Jerzy Ludwiński
Uwagę absorbowały od wielu lat dziwne
pagórki rozsiane po całej Europie, których charakter był najwyraźniej sztuczny,
chociaż dla mniej uważnych obserwatorów mogłyby wydawać się zwykłymi
naturalnymi pagórkami porosłymi trawą a nawet drzewami, Były to pozostałości po
średniowiecznych albo starożytnych grodach, zmiażdżonych przez nieubłagany
upływ czasu, działającego jak gigantyczna prasa zgniatająca architekturę,
sprzęty, naczynia w masę zunifikowanych kawałków. Najbardziej efektowne pagórki
znajdują się w południowej Mezopotamii. Są to ślady po miastach takich jak Ur,
Uruk czy Lagasz. Rzeczą fascynującą jest to, że w tych samotnych nieefektownych
kopcach zawarta jest historia wielu pokoleń ludzi. Jest to cała architektura i
urbanistyka w pigułce, sama esencja dawnych kultur.
Akcja
"punkt"
Punkt jest pojęciem nieistniejącym realnie.
Można sobie jednak wyobrazić taki punkt, w którym wszystko się kończy albo
wszystko się zaczyna, lub taki punkt, w którym wszystko się kończy i
równocześnie zaczyna. Można wyobrazić sobie ruch do tego punktu ze wszystkich
możliwych kierunków i ruch od tego punktu we wszystkich możliwych kierunkach.
Uświadomienie sobie takiego punktu w sztuce jest rzeczą szczególnie ważną.
Wtedy następuje oczyszczenie pola i wszystko jakby zaczyna się od początku.
Jeden wielki proces pulsacyjny. Proponujemy go zamiast wystawy rozumianej
tradycyjnie. Akcja "punkt" będzie się działa nie tylko w przestrzeni,
ale także i w czasie. Będzie ona miała również charakter badawczy, charakter
swego rodzaju testu rozpisanego wśród artystów i wszystkich ludzi
zainteresowanych sztuką. W czasie akcji, bowiem punkt taki będzie istniał
zupełnie realnie. Zadaniem wszystkich obserwatorów będzie go odnaleźć.
"...Miejsce z resztkami, gdzie niegdyś
wśród czerni rozbłysła niekiedy jakaś resztka dni dnia nigdy światła, nawet tak
słabego jak za tamtych nawet tak bladego. Więc znów zaczyna by spełnić na
zakończenie jeszcze czaszka ostatnie miejsce zamiast zgasnąć. Wschodzi tam
wreszcie nagle lub z wolna i cudem nastaje dzień ołowiany. Czerń stopniowo po
trochu aż do zupełnej szarości lub nagle jak za pstryknięciem szary piach jak
okiem sięgnąć pod równie szarym niebem bezchmurnym. Szare niebo bezchmurne
szary piach jak okiem sięgnąć długa pustynia na początek. Piach miałki jak pył ach
ale pył w istocie przepastny zdolny pochłonąć najdumniejsze pomniki, którymi
zresztą był niegdyś tu i ówdzie..." Jest to fragment małej prozy, którą
Samuel Beckett napisał w roku 1975.
Na starym cmentarzu w Lądku znajduje się
grobowiec o smukłych neogotyckich liniach. Nie byłoby w nim niczego
nadzwyczajnego gdyby nie to, że jest on ze wszystkich stron szczelnie objęty
rozgałęziającymi się w kilka odnóg splotami drzewa, które wyrasta wprost z
grobu. W ostrołukowej wnęce nie tylko architektonicznej, ale również
biologicznej utworzonej z ramion drzewa, można odczytać napis - Ernest Franz
Fischer - i datę - 1879. Nie jest wykluczone, że drzewo to zaczęło rosnąć w tym
właśnie roku. Potem ponad pinaklami grobowca rozwinęło kulistą koronę,
Wieczorem podczas pełni księżyca ta korona świeci jak aureola.
Jeden z radzieckich biologów jeszcze wiatach trzydziestych
najzupełniej przypadkowo dokonał niezwykłego odkrycia. Kiedy rozlany kwas solny
spalił żywą gałąź, na płytce specjalnego aparatu pojawił się nagle błysk
światła. Do tego dziwnego zjawiska uczeni powrócili z pełnym zaangażowaniem
dopiero w ostatnich latach. Wiadomo, że wszystkie żywe istoty wysyłają w
przestrzeń światło dawkowane równomiernie. Ale w momencie śmierci światło to
przybiera postać eksplozji. Najwięcej światła emitują ludzie. Może jest to ich
doskonały sposób porozumiewania się, lepszy niż mowa, język do tej pory
nierozszyfrowany? Może tylko w tym języku da się powiedzieć wszystko to, co
jest najważniejsze, szczególnie wtedy, gdy się przekracza granicę między życiem
a śmiercią. O tym świetle ludzie wiedzieli już dawno. Na obrazach starych
mistrzów postacie świętych otaczają nimby i aureole.
