Andrzej Wilowski z powrotem
Opozycja (część pierwsza)
Rzecz nie będzie o tym, "jak się powielacz hartował".
Nie będzie też raportu z tropienia konfidentów. Nawet nie spodziewajcie się
"kroniki represji". Zdaje sobie sprawę z tego, że to ostatnio
ulubione zajęcia mediów. Być może, że ustalenie tych faktów będzie konieczne
dla historyków, dla odmalowania we właściwym kształcie i proporcjach fresku
portretującego opozycje. W praktyce publicystycznej, ograniczanie się tylko do
tych trzech zagadnień sprawia, że obraz opozycji staje się dwuwymiarowy.
Nie jest rzeczą łatwą zdefiniowanie "opozycji",
zwłaszcza lat siedemdziesiątych. Wtedy działalność społeczna wynikająca z
niezgody na zastany porządek, nabrała zupełnie innego sensu. Przez cały okres
powojenny, wszelkie wystąpienia przeciw władzy komunistycznej miały charakter
protestu. Dziś mówi się o poznańskim czerwcu 1956 roku, jako o
"powstaniu". Jestem przekonany, że uczestnicy tych wydarzeń nie mieli
pomysłu na "insurekcję", był to co najwyżej protest, w dodatku
tragiczny w skutkach. Jeśli ktoś myślał o jakimkolwiek proteście, społecznym,
musiał brać pod uwagę to, aby taki scenariusz się nie powtórzył. Władze nie miały
tej świadomości, że działalność opozycji lat siedemdziesiątych, przez próbę
zorganizowania społeczeństwa w konstruktywnym oporze, chroniła je przed
konfrontacją z nękanym społeczeństwie. Słynne hasło Jacka Kuronia "Zamiast
palić komitety, zakładajcie własne."
Zarzuci mi ktoś, że zupełnie nie rozumiem pojęcia
"opozycji". Owszem, ruchy społeczne lat siedemdziesiątych trudno
zdefiniować jako opozycje. Zachodnia prasa używała terminu "demokratyczna
opozycja", ale czy jest opozycja nie demokratyczna? Istnienie opozycji
wszak jest cechą immanentną demokracji, gwarancją wolności. O jakiej opozycji
można mówić, wobec dyktatury posiadającej nie podzielną władze. Wszelka
aktywność nie zgodna z oczekiwaniami władzy, definiowana była jako wroga.
Państwo tolerowało istnienie kościoła, ale od obywateli wymagało deklarowania
ateizmu. Przypomnę, że ateizm zakłada aktywną postawę negującą istnienie
"boskiej rzeczywistości", a w konsekwencji zwalczania kościoła, który
pośredniczy w kontakcie wierzących z tą rzeczywistością. Państwo deklarowało
własność społeczną, w sytuacji, kiedy obywatele nic nie posiadali, z wyjątkiem
tego, na posiadanie, czego państwo łaskawie im pozwoliło. Dotyczyło to nie
tylko dóbr materialnych, ale i poglądów.
W takich realiach nie mogło być mowy o opozycji, bo nie było
"oponenta", tylko "przeciwnik". Ten termin warto
zapamiętać, bowiem w założeniu działalności społecznej nigdy nie traktowaliśmy
wszechwładnej PZPR, jako wroga w sensie militarnym, a jedynie jako
"przeciwnika" naszych działań, który będzie robił wszystko, aby nam
ją utrudnić, lub uniemożliwić. Pozostaje, więc termin "zastępczy"
"opozycja demokratyczna". Nim przyjdzie pora na skonstruowanie
alternatywnego, czyli opozycyjnego programu politycznego, najpierw
społeczeństwo musi się zorganizować w struktury nie zależne od państwa. W tej
dziedzinie Polacy mają spore doświadczenie historyczne.
Wynalazek KORu polegał na stworzeniu jawnie działającego
komitetu. Udzielanie pomocy represjonowanym robotnikom Ursusa i Radomia nie
miałoby żadnych szans w warunkach konspiracyjnych. Sami działacze komitetu nie
uniknęli represji, ale jawność sprawiała, że byli widoczni i policja polityczna
SB nie mogła jawnie poddawać ich represją, co najwyżej robiła to z ukrycia.
Jawne działanie komitetu miało jeszcze jedną zaletę, zyskiwało zaufanie
społeczne. Konspiracja była konieczna ze względów technicznych. Dotyczyła
druku, kolportażu, zbierania funduszy na pomoc i działalność.
W stanie wojennym sytuacja radykalnie się zmieniła, zapanowały
inne wojskowe porządki i obowiązywały "wojenne reguły gry", więc
wszelka działalność musiała przejść do "podziemia". Tej zasadniczej
różnicy jakościowej nie mogą zrozumieć nie tylko publicyści, ale również, ci,
którzy działalność opozycyjną rozpoczęli w okresie stanu wojennego. Nam nie
spędzały snu z oczu donosy TW, kto, z kim się spotyka i jakie ma poglądy.
