ikona oka i obraz kwadratu w kwadracie. Ekspozycja w Sali Marmurowej Centrum Kultury Zamek w Poznaniu obejmuje przeszło 100 obrazów widocznych na ścianach. Nie sposób ich zresztą dokładnie policzyć, gdyż stoją one obok siebie luzem, niektóre są do połowy zapakowane w kartonach. Być może w sali  było ich nawet 3 razy więcej i to się czuło. Artysta cały czas obecny był podczas ekspozycji, rozmawiał z widzami udzielał wyjaśnień, pełnił rolę mistrza ceremonii. Siłą polskiego malarstwa jest operowanie symbolem, metaforą, czasami alegorią. Nie stara się być iluzjonistyczne i stroni od metafizyki w stylu japońskim czy sztuki wyrosłej z purytanizmu. Łachacz przeciwstawia się tej tradycji. Wie też, kiedy „skończyć” malowanie obrazu, a to wielka sztuka, trudno dostępna nawet wielu znanym twórcom, a szczególnie – cenionym przez piszącego te słowa, reprezentantom nowego polskiego malarstwa. Wolność, umiłowanie przestrzeni, niewiara

w konwencje, dążenie do kontemplacji to cechy immanentne sztuki Sylwestra Łachacza.

 

mailto:jacek_kasprzycki@interia.pl

powrót do spisu treści