Andrzej Wilowski

 

Marzyciel

 

27 lutego 2005

 

Jak co roku w Kodak Theatre żebrała się śmietanka hollywoodzkiego przemysłu filmowego. Przyznawane w różnych kategoriach Oskary są nobilitacją w branży i przekładają się też na sukces finansowy. Polscy krytycy filmowi i sami filmowcy od lat ubolewają, że nasze kino na światowym rynku jest nieobecne. Polacy odnoszą sukcesy; Roman Polański dostał Oskara za „Pianistę”, chociaż Polak był reżyserem, to produkcja nie była rodzima. Alan Starski zdobył Oskara za scenografie, ale nie w polskiej produkcji. Oskar dla Kamińskiego też nie ma wiele wspólnego z polską kinematografią. Za typowo polski sukces można uznać Oskara Andrzeja Wajdy za całokształt, to szczególne wyróżnienie dla „polskiej szkoły filmowej”, ale to już prehistoria. Zbigniew Rybczyński z animowanym filmem „Tango” wyznaczył nowe kierunki w animacji i na lata stał się niemal wyrocznią w tej dziedzinie twórczości.

 

Mało kto wie, że eksperymenty Rybczyńskiego zrewolucjonizowały kino również komercyjne, bowiem elementy animacji komputerowej pojawiają się coraz częściej w superprodukcjach, a polski animator pracował z przodującymi firmami od sprzętu i oprogramowania, pokazując jak twórcza wyobraźnia potrafi wykorzystać najnowsze technologie. Jest jeszcze jedna dziedzina w branży filmowej, w której Polacy choć nie odnoszą sukcesów, są jednak w czołówce, mianowicie muzyka filmowa. Wielu polskich kompozytorów tworzyło muzykę ilustracyjną, która przeszła do kanonu kinematografii. We wszystkich szkołach filmowych przyszli filmowcy uczą się oglądając i słuchając „Niebieskiego” Krzysztofa Kieślowskiego z muzyką Zbigniewa Preisnera, jak się ilustruje muzycznie film, jak dźwięk może wpływać na dramaturgie. Od lat cenionym kompozytorem filmowym jest Wojciech Kilar, który został wybrany przez Coppolę, jako kompozytor ilustracji muzycznej do „Wywiadu z wampirem” i tylko przypadek sprawił, że kompozytor nie podbił Hollywood. Ogromnym sukcesem była współpraca Michała Lorenca z Bobem Rafaelsonem.

 

Kiedy media podały, że Jan A. P, Kaczmarek jest pretendentem do Oskara za muzykę do filmu „Marzyciel”, większość Polaków po raz pierwszy usłyszała o kompozytorze, chociaż wielu kinomanów miało okazje nie raz usłyszeć jego muzykę. W połowie lat siedemdziesiątych kończyliśmy prace nad spektaklem „Musimy poprzestać na tym, co tu nazwano rajem na ziemi...” na podstawie prozy Dostojewskiego. Wtedy Teatr Ósmego Dnia był jeszcze teatrem studenckim. Na próbach pojawili się Grzegorz Banaszak i Jan Kaczmarek, zaproponowali niezwykłą muzykę. Ich współpraca z teatrem trwała kilka lat. Ja po powstaniu KORu, zaangażowałem się w działalność polityczną, a ściślej opozycyjną, co stało się przyczyną gwałtownej wymiany zdań z Lechem Raczakiem i opuściłem zespół. Przypominam ten epizod tylko z tego powodu, że z okazji niedawnych obchodów czterdziestolecia zespołu, aktorzy usiłowali wytworzyć wrażenie, że teatr był zalążkiem opozycji w Poznaniu.

 

Muzyka Kaczmarka i Banaszaka zaczęła coraz bardziej przykuwać uwagę publiczności i z czasem mówiło się „Orkiestra Ósmego Dnia”. Z tego powodu zespół miał pretensje do muzyków, bowiem obowiązywała artystyczna doktryna „kreacji zbiorowej”, która zakładała że w powstawaniu spektaklu mają równy udział wszyscy jego twórcy, a tu muzycy się wyróżniają. Z czasem zaczęli występować osobno, bowiem zadanie ilustracyjne uważali za ograniczające twórcze ambicje. Mówienie o nich „orkiestra” miało jeszcze inny sens, związane było z brzmieniem. Jan grał na instrumencie zwanym „fidola”, który był niemiecką odmianą cytry, grał na nim różnymi technikami; smyczkiem, szarpiąc, lub uderzając pałeczkami w struny. Brzmienie dopełniała gitara Banaszaka. Muzycy sięgali po flety i drobne instrumenty perkusyjne. Wszystko razem brzmiało jak orkiestra. Na koncertach przypominali chętnie tematy ze spektakli, ale rozwijali je w kilkunastominutowe improwizacje. Był taki czas, kiedy uważali się za jazzmanów, ale samo środowisko jazzowe traktowało ich podejrzliwie. Teoretycznie takie formacje jak Osjan Jacka Ostaszewskiego też działały pod banderą jazzową, ale takie zespoły traktowano jak przybłędy. Pewnym zaskoczeniem był wybór Jana Kaczmarka na prezesa oddziału wielkopolskiego PSJ (Polskie Stowarzyszenie Jazzowe).