Dbaliśmy jedynie o bezpieczeństwo punktów kolportażu, druku, przewozu
"bibuły".
Pamiętam osłupienie funkcjonariusza SB, który orzekł;
"Jesteście nie legalni!", A w odpowiedzi od Jacka Kubiaka usłyszał;
"To wy jesteście nie legalni." Riposta swą trafnością zaskoczyła
oficera, wszak władza oficjalnie deklarowała pełne panowanie nad sytuacją i w
tym sensie SB miała działać "konspiracyjnie", nie dawać dowodów
słabości władzy, zapobiegać wszelkiej nieprawomyślnej aktywności.
Prawdopodobnie Orwellowska "Policja myśli" była
marzeniem partyjnych ideologów, ale licencji na to nie dało się kupić nawet na
Zachodzie. Edward Gierek udając "komunistycznego liberała" zyskał
pewien kredyt zaufania na Zachodzie, który wkrótce miał się przekładać na
kredyty bankowe. Nie mógł sobie pozwolić na ryzyko tolerowania jawnie
zdeklarowanych oponentów, ale jeszcze większym ryzykiem było prowadzenie represji
na dużą skale, bo to dowodziłoby, że nie panuje nad sytuacją i reaguje nerwowo.
Działalności SB nie udało się utrzymać w konspiracji. A ogóle
wyszło jak zwykle. Skoro mowa o pierwszym sekretarzu lat siedemdziesiątych,
kostium światowca, roztropnego przywódcy komunistycznego, zawdzięczał swoim
cechom charakteru; hedonizmowi i lenistwu. Lubił luksusy, czemu zawdzięczał
dobrą prezencje. Był zbyt leniwy, żeby zagłębiać się w rozgrywki toczące się na
szczytach władzy i orientować w stanie państwa, ograniczał się do gospodarskich
wizyt i wydawania zarządzeń. Nigdy nie sprawdzał do końca ich realizacji. W tej
sytuacji od policji politycznej wymagał jedynie skuteczności, nie wnikając w
przyczyny narastającego oporu społecznego, wszak na wiecach krzyczano "Pomożecie?"
"Pomożemy!" Dysydenci partyjni sami tworzyli legendę alienacji
dobrego przywódcy, światłego i zdolnego, otoczonego przez marnych wykonawców.
Wierzyli w możliwość reform w ramach socjalizmu. Opozycja tą wiarę utraciła, o
ile w ogóle miała, co tracić, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzył w tą
ideologie. Mieliśmy, więc "nie legalne poglądy". Problemy były dwa;
Perspektywa czasowa zmian i mechanika przemian.
Uczyliśmy się historii, poznając mechanikę dziejów i
przyswajając sobie kanon "zrywów narodowych". Komunistyczny system
edukacji dozwalał na naukę patriotyzmu, przyjmując całkowicie nie praktyczny
wymiar tej wiedzy. Jedyną nauką z poznawania przebiegu powstań narodowych było
wpajanie, że wszelkie tego rodzaju przedsięwzięcia niechybnie kończą się
klęską. W końcu nabraliśmy przekonania, że perspektywa odzyskania suwerenności
jest równie odległa, jak dla powstańców listopadowych. W dodatku PRL zachowywał
wszelkie pozory wolnego kraju. Mieliśmy dyktaturę rodzimą, choć zależną od
Moskwy. Do dziś generał Jaruzelski, jako alibi dla wprowadzenia dyktatury
wojskowej, używa rzekomego zagrożenia moskiewskiego. Rzecz tylko w tym, że to
zagrożenie było dla władzy, która obawiała się moskiewskich represji w sytuacji
utraty kontroli nad państwem. Wywołano, więc wojnę, nie licząc się z kosztami,
w imię obrony "status quo", własnych stanowisk i władzy w partii.
Poznanie mechaniki przemian społecznych, oparte było na prostej
dialektyce. To dialektyka wykładanej ekonomi politycznej socjalizmu
doprowadziła do wyprowadzenia prostego wniosku, skoro komunizm doprowadził do
destrukcji gospodarczej, to alternatywą prowadzącą do jej odbudowy będzie
kapitalizm. Problem tylko w tym, że nie ma możliwości przywrócenia dawnego
porządku ekonomicznego bez jeszcze większej destrukcji, bowiem nie było
ciągłości. W latach dziewięćdziesiątych liberałowie twierdzili, że "stan
zerowy" jest dobrym punktem wyjścia, bo pozwoli uniknąć błędów, które
popełnił Zachód.