Pięćdziesiąt
kilometrów na północny zachód, od Wrocławia jest polna droga rozpięta
precyzyjnie między dwiema wieżami kościołów, oddalonych od siebie o pięć
kilometrów. Jeden kościół znajduje się w Krzydlinie, drugi w Lubiążu. W polnym
rozległym krajobrazie droga stanowi wąwóz popsuty wzorem kolein, licznymi
garbami i dziurami. Po bokach zdobią ją pagórki usypane z kamieni i pokraczne,
kalekie drzewa - karły o grubych pniach, tak jakby każde z nich wyrastało
wprost ze swoich poprzedników. Droga ta jest wyjątkowo niewygodna, ale jako
granica pomiędzy przyległymi polami służy równocześnie komunikacji. Także między
wieżami obydwu kościołów. Jest to droga bardzo stara, prawdopodobnie
średniowieczna.. Droga ta przypomina pewną formację tektoniczną ciągnącą się
poprzez pustynie Kalifornii równolegle do brzegu Pacyfiku, znaną jako uskok San
Andreas. Jest to miejsce styku dwóch wielkich
płyt tektonicznych, z których jedna rozciąga się pod kontynentem amerykańskim -
druga pod Pacyfikiem. Próba komunikacji między tymi dwoma światami mogłaby
objawić się kataklizmem, największym w dziejach Ziemi. Zarówno uskok San Andreas jak i owa droga z Lubiąża do Krzydliny, gdyby
ją wyjąć z kontekstu reszty przyrody, mogłyby przypominać grzbiety
gigantycznych potworów.
Według założeń średniowiecznej sekty sufi postępowanie człowieka
porównać można do nieustannej próby wejścia na szczyt góry, którego jednakże
nigdy nie można osiągnąć. Prawdopodobnie dlatego, że jest nieskończenie daleko
i że stopniowo zamienia się ona w swą własną poświatę. Jest to góra stworzona
ze światła góra, która umiera albo góra święta.
Ten błysk śmierci nie dotyczy tylko istot żywych na Ziemi. Jest
zjawiskiem o wiele bardziej powszechnym. Tak na przykład manifestują własny
koniec świata gwiazdy, których masa nieco przekracza masę naszego słońca. Na
niebie pojawia się wówczas gwiazda supernowa, która po pewnym czasie całkowicie
znika z optycznej mapy nieba. W miejscu gdzie do niedawna świeciła ona pełnym
blaskiem, można obserwować rozszerzającą się chmurę gazów, która kiedyś da
początek nowemu życiu we wszechświecie.
Niektórzy ludzie mają zdolność przesuwania przedmiotów na odległość.
Nauka nie potrafi wytłumaczyć tego fenomenu. Chyba nie wchodzi tu w grę siła
woli, ponieważ najlepiej udaje się to małym dzieciom. Ale gdyby myśli
wszystkich ludzi zbiegły się przypadkowo w jednym punkcie, kto wie, co mogłoby
wówczas zostać przesunięte.
Ponieważ skumulowane myślenie ludzkości staje
się coraz bardziej obsesyjne, nie można wykluczyć, że kiedyś patrząc w kierunku
Ziemi z głębi przestrzeni kosmicznych,
da się dostrzec błysk światła, przechodzący stopniowo w pełną majestatu
aureolę.
Tyle o nimbach i tyle o nieistniejącym języku
ludzkości. W pewnym momencie, gdy byłem gdzieś w środku tego szkicu, wzrok mój
padł na prześwit między zwojami sznura do lampy. Tkwiła tam książka, na którą
przedtem nie zwróciłem uwagi. Tytuł: "Młode pokolenie na Zachodzie". Autor Ernst Fischer,
Jerzy Ludwiński
( fragment większej całości)
Nat. śr. czł.
- nowo mowa
Grodziska - Ur - esencja
Śmietnik - sztuczne gr. - przekrój ® muzeum
promieniowanie inform.
Dzikie wino -Puszcza ® arch. -
powrót
resztki,
relikty, szczątki dokument.
równowaga - nie geometria
(porządek) sterowanie procesami
kręte ulice - system zamknięty
(zaskoczenia zagadki coraz więcej pytań) arch. totalit. ®unifik,
bez pomników - dzieł
możliwość budow. i burzenia - hasło - od pocz.
zmienność – kameleon