 

Prawdziwym eksperymentem jazzowym było wspólne nagranie Jana Kaczmarka z Krzysztofem Ścierańskim. Połączenie akustycznej fidoli z elektrycznym basem Fendera dla publiczności było szokujące, a dla krytyki estetycznym dziwolągiem. Wszystko wskazywało na to, że Jan A. P. Kaczmarek odda się karierze artysty solowego, improwizującego na koncertach, jazzowego autsajdera. W latach osiemdziesiątych często występował za granicą na różnych imprezach teatralnych i jazzowych. Nadeszła jednak pora zdjęcia anachronicznego szyldu „Orkiestra Ósmego Dnia”, bo jak nazwać orkiestrą jednego muzyka, nadto aktualna działalność artysty nie miała już nic wspólnego z teatrem. W roku 1989, kiedy wszyscy byli pochłonięci nadchodzącymi przemianami politycznymi, Jan Kaczmarek pakuje walizki i postanawia wyemigrować za ocean i zacząć wszystko od nowa. Postanawia zamienić fidolę na prawdziwą orkiestrę. Mało kto wierzył w sukces.

 

Po kilku latach dotarły do kraju wiadomości o pierwszych sukcesach muzyka. Największym z nich niewątpliwie była wieloletnia współpraca z Agnieszką Holland. Pojawiły się też pierwsze autorskie płyty wydane przez Sony Clasic. Autorski koncert na festiwalu MALTA w 2001 roku publiczność przyjęła entuzjastycznie. Od tej pory Jan A. P. Kaczmarek stał się „symfonikiem”. Za najbardziej udaną uważam ilustracje muzyczną do filmu „Plac Waszyngtona”. W pracy nad „Quo Vadis” zaimponowała mi podejściem do tematu; mianowicie kompozytor próbował zrobić coś w rodzaju rekonstrukcji, współczesnymi środkami przedstawić dźwiękowe faktury i klimaty sprzed dwu tysięcy lat, w pewnym sensie miał to być powrót do muzycznych korzeni w kulturze europejskiej. Czy to się udało to osobna sprawa. Sama superprodukcja była nieudana, ale muzyka pozostała wartością samą w sobie.
Oprawa muzyczna do filmu „Marzyciel” była spełnieniem marzeń artysty. Niewątpliwym sukcesem w oskarowej rywalizacji jest zwycięstwo z samym Andy Wiliamsem.

 

Kompozytor udowodnił, że tak specyficznie amerykańskiej historii potrafi nadać wymiar uniwersalny. Partytura tym razem mało eksperymentatorska, odwołuje się do klasycystycznych tradycji, tworzy z jednej strony monumentalne muzyczne pejzaże, a z drugiej baśniowe, pogodne klimaty. Prawdopodobnie muzyka będzie miała swoje własne życie poza obrazem filmowym. Niewątpliwie do sukcesu przyczyniły się też partie fortepianowe zagrane przez Leszka Możdżera, o którym jeszcze nie raz usłyszymy. Prace nad „Marzycielem” kompozytor zdobył z konkursu, tym większy jego sukces. W wywiadzie dla Polskiego Radia Jan A. P. Kaczmarek powiedział nieskromnie, że liczył na tą nagrodę, chociaż w Hollywood trudno cokolwiek przewidywać.

 

Krzesimir Dębski powiedział kiedyś; „strzeżcie się ambitnych chłopaków z małych miasteczek!” W dużych ośrodkach kulturalnych działają artystyczne gildie stojące na straży status quo, aż tu nagle pojawia się chłopak z prowincji, ambitny i utalentowany i za nic ma to, że środowisko uważa go za samouka ignoranta i pokazuje coś zupełnie nowego. Jan A. P. Kaczmarek przyjechał do Poznania na studia prawnicze z Konina i początkowo nikt nie traktował poważnie jego deklaracji, że chce zostać kompozytorem wielkiego formatu.

 

z powrotem | ARTWAKAT pierwsza strona | spis treści