Czego nauczyła nas historia? Niczego. Nic w historii się nie
powtarza w odniesieniu do przyszłości jest nauką kompletnie bezużyteczną.
Wolność nadeszła w krótszej perspektywie, niż mogliśmy przypuszczać. Zawiodły
wszelkie teorie i okazaliśmy się kompletnie nieprzygotowani do budowy
społeczeństwa obywatelskiego. Malkontenci i demagodzy zapominają, że
osiemnaście lat to bardzo mało i dopiero tworzą się nowe struktury. Całe
szczęście, że na żywioł społeczny wszelkie teorie mają wpływ nie wielki.
Opozycja lat siedemdziesiątych nie zakładała, że będzie miała wielki wpływ na
społeczną aktywność. Społeczeństwo miało program na przetrwanie. Opozycja
pokazała jak można działać i organizować się we wspólnych przedsięwzięciach.
Dziś niektórzy historycy i politycy zastanawiają się, dlaczego
opozycja nie przerodziła się w ruch masowy, dlaczego tak nie wielu ludzi było
aktywnych w podziemiu w okresie stanu wojennego, dlaczego obumarł ruch
"Solidarności"? Odpowiedź jest bardzo prosta, skoro zakładano
przemiany "ewolucyjne", obliczone na lata oporu, praktycznie nie
realne było przejście całego społeczeństwa do "konspiracji", czy
"podziemia". "Solidarność" mogła być ruchem masowym, bo
rządziła się prawami karnawału, była ruchem społecznym, który miał zaspokoić
wszelkie niedostatki od gospodarczych, po wolność polityczną. Z jednej strony
21 postulatów miało zmusić władze do praktycznej realizacji
"socjalizmu", a drugiej zmusić państwo do wycofania się z życia
obywateli, rezygnacji ze wszelkich form przymusu.
Część lewicowo nastawionej inteligencji przedwojennej, gotowa
była aprobować nowy ustrój, przyjmując do wiadomości, że z jednej strony
sowiecki protektorat, a z drugiej opór części społeczeństwa przedkładającej
ponad wszystko suwerenność Polski nie będzie popierać nowych porządków. Z
czasem przekonywała się, że fundamentami realnego socjalizmu są kłamstwo i
terror policyjny. W kręgach prominentów partyjnych trwała nieustanna walka o
wpływy i władzę. Cenzura zapewniała poczucie bezkarności, ponieważ
społeczeństwo było odcięte od informacji, zarówno o tym, co się dzieje w
kręgach władzy, jak i o faktycznym stanie gospodarki. Kryzys władzy ujawnił się
w marcu 1968. Inteligencja pro partyjna uznała, że kontestacja może być metodą
odnowy moralnej władzy. Tymczasem frakcja w PZPR nie chętna Gomułce,
postanowiła skorzystać z okazji i pozbyć się anachronicznego przywódcy,
stawiając na propagandę patriotyczną.
Wydawało się, że antysemityzm będzie jej najatrakcyjniejszym
elementem; "wiadomo, spisek syjonistów jest źródłem kryzysu". Jedynym
skutkiem marca była utrata złudzeń. Kryzys gospodarczy wprowadził do polityki
Edwarda Gierka. Zdawało się, że masakra gdańska z grudnia 1970 jest ostatnim
krwawym świadectwem władzy komunistycznej w wydaniu autorytarnym. Gierek miał
być przywódcą nowego typu, inteligentny pragmatyk o emploi europejskiego
przywódcy. Kilka zręcznych zabiegów socjotechnicznych miało mu zapewnić
akceptacje jego rządów, słynne "Pomożecie?" Rzucane z trybuny na
masówkach. Dał się na to nabrać aktyw partyjny tym bardziej, że nowy wódz
stawiał na "młodych pragmatyków", (czytaj, nie ideowców, tylko
bezwzględnych karierowiczu, zawodowych cyników). Minęło pięć lat i okazało się,
że to "podtrzymywanie radosnych pozorów trwania pochodu".
Wszystko zaczęło się od "Listu otwartego" Jacka
Kuronia i Karola Modzelewskiego z połowy lat sześćdziesiątych. Wystąpili w nim
z jawną krytyką polityki PZPR, nie kwestionując jednak socjalizmu, jako
formacji ustrojowej. Tym sposobem stali się pierwszymi "partyjnymi
dysydentami". Autorytarny styl władzy zmuszał Gomułkę do jedynej możliwej
reakcji, zamknięcia "dysydentów" w więzieniu. W Rosji Sowieckiej
dysydentów kierowano do szpitali psychiatrycznych, lub obozów karnych. W tym
kontekście partyjni prominenci zamykanie w więzieniach oponentów traktowali,
jako przejaw "dobroduszności władzy", bowiem partia nie tolerowała
krytykanctwa na wyboistej drodze od socjalizmu do komunizmu.
Rzeczywistość była oporna wobec ideologii i nastręczała
dostatecznie dużo problemów, żeby jeszcze tolerować krytykę. Jednak rozbieżność
praktyki z teorią wywoływała w "masach partyjnych" swoisty dysonans
poznawczy. Wątpliwości zmuszały do refleksji, a w konsekwencji do zrewidowania
postaw. Większość wybrała "oportunizm" w imię "małej
stabilizacji", jakoś się urządzić, skoro nie wiele da się zmienić.
Nieliczni zrozumieli, że PZPR jest organizacją przestępczą i nie chcieli być
wspólnikami w tym procederze. Do tego stanu świadomości prominentni intelektualiści
dojrzeją w następnych dekadach. A na ujawnienie tych postaw niektórzy czekali
aż do połowy lat osiemdziesiątych.
Powołanie Komitetu obrony Robotników wymagało od Jacka Kuronia
poruszenia sumień partyjnych dysydentów i ludzi, którzy chociaż nie byli w
partii, to cieszyli się autorytetem u władz. Rekonstrukcja tych rokowań byłaby
dla historyka fascynującym zajęciem, pozwoleń sobie oddać im to pole. Komitet
poza wydawaniem komunikatów i oświadczeń, musiał się zająć udzielaniem pomocy
represjonowanym robotnikom Ursusa i Radomia, z tego powodu uzupełnili go młodzi
ludzie.
Wolontariusze wspierający KOR rekrutowali się głównie spośród
studentów, przed represjami nie mogły ich chronić publiczne kariery i partyjne
pozycje. Skuteczność działania zmuszała współpracowników KOR-u do działania w
konspiracji. Chociaż pomoc represjonowanym robotnikom była skuteczna i zmusiła
władze do ustępstw, to niewątpliwy sukces tej strategii był dopiero początkiem
walki o suwerenność. KOR zmienił formułek działania i nazwa komitetu została
rozszerzona do KSS "KOR", czyli; Komitet Samoobrony Społecznej
"KOR". Jeszcze było za wcześnie, aby myśleć o programie odbudowy
społeczeństwa obywatelskiego, najpierw należało wyzwolić energie oporu.
Momentem przełomowym był maj 1977, kiedy krakowska bezpieka
bestialsko zamordowała studenta polonistyki UJ, Stanisława Pyjasa. Chociaż
historycy twierdzą, że był to "wypadek przy pracy" i mord nie był
planowany, twierdze, że musiało dojść wcześniej, czy później do zbrodni na tą
skalę, bowiem była ona konsekwencją partyjnej dyrektywy dla SB. Brzmiała ona
następująco; działać nie jawnie i skutecznie, wszelkie metody dozwolone.
Działanie Służby Bezpieczeństwa w poczuciu bezkarności i poza kontrolą, musiało
doprowadzić do niepożądanych efektów przez władze. Było to nawet przedmiotem
krytyki części działaczy partyjnych, którzy uważali, że działalność SB nie
pozostawia złudzeń, co do roli samej partii. Skutkiem wydarzeń krakowskich było
powołanie jesienią w większości miast akademickich Studenckich Komitetów
Solidarności.
Sygnatariusze SKS - ów nie byli już dysydentami, rozczarowanymi
"systemem", wraz z KSS "KOR" rozpoczęli budowę jawnej
opozycji demokratycznej wobec PRL. W tym miejscu ktoś zauważy, że pomijam inne
ruchy, na przykład "Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela". Pomysłów
na działalność społeczną a nawet polityczną było więcej, oprócz ROPCiO,
"ruch Młodej Polski, formacja ideowo katolicka. Leszek Moczulski później
powoła partie pod nazwą "Konfederacja Polski Niepodległej". Jan Józef
Lipski zamierzał reaktywować PPS, który miał po wojnie swoją kontynuacje na
emigracji. Różnice światopoglądowe, oraz w pomysłach na formy działalności
politycznej, nie stanowiły przeszkody we współdziałaniu. Dla nas to były
pierwsze ćwiczenia praktyczne z pluralizmu. Podziały i antagonizmy przyjdą
później.
Z biegiem lat utrwala się wrażenie, że opozycja lat
siedemdziesiątych działała na zasadach "pospolitego ruszenia", bez programu.
Mój wybór, działalności opozycyjnej, był natury "estetycznej". W
połowie lat siedemdziesiątych wpadł mi w ręce tomik Zbigniewa Herberta, z
którego "Przesłanie Pana Cogito" stało się mottem mojej dalszej
aktywności.; Niezgoda na zastany porządek rzeczy i wierność zasadom. Z czasem
przyszła refleksja programowa. Wrażenie bezprogramowości wywołuje ogromna ilość
publikacji, różnej rangi i kalibru, od artykułów prasowych, po publikacje
książkowe historyków, pokazujące obraz czarno-biały, jak na starych
fotografiach, opozycji sprzed trzydziestu lat, ograniczający się do
fotograficznego oddania zdarzeń, postrzeganych poprzez archiwa i wspomnienia.
Nikt nie zajmuje się rekonstrukcją stanu świadomości naszego pokolenia.
Działalność opozycyjna dawała poczucie wolności, ale i izolacji.
Socjalizm w wydaniu PRL, zakładał "przymus z wyboru".
Państwo zapewniało każdemu pracę, ale też nakładało jej obowiązek. Każdy miał
bierne i czynne prawo wyborcze, z tym, że z pierwszego mógł korzystać za
przyzwoleniem PZPR, a z drugiego nie mógł zrezygnować. Wolność gospodarcza
ograniczała się do prawa do majątku osobistego, ale państwo decydowało, jak
wiele dóbr obywatele mogą gromadzić. Odrzucanie "nakazów" i
"zakazów", poszerzało granice naszej wolności. Pierwszym takim aktem
było podpisanie w 1975 roku apelu wzywającego do bojkotu wyborów. Protesty
przeciw zmianom w konstytucji, zwłaszcza serwilistycznego zapisu o przywiązaniu
do Związku Radzieckiego. W 1977 roku skierowaliśmy do władz list protestacyjny
z powodu usunięcia z uczelni Stanisława Barańczaka. Pozbawienie Barańczaka
posady na uczelni było ze strony władz aktem odwetu za jego zaangażowanie w
KOR-ze. Powyżej podałem kilka przykładów programu "negatywnego",
polegającego na mówieniu władzy "nie", a jaki był program "pozytywny"?
Zasadniczą trudnością w konstruowaniu programu "pozytywnego" była
niejasność perspektywy, na jaką ma być obliczony. Nikt z nas nie wiedział,
kiedy "komuna" upadnie i pojawią się możliwości budowy społeczeństwa
demokratycznego.
W tych warunkach można było jedynie być sobą i nie przyjmować do
wiadomości, że istnieje cenzura, oraz monopol światopoglądowy. Zasadnicza
działalność sprowadzała się do wydawania bez cenzury i to nie tylko literatury
politycznej, historycznej, ale i poezji. W pewnym momencie pojawiła się
możliwość organizowania wykładów w ramach TKN, czyli "Towarzystwa Kursów
Naukowych". Przełomowym momentem, a nawet można powiedzieć, szokiem było w
1978 roku ujawnienie przez Strzyżewskiego dokumentów "Głównego Urzędu Kontroli
Publikacji Prasy i Widowisk", czyli cenzury. Mieliśmy świadomość istnienia
cenzury prewencyjnej, ale zakres i rodzaj ingerencji cenzorskich pokazywały
potęgę narzędzia w rękach władzy, jakim jest kłamstwo.
Kiedy przestało nas satysfakcjonować czytanie nieocenzurowanej
literatury i uczęszczanie na alternatywne wykłady, postanowiliśmy wystąpić z
memoriałem programowym. Rok akademicki 1979 rozpoczęliśmy od ogłoszenia
dokumentu pod tytułem "Przyczynek do dyskusji o stanie środowiska
akademickiego". Ku naszemu zdumieniu, dyskusji nie było. Wśród studentów i
młodszej kadry memoriał spotkał się ze zrozumieniem, natomiast zdecydowanie źle
został przyjęty przez grono profesorskie. Wszyscy zgadzali się z tym, że władze
nadmiernie ingerują w życie akademickiej dostrzegali potrzebę zmian w
programach nauczania, nadmiernie obciążonych ideologią, ale postulat pluralizmu
organizacji studenckich, oraz szerszy udział przedstawicieli we władzach
uczelni z poprzez samorządy i reprezentantów środowiska w senacie, odebrano
jako zamach na profesorski autorytet. Przyznaje, że postulaty te okazały się
przedwczesne, nawet środowisko akademickie nie dojrzało jeszcze do demokracji.
Profesorowie oczekiwali klimatów dla spokojnej dydaktyki, a nie twórczego
fermentu. Sytuacja ta zmieni się po sierpniu 1980 roku.
W połowie lat siedemdziesiątych, jak młodzi ludzie na całym
świecie słuchaliśmy rocka i z uwagą śledziliśmy wszelkie doniesienia o ruchu
kontestatorskim i hipisowskim. Nowości muzyczne docierały do polskiej młodzieży
niemal w tym samym czasie, co do rówieśników na Zachodzie, głównie dzięki
programom radiowym, zwłaszcza "Trójki". Władze tolerowały grupkę
młodych prezenterów, odnosząc z tego procederu propagandowe korzyści. Można
było w ten sposób utrzymywać mit tolerancji i otwartej polityki kulturalnej.
Ryzyko było nie wielkie, mało, kto rozumiał teksty buntowniczych pieśni, a
jeśli nawet, to bunt ten był skierowany przeciwko politykom i społeczeństwom
zachodu. Ryzyko infekcji zarazą hipisowską było nie wielkie. Społeczeństwo
przywykłe do szarzyzny i w gruncie rzeczy katolickie, nie tolerowało
odmienności i w tym sensie sprzyjało władzy. Znacznie gorzej było z dostępem do
zachodniej prasy, literatury i filmu. Wypada też obalić mit o
"misjonarskiej działalności" amerykańskich placówek konsularnych. Na
przykład w Poznaniu, konsulat prowadził bibliotekę, ale jej zbiory były
dostępne dla studentów anglistyki, pracowników wyższych uczelni i prominentów
świata kultury i mediów.
Czy Zachodnie ruchy młodzieżowe były dla nas inspirujące?
Bynajmniej, jedynie w swej zewnętrzności, nosiliśmy długie włosy i jeansy, bo
to dawało namiastkę swobody, ale chodziło nam o coś zupełnie innego.
Przyjeżdżały do Polski grupy studentów, rozpalone lewicową ideologią, o
niekiedy trockistowskim zabarwieniu, chociaż prawdopodobnie nie zdawali sobie
sprawy z istoty tego ruchu. Przyjeżdżali zobaczyć socjalizm z bliska i
wyjeżdżali z dysonansem poznawczym, bowiem praktyka przedstawiała się
tragicznie. Pamiętam wizytek takiej grupy z Holandii, która na uczelni mogła
czuć się swobodnie, ale po zajęciach, poznali jak działa państwo policyjne. Nie
dotarłem na jedno ze spotkań, prewencyjnie aresztowany. Studencka opozycja
rekrutowała się z różnych środowisk. W Krakowie były to kręgi duszpasterstwa
akademickiego, prowadzonego przez Dominikanów. W Warszawie, większość
młodzieżowej opozycji, to absolwenci liceum imienia Rejtana, oraz działacze
harcerskiej "Jedynki".
W Poznaniu większość sygnatariuszy wcześniej była związana z
studenckim "Teatrem Ósmego Dnia", który w pierwszej połowie lat
siedemdziesiątych pełnił również swoistą rolę salonu politycznego w środowisku.
Nie jest moją intencją w tym miejscu odtwarzanie chronologii nawiązywania
kontaktów, wspomnę jedynie o jednym znamiennym epizodzie. W lipcu 1977 roku
doszło do spotkania przedstawicieli większości ośrodków akademickich na biwaku
w Wernyjówce (w Beskidach). W ciągu kilku dni toczyły się dyskusje, prezentacje
środowisk i poglądów, ale co najważniejsze, a co najważniejsze, powstały silne związki
towarzyskie, żeby nie rzec przyjaźnie, które przetrwały do dziś. Niestety nie
zawsze mogę to powiedzieć o związkach z okresu "solidarnościowego
podziemia". Różnice w poglądach politycznych i wybór różnych dróg
życiowych, często prowadziły do zrywania kontaktów. Jedną z przyczyn były od
połowy lat osiemdziesiątych rysujące się podziały polityczne i odchodzenie od
programu przedgrudniowej "Solidarności". Warto przypomnieć, że
pojęcie "solidarności" po raz pierwszy pojawiło się w nazwie
studenckich komitetów. Początkowo oznaczało solidarność z kolegami z Krakowa,
ale wkrótce stało się pojęciem niemal programowym. Praktyka pokazała, że
solidarność, nawet w biernym oporze jest siłą integrującą. Nawet my sami nie
zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy z tej siły, ale aparat represji powstrzymywał
się przed eskalacją prześladowań, mając na względzie tą niepoliczalną siły
"solidarności". Pod kolejnymi petycjami i listami protestacyjnymi
zbieraliśmy coraz więcej podpisów.
Informacje o akcjach KOR-u i SKS-ów, dzięki korespondentom
zachodniej prasy, za pośrednictwem polskojęzycznych radiostacji, a zwłaszcza
"Wolnej Europy", docierały do wielu Polaków. Trudno jest oszacować,
jak wielu słuchaczy miały te audycje, bowiem bezpośredni kontakt ze słuchaczami
z oczywistych względów nie był możliwy. Można jednak powiedzieć z całą
odpowiedzialnością, że informacja ta była zalążkiem masowego ruchu
"Solidarności". Innymi słowy, opozycja lat siedemdziesiątych dała
przykład społecznego działania. Nie przypadkiem, użyłem przymiotnika
"społecznego", ponieważ dla nas ważniejszy był program społeczny;
nabranie wiary w siłę solidarności społecznej, odzyskanie godności w państwie
policyjnym, poszukiwanie prawdy, jako metoda walki z cenzurą prewencyjną,
odzyskanie podmiotowości wobec państwa. Programy polityczne, jak już
wspomniałem, miały odległy horyzont.
Jeszcze nie było nam znane hasło "trzeciej drogi", a
już dobiegały do nas wiadomości o działającej w pełnej konspiracji grupie
ekspertów DIP, czyli "Doświadczenie i Przyszłość". Wyczekując na
ogłoszenie zapowiadanego raportu o stanie państwa, spekulowaliśmy na
opozycyjnej giełdzie, zbierając strzępy informacji, kto wchodzi w skład tego
zespołu i jak doniosłą może okazać się ta diagnoza. Tymczasem, okazało się, że
grupa ta nie jest związana, ani z KOR-em, ani żadną innym środowiskiem
opozycyjnym. Krążyła nawet taka plotka, że jest to wewnątrzpartyjna
konspiracja. Bynajmniej, celem DIP nie było reformowanie PZPR, ani ustroju, jak
również działała niejako obok opozycji, niezwiązana ze strategią KOR-u, ale na
dalsze poczynania opozycji miała znaczny wpływ.
Zespół "Doświadczenie I Przyszłość" powstał w 1978
roku z inicjatywy Stefana Bratkowskiego. Pozycja Stefana Bratkowskiego była
szczególna, był cenionym publicystą, tolerowanym przez władze partyjne, a
szanowanym przez czytelników. Przypomnę, że Stefan Bratkowski na fali
popaździernikowej odwilży, założył pismo "Po Prostu", które nie
ograniczało się do krytyki stalinizmu, ale propagowało reformy społeczno-gospodarcze
w duchu pozytywistycznym. Wolnomyślicielstwo młodej partyjnej inteligencji
skończyło się po roku, czyli w 1957 zamknięciem pisma, rozwiązaniem redakcji i
wyrzuceniem naczelnego z partii. Skutkiem tego były nawet masowe protesty
studentów, ale nie przyniosły one skutku w postaci wznowienia wydawania pisma,
ale pozwolono byłemu naczelnemu na dalszą działalności publicystyczną. Jednak
cenzura pozwalała mu jedynie na propagowanie postępu naukowo-technicznego i
aktywności gospodarczej w ramach ruchu spółdzielczego, a ewentualna krytyka
polityki gospodarczej możliwa była jedynie w aluzyjnych felietonach, które były
domeną Kisiela. Bratkowskiego jednak twórczość literacka nie interesowała.
Zainicjował, więc powstanie grupy ekspertów, którzy mieli przygotować niezależny
raport o stanie państwa.
Opublikowany w "drugim obiegu" pierwszy raport DIP był
trafną diagnozą polityki gospodarczej PZPR, która zdaniem autorów, nieuchronnie
prowadzi do destrukcji państwa. Dowiedzieliśmy się tego, czego intuicyjnie
mogliśmy się spodziewać, nadal jednak brakowało programu naprawy. Oczywiście
programu takiego nie mogło być, bo system był nie reformowalny. Prace
programowe zespół prowadził. Jerzy Regulski skupił się na samorządach, a Leszek
Balcerowicz na gospodarce. Wspominam akurat o nich, bo reformy samorządowa i
gospodarcza po roku 1989 odegrały zasadniczą role. Na wprowadzenie tych reform
w życie przyjdzie jeszcze poczekać ponad dekadę. W okresie sierpniowych
strajków w stoczni gdańskiej Leszek Balcerowicz mógł odegrać jedynie role
doradcy, eksperta strajkujących robotników. Był do zaakceptowania dla strony
rządowej chociażby z tego powodu, że był podówczas członkiem partii. Wtedy
jeszcze nie wiedziano, że ostatecznie utracił wiarę w skuteczność gospodarki
"nakazowo-rozdzielczej" centralnie sterowanej przez państwo, mógł
jedynie uświadamiać robotnikom, jaka jest ich pozycja ekonomiczna względem
pracodawcy, jakim jest państwo. W znacznie gorszej sytuacji był Jerzy Regulski,
bo jego przemyślenia i praktyczne wnioski odnośnie samorządów nie mogły znaleźć
zastosowania.
Chociaż Jacek Kuroń po rozwiązaniu KOR-u wystąpił z inicjatywą
"Klubów Samorządnych Rzeczpospolitej", które w istocie były
postulatem "oddolnego", jak się wtedy mówiło, czyli spontanicznego organizowania
samorządów w skali dzielnic, wsi, miast. Nie było to możliwe z dwu powodów; po
pierwsze cała energia społeczna została skupiona w "Solidarności", po
drugie władza wolała mieć przeciwnika zdefiniowanego, ujętego w organizacyjne
ramy związku zawodowego. "Strona społeczna" reprezentowana przez
setki i tysiące grup lokalnych, jako oponent byłaby organizacyjnie dla partii
nie do opanowania. Woleli konfrontacje z strukturalnie zorganizowaną siłą.
Wyjaśnia to też, dlaczego przy "okrągłym stole" strona rządowa uległa
w kwestiach pluralizmu związków zawodowych, ponownej rejestracji
"Solidarności", oraz reglamentowanych wyborów, znoszących monopol
PZPR w sejmie, ale nie chciała słyszeć o reformie samorządowej, bowiem byłaby
to natychmiastowa kapitulacja "w terenie".
A co z "trzecią drogą"? Takiej nie było, to mit
propagowany w publicystyce partyjnych reformatorów. Oficjalni publicyści pisali
o; "konieczności faktycznego uspołecznienia środków produkcji,
"eksperymencie jugosłowiańskim", "węgierskiej komercjalizacji
przemysłu". Tylko, że za tymi hasłami nie kryła się żadna praktyczna
propozycja, bowiem partia nie chciała zrezygnować z kontroli wszelkich form
aktywności, zwłaszcza gospodarczej. Fikcje polityki gospodarczej lat
siedemdziesiątych, ujawnił w swej książeczce "Po wielkim skoku"
Waldemar Kuczyński, zapowiadając jednocześnie nadejście kryzysu gospodarczego.
Pod koniec lat siedemdziesiątych w Poznaniu niezwykle popularną postacią stał
się profesor Leszek Nowak. Po sierpniu jego wykłady nie tylko na uczelni, ale
również w ramach "Wszechnicy Związkowej" gromadziły publiczność tak
liczną, jak na koncertach rockowych. Leszek Nowak badając dzieje doktryny
marksistowskiej, doszedł do następującej konstatacji; totalitaryzm pojawia się,
kiedy w rękach jakiejś grupy skupiona jest kontrola nad środkami produkcji,
władzą ustawodawczą i sądowniczą, a do kompletu brakuje tylko "rządu
dusz". Marksizm doktrynalny w swojej aksjologii i strukturze zbliżony jest
do religii, to też musi wszelką religijność zwalczać, jako zagrażającą
doktrynie. Ideologia dla systemów
totalitarnych jest tylko anturażem i mogą one przybierać różne barwy, co
poddaje rozwadze obecnych polityków.
Trudno jest mówić o jakiejś
bezpośredniej spuściźnie opozycji lat siedemdziesiątych. Idea
"solidarności" wielokrotnie ulegała przewartościowaniom.
"Samoobrona”, jako idea spontanicznego oporu wobec opresji systemu
totalitarnego, w wydaniu współczesnym w demokratycznej Polsce, uległa
skompromitowaniu; wobec możliwości wolnego wyboru, nie ma potrzeby oporu. Nie
jest prawdą, że opozycja lat siedemdziesiątych miała jedynie "program
negatywny", czyli pomysły na zwalczanie wrogiego państwa. Polacy przez
cały okres zaborów, aż po epokę komunistyczną, ćwiczyli metody oporu i destrukcji
państwa, będącego narzędziem zniewolenia w obcych rękach. Istotą "programu
pozytywnego" była idea "solidarności” w współdziałaniu i otwartości
na różne wizje świata. Właśnie opozycja lat siedemdziesiątych dała przykład
"konstruktywnego oporu”. Po sierpniu 1980 roku słyszałem takie określenia
na opozycjonistów z środowisk studenckich; "anarcho-katolicy" i
"korowscy lewacy". Etykiety te przyklejali nam nowowykreowani liderzy
"Solidarności", którzy dali się nabrać na "antyinteligenckość"
w ramach głoszonej przez partie "walki klas". Niemal wszyscy z
naszego środowiska zaangażowali się w tworzenie struktur związkowych, chociaż
nie wchodzili do struktur kierowniczych związku. Na przykład Włodek Filipek
zorganizował przy poznańskim zarządzie regionu "Solidarności" "Wszechnice
Związkową". Pierwsze biuro koordynujące organizacje związku w regionie
wielkopolskim było w mieszkaniu Jacka Kubiaka. Wielu kolegów do dziś jest
aktywnych w polityce i samorządach. W tym bilansie najważniejsze jest to, że
metodyczną walkę o demokracje zapoczątkowały KOR i SKS-y.